Odwrotność Raju

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maksymilian Bron

Odwrotność Raju


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2020

Maksymilian Bron

„Odwrotność Raju”

Copyright © by Maksymilian Bron, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

może być reprodukowana, powielana i udostępniana w

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Korekta: Robert Olejnik, „Dobry Duszek”

Projekt okładki: Robert Rumak

Ilustracje na okładce: © Elena Schweitzer – stock.adobe.com

Skład: Jacek Antoniewski

Skład epub i mobi: Adam Brychcy

ISBN: 978-83-8119-671-0

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Gdyby oczyścić drzwi percepcji, każda rzecz

jawiłaby się taka, jaka jest: nieskończona.

William Blake

Wszyscy leżymy w rynsztoku. Ale niektórzy

z nas sięgają po gwiazdy.

Oscar Wilde

Godzę się na nieustanny bój. Według mnie

zwycięstwo oznacza walkę, nie jej wynik.

Éric-Emmanuel Schmitt

Mędrcy objaśnili, że inny efekt przynosi kultura

wiedzy, a inny kultura niewiedzy.

Śri Iszopaniszad

„…mówiąc słowami z Listu Pawła Apostoła do Hebrajczyków (13,14), »nie mamy tu miasta trwałego«, tj. że miasto nasze właściwe jest gdzie indziej, że nie w pełni do tego świata należymy, że mamy status wygnańców”

Leszek Kołakowski, Czy już w po-chrześcijańskim czasie żyjemy?, „Tygodnik Powszechny” 2000, nr 40 (2673)

Dla mych dzieci: Leonarda i Jeremiego

I. O CZŁOWIEKU

Odwrotność

Czego oczekiwałeś od potoku?

Że wpadnie sprintem do źródła?

Czego chciałeś od wiosny?

Dzień zakończy w południe?

Czego żądałeś od Nieba

w kolejce po bajki czy wiedzę?

Czemu wierzyłeś w człowieka,

że lepszy od wilka on będzie?

Demony przeszłości wykrzywiają się,

w twarzach ciągle żywych

pewnie znajdziesz je.

Ta podagra, jad, czarna polewka,

dookoła,

nad twą głową jest strach,

zamiast kwitnąć jemioła.

Tak o kulach oddychasz,

wyglądając lepiej,

gdy słyszysz, że inni

nie mają wcale cieplej,

aż zrozumiesz, że Ziemia

jest odwrotnością Raju,

a jedynie świadomi

się stąd wydostaną.

Czas przed i po wojnie

Wśród ruin, na zniszczonym pianinie chwil tych pięknych,

złożonych z grafitu, nałożonego na stalowo-blady błękit.

Wśród cegieł, które czerwieńsze nie były

nawet przy zachodzie słońca,

zrozumiał słowa pisane wciąż i wciąż od końca,

że początek świata zaczyna się bólem,

a koniec nie musi,

że czasami widzimy,

ale wówczas jesteśmy głusi.

I jak niewiele zależy od tych podających sobie cegły,

ani od tych, co na pianinie tworzą nastrój,

bo plany, tło oraz mundury szyją hurtem

wojen, zguby i nieszczęścia sprawcy.

Przed kolejnymi spuszczonymi bombami

kazali nienawidzić dzieci innych języków,

matkę i ich ojca, zatruwali serca w sieci gwałtami i mordami,

by nienawidziły innych, nie miały ogrójca.

Wśród ruin zaczynamy wszystko od nowa,

wiedząc, że bardzo szybko zapomnimy

i tuż za rogiem, po wschodzie promieni,

kolejnego winnego dzikusa odnajdziemy,

któremu przypiszemy wszystkie nasze wady,

prawo do bezprawia, niekończące ich nakazy.

I została mu tylko para białych klawiszy

oraz parę smutnych odkopanych pieśni,

a drzewa zdążyły spleśnieć od wisielców,

a wiśnie na nich nie wyrosły więcej.

A nam zostało jeszcze kilka lat,

zanim ponownie spotkamy się na wojnie.

Tylko człowiek woli bagnet niż dłoń,

a zło wybiera bezinteresownie.

Dziki Zachód

Na rozstaju mostów,

choć banalnie to zabrzmi,

wymieniamy się sercem,

język gryzie miętę,

umówiliśmy się na szczyt,

nie na podróż piorunów,

widzimy tylko powóz,

zamiast czekać na tęczę.

