Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazuremTekst

Z serii: Babie lato
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem
Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem
Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małgorzata J. Kursa

Jeszcze więcej nieboszczyków,

czyli śledztwo z pazurem


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

W serii Babie lato

Dedykacja

PRZEDMOWA BELZEBUBA

***

SŁÓWKO OD AUTORKI

PODZIĘKOWANIA

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

W serii Babie lato

W serii:


Iwona Banach Szczęśliwy pech Iwona Banach Klątwa utopców Iwona Banach Lokator do wynajęcia Małgorzata J. Kursa Nieboszczyk wędrowny Aleksandra Mantorska Pechowa dziewczyna Maciejka Mazan Pina, zrób coś! Małgorzata J. Kursa Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem

Z dedykacją dla mojej Kropki i wszystkich czworonożnych Przyjaciół, którzy odeszli za Tęczowy Most.

PRZEDMOWA BELZEBUBA

Nazywam się Belzebub i jestem kotem. Pochodzę z Lublina, ale teraz mieszkam w Kraśniku i mam na swojej czarnej głowie cały dom, a – wierzcie mi – to niemało. Moi dwunożni, czyli Marylka i Sławek Lipscy, nie bez powodu uważają mnie za kota obronnego. W końcu ocaliłem ich mienie przed intruzami z zewnątrz (o czym możecie przeczytać w książce Nieboszczyk wędrowny). Ukatrupieniem jednego co prawda przyczyniłem im trochę pracy, za to drugiego upolowałem bardzo miłosiernie: unieszkodliwiłem, ale pozwoliłem przeżyć. I to tylko z miłości do Marylki, bo ona dość nerwowo reaguje na obecność nieboszczyków na naszym terytorium i od razu zabiera się do eksmisji.

Ja uważam się raczej za kota bojowego, ale o tym moi dwunożni nie muszą wiedzieć. Marylka ma dosyć histeryczne usposobienie i lekkiego bzika na punkcie mojego bezpieczeństwa. Tylko dzięki naszej sąsiadce z naprzeciwka mogłem zaznać rozkoszy spacerów, a dzięki własnej inwencji – samodzielnego zwiedzania okolicy. I właśnie te moje dyskretne nocne przechadzki zaowocowały nietypowymi znaleziskami.

Ale po kolei…

Gdyby przyznawano medale w kategorii „lenistwo”, dwudziestosześcioletnia Bożena Szklarska z pewnością stanęłaby na najwyższym stopniu podium. Leniwa była od zawsze, co najwyraźniej dało o sobie znać w czasach szkolnych. Jakimś cudem udało jej się skończyć podstawówkę i gimnazjum, ale już o maturze nie chciała słyszeć. Matka odpuściła, niestety ojciec zapowiedział, że darmozjada w domu trzymał nie będzie (oprócz najstarszej córki miał do wykarmienia jeszcze czwórkę jej rodzeństwa). Rada nierada, Bożenka musiała porządnie przyłożyć się do robót domowych, wykonywanych pod krytycznym okiem wymagającej matki, ale już następnego dnia po osiągnięciu pełnoletniości prysnęła z domu w poszukiwaniu lepszego życia (zabierając ze sobą pieniądze ciułane przez rodziców na czarną godzinę). Daleko nie szukała. Z podkraśnickiej wsi dotarła do miasteczka, po czym szybko przekonała się na własnej skórze, że aby jakoś egzystować, musi znaleźć pracę.

Bożenka była leniwa, ale myśleć umiała. Nie zamierzała harować. Była młoda i – wedle swego mniemania – urodziwa. Należało więc nieco w siebie zainwestować, by osiągnąć to, co jej się należało jak psu kość. Ponieważ egzystencję damy lekkich obyczajów uznała za zbyt męczącą i przy tym niepewną, zabrała się do szukania zajęcia. Znalazła je w małym, eleganckim sklepiku obuwniczym, którego właścicielem był czterdziestodwuletni kawaler (!) Konstanty Szklarski. Przyłożyła się i zrobiła na nim takie wrażenie, że po trzech miesiącach została panią Szklarską i mogła zapomnieć o pracy zarobkowej. Zakochany i uszczęśliwiony małżonek podarował jej sklepik w prezencie ślubnym.

