Powroty nad rozlewiskiemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata Kalicińska
Powroty nad rozlewiskiem


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Basi M., Tobie, mnie, czyli dziewczętom i chłopakom z tamtych lat


O tym, ile zapamiętałam…


Pamiętam, że przed naszym domem był wielki, okrągły klomb z różami i podjazd dla powozów i samochodów wokół niego. Kolumny ganku porośnięte były… zaraz, zaraz, dzikim winem? Chyba tak, bo jesienią czerwieniało i złociło się, tak mówiła zawsze Hanka.

To było ładne słoneczne popołudnie, gdy usłyszeliśmy warkot. Zajechały dwa samochody. Piotrek podskoczył do okna i krzyknął do nas:

— To Niemcy!

Bawiłam się moją lalką na dywanie, a Hania siedziała przy fortepianie i udawała, że ćwiczy. Jakubowa — nasza kucharka — cerowała skarpety Jaśkowi, chłopakowi stajennemu, i nuciła pod nosem. Druciane okulary ma od niedawna. Nie nawykła do nich. Wiszą jej na końcu nosa, a ona robi taką śmieszną minę i ceruje równiutko, ładnie. Jakubowa jest jak nasza babcia. Duża, gruba, lekko utyka i zawsze pachnie obiadem. Najbardziej lubię, kiedy jej ręce pachną szczypiorkiem, który nam sieka do kanapek.

Siedzi, na szklance ma napiętą tę skarpetkę, a dolną wargę śmiesznie wysuwa, marszczy brwi i sprawnie robi igłą gęstą siateczkę w miejscu dziury.

Teraz odłożyła robótkę, ciężko wstała i podeszła do okna.

— Ano, że Niemcy! — powiedziała nerwowo i wzięła mnie na ręce.

Miałam może pięć lat... Te słowa: „okupacja”, „Niemcy”, „Hitler” budziły we mnie taką samą grozę jak „smok” i „Baba Jaga”, „Strzyga” i „Lucyfer”. Byłam przestraszona, że widzę prawdziwych Niemców — żołnierzy. W mundurach. Bo Niemców, naszych sąsiadów, starszych państwa Roewe, znałam i lubiłam. Czasem odwiedzali tatkę i mamę. Ale czym innym byli Niemcy — nasi sąsiedzi i znajomi — a czym innym ci w mundurach… Bałam się ich, bo Hanka i Jakubowa opowiadały straszne rzeczy o wojnie, okupacji, zabijaniu i trupach.

— Piotruś — powiedziała Jakubowa. — Po co oni tu? Nie wiesz?

— Nie wiem — odparł mój przyrodni brat, wpatrując się w ganek, na który dziarskim krokiem wskoczył niemiecki oficer, i drugi zaraz potem.

Naprzeciw nim, z domu, wyszli mama i tatko. Rozmawiali spokojnie. Mama miała dłonie złożone jedna na drugą, na sukience, z przodu. Zawsze tak składała ręce, kiedy była bardzo oficjalna.

— Czego chcą?! — denerwowała się Jakubowa, trzymając mnie mocno w objęciach. Rzadko brała mnie na ręce, bo byłam już duża i nie uchodziło, żeby taką pannicę nosić, mawiała mama, ale i ona brała mnie na kolana, jak mi się śniła Strzyga…

— Otworzę okno, to usłyszymy — zaproponował Piotrek.

— Bój się Boga! Może nie potrzeba się zdradzać, że tu jesteśmy… Ty, Piotruś, idź i podsłuchaj… Patrz, idą do domu rozmawiać. Idź, dziecko!

— Nie powinno się podsłuchiwać — Piotr udawał, że żartuje, ale chyba nie było mu do żartów.

— Idź! — Jakubowej też nie było wesoło. Popchnęła go lekko w kierunku drzwi i poszła za nim, a za nią Hania i ja.

Nadawał się na szpiega jak nikt inny. Stąpał lekko i cicho. Ja chichotałam nerwowo, a Hania kładła palec na usta i syczała. Za to Jakubowa człapała tak, że wystraszyłaby wszystkich.

Właściwie to ona była Jakubaszkowa, ale dla skrótu wszyscy wołali „Jakubowa”. Była naszą kucharką, nianią i jakby babcią — której nie mieliśmy.

Zatrzymaliśmy się za drzwiami, za którymi słychać było całą rozmowę mamy, taty i oficera. Rozmawiali po niemiecku. Byłam cicho i nic nie rozumiałam, za to Piotr, Hania i Jakubowa — wszystko. Kręciła głową z dezaprobatą.

— Zajmują majątek na kwaterę — szepnęła do mnie, nie do mnie?