Tak chcemy w kolejce

stać z dłońmi w kieszeniach,

zamiast zrozumieć, że często

ze zła tworzy się dobro,

a że kolana bolą

w tej zastanej pozycji,

szukamy już wroga –

to wina woźnicy.

I nie widzimy już siebie,

i dłonie rozłączamy,

język pluje ogniem,

serce matowieje,

rozpoczynamy wojnę,

w bagażu zbite lustro.

Wczoraj ukradłem kolację,

dziś Ty jesteś złodziejem.

A ten powóz dojedzie

przez błota, aż do blasku,

woźnica znów ze smutkiem

chwyci za złotą klamkę,

zza której odór gnicia

uniesie się na zewnątrz,

na świeży zapach tęczy

przed kolejną szansą.

Bezpańskie psy

Bezpańskie psy

często same wybierają

życzenia wiecznego wagabundy

i kręte motele narzekań.

Szukają domu, który nie istnieje,

pałaców, o jakich czytał im ojciec,

drugiej połowy z piersią matki,

muzyki, jaką wygwiżdże im róż strumyku przed Amen,

wspomnienia, które się ziści,

miękkiej poduszki z paproci i jagód,

drgania świerszczy i rosy,

zanim położą się na trawie w nieznanym.

Bezpańskie psy

rzadko miewają gorsze sny

niż przy otwartych oczach.

Zbierają ostropest zamiast chabrów,

z ochotą celują w każdego,

kto nie śpiewa z nimi refrenów,

walczą ze zmarłymi,

oddają mocz na mogiły,

w niewierze licytują się z Tomaszem,

a w alkoholizmie z Bukowskim.

I tylko czasem,

kiedy zbudzi je chłód zorzy,

czują,

że łzy

mają ten sam smak dla wszystkich,

a ich wyjątkowość polega

na ich końcu.

Pamiętnik początku XXI wieku

Wciąż szukam odpowiedzi,

patrząc na zmieniające kolory liście.

Inni przestali już nawet pytać,

a i mi zaczęło wystarczać przeglądanie się w słońcu

i zamknięcie oczu na pustynny cień,

który tak bardzo kłuje rdzeń.

Nasz koncentracyjny obóz

ciągle poddawany jest promieniowaniu,

dzięki któremu, za drobną opłatą,

po zrzuceniu pasiaków włączają nam seriale,

abyśmy jedyne szczęście odnaleźli

w półwytrawnym winie lub rosyjskim szampanie,

po którym nie mamy snów o lagerrzeczywistości.

Starsi jeszcze mają to ziarenko świadomości,

że zatruwają nam jedzenie i picie

i eksperymentują na nas istoty w jasnych fartuchach,

które wbijają w żyły naszych dzieci i wnuków

igły pełne chorób,

a granatowi milicjanci, wraz z czarnymi togami,

dbają o przyrost przestępstw, żeby wziąć większą dotację.

Każdy członek ruchu oporu trafia do karceru

lub staje się bezrobotnym

i musi wyjechać do innego obozu,

gdzie już sam podaje łapę, biegnie za piłką i obgryza kości,

bo się zreedukował.

Poza tym broń mają jedynie strażnicy

i wymyśleni przestępcy,

czyli granatowi, którzy przebierają się, gdy księżyc świeci,

bo gady przewidziały bunt ludzkości

i jedyne, co mamy do obrony,

to te tępe noże.

Historycy z międzywojennej szkoły

opowiadali, to pamiętam, o obozach za kolczastymi drutami.

Potem historyków już nie było.

Wystarczyło, że uwierzyliśmy w nowe płoty pod prądem.

Wystarczyło, że zabrali ze szkół plastykę i muzykę.

Wmówili, że cyferki dadzą nam papierki

i droższy likier wieczorem.

Ale wciąż pamiętam ten czas,

kiedy używałem pióra zamiast klawiszy i

tylko straszyli nas promieniowaniem,

opowiadali o ludzkim popiele.

Teraz pozostało mi zamknąć oczy na wydłużający się cień

i zmartwienie, aby moje dzieci

nigdy nie zaczęły zadawać właściwych pytań.