Po ośmiu latach małżeństwa Bożenka była bardzo zadowolona ze swojego życia – miała do dyspozycji piętrowy domek z ogrodem, była właścicielką butiku z obuwiem, małżonek wciąż ją wielbił i chętnie sponsorował jej wyjazdy do spa czy egzotyczne wycieczki, a dodatkowo powabna pani Szklarska, szczerze znudzona pożyciem małżeńskim, postanowiła przyhołubić sobie kochanka. Przetestowała kilku chętnych panów, po czym zdecydowała się na jednego stałego, odpalonych amantów pocieszając gratyfikacją pieniężną. Kiedy tylko naszła ją ochota na łóżkowe ekscesy, informowała o tym wybranka. Była z jego usług bardzo zadowolona. Buzował w nim zapał, jakiego jej małżonek nie wykazywał, a odpowiednie dofinansowanie sprawiało, że wszelkie jej pomysły erotyczne uznawał za świetną zabawę. Myśl, że wszystko może się wydać, nie zaświtała jej w głowie. Konstanty był poczciwym safandułą, który ślepo wierzył we wszystko, co Bożenka mówiła, i uważał ją za ósmy cud świata. W dodatku nie musiała nawet specjalnie troszczyć się o zacieranie śladów bytności amanta, bo dysponowała własną sypialnią. Zażądała jej stanowczo, gdy zaraz po ślubie okazało się, że mąż cierpi na lunatyzm.

Właśnie dochodziła dziewiąta. Małżonek od ósmej urzędował w warsztacie i nie było mowy, by wrócił przed osiemnastą. Odziedziczony po ojcu zakład rzemieślniczy z dumnym szyldem: „Szewc K. Szklarski” był jego oczkiem w głowie i ulubionym miejscem pobytu. Kiedy w czasie weekendu żonie udało się wyciągnąć Konstantego między ludzi, choćby do kościoła, zachowywał się jak fetyszysta, bo interesowały go wyłącznie dolne kończyny pobratymców i stan obuwia, które je chroniło.

Bożenka dopiła swoje ulubione latte z nowego ekspresu, który zafundował jej mąż, przeciągnęła się rozkosznie, aż rozchyliły się poły wściekle różowego szlafroczka, ukazując imponujący biust, po czym ruszyła do łazienki. Miała niewiele czasu. Koło dziesiątej miał się pojawić jej adorator. Zamierzała go powitać pachnąca i odświeżona.

* * *

Pchnął furtkę i wszedł na podwórko, pogwizdując pod nosem. Świadomość, że nie musiał się przed nikim ukrywać, napawała go czystą euforią. Bywanie w tym domu należało niejako do jego obowiązków służbowych; nikogo nie zdziwi jego obecność, nikomu nie przyjdzie do głowy żadne głupie podejrzenie. To, co za chwilę będzie się działo za drzwiami, na zawsze pozostanie słodką tajemnicą. Jego i tej kusicielskiej bogini, Bożenki.

Jak zwykle trzy razy przycisnął dzwonek przy drzwiach wejściowych, ale w środku panowała niczym niezmącona cisza. Uśmiechnął się pod nosem. Oho, dziś będzie ciekawie. Bożenka lubiła urozmaicenie i dość często go zaskakiwała.

Drzwi nie były zamknięte, więc bez żadnych złych przeczuć nacisnął klamkę i wszedł do środka. W obszernym hallu niedbale rzucił torbę i kurtkę na podłogę, zerknął do kuchni, potem do pokoju, wreszcie stanął przed wiodącymi na piętro schodami.

– Bożenko! – zagruchał czule. – Kiciuniu moja… Przyszedł twój wierny pieseczek… Głodny pieseczek. Zły pieseczek…

W domu panowała głucha cisza, która go jednak nie zaniepokoiła. Bożenka miała inwencję, a on uwielbiał niespodzianki.

Ostrożnie, niemal bezszelestnie zaczął wchodzić na górę. Do sypialni dotarł prawie na palcach. Zobaczył tylko rozgrzebaną pościel na łóżku. Po gospodyni nie było ani śladu. Po namyśle wrócił zatem na dół, jeszcze raz obszedł wszystkie pomieszczenia i wreszcie rzuciło mu się w oczy zapalone światło w łazience. Uśmiechnął się szeroko i, rozpinając guziki koszuli, szarpnął za klamkę.

Już w drzwiach go zastopowało. Zastygł jak kamień i przez chwilę, która wydawała mu się wiecznością, próbował przełożyć przekaz wzrokowy na werbalny. Ten wzrokowy sprowadzał się do patrzenia na coś, co do tej pory widywał jedynie w filmach i czego absolutnie nie miał nigdy zamiaru oglądać w realu. Ten werbalny – kiedy wreszcie coś na zwojach zaiskrzyło – przetransponował obraz na słowa, których sens całkowicie spętał mu nogi.