W majątku rodziców była Jakubowa — najstarsza ze służby, a także Sabina — służąca, Wacka — dziewczyna kuchenna, taka trochę głupawa, i Rafał — lokaj, którego już wtedy nie było z nami, bo wzięli go do wojska. Niemieckiego.

Nasz majątek to piękny dom z pięterkiem, park, sad, ogród warzywny (chluba mamy) oraz stajnie tatki, obory, świniarnie, kurniki, pola orne, park maszynowy, którymi zarządzał pan Gotfryd — ekonom i prawa ręka tatki. Wiem to wszystko od mamy, z opowiadań.

Drzwi się otworzyły i weszła mama.

— Jakubowo, trzeba zawołać Wackę i Sabinę. Od dziś będą u nas kwaterować niemieccy oficerowie — sześciu — i podoficerowie — dziesięciu. Trzeba zrobić przemeblowanie i powlec pościele. Podoficerowie dadzą swoje koce. Piotrusiu, zawołaj Jaśka, trzeba przenieść nas do służbówki. Mamy na to dzień.

Zrobił się wielki rejwach, a ja nie mogłam pojąć, dlaczego usuwamy się z naszych pokoi. Przecież przyjezdni zawsze nocowali w pokojach gościnnych i na poddaszu. Pakowałam moje zabawki do wiklinowego kosza zła na cały świat.

Kwaterowanie niemieckich żołnierzy wspominałam pogodnie. Wcale nie byli straszni, nie pożerali dzieci i nikogo nie zabijali. W pomieszczeniach, które były nasze, a w których teraz kwaterowali oni, pachniało papierosami i wodą kolońską jak u tatki w gabinecie, gdy jeszcze palił fajkę. Pośrodku rozstawili wielki stół, a na nim były mapy i papiery. Widywaliśmy to przez szparę w drzwiach! Zdarzało się, że dawali mi miętówki albo częstowali kolorowymi landrynkami z metalowego pudełka. Hanka i Piotrek zawsze dziękowali, ale ja nie mogłam się oprzeć. Ten pan był taki miły, a landrynki słodkie...

Kiedyś spytali mamę, czy mogliby pograć na fortepianie, i grali tak cały wieczór. Nawet mama dołączyła, bo grali coś na cztery ręce. Jakieś polki, marsze…

Tak. Najpierw byłam zła, gdy musieliśmy się wynieść z naszych pokoi, ale później… było jeszcze gorzej. Tatko musiał pozbywać się naszego bydła, świń, koni. Pojawiły się kartki na wszystko. Już nie wróciliśmy do środkowej części domu, tylko mieszkaliśmy w dwóch, małych pokojach obok kuchni, bo tamtych salonów nie opłacało się zimą ogrzewać.

Zrobiło się biednie. „Oszczędnie” — jak mówiła mama. Bardzo mi się podobała ta oszczędność, szczególnie jak jesienią piekliśmy rydze na blasze albo podpłomyki z mąki, wody i kminku… Jakubowa robiła nam cukierki z melasy i mleka, piekła piernik, taki cudowny, mokry, z marchwią. Mieliśmy kury, więc uwielbiałam kogle-mogle i tylko rodzice czymś się zamartwiali, szepcząc między sobą lub przyjmując nocą jakichś gości po cichutku. O tych nocnych gościach nie wolno nam było pisnąć słowem. Nikomu.

Pamiętam jesienne wieczory, gdy siedzieliśmy w kuchni, do której wniesiono otomanę i fotel tatki. Wieczorami mama czytała na głos różne książki, Jakubowa szyła, cerowała albo robiła na drutach, oczywiście, jak już pozmywała po posiłku. Hanka bujała się na bujaku sama albo ze mną, a Piotr siedział przy stole i trzymał głowę opartą na swoich piąstkach. Trzymał je jedna na drugiej i patrzył w popielnik. Czasem w tym popielniku leżały ziemniaki na „drugą kolację”, tak już na sam koniec wieczoru — przed snem. Później wstawaliśmy i szliśmy spać. Jakubowa gasiła światła, jak był prąd — żarówkę, jak nie — lampę naftową.

Pamiętam, że lampa miała taki żółty abażur, a Jakubowa bliznę na wielkim paluchu…


W tym czasie miałam zapalenie wyrostka, od którego mało nie umarłam, bo był ropny, a Jakubowa sądziła, że mnie boli, bo się objadłam zielonego grochu, i położyła mi na brzuchu ciepłą fajerkę w ręczniku.

Ledwo mnie uratowali w szpitalu, bo mi ten ropny wyrostek pękł od ciepłej fajerki, operowano mnie, a potem długo leżałam w domu. Później podejrzewano też u mnie gruźlicę, ale to był zwykły bronchit.

Byłam rozczarowana. Wszyscy byli tak przestraszeni, kiedy się mówiło o tej gruźlicy! Miałam nawet z mamą pojechać do Rabki albo Krynicy… A tu tylko bronchit! Wszystkie dzieci w okolicy to miały. Phi!