Niewiedza

Zaraz przekroczę próg Piekła,

gdzie niewiedza jest jedyną stałą.

Za złotymi klamkami

kryją się zwolnienia,

nienawiść do tych, co przychodzą bez ratunkowej kamizelki,

oni najczęściej czują sztylet między spojrzeniem.

Zaprowadzenie Raju

pośród kołyszących się ptaków na tęczy buków i brzóz

 

jest bardzo proste,

ale problemem jest człowiek,

który nie szuka Stwórcy,

aby oddać mu pokłon,

lecz żeby go zabić

i zadeptać ślady na skrzyżowaniach,

z których każda ścieżka

prowadzi Nas do nieśmiertelnych wakacji w Edenie.

Dla większości, niestety, ta droga jest odbiciem Piekła

w lusterku wstecznym.

Tajemnica tego Świata, bowiem, jest ukryta,

i dzięki Bogu,

inaczej człowiek

zrobiłby to,

co zrobił z jego Pięknem – kazał płacić bliźniemu

za jego zwiedzanie.

Zbędni

Kiedy wichry położyły ostatnie topole,

a brud urósł pod paznokciami,

słońce nie dopuściło do rozkwitu jęczmienia,

a zwierzęta z ludźmi kąpały się w zimnie.

Po walkach bez krwi i anginie serca,

z trucizną szczęścia na mutującej fali

napisał spojrzeniem i wyrył w umyśle:

„ludzie są zbędnym dodatkiem do mnie”.

Po kolejnym roku,

który miał być kopią

starego,

gdyż lubił

powtarzać dziewięć razy,

cieszył się tylko

ze słów dawno zmarłych

duchów.

Ich słowa

były dlań tsunami.

Przyłbica na przetrwanie

sąsiada sąsiada,

kamizelka bez uczuć,

dom Ficowskiego,

igła wyżłobiła mu

na przedramieniu,

że ludzie są tylko

dodatkiem do niego.

Patrzył z pogardą

na ludzkie kombinacje,

cwaniaczków nienawidził

bardziej niż sekciarzy.

Wychodził, odjeżdżał,

już się nie oglądał

na tańce, różańce

tych kabareciarzy.

Najsmutniejsze w tym wszystkim,

że osiągnął spokój,

bez zgnilizny stworzeń wycofał ukradkiem.

Jego tlenem był Stwórca, chlebem rzeczywistość,

a ludzie pozostali zbędnym dodatkiem.

Prometeusze

Nadeszły dziwne lata,

które tak naprawdę nigdy się nie skończyły,

ale ja

po raz pierwszy zrozumiałem,

że wolność pojawia się jedynie w marzeniach,

bo tu, na dole,

nawet sny kąpią się w smole,

a piękno stanowi

ten zapach wiosny w styczniu,

który rozpyla magię zza rogu,

by trochę ulżyć nam, Nędznikom,

którzy nie zasługują

na oświetlony pałac.

Nie,

Nami bawi się Stary Bydlak,

napuszczający biedaka na biedaka,

nieznający drzazg ani siniaków,

z radością oglądający przejeżdżających się ludzi

na arenie,

którą ułożył jego umysł grabarza.

On

najchętniej kupiłby każdemu

bilet na drogę krzyżową

i gdyby nie Prometeusze

dzień trwałby tyle,

ile jest godzin codziennej niewoli.

Stare Bydle kwili z uciechy,

kiedy wysyła kolejne orły

do grzebania w ich wątrobach.

Zna koniec,

podczas gdy my, Nędznicy,

najbardziej się go obawiamy,

przekazując strach naszym następcom,

a nadzieję kładąc w marzeniach,

choć naprawdę to

w marzeniu jest jedyna nadzieja.

I jak co roku

dziękujesz skinieniem głowy,

bo usta nie byłyby w stanie tego wypowiedzieć,

bo my, Biedacy, jesteśmy prości,

nie tak jak te bandy uniwersyteckie,

które za sztuczne złoto

zapomniały stare pieśni

o polu walki w naszych sercach

„Dostojewski? Nie! To Rosjanin Nie człowiek”.

