Mord na Zimnych Wodach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Widać gdzie indziej wcale nie żyje się lepiej, tylko rzeczywistość rozminęła się nam z oczekiwaniami — powiedział staruszek. Potem nagle zmienił temat i stwierdził: — Pan jednak został.

— Nie, nie zostałem. Nie pochodzę stąd. Ale kiedyś często tu bywałem… u krewnych. Dopiero teraz… — odpowiedziałem.

— Jest pan tu z sentymentu? Zakochał się pan? — dopytywał starzec.

— Można tak powiedzieć — odpowiedziałem wymijająco. — Można tak powiedzieć… Mam stąd wspaniałe wspomnienia, dlatego przyjechałem na trochę. Rozglądam się i zastanawiam, czy nie osiąść tu na stałe.

***

Oględziny zwłok przez policjantów i doktora Mariana Wolaka nie przyniosły żadnych nowych informacji. Nie było wątpliwości, że kobiecie podcięto gardło. Wszyscy zastanawiali się, jak to możliwe, że o tej porze roku była na dworze tylko w cienkiej sukience.

— Wygląda, jakby wybierała się do ślubu w środku lata — zauważył Kazik Sosnowski, drugi z posterunkowych, który przybył na miejsce razem z Fąferkiem. — Brakuje tylko bukietu i mielibyśmy pewność, że trzeba szukać pana młodego. Brak obrączki niczego nie przesądza. Mógł ją ściągnąć ten luj, co się do nas zgłosił. I schować gdzieś w te swoje łachmany. Nikt go przecież nie przeszukał.

Tę adresowaną do niego złośliwość, częściowo, niestety, uzasadnioną, Prajchert przyjął ze spokojem.

— Kierowniku — zwrócił się do Fąferka — mam kazać posterunkowemu Sosnowskiemu przeszukać tego luja?

— Cisza. — Aspirant uciął dyskusję. — Na razie nie mamy powodu, by mu nie wierzyć. Idź do niego, Sosnowski. Niech ci poda nazwisko i adres.

Sosnowski odszedł w kierunku mężczyzny, reszta policjantów skierowała się natomiast w stronę drzewa, przy którym chwiał się Kostecki. Zrobił już zdjęcia kartki i noża, ale wciąż był bardzo blady. Znaleziska powstrzymały jednak wcześniejszy wybuch mdłości.

— Dobra robota — pochwalił go Fąferek, nakładając rękawiczki, i bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby zapytał jeszcze, czy zdjęcia są już zrobione.

Kostecki skinął potakująco głową.

Sosnowski powrócił z zapisanym imieniem, nazwiskiem, adresem i danymi sąsiadów, którzy mogliby potwierdzić, kim jest człowiek, który znalazł zwłoki. Fąferek przeczytał, nie wiedzieć czemu na głos, „Zenon Kowalski” i zdecydował, że Sosnowski pojedzie z nim na komisariat.

Sosnowski nie miał na to ochoty, ale ugryzł się w język. Był pyskaty i złośliwy, bo dzięki temu radził sobie, ze swą mizerną posturą, wśród dzieciaków skłonnych raczej do bitki niż do debat o literaturze. W policji taka taktyka była jednak nieskuteczna, a nawet felerna. Koledzy równi rangą trzymali go na dystans, przodownicy nie wyróżniali go ponad innych posterunkowych. Fąferek zwykle odwracał kota ogonem i w chwili, gdy Sosnowski myślał, że w końcu zabłysnął w jego oczach, zlecał mu wykonanie zadania, które Sosnowski w tym momencie uważał za najgorsze. Dokładnie tak, jak teraz.

***

Katarzyna po wyjściu męża natychmiast wstała od stołu. Miała sporo czasu, jednak postanowiła się pospieszyć. Pomna porannych doświadczeń małżonka, zarzuciła na ramiona lekki płaszcz i wyszła.

Do Dworcowej miała spory kawałek drogi, cieszyła się więc, że jest ciepło i że nie pada deszcz. Idąc, zastanawiała się, o co też mogło wczoraj chodzić pani Matyldzie. Znała ją słabo, w zasadzie wcale, regularnie kupowała jednak w jej kolekturze losy Loterii Państwowej. Specjalnie w tym celu chodziła na ulicę Dworcową, pod siedemnastkę, do Matyldy Rejewskiej. Uroczej, drobnej kobiety, która po owdowieniu starała się utrzymać w ten sposób siebie i dzieci, które nie pokończyły jeszcze szkół. Poradziła sobie. Najmłodszy z jej dzieciaków, Marian, miał niespełna dwadzieścia lat i studiował w Poznaniu, na uniwersytecie. Pani Matylda opowiadała nieraz Katarzynie o jego zdolnościach i osiągnięciach. Katarzyna odpłacała tym samym, mówiąc o swoich dorosłych dzieciach. To je zbliżyło do siebie.

