RosjaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRZEDMOWA

To jest Gorki, jakiego nie znamy. Znamy ikonę literatury stalinowskiej, nudnego i spodlonego piewcę sowieckiego komunizmu, którego doszczętnie obrzydziły kilku pokoleniom obowiązkowe lektury szkolne. Ale oto inny Maksym Gorki – bystry obserwator Rosji rewolucyjnej i bolszewickiej, namiętny krytyk carskiego samodzierżawia i okrutnej dyktatury. Wyłania się z kart tej książki fascynujący wielogłos rosyjskiej inteligencji, wszystkie przeklęte problemy literatury rosyjskiej. Na te dylematy towarzyszące inteligencji i literaturze Rosji spoglądamy przez pryzmat portretów Tołstoja, Czechowa, Błoka i Leonida Andriejewa. Śledzimy zmagania Gorkiego, bezpartyjnego socjalisty i wroga dyktatury, z monarchistami i rosyjską czarną sotnią. Na szczególną uwagę zasługują refleksje pisarza o rządzących bolszewikach. Ta książka to „wyznania duszy rosyjskiej zatrutej złym pokarmem”.

Gorki był znakomitym pisarzem, choć trudno w to uwierzyć po lekturach jego stalinowskiej twórczości. Tu natomiast śledzimy refleksje naznaczone mądrością i pasją moralną. Powtarzał Gorki za Leskowem: „Jeżeli na Świętej Rusi człowiek zacznie się dziwić, to osłupieje ze zdumienia i będzie tak stał jak słup do samej śmierci”.

Jeden z jego rozmówców, Bugrow, powiedział: „U nas, w Rosji, sumienie jest szczególne, jakby wściekłe. Sumienie przerażone do utraty zmysłów, sumienie, które uciekło do lasu, w wąwozy, w gąszcz, i tam się schowało. Idzie człowiek swoją drogą, a ono wyskakuje jak drapieżnik – i cap go za duszę”.

Najwyraźniej sumienie capnęło Gorkiego, gdy pisał: „Czasem wydaje mi się, że myśl rosyjska choruje ze strachu przed samą sobą; usiłuje być pozarozumowa, nie lubi rozumu, boi się go”. Od Leonida Andriejewa usłyszał: „Rozum ma w sobie coś ze szpiega, coś z prowokatora. Bardzo możliwe, że rozum to zamaskowana stara wiedźma: sumienie”.

Przypomina w pewnym momencie, jak podczas przesłuchania usłyszał od policmajstra: „Jaki z pana rewolucjonista? Nie jest pan ani Żydem, ani Polakiem”.

Nie miał złudzeń co do natury swoich rodaków: „Jak wiadomo, najłatwiej jest oszkalować, dlatego też ludzie małego ducha i rozumu szczodrze raczyli Korolenkę rozmaitymi oszczerstwami”; „Kiedy ktoś chociaż troszkę wysuwa się przed szereg, na wszelki wypadek biją go po głowie”.

Czytając tę książkę, myślałem, jak bardzo Polacy podobni są do Rosjan... Gorki zauważał za Leonidem Andriejewem: „Co koń, to charakter; tak samo jest z narodami. Są konie, które z każdej drogi zboczą do oberży – i nasza ojczyzna zboczyła do miejsca, które najbardziej kocha, i znów długo będzie tam chlać z dala od świata”.

Nie idealizował swojego narodu. Powtarzał: „Nasi wrogowie to głupota i okrucieństwo. (...) Czysta prawda mówi nam, że bestialstwo jest w ogóle czymś typowym dla ludzi – cechą nieobcą im nawet w czasie pokoju, o ile taki czas w ogóle bywa na świecie. Przypomnijmy sobie, jak dobroduszny Rosjanin wbijał gwoździe w głowy Żydów w Kijowie, Kiszyniowie i innych miastach, jak strażnicy więzienni sadystycznie katowali osadzonych, jak czarnosecińcy rozrywali młodziutkie rewolucjonistki, wbijając im pale w genitalia; przypomnijmy sobie na chwilę wszystkie krwawe podłości lat 1906, 1907, 1908”.

Nie uważał, że patriotyzm polega na schlebianiu własnemu narodowi. Pisał, że „lud rosyjski jest organicznie skłonny do anarchizmu, jest bierny, ale okrutny, kiedy władza trafia w jego ręce, jego osławiona dobroduszność to karamazowski sentymentalizm, jest przerażająco zaimpregnowany na wpływy humanizmu i kultury”.

Pisał: „My, Ruś, jesteśmy z natury anarchistami, okrutnymi bestiami, w naszych żyłach wciąż jeszcze płynie ciemna i zła krew niewolników, zatrute dziedzictwo tatarskiego i pańszczyźnianego jarzma – to prawda. Nie ma słów zbyt ostrych wobec Rosjanina – płaczesz krwawymi łzami, ale klniesz na niego, bo sam, nieszczęsny, dał i wciąż daje powody, żeby kląć i wyć na niego smętnym, psim wyciem, wyciem psa, którego miłości jego dziki pan, też zwierzę, nie jest w stanie przyjąć ani zrozumieć.