Zrobiło się naprawdę biednie.

Szkoły pozamykano, więc mama uczyła nas w domu, sama. Tatuś — matematyki, geografii i ekonomii uczył Piotrka i Hanię. Ja wtedy miałam wolne.

Później chyba chorowałam na szkarlatynę i znów odezwały się płuca. Każdą zimę chorowałam… Aż do tej ostatniej w naszym majątku, co to nawet się nie zaziębiłam, i Jakubowa powiedziała, że wreszcie się wychorowałam i że taka dorosła pannica nie powinna już chorować.

— Dorosła? — kpił Piotrek. — Taki kurczak i „dorosła”? Co też Jakubowa mówi? Ona wygląda jak piąte dziecko stróża! Kurczak! Kurczak! — drażnił się ze mną.

— Piotruś, nie bluźnij, dziecko! — Kucharka zawsze stawała w mojej obronie. — Tyle się dzieciak nachorował, a ty, że „stróża”! Wstydziłbyś się! — nadlatywała jak kokoszka.

Ale to krostowaty Piotrek, mój brat właśnie, czytał mi na głos Serce Amicisa. Razem płakaliśmy…

Po polsku nauczyła czytać Piotra i Hankę dopiero nasza mama, bo przedtem, kiedy tatko był żonaty z Bertą, słabo stali z polskim. Berta, choć była Niemką, mówiła po polsku, ale z silnym akcentem i niechętnie. Także jej zausznica, Frau Fetke, wiernie ją naśladująca we wszystkim. Obie do siebie i do dzieci mówiły po niemiecku.

 

Czemu ojciec patriota ożenił się z Niemką? Skąd Bronia w jego życiu?

To była ładna historia, którą opowiedziała mi mama, jak już mnie to zaczęło interesować — czyli kiedy byłam dorosła.

Mama mojego tatki — Jadwiga Lubicka — wydała się za Niemca w akcie patriotyzmu. Ha! Był stary i bogaty, ona uboga szlachcianka, też z dobrego domu — graniczyli majątkami. Jej mająteczek był maleńki i mizerny.

Franz Matz zestarzał się bezdzietnie, owdowiał po raz drugi, a ona jako żona odziedziczyłaby duży majątek. Tak też się stało. Dlaczego się dała wyswatać? Bo była starą panną ospowatą po czarnej ospie i lekko kulejącą. Przy tym wszystkim miała piękną duszę, mówił tatko. Działała w organizacji patriotycznej, krzewiącej polskość przez prasę i polską literaturę.

Małżeństwo Jadwigi ze starym Matzem było doskonałą przykrywką do jej działalności. Ale niezależnie od tego stworzyli stadło dobre i spokojne. Stary większość czasu siedział w bibliotece, śpiąc na fotelu. Czasem grał z kamerdynerem w szachy, ale już coraz gorzej mu szło. Był cichym, dobrym, schorowanym starszym panem, wdzięcznym Bogu za Jadwigę.

Jadwiga urodziła syna, ku uciesze starego Franza, który dyskretnie nie dochodził, kto jest prawdziwym ojcem. Jadwiga była dobrą, gospodarną żoną, dbała o niego i jeszcze dała mu potomka! Franz miał dość zjadliwej samotności, pustych pokoi i ciszy, coraz ciaśniej go otulającej.

Teraz dom pojaśniał, rozgrzał się, słychać było fortepian — od czasu do czasu — śmiech dziecka i szelest damskiej sukni.

Chłopcu dano na imię Michał. Stary go osierocił, gdy mały skończył pięć lat.

Michaś wyrósł na mądrego młodzieńca. Włosy z pszennych ściemniały mu bardzo, ale oczy pozostały błękitne. Był kształcony za granicą, znał języki i prawo. Miał służyć, zgodnie z rodzinną tradycją, ojczyźnie.

Po tym, jak zginęła tragicznie jego narzeczona, Michał z dnia na dzień posiwiał. Oszalał z rozpaczy. Nie jadł, z nikim nie rozmawiał, zapadł się w sobie. Wpłynął na niego dopiero stary pastor i Michał ponownie wyjechał. Zdobywał kolejne stopnie wiedzy. Wkrótce wezwano go do domu. Organizacja potrzebowała prawników, mądrych i przedsiębiorczych ludzi. Michał wrócił z nowym pomysłem — wstąpi do klasztoru albo wyjedzie w podróż dookoła świata. Może na misję do Afryki?

Jednak mama — wdowa po starym Matzu — postawiła przed Michałem zadanie. Podobne do tego, jakie i przed nią stanęło.