 

Na biało-różowej podłodze z płytek leżał niedbale ciśnięty różowy jedwabny szlafroczek, w różowej, owalnej wannie tkwiła zaś Bożenka. Bezpruderyjnie eksponowała wszystkie swoje wdzięki, więc widok powinien być estetyczny i zachęcający do wspólnych igraszek w wodzie. Estetykę jednakowoż psuły wytrzeszczone niebieskie oczy i, w jakimś drapieżnym geście, rozcapierzone palce. Bożenka wyglądała inaczej niż zwykle. No, kurczę, wyglądała okropnie!

Przez myśl mu przemknęło, że odtwarza jakąś scenę z filmu, żeby mu najpierw adrenalina podskoczyła, a potem dopiero… ten… no… ten, co to za film był… Testosteron! No!

Z nadzieją pochylił się nad wanną i wymruczał uwodzicielsko:

– Bożenka… Mam się rozebrać i wskoczyć do ciebie?

Wytrzeszczona bogini nie raczyła udzielić odpowiedzi i dopiero w tym momencie dotarło do niego, że osobiście doświadcza tego, co niedawno widział w jakimś filmie – w teoretycznie nieznanym domu znalazł jak najbardziej znaną nieboszczkę. A zaraz potem pojawiła się w jego głowie myśl, która sprawiła, że odrzuciło go od wanny. W każdym kryminale pierwszym podejrzanym stawał się niefortunny znalazca zwłok. Jeśli znajdzie się bodaj jeden świadek jego częstych wizyt, policja doda dwa do dwóch i oskarży go o zabójstwo. Był idealnym kozłem ofiarnym. Tyle że nie miał zamiaru spędzić reszty życia w więzieniu, pokutując za coś, czego nie zrobił.

Ostrożnie wycofał się z łazienki, z powrotem zapiął koszulę, pośpiesznie włożył kurtkę, złapał torbę i, jakby nigdy nic, spokojnym krokiem wyszedł na zewnątrz.

* * *

Konstanty Szklarski najpierw doprowadził warsztat do idealnego porządku, a potem pozamykał wszystkie zamki w drzwiach i ruszył do domu. Daleko nie miał. Niegdyś jego ojciec za niewielkie pieniądze nabył na osiedlu domków dwie parcele znajdujące się obok siebie. Na jednej postawił dom, na drugiej zaś, wychodzącej już na inną ulicę, warsztat szewski. Rzemieślnikiem był świetnym, więc szybko zyskał sobie w miasteczku renomę, a ta po jego śmierci przeszła na syna, który od dziecka przyuczał się do zawodu. Obaj w planach mieli rozbudowę warsztatu, ale poza plany nie wyszli. Stary Szklarski zmarł, Konstantego natomiast nieco przerażały wszelkie zmiany. Dlatego sklep obuwniczy, prowadzony niegdyś przez siostrę, która bez żalu porzuciła bezpieczne łono ojczyzny na rzecz obcych krajów, z dużą ulgą przepisał na młodą żonę i skupił się na tym, w czym czuł się mistrzem: na naprawianiu butów.

Idąc ku domowi, Konstanty rzucił okiem na spory plac pomiędzy warsztatem a posesją, którą zamieszkiwał. W tej chwili była to jedynie pusta przestrzeń pokryta śniegiem. Latem porastały ją bujna trawa i rozmaite zielsko, więc też nie stanowiła specjalnie przykrego widoku. Najgorzej było, gdy śniegi topniały, i tuż przed nadejściem zimy. Tabliczka z napisem „Teren prywatny” nikogo nie odstraszała. Mieszkańcy osiedla skracający sobie drogę do centrum miasteczka bez skrupułów pozbywali się tego, co im akurat zawadzało. Przynajmniej dwa razy do roku Konstanty, którego poczucie estetyki zaburzał każdy śmieć, wywoził z tego miejsca kilka worków rozmaitych opakowań i butelek po napojach. Powinien wreszcie jakoś zagospodarować ten teren, ale… No właśnie. Wszelkie decyzje, które należało podjąć, były dla Konstantego udręką. Zawsze bał się, że jeśli wybierze jedną opcję, będzie żałował, że nie pomyślał o innej. Jedynie w kwestii obuwia się nie wahał.

Westchnął ciężko i przyśpieszył, bo był już porządnie głodny, a w domu z pewnością czekała z obiadem jego ukochana małżonka. Jedyna osoba, której udało się zmusić go do podjęcia męskiej decyzji: zmiany stanu cywilnego.

* * *

Kiedy starszy aspirant Łukasz Szczęsny wszedł do domu, jego żona i teściowa od razu wiedziały, że coś się wydarzyło. Spojrzały na siebie, poderwały się z kanapy, na której prowadziły jakąś kobiecą dyskusję, i bez słowa pokłusowały do kuchni. Z doświadczenia wiedziały, że pożywienie łagodzi zawodowe rozterki Łukasza.