Gdy znalazła się pod kolekturą, postanowiła przejąć inicjatywę. Choć jeszcze chwilę wcześniej wahała się, czy to jest dobry pomysł, zaprosiła panią Matyldę do hotelu „Pod Orłem”, by to w jego restauracji wysłuchać całej historii i zastanowić się, co dalej.

***

Fąferek, na wszelki wypadek uważnie patrząc pod nogi, bo jednak coś mogło się na ziemi zapodziać, podszedł do drzewa i pociągnął za nóż, drugą ręką przytrzymując kartkę. Obejrzał przedmiot, choć nie spodziewał się, że ustali w ten sposób coś ważnego, i niemal natychmiast umieścił go w kopercie.

Znacznie więcej czasu poświęcił kartce. Rozłożył ją delikatnie i zaczął głośno czytać: „Droga Hanno. Z góry proszę — wybacz, że ośmielam się pisać »droga«, choć tak słabo się znamy. Ledwie kilka dni, ale ja już wiem, że chciałbym być z Tobą zawsze. Wystarczyło parę chwil, bym to zrozumiał, stąd moje słowa…”.

— Skoro jakiś facet tak do niej pisał, to widać nie była to żadna blirwa — przerwał mu Prajchert, jednak Fąferek, nie spojrzawszy na niego ani przez moment, czytał dalej.

— „Od pierwszego Twojego spojrzenia, od pierwszego skinienia stałem się Twoją własnością. Już nie chcę szukać żadnej innej. Nie chcę i nie zechcę nigdy żadnej innej kobiety. Wszystko, co robisz, jest dla mnie idealne. Wiesz, że długo Cię szukałem. Powiedziałem Ci to od razu. Dlatego wierzę, że to, co poczułem, to jest uczucie, które nigdy nie przeminie. Pozwól mi więc kochać Cię, a jeszcze lepiej pokochaj mnie tak samo, jak ja Cię kocham”. — Aspirant skończył i podniósł wzrok na towarzyszących mu policjantów. — Jakieś pomysły? — zapytał.

— Rozejrzyjmy się jeszcze, może coś nam przyjdzie do głowy — zaproponował Prajchert, który, podobnie jak inni, zupełnie nie wiedział, co o tym myśleć. — Skoro zostawił kartkę na drzewie, może jest tu coś jeszcze.

— Korekt — zgodził się Fąferek.

***

Pani Matylda stała już przed kolekturą. Chętnie zgodziła się na wizytę w restauracji.

— Z mężem często tam bywałam, teraz nie bardzo mam z kim. Czasem z bratem i bratową, ale to nie to samo, co spotykać się w czwórkę. A dzieci, sama pani wie, mieszkają daleko — stwierdziła.

Poszły więc do hotelu, który był widoczny z miejsca, w którym stały, choć ulica Dworcowa u zbiegu z Gdańską wygina się mocnym łukiem. Hotel, z rzeźbą orła na dachu, był bardzo nowoczesny, bo jego właściciele dbali o komfort gości. Już w minionym wieku miał elektryczne oświetlenie, parowe ogrzewanie i hydrauliczną windę.

W hotelowej restauracji tłoczno robiło się zwykle dopiero w porze obiadu, bo podawano tu wykwintne dania, jednak teraz, w godzinach południowych, ruch był stosunkowo niewielki. To pozwalało na swobodną rozmowę.

Na wszelki wypadek kobiety usiadły jednak przy jednym z narożnych stolików, w miejscu, gdzie nie było ludzi. Zamówiły kawę i ciastko wiedeńskie. Dopiero potem pogrążyły się w rozmowie.

***

Melania siedziała z siostrą i jej mężem Pawłem w zawieszonej nad wodą przeszklonej werandzie restauracji „Cafe Bristol”. Opowiadała jakieś historie z życia sklepu, myślami była jednak daleko. Wspomnienie szarego młodzieńca jej nie opuszczało. Przez chwilę nawet zdawało jej się, że on siedzi w tej samej restauracji, kilka stolików dalej. Po chwili jednak, gdy mężczyzna wstał, by przywitać się z przybyłą kobietą, zauważyła swoją pomyłkę. Ucieszyła się, ale jednocześnie była rozczarowana, że to nie on.