— Gdybyś, Michale, ożenił się z Bertą, córką naszych sąsiadów, wówczas przypadłaby na nią w posagu jedna trzecia majątku. Resztę chcą jej rodzice sprzedać i pojechać do starszej córki, do Wiednia.

— Z Niemką? Mamo! Poza tym stara panna i coś z głową nie tak?

Berta była zjawiskową panną. Płomiennorudą, z burzą ognistych loków nad twarzą dość bladą i nakrapianą mnóstwem piegów. Była złośliwa, intrygująca i nikt nie chciał się z nią żenić. Romansować — każdy. Była już stara. Miała swoje lata.

W karnawale na jakimś spotkaniu towarzyskim Michał poznał Bertę i nawet przyznał, że jest interesująca. Cały wieczór przegadali o poezji i muzyce. Jednak serce miał martwe. Ucieszył się więc, gdy szczerze porozmawiali przed ślubem.

Berta oznajmiła bez ogródek, że wie, iż ten ślub to tylko interes. Z rodzicami nie chce jechać do Wiednia, bo miasto ją nuży, i chce pozostać w majątku… Kocha wolność, konie, las. Na ślub zgodziła się pod warunkami:

— Nie będziesz mnie katował lekarzami. Mam już dość! Moja zausznica Frau Fetke wie, jak mi pomóc w razie ataku melancholii! Po drugie, Frau zamieszka ze mną, po trzecie, żadnych poufałości, a dzieci — tym bardziej! I wreszcie duuuużo swobody. Obiecuję nie przynosić ci wstydu, ale moje życie to moje życie!

Dziwne to były zawarowania, ale bardzo na rękę Michałowi.

Pobrali się, połączono majątki… Ich związek był dziwaczny, ale nikogo to nie obchodziło. Berta wiodła swoje życie, szepcząc po kątach ze swoją Frau, jeżdżąc konno i grając na fortepianie. Michał i matka — Jadwiga Lubicka-Matz — wspierali organizacje patriotyczne, wydawali polskie książki, nadto spotykali się z innymi Polakami. Jeździli, kolportowali, brali udział w spotkaniach, koncertach. Muzyka to był wspólny temat Berty i Michała, a poza tym wiedli dość osobne życia.

Kiedy zmarła Jadwiga, jej obowiązki spadły na Michała.

Z czasem zaczęły go dochodzić słuchy, że Berta wyjeżdża na całe dnie do pobliskiej wsi. Wszczął więc małe śledztwo.

— Bertie, kochanie, obiecałaś nie przynosić mi wstydu, a tu tymczasem zachowujesz się niedyskretnie. Jeśli roznosi cię temperament, jedź do wód, nie będzie plotek.

— Masz rację, Michale. O temperament tu chodzi, ale o przeszły. Mam taki grzech z młodości, o którym nikt nie wie. Ma dwanaście lat i mieszka na wsi u mojej niańki. Szaleję na jego punkcie. I tak będę do niego jeździć!

— Może, gdy dowiem się wszystkiego. Wiesz, jak cenię prawdę.

Berta nabrała powietrza.

— Dawno temu, we wsi, zatrzymał się tabor cygański. Pokochałam. Tak bardzo, jak tylko człowiek potrafi. Awanturom nie było końca. Jego rodzina zakazała nam spotkań. Mnie ojciec wychłostał, gdy przyłapał nas w kopie siana. Jego omal nie zabił. Miałeś kiedyś gorącą krew?

— Mów dalej…

— Odjechali. Wyłam jak zwierzę. Niedługo, bo zostawił mi pamiątkę. Rodzice wpadli w furię, ale cóż było robić? Wysłali mnie z rosnącym brzuchem do wód właśnie, ze starą niańką i Frau Fetke. Szybko je przerobiłam na swoje kopyto. Zamknęły usta. Dziecko nie zostało tam odsprzedane, tylko wróciło z niańką tu, na wieś. Ma na imię Julek.

— Chcesz go tu wychowywać? — spytał Michał poważnie.

— O Boże! Pozwoliłbyś na to?! Pozwól! Będę dla ciebie dobra, potrafię się odwdzięczyć!

— Nie potrzeba. Bądź szczęśliwa. Zajmij się domem, Julkiem i udawajmy szczęśliwą rodzinę.

Michał nie raz przeklinał w duchu chwilę, w której pozwolił Julkowi na zamieszkanie w jego domu. Pal licho fakt, że go usynowił. Plotki ucichły, jakoś się wszystko ułożyło, tylko chłopiec okazał się diablęciem. Był rozpuszczony, pozbawiony wszelkiej ogłady i karności. Kłamał, kradł i bił się, z kim popadło.

Uwaga Berty skupiła się na Julku, dzięki czemu Michał miał dużą swobodę działania.