– Myślisz, że kogoś zabili? – zapytała półgębkiem Malwina, która bardzo szanowała swojego zięcia, choć nigdy by się do tego głośno nie przyznała.

– Nie mam pojęcia – mruknęła Lukrecja, wyciągając talerze. – Może był jakiś wypadek. Jeżdżą teraz jak wariaci. Dużo trzeba, żeby…?

– Prawda. – Oczy Malwiny błysnęły złowrogo. – I jeszcze im ryczy ze środka. Czasami mam ochotę przelecieć się po parkingach i wydłubać im ten sprzęt grający. Albo przynajmniej zepsuć. Samochód jest do jeżdżenia, a nie…

– Mamo – w głosie Luki dźwięczało wyraźne ostrzeżenie – wiesz, że na to są paragrafy.

– Mówię tylko, że mam ochotę. Ty nie?

Córka przezornie nie dała się wciągnąć w przestępcze dywagacje. Szybciutko nalała do talerza gorącej zupy i zaniosła ją do pokoju. Malwina wzruszyła ramionami i zajęła się odgrzewaniem drugiego dania. Miała czas. Najpóźniej do wieczora wydusi z zięcia, co go tak zniechęciło do życia. Była domową specjalistką od przesłuchań.

Tym razem nie miała szans, by wykorzystać swoje wrodzone zdolności, bo już po pierwszym daniu Łukaszowi się ulało.

– Wiem, że obie jesteście inteligentne – powiedział z powagą, kiedy żona postawiła przed nim kolejny talerz – ale na wszystkim nie musicie się znać. Dlatego bardzo was proszę, nie kupujcie badziewia tylko dlatego, że jest tańsze.

– Jakiego badziewia? – zainteresowała się podejrzliwie Malwina, bo Luka jedynie uniosła brwi w wyrazie zdziwienia. – Tyle tego widuję codziennie… Może byś sprecyzował, synku?

– Chodzi mi o wszelkie kosmetyczne utensylia – wyjaśnił Szczęsny i westchnął. – Wygląda nieźle, kosztuje grosze i jest ordynarną podróbą.

– Kosmetyki kupuję w renomowanych sklepach – oznajmiła sucho Malwina. – Akurat na tym znam się lepiej od ciebie.

– Nie o kosmetykach mówię. Ale te wszystkie suszarki, lokówki, prostownice, golarki… – Zobaczył minę teściowej i uciął stanowczo: – Jestem głodny.

Zięć jadł, jakby od tygodnia nic w ustach nie miał, a Malwina usiłowała opanować szalejącą w niej furię. Z zaciśniętymi zębami przetrzymała posiłek, ale – gdy tylko odsunął pusty talerz – wysyczała:

– Czy ja wyglądam jak neandertalczyk, żebym musiała się golić?

– Nie wygląda mama – powiedział szybko Łukasz i rozwinął temat: – Właśnie wróciłem od naszego sąsiada. Tego szewca, co mieszka na naszej ulicy. Po powrocie z pracy znalazł swoją żonę martwą w wannie. Właśnie przez takie badziewie.

Malwina pośpiesznie przeleciała w myślach twarze sąsiadek z osiedla. Stanęła jej przed oczami dorodna blondyna o urodzie Miss Piggy, która zachowywała się, jakby była gwiazdą filmową, i poczuła nikłą satysfakcję. No, proszę. Okazuje się, że dbanie o urodę połączone ze skąpstwem może się źle skończyć. Malwina znała sąsiadkę z widzenia, albowiem Bożenka była stałą klientką jej baru. Zawsze brała jedzenie na wynos i zawsze dopytywała, czy na pewno jest dzisiejsze, co właścicielkę doprowadzało do szału i wymagało dużego samozaparcia, żeby nie dosypać do zakupu jakiegoś specyfiku na rozwolnienie.

– Utopiła się? – zapytała z troską, starannie ukrywając niechęć. – Pewnie wrzuciła do wody te pachnące kulki poślizgowe. Raz się na to nacięłam. Można nieźle pojechać. Zwłaszcza jeśli wanna szeroka.

– Prąd ją poraził – poinformował krótko zięć. – W wannie próbowała depilować nogi. Golarka była podłączona, zrobiło się zwarcie i kobieta nie żyje. W dodatku i mąż o mało nie zszedł, bo znalazł ją po powrocie do domu i próbował ratować. Szkoda mi go. Chłopina jest w kompletnej rozsypce. Przy nas wydoił prawie całą butelkę waleriany.