Po kawie i ciastku cała trójka ruszyła w kierunku Szwederowa. Nie spieszyło im się, bo do obiadu było jeszcze sporo czasu, a pogoda, pierwszy raz o wielu tygodni, rzeczywiście zachęcała do spacerowania. Z rynku skręcili więc w Batorego i, przecinając Długą, weszli w Przesmyk. Stąd już tylko kilka kroków dzieliło ich od Nowego Rynku i od pnących się pod górę Terasów, z których zboczyli w kierunku Górskiej. Ta aleja była jednym z najulubieńszych miejsc bydgoszczan. Mogli z niej podziwiać, niczym z lotu ptaka, całe bydgoskie Stare Miasto.

Melania była podekscytowana, co nie umknęło uwadze Amelii. Pytać o to, czy coś ważnego się w jej życiu wydarzyło, nie miała jednak zamiaru. W każdym razie jeszcze nie teraz. Wolała cieszyć się chwilą. Wzięła Melanię pod rękę i powróciła do zabawnych historyjek z dzieciństwa siostry. Paweł szedł dwa kroki za nimi, pozwalając im swobodnie rozmawiać.

***

Sosnowski na komisariacie, sam na sam ze starym człowiekiem, który znalazł zwłoki, poczuł się nieswojo. Nie bardzo wiedział, o co jeszcze miałby go zapytać. Zaczął więc, co samego go zaskoczyło, od zaproponowania mu czegoś do picia. W czasie gdy gotowała się woda, wdał się z nim w dyskusję o zawodnikach Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego — Twardowskich, Witeckim i Goli. A potem, gdy już siedzieli z herbatą, rozmowa na temat zdarzenia, z powodu którego znaleźli się na komisariacie, potoczyła się nadspodziewanie łatwo.

— Zbierałem chrust. Czymś trzeba palić. Często chodzę na Zimne Wody, bo zwykle nikogo tam nie ma. Tylko przy porcie zawsze ktoś się kręci. Drzew też zresztą jest niewiele, ale ja tam za wiele tego ciepła nie potrzebuję. No więc chodziłem tam, zbierałem patyki na stos, a potem związałbym je sznurkiem. Sznurek miałem w kieszeni. Pan mi go zabrał przy przeszukaniu. Odda mi go pan, prawda? — Zaniepokoił się raptem, ale potem ciągnął dalej. — Już prawie miałem kończyć, gdy zobaczyłem tego trupa, to znaczy tę pannę. Taka była piękna w tej sukni, jak moja żona, gdy braliśmy ślub… Od razu pomyślałem, że jest martwa. Bo gdyby żyła, to na pewno zimno by jej było w samej tylko sukience. Przemknęło mi przez głowę, że może była tam umówiona z jakimś miglancem.

— Nie szukał go pan? — przerwał mu Sosnowski.

— Nie. Uznałem, że gdyby jakiś facet tam był, to byłby przy niej. Zawołałem „halo”, ale ona się ani nie poruszyła, ani nie odezwała. To podszedłem. I jeszcze raz powiedziałem „halo”, ale już wtedy, no wie pan, już byłem pewny, że ona nie żyje, bo zobaczyłem jej szyję. Przeraziłem się. Nawet jej nie dotykałem, nic więcej nie mówiłem, tylko stałem. Nie bałem się jej, oczywiście, ale tego, kto ją zabił. Bo gdyby tam jednak był, to mógłby i mnie pociąć. Ale i tak nie mogłem się ruszyć. No i nie wiedziałem, co robić dalej. Uciekać i udawać, że niczego nie widziałem? Tak byłoby najłatwiej. Stałem tak więc, pięć minut, może piętnaście. Potem zrobiło mi się zimno, więc się ocknąłem, ale nadal bałem się do was przyjść. Chodziłem więc w kółko, dalej myśląc, co by tu zrobić. W końcu podjąłem decyzję, by jednak was o tym powiadomić.

 

— Ale nie przyszedł pan od razu.

— No nie. Bo ciągle myślałem o tym, co mam powiedzieć, żebyście mi uwierzyli. No i wszedłem po drodze do jednego znajomka, bombkę wychyliłem dla kurażu.

— Albo dwie.

— Dwie bombki. Tak. Ale potem przyszedłem. I to wszystko.

— Nikogo pan nie widział? Ani jak pan szedł na wyspę, ani na niej, ani jak pan odchodził?

— Nikogo. Żadnego człowieka.

— A stał gdzieś w pobliżu jakiś samochód albo choć rower?

— Nie, ale jak już szedłem do was, to mijały mnie różne auta. I motory. Jeden, taki piękny, jakby dopiero co z fabryki wyjechał, śmignął koło mnie z takim pędem, że gdybym był bliżej drogi, to pewnie bym się przewrócił. Tak pędził.

— A ludzie? Szli jacyś ludzie oprócz pana?

— No tak, ale to już blisko Bartodziejów. I raczej od miasta, a nie w jego stronę.