Zatem biorą lub depczą różańce,

zależnie od tego, kto jest na ambonie,

a dla Nas,

którzy chcą po prostu najeść się jutro,

liczy się ten zapach wiosny,

który zbuntował pierwsze pierwiosnki,

dające nadzieję,

że kiedyś marzenia nie skończą się

i nie zaczną na strachu,

bo są jak niezapisane nuty,

słyszalne przy jednym lub drugim murze,

niedostępne jak nabity rewolwer,

niepożądane jak dzisiejszy obiad,

są niechcianym podarunkiem ognia,

a niestety walczyć potrafimy jedynie na polecenie

Starego Bydlaka

i wchodzimy w jego miny,

bo nie rozumiemy,

że słowa, które wypowiadamy,

dotyczą najczęściej tylko Nas samych.

Aż w końcu, któregoś srebrnego dnia,

pojmiemy start i metę naszych codziennych polowań.

Kiedy już skończy się strach,

koło czasu podzieli nas

na orły, tchórzy

i Prometeuszy,

i dlatego tak mało jest pomników ku

czci tych ostatnich na świecie,

bo cały czas okrążani jesteśmy przez własne zjawy,

które szepczą: „Bój się, trwaj i bój…”.

Dwie połowy

Nadzieję

dają szepty,

których nie słyszą szwendacze,

motyl mocujący się z babim latem,

wiatr, który szeleści wśród jarzębin,

lądujący kruk na wierzchołku wierzby,

echo miłości i skoszone siano,

nadzieję, że gdy liście stracą kolor,

obudzimy się na dźwięk innego zegara jeszcze raz,

jeszcze raz,

jeszcze…

Będąc w tym świecie

miodowych zapachów,

wrzosów, koniczyny i suszonych traw,

w kompletnej opozycji

do kwadratu z betonu,

osuszony powiewem

odkrytych kart,

zrozumiał, że potrzebuje dwóch połówek asfaltu i natury,

jak dwóch nóg,

obojga oczu,

dwóch rąk,

dwóch stron,

i tak wciąż,

wciąż…

Zamglone promienie

ominęła czarna chmura,

burza szalała w sąsiedniej wiosce,

gdzieś po innych kamieniach maszyny błądziły,

gdzie indziej szafarze kopali mogiły.

Uśmiechnął się, powrócił

do wrzasków silnika,

na pniu już nie siedział,

a w garniturze pątnika

już nikt mu nie groził,

na strach zamknął oczy,

skorupka na serce,

rękawiczki na dotyk,

aż znalazł się w mięsnym

horrorze łopatek,

bez paznokci stóp,

zwierząt na tacy,

zapłacił za krew,

uśmiechnął, podziękował,

wybiegł szybciej niż cień

od tej zgniłej połowy,

spoglądając ku niebu,

miał wielką nadzieję,

że niewiedza się wyjaśni

i da puls spokojny,

i że gwiazdy odwrócą

welwet nieboskłonu,

i wyjdziemy z obozów

bez rytuału wojny.

Przy zmierzchu

Majowy zmierzch jest dla młodych i starców,

co kajdan jeszcze lub już nie mają.

Dla nich wśród traw fruwają świerszcze,

co legendy o drzazgach sobie podają.

Ci pierwsi jeszcze nie poznali świata

Dorosłych,

którzy, tworząc prawo,

łamią je,

a wymagają,

by ci sami młodzi

różańcem chodnika

bez słowa podążali.

Ci drudzy,

według dorosłych,

są w ogóle zbędni,

prawo do zastrzyków sobie rezerwują,

przedszkola są pełne,

za nic biorą pensję,

do drogich pasożytów

ich przyrównują.

Nie rozumieją głupcy,

że czas tańczy wkoło,

że raz wejdziesz w kolce,

drugi pod jemiołą,

i nim się obejrzysz,

usłyszysz legendy

przy zmierzchu majowym,

na ostatnim zakręcie.

Uciekając przed tchórzami

Nie zaciągnął hamulca,

po prostu wyskoczył w biegu,

rany goją się szybko,

nim dotkniesz drugiego brzegu

Nie,

tło świata nie zburzy,

czy zmieniające się wieści,

ale trucizna na sercu,

która dusi, nie pieści.

Odszedł bez pożegnania,

zostawił kapelusz, zapałki,

zginanie karku ma cenę,

pomyślał, nie moje bajki.