– Też ma po kim płakać! – prychnęła pogardliwie Malwina. – Nawet obiadu jej się nie chciało ugotować, a nie pracowała przecież i dzieci jej nie płakały. Do mnie codziennie przylatywała po żarcie, bo już cały Kraśnik wie, że u mnie to jak domowe.

– Mamo! – Luka spojrzała na nią z naganą. – Młoda była. Może…

– A ty jesteś stara? – zainteresowała się zgryźliwie Malwina. – I pracujesz, a z kuchni nie uciekasz…

– A dlaczego uważasz, że to ta golarka ją zabiła, Łukasz? – Luka szybko zmieniła temat, bo nie znosiła plotkowania. – Może to gniazdko było felerne?

– Golarka. Nasz technik wszystko obejrzał. To była ordynarna chińska podróbka znanej marki. Na baterię albo na prąd. Denatka podłączyła ją do kontaktu mokrymi rękami i wystarczyło. Gniazdko, owszem, iskrzyło, ale powodem była golarka.

– Idiotka! – nie wytrzymała Malwina.

– No, idiotka – przyznał Łukasz. – Ale nasz technik mówił, że prędzej czy później to badziewie i tak wystrzeliłoby z jakąś niespodzianką… Szkoda jej. Młoda była.

– A może to mąż ją sprzątnął, bo… – zaczęła Malwina, ale od razu zrezygnowała z rzucania podejrzeń. – Nie. Ten Szklarski sporo od niej starszy. I fajtłapa. Prędzej już ona by się go pozbyła.

* * *

Nabożeństwo żałobne po Bożenie Szklarskiej odbyło się z wielką pompą w kaplicy obok budowanego kościoła. Konstanty płakał jak bóbr, zadziwiając rodzinę ukochanej żony, której członkowie nie mogli pojąć, jakimi to nieznanymi im cechami dysponowała nieboszczka, że zasłużyła na taką rozpacz. Na wieść o tragicznym zejściu córki matce Bożenki błysnęła wprawdzie myśl, że mogłaby podetknąć świeżo upieczonemu wdowcowi kolejną latorośl, ale ujrzawszy na własne oczy ten ogrom boleści, szybko zrezygnowała. Szczęście w nieszczęściu, że udało jej się wyperswadować zięciowi pomysł, aby pochować ukochaną małżonkę w tych różowościach, które tak uwielbiała. Wstyd byłby na cały Kraśnik, bo mnóstwo ludzi zaglądało przed pogrzebem do przyszpitalnej kaplicy. Nieźle się nagimnastykowała, żeby kupić sukienkę odpowiednią do trumny. Z szafy Bożenki walił po oczach wyłącznie róż.

Nieszczęsny Konstanty nie miał pojęcia, że pomiędzy zgromadzonymi w kaplicy żałobnikami są analityczne damskie umysły, przeprowadzające w tej chwili błyskawiczną kalkulację możliwości zostania kolejną panią Szklarską. Nie wiedział również, że kilku skromnie stojących pod ścianą młodzianów ze szczerym żalem żegna jego żonę, a jeden z nich wbija w jego plecy spojrzenie pełne nienawiści. Ten bowiem, oprócz głębokiego żalu, czuł także wściekłość. Tragiczna śmierć Bożenki odebrała mu nie tylko partnerkę łóżkowych igraszek. Wraz z nią stracił szansę na regularny dopływ wcale niemałej gotówki. Nieboszczka nie skąpiła pieniędzy, by okazać mu swoje zadowolenie, a on skrupulatnie odkładał kasę na swoje największe marzenie: motocykl dobrej klasy, którym mógłby w pojedynkę przemierzać Europę, zarabiając po drodze na życie. Do pełnego szczęścia brakowało mu zaledwie pięciu tysięcy, na które w ciągu najbliższych trzech miesięcy z pewnością by zapracował u swojej różowej bogini. Marzenie właśnie miało zostać pochowane razem z Bożenką, a były amant uznał, że winę za to ponosi jej stetryczały małżonek. Zamierzał mu utrudnić egzystencję.

* * *

Roczny prawie pobyt w Kraśniku sprawił, że Lipscy bez problemów wtopili się w społeczność miasteczka. Nikt postronny nie miał pojęcia, co naprawdę wydarzyło się w rodzinie Zawilskich i jaką rolę w ukaraniu mało sympatycznego kuzynka Marylki odegrał kot obronny imieniem Belzebub. Dzięki pomocy notariusza Wilczyńskiego Marylka uzyskała dostęp do konta zgasłego przedwcześnie krewniaka. Część pieniędzy zużyła na pochówek denerwującego nieboszczyka, w gronie znajomych nie bez powodów nazywanego kurhankiem, resztę zaś przekazała domowi pomocy społecznej i odetchnęła z ulgą, bo życzyła sobie jak najszybciej zapomnieć o Robercie Zawilskim.