Po wiejskiej szkole Michał zaproponował sfinansowanie gimnazjum Julka, czym zyskał jeszcze większą przychylność Berty. Szczęśliwa, okazała swą wdzięczność Michałowi tak dalece, że gdy Julek wściekły odjeżdżał do szkoły z internatem, ona właśnie poczuła pierwsze ruchy. Niebawem Michał stał się prawdziwym ojcem pary bliźniąt — Hanny i Piotra.

Berta była wściekła z powodu niechcianej ciąży, więc wymogła na Michale mamkę i niańkę.

Sama przeniosła się do prawego skrzydła domu z Frau Fetke i pokojówką, pod pozorem silnych ataków melancholii i migreny. Bliźniakami nie zajmowała się prawie wcale. Tam też wizytował ją syn, gdy przyjeżdżał ze szkół.

Szczerze nienawidził Michała, gdy ten bezskutecznie próbował go uczyć manier, kultury i karności.

Bliźniaki chowała niańka i Jakubowa. No i ojciec — oczywiście.

Minęły lata.

Berta zdziwaczała. Ewidentnie była „chora na głowę” — jak mawiano, ale w tamtych czasach nikt tego nie diagnozował, nie leczył. Na migreny chętnie brała morfinę, popadała w stany depresji i euforii…

Michał prowadził w miasteczku kancelarię prawniczą, dzieci — Hania i Piotruś — rośli zdrowo, pod okiem ojca i Jakubowej oraz guwernantek.

Na jakieś święto, chyba Boże Narodzenie, Julek, wówczas dorosły mężczyzna pracujący gdzieś w Golubiu, przywiózł żonę, Bronisławę. Ładną, ciemnooką. Berta szalała z zazdrości i ze złości. Miewała migreny i kolejne ataki szału, wreszcie popadała w melancholię. Wtedy Frau leczyła ją kroplami o mlecznej barwie. Julek trochę zmiękł, złagodniał… Do czasu.

Niestety ich przyjazd po roku, w święta Wielkiejnocy, nie był aż tak miły. Widać było, że Bronia znudziła się Julkowi, zaczął być wobec niej niegrzeczny, czasem wręcz nonszalancki. Znikał na całe dnie u matki, czasem szedł na polowanie i też go nie było cały dzień, a potem pił z chłopami we wsi.

Bronia zachwycała Hanię i Piotrusia bajkami, których znała mnóstwo, grą na fortepianie, zabawami w ogrodzie. Śpiewała, dużo się śmiała i przytulała, gdy któreś upadło, stłukło kolano czy cokolwiek. Matkowała im chętnie z braku lepszych zajęć.

Przy Julku markotniała, a on traktował ją jak służącą.

Berta była szczęśliwa, bo zawładnęła na powrót duszą syna. Rozpieszczała go i pobłażała jego zachciankom. Czasem robili sobie samochodowe wypady do Golubia, a nawet do Torunia na zakupy i „lumpy” — jak mawiała. Berta obsypywała Julka prezentami, jedli obiad w restauracji i wracali pijani, szaleni, głośni.

Nieraz Michał robił żonie wymówki. Czasem kończyły się głośną pyskówką, gdy Julek stawał w obronie matki. Michał wyrażał swoją dezaprobatę:

— Berto, mężczyzna żonaty powinien brać odpowiedzialność za rodzinę. Oznacza to, oprócz szacunku, także utrzymanie. Julku, z czego żyjecie, jeśli mogę spytać? — zwrócił się ostro do pasierba.

— Ja udzielam lekcji — wtrąciła Bronia, spuszczając wzrok.

— A ktoś cię pytał o zdanie? — krzyknął Julek.

Wieczorem Michał, wracając z gabinetu, usłyszał głośną awanturę w pokoju Julka. Bronia płakała i próbowała go uspokajać, ale na próżno.

Zdawało mu się, że usłyszał odgłos wymierzonego policzka.

Któregoś wieczoru, gdy sytuacja się powtórzyła, nie wytrzymał i wtargnął do pokoju, bo Julek wrzeszczał ordynarnie i chyba znów uderzył żonę. Rzeczywiście leżała koło łóżka z rozciętą wargą. Michał wymierzył Julkowi krótki cios, krzycząc desperacko:

— Jak śmiesz?! Jak śmiesz?!

Potem złapał go za koszulę i jeszcze poprawił otwartą dłonią.

— Boli cię? Boli? Czujesz się upodlony? ONA tak się czuje! Tak ją właśnie boli! To jest twoja żona! Żona!!! Jak śmiesz?! Wynoś się!

Urażony Julek pobiegł na skargę do matki, a ta nie omieszkała zrobić Michałowi przy śniadaniu gorzkiej uwagi. Nic więcej, bo to jednak Michał utrzymywał ich wszystkich, po tym jak Julek stracił kolejną posadę i zgrał się w karty.