Nie tak chcę żyć i umierać,

klękać na polecenia,

codziennie siebie zabijać,

nie mówię do zobaczenia.

Ta reszta? To ciała nie dusze,

już dawno skrzydeł nie mają,

chodzą w piżamach w liczydła,

co dobre zapominają.

Odwrócić każde znaczenie,

przytaknąć, mieszkamy w igloo.

Nie dla mnie wiara w zbawienie

Jak cierpieć, to cierpieć osobno.

I jeśli dziś jesteś Kłamstwem,

o Prawdzie niedługo zapomnisz.

Zostaną coroczne laurki,

ofiary, których nie wspomnisz.

Więc uciekł, nie będąc tchórzem,

i żył jak praojcowie,

którzy, kładąc, się śmiali

palcem ku niebu środkowym.

Fałszerze

Zostałem sam na sam z fałszerzami.

Nie wiedziałem, póki ich nie spotkałem,

że gwiazdy nie lśnią nocą, nawet zza mgieł z chmur,

i że ludzie od rewolucji francuskiej i równości

rządzą drugim człowiekiem.

Nie wiedziałem, że klękanie przed trójkątnym

okiem sprawia, że jesteś dobry,

że tak mało ludzi słyszy piękno rosnących

kwiatów i otwiera okna na oścież po burzy,

że tak często słuchają podszeptów na

niskich częstotliwościach

i tak dokładnie składają papierki do

czegoś, co nazwali portfelem.

Zostałem sam na sam z fałszerzami,

którzy każą mi numerować drugą istotę,

zawiązali marchewkę na szlufce z tyłu,

bym gonił sam siebie, aż padnę i skonam z nienawiści.

Sam na sam z tymi, co zapalają żarówki o dwunastej w lipcu,

co uczą swoje biedne dzieci polowania i męczenia kota,

z tymi, co spowiadają się z nieswoich złych czynów

i usprawiedliwiają się przed takimi samymi,

z tymi, co nigdy nie słyszeli smutku i piękna skrzypiec,

co nie malowali zachodu słońca,

z tymi, co mówią: „do diabła z prawdziwą historią”,

uczą liczyć na siebie i być łowcą miast pasterzem,

co powtarzają za głupcem, który rządzi, choć

niemoralnie jest rządzić drugą istotą:

„Wojtek, Wanda byli przeciwko Nam”,

dlatego wyrzucono ich na śmietnik

oraz zdeptano o nich pamięć, jak o tych, co

niedawno byli przeklęci, a dziś są wyklęci.

Jedyne, co mi zostaje, to te podróże

poza więzienie zwane Ziemią

i powtarzanie sercem, że może w następnym życiu

nie urodzę się niewolnikiem.

I znów biegnę tam, gdzie miętą pachnie las,

ale i tam piwo pije dwunogi potwór.

Uciekam więc, by posłuchać rosnącego zboża,

by cieszyć się mlecznym obłokiem na czerwcowym słońcu,

tam, gdzie jest najdłuższy dzień,

lecz tak naprawdę wiem,

że miną wakacje

i znów

zostanę sam na sam z fałszerzami.

Za kolorowym dywanem

Czy to zawsze musi się kończyć porażką,

gdzie radość sprawia jedynie kawa z mlekiem,

a spokój ciała zapewnia czarna herbata?

Czy moje marzenia to niewykonalny skok w przepaść,

a tlen zapewniają mi bezmózgi o bezsercach

swoim dwutlenkiem węgla?

W moim idealnym świecie nie chciałbym

poznać żadnego z nich,

żaden odcisk z ich pazurów nie byłby konieczny

do nieśmiertelnego uśmiechu.

Kolejny raz czuję, że tu nie pasuję,

bo chciałbym wiecznie wpatrywać się w zachód słońca

i zbierać chabry.

Chciałbym być piękną dziewczyną

lub przynajmniej być w niej.

Chciałbym kroczyć powoli

po dywanie kolorowych kwiatów.

Chciałbym płynąć z naszą córką

do nieodkrytych jeszcze światów.

Ale jestem wciąż w więzieniu,

już nawet podczas snu.

Słyszę swój krzyk, innych wrzaski,

to nie ja, brak mi tchu.

Chciałbym zmienić swą siekierę

znów na serce migocące

i zapomnieć o tych bestiach,

leżąc nago na mej łące.