— Niech będzie. W takim razie pozostaje nam jeszcze tylko zdjąć odciski palców…

— Ale po co? Przecież mi pan wierzy, że to nie ja zabiłem?

— Widział pan, że znaleźliśmy nóż i list. Mogą być na nich odciski palców. Jak będziemy mieć pańskie, to porównamy jedne z drugimi i wtedy będziemy mieć czarno na białym, czy jest pan niewinny.

Sosnowski najchętniej tłumaczyłby jeszcze długo, czym jest daktyloskopia, po co pobiera się odciski palców i jak to się robi, byle tylko nie przechodzić do czynu, bo pobieranie odcisków przyprawiało go o ból głowy. Niby znał na pamięć Podręcznik dla Służby Daktyloskopijnej, który napisał inspektor Ludwikowski, naczelnik Wydziału I Głównej Komendy, ale i tak zawsze bał się, że coś mu się nie uda. Odtwarzał więc w pamięci fragment dotyczący techniki pobierania odcisków od podejrzanych: „Nasamprzód nakłada się trochę farby drukarskiej na ułożoną równolegle z kantem stołu płytę i rozciera się łopatką, a następnie ruchomym wałkiem gumowym, tworząc przez to na kancie płyty zupełnie cieniuchną, mniej więcej 5 cm szeroką warstwę farby. Najpierw daktyloskopuje się prawą, później zaś lewą rękę”.

Potem Ludwikowski pisał, że trzeba ująć duży palec u prawej ręki daktyloskopowanej osoby trzema palcami swej prawej ręki u ostatniego stawu, trzema zaś palcami lewej ręki u pierwszego stawu, nakładać go pionowo lewym brzegiem paznokcia na płytę z farbą i przetaczać go powoli. Sosnowski pamięta też doskonale, że po odciśnięciu pojedynczych odcisków trzeba jeszcze pobrać odcisk czterech palców jednocześnie, że gdy się któryś odcisk nie uda, trzeba go powtórzyć, nanosząc nowy na kartę powyżej niedokładnego odcisku… A jednak i tym razem się bał, że nałoży na płytę za dużo farby albo że nierówno ją rozetrze i przez to ślady będą źle odbite.

Kowalski jakby rozumiał jego rozterki. Bez słowa, zgodnie z instrukcją Sosnowskiego, umył ręce wodą i mydłem, a brud szczególnie odporny na mycie, wżarty w skórę, usunął benzyną, dokładnie po wszystkim wycierając dłonie. Do stołu, na którym leżała płyta, też podszedł bez słowa, spokojnie znosił wszystkie kolejne czynności wykonywane przez Sosnowskiego, za co policjant, choć tego ani słowem nie zdradził, był mu ogromnie wdzięczny.

***

Dojechawszy do wskazanego przez Kowalskiego budynku przy ulicy Toruńskiej, Ambroży Nowicki musiał pukać dłuższą chwilę, nim ktoś wreszcie mu otworzył. Potem drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, tak by ten, kto stał za nimi, mógł szybko i bez problemu je zamknąć. W powstałej szparze widoczny był tylko jego kałdun wtłoczony w zbyt mały sweter.

— Czego? — warknął dudniącym głosem.

Policjant nie miał ochoty na żadne przepychanki, ale zrozumiał, że nie ma wyboru. Uderzył pięścią w drzwi, więc pomimo wielkiego kałduna jego właściciel oberwał nimi także w nos. Cel został osiągnięty. Drzwi puściły, a stojący za nimi grubas trzymał się za twarz, co zachęciło go do szybkiego udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania.

— Kowalski, Zenon Kowalski mieszka w tym domu? — zapytał więc starszy posterunkowy od razu.

— Co ma nie mieszkać, jak mieszka — wymamrotał grubas. — Przez tego śmiecia nos mi rozwaliłeś? Jak jest ci coś winien, to twój problem. Trzeba było mu nie dawać. Masz chyba oczy, człowieku, i widziałeś, że to bida z nędzą, więc jak go do pierdla poślesz, to jeszcze się ucieszy, bo będzie miał darmowy wikt i opierunek.

— Nie prosiłem cię o poradę — wysyczał Nowicki. — Ale skoro tak lubisz gadać, to powiedz mi jeszcze, czym się Zenon zajmuje?

— Chlaniem się zajmuje, a czymże by innym miał się ten ochlapus zajmować. — Grubas wydał z siebie skrzeczący rechot. — Chlaniem i naciąganiem idiotów. To wszystko. No może czasem pokręci się tu i tam, i trochę drewna nazbiera, żeby miał czym ogrzać izbę.

— Kogo naciąga? — dopytywał posterunkowy.