Po południu zabrała syna do miasta „na poprawienie nastroju”. I tak go sobie poprawili, że wracając nocą, pijani — wpadli studebeckerem Berty do rowu. Znaleziono ich rano zakrwawionych i martwych.

Po pogrzebie Michał poprosił Bronię, żeby została w majątku, bo po pierwsze, wiedział, że nie ma ona dokąd wracać, po drugie Hania i Piotruś doskonale się czuli w jej towarzystwie.

Bronia zamieszkała w domu Michała na prawach członka rodziny, pełniąc funkcję guwernantki, gospodyni i dobrego ducha.

Była łagodna, mądra i pracowita i dom, a zwłaszcza domownicy, z miejsca to odczuli. Michał nie musiał się już troszczyć o ogród, dzieci, kuchnię…

Lubił popatrywać na nią. Lubił jej śmiech i dziecięcy zapał we wszystkim, co robiła. Jej grę na fortepianie, skupienie, gdy cerowała pończochy Hani, spodenki Piotrusia, skarpety Michała. Jakubowa pokochała Bronię całym sercem, po tym jak Bronia nacierała jej plecy kamforą i niedźwiedzim sadłem. Szczęśliwa Jakubowa zajmowała się już tylko kuchnią. Bronka zajmowała się domem sprawnie, i jedynie Fetke, zausznica Berty, mieszkająca z łaski po śmierci swojej pani w domu Michała, nie lubiła Broni, uważając, że jest ona odpowiedzialna za nieszczęście.

Frau uczyła Hanię i Piotrusia niemieckiego — gdy była trzeźwa.

Minęło lato, jesień zbliżała się ku końcowi.

Park stał się płomienny od wielkich, żółtych klonów i brązowiejących jaworów, dębów kanadyjskich — czerwonych jak krew. Opadały z głośnym pacnięciem kasztany i żołędzie, kwitły marcinki, astry, nawłocie. Ciągle jeszcze było ciepło, ale dni już stawały się krótsze, a noce zimne.

Pewnego wieczoru, gdy Michała jeszcze w domu nie było, Frau zaszła do salonu i widząc tam Bronię, spytała ostro:

— Jak długo zamierzasz tu siedzieć?! Tak naprawdę żadna to twoja rodzina, a dziećmi to ja i Jakubowa zająć się umiemy!

— Proszę? — podniosła Bronia zdziwione oczy.

— Świdrujesz tymi oczami, a wiadomo przecież, że siedzisz tu jak zły duch! Gdybyś nie zdenerwowała Julka, do tragedii by nie doszło!

— Jak pani śmie insynuować coś takiego? To on mnie uderzył, a nie ja jego!

— Widać zasłużyłaś! A teraz kręcisz tyłkiem do pana Michała, przewrotna kobieto.

— To nieprawda! — burknęła Jakubowa, która stała już od kilku chwil w drzwiach salonu z wielką konwią w ręku.

 

— Do kuchni! — odszczeknęła Frau Fetke.

— Zaraz, tylko podleję palmę — odrzekła dumnie Jakubowa

— To nieprawda — powiedziała spokojnie Bronia do Frau. — Proszę mnie nie obrażać!

— Masz ochotę zająć miejsce pani Berty? Tak? Wskoczyć mu do łóżka? Gzić się tam? Niedoczekanie!

Bronia zerwała się z płaczem i wybiegła do ogrodu.

Wrócił z pracy Michał. Jakubowa podała mu kolację chmurna i zgorszona. Zaindagowana opowiedziała Michałowi o całym zajściu. Na to weszła chwiejnym krokiem Frau:

— Tak! Powiedziałam tej przybłędzie, co o niej myślę — wypaliła — i powiem więcej, że ze służbą to się nie wolno spoufalać!

— Bronia to nie służba, Frau Fetke, a jeśli już o tym mówimy, to pani tu pełni rolę służebną.

Jeszcze tego wieczoru Michał wyprosił Frau z domu. Rano woźnica miał ją odwieźć na stację.

Bronia nie wracała, a Michał niepokoił się coraz bardziej. Było już bardzo późno i zimno. Nie wzięła płaszcza, pobiegła tylko z szalem.

Wiedział, gdzie jej szukać. Znał jej ścieżki. Za sadem, schodkami w dół, do jeziora, a tam plażą — do wielkiego głazu. To jej ukochane miejsce. Nieraz widział z sadu, ze skarpy, jak tam siadywała.

Biegł teraz zdyszany i… zobaczył ją skuloną na ławeczce, opartą o wierzbę. W świetle księżyca wydała się mała, drobna jak dziecko.Wtedy zdał sobie sprawę, jak mu jest bliska. Jak bardzo kocha tę śliczną ciemnooką dziewczynę. Bardzo chciał ją wziąć w ramiona i zamknąć przed złym światem! Przystanął rażony własną konstatacją.