Apteka, mimo sporej konkurencji, prosperowała i – na razie – nie przynosiła strat. Mieli stałych klientów. Marylka i Sławek uważali, że zawdzięczają to Marcie Artymowiczowej, która polecała ich swoim pacjentom. Współpraca ze starannie dobranym personelem również układała się świetnie, choć w przypadku jednej osoby Marylka na wszelki wypadek od razu przeprowadziła test Joanny. Wpadł jej kiedyś w oko podczas lektury którejś z książek Chmielewskiej i była zdania, że jego wiarygodność jest bezkonkurencyjna.

Marylka nigdy nie wątpiła w wierność swojego małżonka, ale wolała nie kusić licha. Kiedy naocznie stwierdziła, że jedna z kandydatek na pracownicę, która śpiewająco przeszła rozmowę kwalifikacyjną, jest nie tylko inteligentna i kulturalna, lecz także nadmiernie (jak na jej potrzeby) urodziwa, w drodze do domu oznajmiła radośnie:

– Czuję, że będziemy mieli ruch w interesie. Ta Ida jest prześliczna. Jak stanie za ladą, nie opędzimy się od klientów.

– No, owszem. Niczego jej nie brakuje – zgodził się Sławek i westchnął. – Szkoda tylko, że niezamężna. Wołałbym, żeby była rodzinnie ustabilizowana. Bo z lekami nie ma żartów, a jak się trafi jakiś amant… Dziewczyna odpłynie, a o pomyłkę nietrudno, kiedy myśli się o niebieskich migdałach.

 

– Sławuś – Marylka uspokajająco poklepała go po ramieniu – ona ma chłopaka od pięciu lat. Mówiła mi, że teraz to już pewnie zdecyduje się na ślub. Przedtem nie chciała, bo szukała pracy.

– A, jak tak, to w porządku. Może sobie być prześliczna.

Sławek test zdał, prześliczna Ida zasiliła personel apteki, a Marylka uznała, że może spać spokojnie.

Marta Artymowicz, dobry duch Lipskich, pomogła im też skutecznie pozbyć się nachalnej klientki, powołującej się na serdeczną przyjaźń z byłą właścicielką, Teresą Zawilską. Bo niedługo po otwarciu pojawiła się w aptece chuda jak szczapa niewiasta z wielkim nosem, który sprawiał wrażenie, jakby nieustannie węszył, i małymi oczkami świdrującymi jak dwa lasery. Jej długa szyja obróciła się niczym peryskop, dokładnie lustrując półki z lekami, kącik dla dzieci, urządzony przez Marylkę, stolik z butelką niegazowanej wody i jednorazowym kubkiem oraz aparatem do mierzenia ciśnienia. Wreszcie jej spojrzenie spoczęło na stojącym za ladą Sławku, który poczuł się jak preparat pod mikroskopem.

– To pan jest tym dziedzicem po Tereni? – W nieprzyjemnie brzmiącym głosie słyszalne było wyraźne powątpiewanie. – No, łatwo panu tu nie będzie, ale przyjaźniłyśmy się, to mogę pomóc. Majewska jestem. – Wyprostowała z godnością tyczkowatą sylwetkę. – Mnie tu wszyscy znają. Jak wam zrobię reklamę, nie opędzicie się od klientów, ale… Gdzie cukierki? – Spojrzała na Lipskiego groźnie. – Te na kaszel i głogowe na serce? Tu! – Wskazała stolik. – Tu powinny leżeć! A te to na co? Bo jakieś malutkie…

– Z witaminami, dla dzieci – wykrztusił zaskoczony Sławek.

– A… No, ostatecznie… – Majewska zgarnęła sporą garść z kolorowej miseczki i wsypała do przepastnej torebki. – Na kaszel i głogowe! – powtórzyła z naciskiem. – Zawsze u Tereni brałam!

Ogłupiały Sławek potulnie kiwnął głową, a niewiasta błyskawicznie znalazła się przy drzwiach i otwierając je, oznajmiła gromko:

– Ja tu jeszcze przyjdę! Rabat miałam u Tereni na wszystko!

Po powrocie do domu oboje z Marylką zastanawiali się, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, by nie urazić potencjalnej klientki.