— Tych, co mają sieczkę w głowie. — Grubas odjął rękę od twarzy i spojrzał na policjanta z politowaniem. — Takich galancików, co to na motocyklach jeżdżą albo lajsnęli sobie jakieś inne cudo i kłują tym innych w oczy. Zaczepia ich, prosi o kilka groszy i czasem coś dostaje.

— Kradnie?

— A ty co taki ciekawy jesteś, szpiclu? — Mówiąc to, grubas znów się naprężył.

Nowicki nie czekał na ciąg dalszy, tylko ponownie walnął w drzwi. Tym razem uderzyły grubasa w ramię, a potem huknęły w jakiś mebel, który stał tuż za nimi. Grubas chciał zrobić krok do przodu, ale nie zdążył. Policjant już był przy nim i trzymał go za obolałe ramię, potęgując ból po uderzeniu.

— Odpowiesz grzecznie na wszystkie moje pytania. Rozumiesz? — wycedził.

— Co mam nie rozumieć. — Grubas natychmiast spokorniał, a Nowicki rozluźnił uścisk.

— Kogo jeszcze Zenon naciąga? Jakieś kobiety? — zapytał.

— Kobiety? Toć żadna baba by na niego nie spojrzała. Brzydki jest i stary. I biedny. I śmierdzący. Ponoć miał kiedyś żonę, nawet ładną. Zdjęcie mi pokazywał. Ale potem coś się pokiełbasiło. On poszedł do powstania wielkopolskiego, a ona puściła się z Niemcem. No to, jak wrócił, babę przegonił. Sam poszedł na dno. Nie pracował, żyć nie miał z czego i wylądował tutaj. W komórce, którą babcia z pierwszego piętra udostępniła mu za noszenie węgla, ale tego też raczej nie robi. Często się o to kłócą na podwórzu, to wiem.

Nowicki, który grubasa puścił już całkiem, sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął paczkę papierosów. Grubas zerknął na nią łapczywie, policjant pozwolił mu się poczęstować. Sam też zapalił. Milczeli przez chwilę. Policjant zastanawiał się, czy jeszcze o coś powinien go zapytać, ale wiedział już, że to raczej niemożliwe, by ten stary człowiek zamordował dziewczynę. Nie zwabiłby przecież, nawet najpiękniejszym listem, kobiety, która kiedykolwiek wcześniej go widziała. No chyba, że list napisał ktoś inny, a on tam tylko przez przypadek się napatoczył. Widząc samotną kobietę, mógł ją zaczepić, prosząc o kilka groszy lub o coś innego, gdy ona czekała na ukochanego. Mógł stać się namolny, ale wtedy na pewno by się broniła i pozostałyby na jej ciele i ubraniu jakieś ślady, trawa byłaby zadeptana, gałęzie połamane… Może nawet uciekłaby, bo była przecież młoda, a on jest stary. Z drugiej strony, nie wyszła przecież w kwietniu z domu w samej sukience, więc skoro nie ma nigdzie płaszcza, może stary człowiek chciał go jej ukraść? Ale wtedy też by walczyła… Nowicki był w stanie uwierzyć, że w czasie takiej szamotaniny mogłaby nieszczęśliwie upaść, uderzyć w coś głową i od tego umrzeć, ale skąd podcięte gardło? I po co w takim razie stary człowiek przybijałby dramatycznym gestem list do drzewa albo lazł na komisariat? Jest jeszcze ten żołędny krąg… Po co miałby go układać? Nie. To się kupy nie trzyma.

Dopalił papierosa, rzucił peta na ziemię, ale nie odjechał od razu. Postanowił pójść jeszcze do właścicielki komórki, w której pomieszkiwał Kowalski. Wszedł na piętro. Tym razem drzwi otworzyły się niemal natychmiast, i to na oścież. Stojąca w progu kobieta miała na sobie kuchenny fartuch i upaćkane czymś ręce. Gdy się przedstawił, zaprosiła go do kuchni, bo właśnie robiła placki. Stanęła nad misą, z której wystawała tarka, i powróciła do tarcia kartofli. Milczała dłuższą chwilę, dopiero potem podniosła wzrok i zapytała cicho:

— Stało się coś Zenkowi?

— Zenkowi? — zdumiał się policjant. — Chodzi pani o Kowalskiego?

— O niego… Niech pan się tak nie dziwi. To mój brat, choć nikt tego tu nie wie. Przygarnęłam go, jak stracił wszystko, ale nie chciał zamieszkać ze mną, zgodził się jedynie na tę komórkę… On się wstydził, że potrzebuje pomocy, ja, że mieszka w komórce, więc wszyscy mają go za brudasa, któremu udało się naciągnąć starszą panią. Pogodziliśmy się z tym i jakoś żyjemy… — Tu głos jej się załamał. — Bo żyjemy, prawda? To znaczy, on żyje? Nic mu się nie stało?