Najbardziej grzeszny i brudny lud na świecie, nierozróżniający dobra od zła, spity wódką, okaleczony cynizmem przemocy, odrażająco okrutny i jednocześnie niezrozumiale dobroduszny, a do tego bardzo utalentowany.

Teraz, kiedy przecięliśmy nabrzmiały wrzód ustroju policyjno-urzędniczego i trująca, nagromadzona przez wieki ropa rozlała się po całym kraju, teraz wszyscy powinniśmy przeżyć ciężką zemstę za grzechy przeszłości – za naszą azjatycką gnuśność, za tę bierność, z jaką znosiliśmy wyrządzany nam gwałt”.

W tamtym czasie nie miał złudzeń co do przyszłości Rosji rządzonej przez bolszewików:

„Lenin i Trocki oraz ich otoczenie zatruli się już trupim jadem władzy, o czym świadczy ich podły stosunek do wolności słowa, jednostki i do wszystkich tych spraw, o trumf których walczyła demokracja.

Ślepi fanatycy i pozbawieni sumienia awanturnicy na złamanie karku pędzą rzekomo ku «rewolucji społecznej», a tak naprawdę ku anarchii, zgubie proletariatu i rewolucji.

Na tej drodze Lenin i jego zwolennicy zamierzają dopuścić się wszelkich zbrodni w rodzaju rzezi pod Petersburgiem, pogromu moskiewskiego, zniszczenia wolności słowa, bezsensownych aresztowań – wszelkich podłości, jakie wyczyniali Plehwe i Stołypin. (...) Oto dokąd prowadzi proletariat jego dzisiejszy wódz, i trzeba pamiętać, że Lenin nie jest wszechmocnym czarodziejem, ale szarlatanem o zimnej krwi, któremu nie szkoda honoru ani życia proletariatu”.

To tylko kilka przytoczeń z tej fascynującej i pasjonującej książki rzucającej nowe światło na biografię Gorkiego – pisarza, który później stał się twarzą dla stalinowskiej polityki mordu i upodlenia kultury rosyjskiej.

Adam Michnik

1

Szkice z dziennika. Wspomnienia

Miasteczko

...Siedzę za miastem, na łysych wzgórzach pokrytych cienką darnią; wokół ledwie widoczne groby, stratowane kopytami bydła, rozwiane wiatrem. Siedzę pod murem małego jak zabawka pudełka z cegły, krytego blaszanym dachem – z daleka można je wziąć za kaplicę, ale z bliska bardziej przypomina psią budę. Za okutymi drzwiami leżą łańcuchy, knuty, bicze i jeszcze jakieś narzędzia tortur – bili nimi ludzi, zakopanych tutaj, na wzgórzach. Zostawiono je, żeby miasto pamiętało: żadnych buntów!

Ale mieszkańcy już zapomnieli: czyich ludzi tu pomordowano? Jedni mówią, że Kozaków Stiepana Riazina, inni, że Mordwinów i Czuwaszów Jemieliana Pugaczowa.

I tylko wiecznie pijany stary biedak Zatinszczikow mówi z dumą:

– Za obuśmy się buntowali...

Z jałowego pola na wzgórzach domy miasta, zapadnięte w ziemię, zdają się stertami śmieci; tu i tam zarosły po dach gęstymi, zakurzonymi krzakami. Z szarych grud sterczy z dziesięć dzwonnic i wieża strażacka, migocą w słońcu białe mury cerkwi – jak czyściutkie płócienne łaty na brudnych łachmanach.

Dzisiaj święto. Do południa mieszkańcy stali w świątyniach, do drugiej jedli i pili, teraz odpoczywają. Miasto milczy, nie słychać nawet płaczu dzieci.

Dzień jest męcząco upalny. Szarobłękitne niebo spływa na ziemię przejrzystym roztopionym ołowiem. W niebie jest coś nieprzeniknionego i smętnego; oślepiająco białe słońce jakby rozlało się po nieboskłonie, roztajało. Żałosne rudawe trawy na grobach, nieruchome i suche. Ziemia pęka, łuszczy się w słońcu jak suszona ryba. Na lewo od wzgórz, za niewidoczną rzeką, nad nagimi polami drży rozprażone powietrze, kołysze się w nim i taje uszata dzwonnica osady za rzeką – sto lat temu osada należała do znamienitej Sałtyczychi, wsławionej wyrafinowanym dręczeniem chłopów pańszczyźnianych.

A miasto pokrywa chmura jakiegoś mętnego, żółtawego kurzu. Może to oddechy śpiących ludzi.

Dziwni ludzie mieszkają w tym mieście. Właściciel fabryki filcu, człowiek solidny i niegłupi, czwarty rok czyta „Historię Państwa Rosyjskiego” Karamzina; doszedł już do dziewiątego tomu.

– Wspaniałe dzieło! – mówi, z szacunkiem głaszcząc skórzaną okładkę. – Królewska książka. Od razu widać, że pisał artysta. W zimowy wieczór zaczniesz czytać – i zaraz zapomnisz o całym świecie. Tak ci dobrze. Książka to wielka pociecha! O ile napisana z wiedzą i rozumem...