– Baba mi wyglądała na pazerną – powiedział zmartwiony Sławek. – Te cukierki ziołowe nie są jakoś specjalnie drogie, ale jak ona zacznie składać wizyty raz w tygodniu, to pójdziemy w koszty…

– Nie prowadzimy instytucji charytatywnej, tylko aptekę! – warknęła Marylka. – Dlaczego mnie nie zawołałeś? To chyba jakaś oszustka. Jakim cudem mogła mieć rabat na wszystko u ciotki? To niemożliwe. Jest zakaz dawania upustów, a ciotka była praworządna tak, że już bardziej się nie da. Nie postąpiłaby wbrew prawu.

– Ale my tu dopiero zaczynamy, kochana. – Sławek w desperacji poczochrał obfitą czuprynę. – Przedstawiła się wyraźnie. Może to jakaś ważna baba jest?

– I co? – Błękitne oczy Marylki błysnęły wojowniczo. – Haracz jej mam płacić? Cukierkami ziołowymi? A jak jej przyjdzie do łba, że potrzebuje antybiotyku, też mam jej za darmo dać? Przecież z torbami pójdziemy! Belzebub! – Obejrzała się na kocura, który leżał na dywanie, pracowicie i z wyraźnym zaangażowaniem obgryzając jakiś przedmiot. – Jak uważasz? Powinniśmy babę dopieścić czy pogonić raz, a dobrze?

Kot zrobił zeza, łypiąc na nią znad trzymanego w paszczy przedmiotu, i mocniej zacisnął szczęki. Chrupnęło głośno.

– Tak myślałam – stwierdziła Marylka z satysfakcją. – Widzisz, Sławuś? Belzebub też uważa, że trzeba ją spuścić na drzewo.

– Ale ja bym chciał wiedzieć… Tak na wszelki wypadek… – zaczął Lipski i urwał, bo rozległ się dzwonek do drzwi.

Marylka natychmiast pokłusowała do hallu i po chwili wprowadziła do pokoju objuczoną Martę, która z ulgą postawiła na podłodze wypchane siatki i opadła na kanapę. Belzebub porzucił swoje zajęcie, ulokował się na jej kolanach i podstawił do głaskania czarną łepetynę.

– Jak wam się układa w pracy? – Marta położyła dłoń na kocim łebku i od razu rozległo się głośne mruczenie. – Przyniosłam wam wałówkę, bo pewnie nie mieliście głowy do gotowania… Klienci dopisują? Już rozpuściłam wici wśród swoich pacjentów… Marylka, rozpakuj te siatki, bo to moje dyżurne i jestem do nich przywiązana.

Marylka posłusznie potruchtała ze zdobyczą do kuchni i po chwili zaczęły stamtąd dobiegać pełne zachwytu pojękiwania. Pani magister uwielbiała dobre jedzenie, a już zdążyła się przekonać, że ich ulubiona sąsiadka świetnie gotuje.

– Maminka, ty jesteś tutejsza… – zaczął ostrożnie Sławek, który w przeciwieństwie do żywiołowej małżonki wolał minimalizować wszelkie ryzyko. – Wiesz, dzisiaj miałem… Przyszła baba, powiedziała, że nazywa się Majewska, i zaczęła…

– O kurczę! – Marta prawie podskoczyła i Belzebub miauknięciem przywołał ją do porządku. – Przepraszam, diabełku… Zapomniałam was uprzedzić.

– Kto to jest? – Lipski spojrzał na nią z napięciem. – Jakaś lokalna szycha?

– Jednoosobowa kraśnicka stacja nadawczo-odbiorcza – westchnęła Marta. – I najbardziej skąpa baba, jaką znam. Nie ominie żadnej promocji w supermarkecie. Jeśli czymś częstują w ramach degustacji, pojawia się jak tornado, wsysa, co się da, i znika. Mistrzyni plotki: tu usłyszy, tam dołoży i przekręci, po czym puszcza w obieg. Podejrzewam, że każdy mieszkaniec Kraśnika ma w jej głowie własną teczkę, a w niej zapisane każde potknięcie – od pieluch do śmierci. Wam pewnie też już dorobiła swoją wersję przejęcia apteki. W sumie nie ma się czym przejmować. Wymysły Majewskiej z nieustającym zachwytem i bezkrytycznie przyjmują jedynie kwoki i poduszkowce, co zwykle skutkuje tym, że chcą osobiście zweryfikować zasłyszane u źródła rewelacje. A to dla was dobrze, bo jak przyjdą na przeszpiegi, to przy okazji coś kupią.

– Maminka, co to są poduszkowce? – zainteresowała się stojąca w drzwiach Marylka. Mówiła trochę niewyraźnie, bo przeżuwała cudownie rozpływającego się w ustach małego ruskiego pierożka.