Ale… znów mnie lekko trącają, szarpią nogawki, wyzywają,

ledwo znajdę się na zakręcie.

Ale znów ich zatrute serca mówią coś

zupełnie innego niż ich język.

Znów zarzucają sieci, stawiają pułapki,

ciężko pracując na zatrzymanie mojego serca,

powtarzając gęsiego i plując na brzydkie

kaczątko, choć przecież słyszeli w kołysce…

Nie dla wszystkich jest ten tron

i medale oraz złoto.

Chwyć swój bagnet i brodź w gównie,

to twoja robota.

Polejemy ci wina.

Siad! I się ucz,

że nie Tobie dano wiosła,

sąsiadów ani klucz.

Pasażerów sam wybrałeś,

gdy podniosłeś swą siekierę.

Kolorowy dywan?

Nie kpij,

sam wszystko wystrzelasz.

I została kawa z mlekiem, z czarną herbatą na żołądek.

Echo słów mych synów, byle szybko spełnione prośby.

Tak bardzo chciałem mieć dokładnie odwrotność posiadania,

platońskie cienie przez siekierę, życie do połatania

i gdzieniegdzie, gdzieś w przedsionku,

migocze marzenie,

że sam zbuduję sobie świat

poprzez mą siekierę

i wtedy pytam: „Kim być chciałeś?

Mordercą

czy dziewczyną,

co nie musi farbować świata,

złą potwora miną?”.

Zostałeś powołany, by spisywać,

nie mieć łatwiej,

by nie słuchać, ale słyszeć

na dziurawej życia tratwie,

by smakować raz do roku

 

truskawkowe wino,

aby skrawki poukładać,

ale nie w domino.

By zrozumieć, że te pioruny

będą ścinać twoje drzewa,

aż porzucisz swą siekierę,

lecz jedynie dojrzysz Ewę

i zza mgieł, dziewięć miesięcy

nic się nie wydarzy.

Twoją rolą wziąć pochodnię

wśród gasnących korytarzy

Fregata – nie dziewica

Stanąłem wśród kwaśnych oddechów we

fregacie, gdzieś na końcu świata.

i zrozumiałem, że tu byłem

Patrząc na zielone piękno gór z lilii w oddali,

nagle nic nie poczułem.

I wówczas do mnie doszło poprzez szkło, skórę, aż do serca,

przez filmy, zdjęcia, sieć

widziałem to już wszystko, to echo starych melodii,

już to czułem, a teraz nie.

Zacząłem się zastanawiać,

dlaczego moje serce było nieczułe i ślepe

wtedy, kiedy mogłem dotknąć przedrzeźniacza,

obrazy widziane kiedyś w sieci.

I wówczas się uśmiechnąłem

w wyobraźni, w książkach wiał wiatr i rzeźwił deszcz,

wolę być wagabundą w piwnicy

niż sąsiadem potwora, psującego krew.

Nienawiść

Na drugie imię mam Nienawiść

Wreszcie to zaakceptowałem,

inni się z nią kryją,

najwięcej jest jej u tych,

co w pierwszych ławkach rzucają na

patelnię bogaczy setki złotych,

aby wcześniej i później deptać serca tym,

co czują, że ten systemokolos nie ma sensu dla większości

i istnieje jedynie po to, aby niewolić i straszyć.

I do tych jest ta Nienawiść,

która nie pozwala patrzeć w oczy oprawcy,

bo przyzwoitemu człowiekowi nie wypada otaczać się tymi,

co osrani są wewnętrznie i tym szambem

dzielą się ze swoimi słabszymi braćmi.

Marzę o odejściu,

gdy widzę ich puste oczy i serca,

myślące tylko o tym, jak zabrać kromkę chleba innemu,

a potem spowiadać się Synom Saturna,

wracającym do swych pedofilskich przedszkoli,

aby śmiać się z tych,

co szepczą im o przeklinaniu, kłótniach i masturbacji,

aby później po kilku zdrowaśkach

przeklinać, kłócić się, masturbować,

bo przecież Smutny Syn im za miesiąc odpuka.

Wreszcie zrozumiałem,

że jestem zlepiony z Nienawiści

i ona powoduje,

że pytam sam siebie:

„Czy moje pierwsze imię

to Miłość?”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?