— Nic się nie stało — odparł z przekonaniem Nowicki. — Tylko był w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Znalazł trupa na Zimnych Wodach. Młodej kobiety, która została zamordowana. Musieliśmy się upewnić…

— Rozumiem. Wiem, jak wygląda i pachnie. — Znów spuściła wzrok. — Może teraz, jak wróci tutaj, uda mi się go przekonać… Bo wróci, prawda? Nie zrobił tego? Nie mógł. To na pewno nie on. On nawet nie krzyknął, jak go żona zdradziła, kazał tylko jej iść w diabły i tyle. Wie pan, on, tak jak inni mężczyźni stąd, musiał iść w 1914 roku do niemieckiego wojska i wiele przez to przeżył. Nie dość, że walczył przeciwko tym, co mogli nam pomóc, to jeszcze znalazł się wśród niemieckich żołnierzy, których dosięgła gazowa chmura pod Verdun. Zabiła wielu jego kolegów, wśród nich było mnóstwo Polaków, tak jak Zenek siłą wcielonych do wojska. On sam na długo trafił do szpitala, potem zdezerterował. Dołączył do powstańców. Walczył, wreszcie był szczęśliwy. Ale potem…

Kobieta bezradnie opuściła dłonie, brudząc idealnie czysty do tej pory fartuch. Nie zauważyła tego jednak, zbyt zajęta powstrzymywaniem się od płaczu.

Posterunkowy uznał, że nie dowie się już niczego nowego. Zszedł na podwórze i odpalił motocykl. Niedługo później był na komisariacie. Sosnowski siedział ze starym człowiekiem w jednym pokoju, rozmawiali przyjaźnie, pili herbatę.

— Panie Zenonie — przerwał tę pogawędkę Nowicki. — Pora do domu. Siostra na pana czeka.

***

Przez ostatnią godzinę Kostecki miał niewiele pracy. Zrobił, co prawda, kilka zdjęć, ale nie uwiecznił na nich niczego szczególnego, bo znaleźli jedynie zepsute koło od wozu i ślady pikniku, ale stare, co najmniej z poprzedniego roku. Jeśli więc prawdziwe były słowa listu, ten, kto zamordował kobietę, nie spotykał się z nią na Zimnych Wodach wcześniej, więc stare ślady nie mogły mieć dla śledztwa żadnego znaczenia. Sam list też budził zresztą mieszane uczucia. Kostecki, którego żona właśnie spodziewała się dziecka, nawet w najgorętszych czasach narzeczeństwa nigdy by tak do niej nie napisał, choć też zakochał się bardzo szybko, można rzec — od pierwszego wejrzenia. Przedkładał jednak kino nad pisanie romansowych andronów i dlatego, nie miał wątpliwości, dziś byli z Martą szczęśliwym małżeństwem.

Gdy Nowicki z Sosnowskim dotarli na wyspę, Fąferek, nie ukrywając złości z powodu zmarnowanego czasu, właśnie zarządził odwrót.

Doktor Wolak odjechał już wcześniej. By zabrać zwłoki i doktora, przyjechał specjalny ambulans. Wsiadł do niego jeszcze Prajchert, wszyscy pozostali zmieścili się więc do samochodu i na motocykl. W drodze powrotnej nikt się nie odzywał. Fąferek nie miał nic przeciwko temu. Chciał spokojnie pomyśleć.

***

Szum panujący w restauracyjnej sali pomagał w rozmowie. Był na tyle cichy, że doskonale się słyszały, nie mówiąc zbyt głośno, jednak na tyle głośny, by miały poczucie, że nikt inny nie słyszy ich rozmowy.

Kilka dni wcześniej pani Matylda wracała do swojego mieszkania przy Wileńskiej od doktorostwa Lewandowskich, mieszkających przy Dworcowej. Tuż pod ich domem natknęła się na hałaśliwą grupę miłośników lekkiej rozrywki, serwowanej w kabarecie „Bi-Ba-Bo”, mieszczącym się tuż za rogiem, przy Pomorskiej. Uwagę pani Matyldy przykuł fragment dosłyszanej rozmowy.

— „To jest święta roślina”, stwierdziła najpierw jedna pani — relacjonowała. — Wydało mi się to tak absurdalne, że zaczęłam słuchać.

 

— Też o niczym takim nigdy nie słyszałam.

— Dlatego słuchałam. A kobieta mówiła, że dostała propozycję jej wypróbowania. I chciała się upewnić, czy coś takiego istnieje. Jeden z mężczyzn odpowiedział jej, że to żadne bzdury, że sam jej próbował. Nazwał ją jeszcze jakoś dziwacznie… Peyotl.