Marta spojrzała na Sławka, łakomie wpatrzonego w żonę, i uśmiechnęła się z rozbawieniem.

– Nakarm go, zanim zje ciebie – rozkazała. – Najlepiej przynieś te pierogi i postaw na stole. Naczynia możecie oddać przy okazji, nie śpieszy mi się.

– Ale powiesz…? – Marylka zawahała się w progu.

– Wytłumaczę ci, jak wrócisz – obiecała Marta.

Kiedy na stole pojawił się sporych rozmiarów półmisek wypełniony pierogami, Sławek, całkowicie uspokojony w kwestii Majewskiej, natychmiast zajął się konsumpcją, a Marylka, pogryzając kolejnego pierożka, wpatrywała się wyczekująco w sąsiadkę.

– Nie wiem, jak jest w Lublinie – zaczęła Marta – ale w Kraśniku egzystują w symbiozie dwa gatunki wszystkowiedzących. Te, które rezydują na osiedlowych ławkach, nazywam kwokami, bo siedzą jak kury na grzędach. Natomiast poduszkowce obserwują życie miasteczka z wysokości swoich pięter i w luksusach, ponieważ zwykle opierają się na położonej na parapecie poduszce. Ot i cała tajemnica. Majewska nie mieści się w tej klasyfikacji, bo siedzenie w jednym miejscu przekracza jej możliwości. Ona ciągle musi się przemieszczać. Kwoki i poduszkowce używają przede wszystkim oczu, a Majewska – głównie uszu. Jest jak stary, doświadczony nietoperz – wyłapie każdy szmerek. Jeśli znowu się u was pokaże, musicie dać jej stanowczy odpór. Obrazi się i więcej nie przyjdzie.

– Szmerki mam w nosie – oświadczyła Marylka, wzruszając ramionami, i nagle dotarło do niej, że ukochany pupil zupełnie nie zwraca na nią uwagi, przylepiony do kolan Marty i mruczący jak czarny traktorek. – Maminka, co ty robisz, że Belzebub pcha się do ciebie, kiedy tylko przychodzisz? On raczej nie przepada za obcymi.

Marta wychwyciła w jej głosie nutkę zazdrości i powstrzymała uśmiech. Doskonale wiedziała, że magister Lipska kocha pupila miłością zachłanną i nie znosi konkurencji. Ponieważ nie miała ochoty wdawać się w dywagacje na temat swoich umiejętności w dziedzinie bioenergoterapii, sprytnie zmieniła temat.

– O, widzę, że wasz piekielny domownik znalazł sobie nową rozrywkę. – Wskazała porzucony przez kocura przedmiot. – Zdolny chłopak. Czy on przypadkiem w poprzednim życiu nie był termitem? Albo bobrem?

Marylka natychmiast zapomniała o zazdrości i niespokojnie obejrzała się za siebie. Na dywanie leżał sporych rozmiarów młotek, którego gruby trzonek wyglądał, jakby rzeczywiście napoczęło go stadko wygłodniałych termitów. Wystawały z niego drzazgi i sprawiał wrażenie, że wystarczy go lekko nacisnąć, by całkowicie odmówił współpracy.

Sławek spojrzał również i niewiele brakowało, by konsumowany ze smakiem pierożek stanął mu w gardle.

– Mój ulubiony! Najlepszy młotek, jaki miałem! Pasował mi do ręki jak żaden inny! – jęknął, kiedy udało mu się przełknąć. – Czy ten kot jest normalny? Jeden pokój na górze zamieniliśmy w koci raj: drapaki, zabawki, tunele… Dlaczego dewastuje moje narzędzia?! Gdzie ja teraz taki młotek dostanę?! To chińskie g… – ze względu na Martę ugryzł się w język – …coś do niczego się nie nadaje!

– Sławuś, nie przesadzaj – mruknęła Marylka z naganą. – Nie wierzę, że w Kraśniku nie sprzedają młotków. Kupisz sobie drugi. Ale te narzędzia to ty jakoś chowaj. Belzebub mógł się pokaleczyć drzazgami. Zobacz, jakie one duże…

A to był dopiero początek, o czym oboje rychło mieli się przekonać.

* * *

Belzebub czuł się najbardziej porzuconym kotem na świecie. Lipscy większość dnia spędzali w aptece, ponieważ chcieli się zintegrować z personelem, a przy okazji pokazać klientom, że u nich będą obsługiwani na najwyższym poziomie. Kiedy wieczorem wracali do domu, robili burzę mózgów, zastanawiając się, w jaki sposób zapewnić sobie stałą klientelę. Konkurencja była duża – w małym miasteczku najwięcej było chyba właśnie aptek.