— Stary dureń ze mnie. Mam pięćdziesiąt lat! Ona ledwie do trzydziestu dochodzi. Zaraz… dwadzieścia sześć? Siedem?… Dureń stary. Czy ona spojrzy choć na mnie? Stary dureń…

Szedł w jej stronę coraz bardziej radosny, że ją widzi, coraz bardziej przerażony tym, co odkrył. Jest za stary… Serce w uśpieniu stygło latami, a tu taki poryw!

Bronia często przychodziła w to miejsce odludne pomyśleć, popłakać, pomarzyć. Teraz poczuła głęboką beznadzieję. Dokąd ma wracać? Tu wreszcie, pierwszy raz po śmierci Julka, poczuła głęboki spokój, radość z pracy, jaką wykonywała. Polubiła Jakubową, dom i jego zapach, Hanię i Piotrusia, garnących się do jej spódnicy tak chętnie i ufnie. Była guwernantką, czasem ogrodniczka, gospodynią i nianią. Ale… rzeczywiście, może ta Frau ma rację, że nie należy nadużywać gościnności pana Michała?

— Michał — wyszeptała. — Michale…

Obudził w niej tęsknotę za czymś dobrym i nienazwanym. Czuła się przy nim taka bezpieczna! Nadto był mężczyzną pięknym i z manierami. Tak ciepło popatrywał na nią, gdy zdawało mu się, że ona nie widzi. Gdy haftowała, pisała czy rozmawiała z Jakubową. Gdy grała na fortepianie, czytała, przyprowadzała dzieci, żeby powiedziały tatusiowi „dobranoc” — czuła jego badawcze spojrzenie.

Kochała go skrycie. Nie przeszkadzały jej siwe już od dawna, lekko falujące włosy ani zmęczone, chabrowe oczy, ani wiek. Dla mężczyzny ciągle jeszcze odpowiedni, jak w duchu myślała.

Zobaczyła go teraz w oparach jeziornych, jak wyłaniał się z mgły mokrej i chłodnej. Szedł spięty, rozglądając się i szukając jej.

— Broniu! Broooniu!

Był blisko, gdy wyszła zza pnia wierzby.

Tak to opisała w pamiętniku, który mama uratowała z wojny:

Gdy go zobaczyłam tak niespodziewanie blisko, poczułam, jak serce do gardła mi skoczyło radośnie. Szukał mnie! Niepokoił się! Michał! Piękny mój, wyśniony Michał! Stanął nieporadny, wzruszony i tylko mu oczy błękitem błysnęły.

— Broneczko, żyjesz?

Spytał, jakby bał się, że poszłam się utopić!

Pachniał cygarem i lawendą… sobą, ciepłem, spokojem. Podeszłam i przylgnęłam do niego. Niech się dzieje, co chce!

Objął mnie dyskretnie, lękliwie, nieporadnie, lecz gdy chciałam się uwolnić — nie pozwolił. Nie puścił. A gdy podniosłam ku niemu głowę, nasze usta same się spotkały.

Tak słodko nikt mnie jeszcze nie całował!

Potem szepnął: „Bądź moja, Broneczko. Na wieki i przed Bogiem!’’

Wyszła za niego i urodziłam się ja! Barbara!


Okupacja wciąż trwała, i zdążyłam się do niej przyzwyczaić, gdy pewnego dnia zajechał pan Jürgen — przyjaciel tatki z młodości. To była zima.

Był ogrodnikiem w Pasymiu i miał rozległe kontakty. Bywał już u nas wielokrotnie. Długo rozmawiali w pokoju rodziców. Opowiadał, że ruszył front i że powinniśmy się zbierać z naszego majątku, bo jak przyjdą Ruscy — zagrabią wszystko, a jak popiją — popalą, zniszczą… Tatko oponował. Mówił, że trudno, że się to przeczeka, ale mama wpadła w panikę i przypomniała Lwów — jak stamtąd wypędzili Polaków, jak się szarogęsili, niszczyli.

Pan Jürgen prosił, żeby się jednak spakować i przyjechać do niego, do Pasymia, przeczekać ruską nawałę. Obiecał jeszcze wpaść.

Mało pamiętam z tamtych czasów. Głównie narady rodziców, szepty, lęk Jakubowej i częste hamowane łzy mamy. Wieczorami rodzice słuchali radia, po cichutku, i rozmawiali, rozmawiali bardzo poważnie.

Po nowym roku jakoś znów przyjechał pan Jürgen z innym panem i długo, nerwowo rozmawiali z rodzicami. Następnego dnia wyjechał, a my zaczęliśmy się przepakowywać, bo ten drugi powiedział, że za duży bagaż się nam zrobił, na dwie furmanki. Zrobiliśmy jeden mały wóz i wózek dziecięcy po mnie naładowany piernatami.