— Powiedział, gdzie ją kupił?

— W tym rzecz. Mówił o „Bi-Ba-Bo” z Pomorskiej.

— To nie rewir Andrzeja. — Katarzyna przeszła do konkretów. — Ale na pewno mógłby tę informację przekazać kierownikowi komisariatu przy Wileńskiej. Tylko że dzisiaj coś się wydarzyło, przez co mogę mieć problem, by opowiedzieć mu o tej sprawie.

— Ale ja muszę coś zrobić. Kilka lat temu w domu po sąsiedzku młody chłopak zażył coś i postanowił polatać. Pobiegł schodami na strych i przez właz w dachu wyszedł na zewnątrz. Matka dobiegła do niego w momencie, gdy mówił, że każda ptasia matka musi nauczyć swoje pisklęta latania. Potem krzyknął jeszcze „Lecę, mamo”. I skoczył. Nie udało się go uratować. Jego matka zwariowała, ojciec wyszedł któregoś dnia z domu i już nie wrócił. Dlatego zapytałam doktora Lewandowskiego, czy to może być jakiś narkotyk. Słyszał o peyotlu. Podobno jest to kaktus z Meksyku. Jak człowiek go zje, ma barwne wizje, czuje zapach tego, co widzi, odczuwa chłód lub gorąco. Nie jest zmęczony ani głodny. Nawet pić mu się nie chce… Jakby drzemały w nim nadprzyrodzone siły. We Francji, mówił mi jeszcze doktor Lewandowski, jest ponoć lekarz, który tam hoduje tę roślinę, by sprawdzić, czy nie zmieniają się przez to jej właściwości. Robi więc jakieś eksperymenty, rozsyła ją do różnych ludzi. To głównie artyści. Piszą i malują, będąc pod jej wpływem. Według doktora nasza policja mogła w ogóle nie słyszeć o peyotlu. Bo goni głównie tych, co popijają eter lub wino z kokainą albo popalają haszysz lub opium, a niechętnie zajmuje się tymi, co wstrzykują sobie morfinę albo zażywają kokainę wzorem Zygmunta Freuda. Przepraszam. Nie powinnam tego powtarzać.

— Nie szkodzi. Czyli wiemy być może więcej od policji. — Katarzyna znów wróciła do konkretów. — Mojego męża chyba jednak musimy na razie wykluczyć. Może to kwestia dnia, a może tygodnia, więc musimy wymyślić coś innego. Może same wybierzemy się któregoś dnia do „Bi-Ba-Bo”?

— Nie jestem pewna… — odpowiedziała pani Matylda. — Pójść oczywiście możemy, ale chyba nikt tak sam z siebie nie zaproponuje nam narkotyków. Tym bardziej nie będzie z nami gadał, jeśli same o nie zaczniemy pytać. Raczej nie wyglądamy na takie, co mają ambę.

— Korekt. Pójdziemy, ale tylko po to, by się rozejrzeć. Zajdę tam jeszcze dziś i popytam o program występów w najbliższych dniach. I jeśli się uda, zarezerwuję stolik.

***

Teraz myślałem już o niej bez ustanku. O jej oczach, włosach. O tym, jak delikatnie poruszyła głową, odpowiadając na moje pozdrowienie.

Jej obraz obezwładnia mnie. Może to znak, że jest tą kobietą, na którą czekam?

Nie wiem. A nie mam kogo zapytać. Przecież nie ojca…

Zwierzyłem mu się raz w życiu, z pierwszej miłości. Jak mężczyzna mężczyźnie, myślałem. Wyśmiał mnie, bo pozwoliłem ponieść się emocjom. Staram się nie popełniać więcej tego błędu.

***

Doktor Marian Wolak w piwnicy dawnego szpitala diakonisek przy Seminaryjnej, dziś pozostającego w gestii miasta, był od godziny. Ciało młodej kobiety leżało ułożone na prosektoryjnym stole, a on dokonał już oględzin zwłok. Dalszy ciąg sekcji stanowił w zasadzie tylko formalność, przyczyna zgonu była bowiem oczywista. Kobieta miała poderżnięte gardło. Nie było żadnych innych ran na ciele, żadnych otarć, rozcięć, nakłuć czy choćby siniaków. Ten, kto wobec niej użył przemocy, był więc zdecydowany i silny. Niczego złego się nie spodziewała, bo by się broniła. Gdyby była wcześniej więziona, mogłaby mieć na ciele ślady krępowania i siniaki, jeśli natomiast użył wobec niej siły w ostatnim momencie, tuż przed jej śmiercią, siniaki nie zdążyłyby się pojawić.

Fąferek, którego Wolak powiadomił o swych spostrzeżeniach zaraz po oględzinach, nie krył rozczarowania, choć na nic szczególnego nie liczył. Brakowało mu jednak punktu zaczepienia. Drobiazgu, którego śladem mógłby podążyć. Na razie nie wiedział nic. Ani kim była ofiara, ani jak znalazła się na wyspie. Czy ktoś ją widział, gdy tam jechała? Pytań było więcej. Można by zrobić ich długą listę, nie dałoby się natomiast sporządzić choćby krótkiego spisu rzeczy oczywistych. No bo cóż wiadomo było na pewno? Tylko to, że zamordowana była kobietą, i to, gdzie znaleziono jej zwłoki. Mało. Cholernie mało.

Po telefonie od Wolaka Fąferek ponuro popatrzył na swój zespół. Nic nie mówiąc, sięgnął do szuflady, w której miał na taką chwilę schowaną papierośnicę. Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. Pomyślał, że to wystarczy, by mógł mówić swobodnie. Oficjalnie nie palił od jakiegoś czasu, bo Katarzyna na to nalegała. Nosił wąsa i według Katarzyny wąs ten od papierosów żółkł i śmierdział dymem. Obiecał, że rzuci palenie, i natychmiast tego pożałował. Nie wiedział, jak teraz będzie zyskiwał cenne chwile na ponowne złapanie płynnego rytmu słów. Katarzyna uważała, że na pewno coś wymyśli.

Zaciągnął się jeszcze raz i zgasił papierosa. Chwilę stał w bezruchu, jakby żałując, że to zrobił. Wreszcie chrząknął i odezwał się.

— Prajchert, dzwonisz na wszystkie komisariaty w mieście i pytasz, czy ktoś nie zgłosił zaginięcia młodej kobiety — powiedział. — Najpierw skontaktuj się jednak z komendą miejską, powiadom ich o tym, co znaleźliśmy, i uprzedź, że za moment zawieziemy im nóż, by zdjęli z niego odciski palców. Ambroży, ty z tym nożem do nich pojedziesz. Zostań tam tak długo, aż tego nie zrobią i nie wyślą zdjętych śladów do Warszawy. W swoich kartotekach też niech, oczywiście, poszukają…

— Może sam nad tym posiedzę, kierowniku — przerwał mu Nowicki. — Będzie szybciej.

— Korekt. Jak je przejrzysz, wracaj tutaj. Dobrze, że już nie trzeba każdej rzeczy do Warszawy wysyłać, żeby tam zdjęli odciski palców… Albo nie, nie wracaj zaraz potem, tylko przejdź się po mieście i popytaj w knajpach, hotelach czy ktoś czegoś niezwykłego nie słyszał lub nie widział. Przyłóż się. Chcę wiedzieć, czy gadają już na mieście o tym morderstwie. Jeśli coś usłyszysz, natychmiast dzwoń. Kostecki, ty zostajesz na komisariacie i wywołujesz zdjęcia. Chcę mieć dobre zdjęcia twarzy i sukni denatki oraz noża.

— Będziemy je komuś pokazywać?

— Być może. Może nawet damy je do gazety, jeśli inaczej nie poradzimy sobie z ustaleniem, kim jest ta kobieta. Sosnowski, zajmiesz się listem. Znajdziesz kogoś, kto może jeszcze dziś podjechać tu do nas albo do kogo my możemy pojechać, a kto zna się na literaturze, na tych wszystkich romansowych bzdurach. I jeszcze kogoś, kto mógłby na podstawie tego listu cokolwiek powiedzieć o człowieku, który go pisał… No dalej, co tu jeszcze robicie?

Gdy wszyscy wyszli z jego gabinetu, Fąferek sięgnął zdecydowanym ruchem po tkwiącego w popielniczce, pomiętego papierosa i ponownie go zapalił. Zaciągnął się kilka razy, a potem podszedł do drzwi i krzyknął do Prajcherta, by nie blokował linii, bo chce zadzwonić do szpitala. Prajchert, który z Fąferkiem pracował najdłużej, nawykł i do takich jego zwyczajów. Spokojnie dokończył więc rozmowę z komisariatem przy Nowym Rynku, a potem krótko zapytał:

— Łączyć?

Fąferek pokiwał głową i wrócił za biurko. Po chwili szpital był już na linii, zapytał więc o Wolaka. Odpowiedź nie była po jego myśli — doktor wciąż jeszcze był w prosektorium. A tam nie było telefonicznego aparatu.

— Zawsze to samo — mruknął. — Trzeba żądać, by w tym nowym szpitalu miejskim, który ma powstać na Bielawkach i przyćmić ponoć wszystkie polskie szpitale, telefony były na każdym piętrze.