— Nie warto — mówił — brać konia, bo i tak zabiorą, zabiją…

A później ruszyliśmy… Przez boczną linię frontu mieliśmy iść. Piotr i tatko bardzo się tym denerwowali.

Nie wiedziałam, co to znaczy, że „ruszył front”, ale widocznie było to coś strasznego.

Byłam zła.

Jakubowa zapłakiwała się już od kilku dni, ale miała zaraz pojechać na wieś do rodziny. Było zimno i ponuro. Nie rozumiałam, dlaczego opuszczamy dom.

Przecież mówiono, że to Niemcy są niebezpieczni, wywołali wojnę, zniszczyli Warszawę, a wyzwolą nas Rosjanie. To czemu uciekamy przed nimi z majątku?

— Tato? — Piotrek się srożył. — Tato, niech tatko mi wytłumaczy, dlaczego idziemy prosto w ich łapy? A nie, jak wszyscy, na zachód?

— Synu. Rozmawialiśmy. Ten pan doprowadzi nas bezpiecznie do Pasymia, do Jürgena. Tam przeczekamy tę nawałnicę i wrócimy, Bóg da, do majątku. U niego jest bezpiecznie i jednak blisko. To swój.

— Ale idziemy prosto na nich! — zapiszczał Piotr, bo właśnie przechodził mutację.

— Jednak to wyzwoliciele, nie histeryzuj!

Szliśmy jakimiś łąkami, ścieżynami leśnymi, jak zwierzęta czujące zagrożenie. Wszędzie było mnóstwo śniegu, z którego sterczały pióropusze suchych traw, czasem krzewiny jakieś… czuliśmy się jak kuropatwy uciekające przed myśliwym.

Mama opatuliła nas we wszystko. Byliśmy jak tłumoki. Nawet tatko miał na głowie czapę i szal wokół brody, jakby go zęby bolały. Nieogolony — wyglądał brzydko.

Przewodnik, znajomy pana Jürgena, prawie nic nie mówił. Nocowaliśmy w opuszczonych chatach, stodołach, lękliwie rozpalając ogień. Tylko nocami dostawaliśmy ciepłe napoje. Byłam głodna, wiecznie zmarznięta i nadąsana. Bałam się za nas wszystkich i leżąc w słomie razem z Hanką, szeptałyśmy między sobą, pocieszając się wzajemnie.

Po drodze w jakimś miasteczku usłyszeliśmy potworne dudnienie, zupełnie jak podczas wielkiej burzy i zza zakrętu wyjechały wojskowe gazy, ciężarówki z… Ruskimi. Nie zwracali na nas uwagi. Gnali, wzbijając tumany śniegu. Kilkoro mieszkańców — jak my — gapiło się na nich. Gdy się wreszcie przewalili, na końcu znów jechały samochody i wtedy wyskoczyło z nich kilku żołnierzy i podskoczyło do nas.

Przewodnik od Jürgena zagadał coś do nich po rusku, ale uderzyli go niedbale i przegrzebali nam rzeczy. Pytali o wódkę. Byli pijani. Jeden z nich rozchylił mamie szal i zerwał złoty łańcuszek, a później złapał za palec. Ojciec z furią rzucił się na niego, ale tamci podstawili mu nogę i tatko upadł. Piotrek też oberwał i spadły mu okulary, więc szukał ich po omacku w śniegu. Mama krzyknęła boleśnie i wtedy zatrąbił ich samochód. Odbiegli.

Tę noc spędziliśmy na plebanii splądrowanego kościoła. Stary ksiądz płakał co chwila, a jego gburowata, chuda gospodyni zrobiła nam gorącej zalewajki. Mamy palec okazał się złamany i ksiądz usztywnił go patyczkami i bandażami. Było nam wreszcie ciepło. Od dawna niemyci, chętnie skorzystaliśmy z łazienki.

Tyle pamiętam.

Pamiętam jeszcze wymordowaną wieś, bo podobno trzymali z wrogiem…

Wszędzie czerwone plamy na śniegu, jak podczas polowań tatki. Mnóstwo krwi, zgliszcza tlące się jeszcze i kominy sterczące złowrogo, okopcone na czarno. Ogołocony z mięsa szkielet krowy. Poznałam, bo obok leżała zakrwawiona skóra w biało czarne łaty i łeb przerąbany siekierą. Okropne…

Porozwalane pierzyny, sprzęty domowe i tam, gdzie stała kapliczka, cała niebieska, pomalowana farbką, tam stały też szubienice z trupami. Lekko się kołysały. Mama zasłoniła mi oczy i prowadziła mnie, szlochając.