Kiedyś, bawiąc się swoją imponującą brodą, zaproponował mi z uprzejmym uśmieszkiem:

– Chce pan zobaczyć coś ciekawego? Mieszka u mnie w oficynie lekarz i chodzi do niego pewna panna, nie nasza, przyjezdna. Patrzę ze strychu, przez świetlik, jak się tam zabawiają; okno mają zasłonięte do połowy i przez górną szybę bardzo dokładnie widać ich zabawy. Nawet kupiłem przypadkiem lornetkę od Tatara i czasem zapraszam przyjaciół, żeby się zabawili. Bardzo ciekawa rozpusta...

Fryzjer Baliasin mówi o sobie „miejski golibroda”. Jest wysoki i chudy, chodzi z wyprostowanymi ramionami i dumnie wypiętą piersią. Ma głowę węża – malutką, z żółtymi oczami, spojrzenie dobrotliwie nieufne. Ludzie w miasteczku uważają, że jest mądry, i leczą się u niego chętniej niż u lekarza z ziemstwa.

 

– Jesteśmy prości ludzie, a lekarze są dla wykształconych – mówią mieszkańcy.

Fryzjer stawia bańki, puszcza krew, niedawno wyciął pacjentowi odcisk i pacjent umarł od zakażenia krwi. Ktoś zażartował:

– Nadgorliwy; mówią mu: wytnij odcisk, a on całego człowieka wyciął z tego świata...

Baliasina męczy nietrwałość bytu.

– Myślę sobie, że uczeni kłamią – mówi. – Nie znają dokładnie ruchu Słońca. Patrzę, kiedy słoneczko zachodzi, i myślę: a jakby tak jutro nie wzeszło? Nie wzejdzie – i klapa! Zaczepi się o coś, o kometę na przykład, i żyj tu potem w ciemności. Albo zatrzyma się po tamtej stronie Ziemi i zostaniemy pod korcem wiecznego mroku. A można przypuszczać, że słońce ma swój charakterek. I wtedy żeby przeżyć, przyjdzie nam palić lasy, bez ustanku dorzucać do ognisk.

Chichoce, mruży oczy i ciągnie:

– Ła-adne niebo będziemy wtedy mieli: gwiazdy są, a Słońca i Księżyca ani śladu! Zamiast Księżyca czarny krążek będzie wisiał, jeśli to prawda, że Księżyc pożycza światło od Słońca. I żyj, jak chcesz: nic nie widać. Tylko złodzieje dobrze na tym wyjdą, a wszystkie inne profesje – nieciekawie. Co?

Kiedyś strzygąc mi włosy, powiedział:

– Ludzie do wszystkiego się już przyzwyczaili, niczym ich nie nastraszysz, pożarami, niczym. Gdzie indziej zdarzają się powodzie, trzęsienia ziemi – a u nas nic! Nawet cholery nie było, jak cholera była wszędzie naokoło. Chciałby człowiek zobaczyć coś niezwykłego, strasznego. Strach jest dla duszy jak łaźnia dla ciała – samo zdrowie...

Jednooki dzierżawca kąpieliska miejskiego, przy tym też „czapkarz”, szyje kaszkiety ze starych spodni; miasto boi się go i nie lubi. Mieszkańcy lękliwie omijają go na ulicy i patrzą za nim wilkiem; czasem ktoś z pochyloną głową szarżuje na czapkarza, jakby chciał go pobóść. Wtedy czapkarz ustępuje drogi i ogląda się za takim człowiekiem, z uśmieszkiem mruży oczy.

– Za co pana nie lubią? – pytam.

– Jestem bezlitosny – mówi dumnie. – Tak już mam, że jak tylko ktoś coś, zaraz ciągnę go do sądu polubownego.

Białka oczu ma podrażnione, poznaczone siecią krwawych żyłek, i w tej siatce dumnie błyszczy rudawa okrągła źrenica. Czapkarz jest krępy, długoręki, nogi na beczce prostowane. Przypomina pająka.

– Faktycznie, nie szanują mnie, bo znam się na prawie – opowiada, skręcając papierosa z machorki. – Cudzy wróbel wleci do mojego ogrodu i zaraz: proszę do sądu! O koguta cztery miesiące się procesowałem. Aż mi sam sędzia powiedział: „Przez pomyłkę urodziłeś się jako człowiek, ty jesteś czysty giez!” Nawet pobili mnie za to pieniactwo, ale mnie bić to bez sensu. Jakbyś bił rozżarzone żelazo, tylko ręce sobie poparzysz. Bo po bójce to ja dopiero zaczynam...

Gwizdnął przenikliwie. Naprawdę jest pieniaczem, zasypał miejscowego sędziego skargami i podaniami. Z policją żyje w przyjaźni; powiadają, że lubi pisać donosy i prowadzi jakąś księgę, gdzie zapisuje różne przewinienia mieszkańców miasta.

– Po co pan to robi?

– Bo szanuję swoje prawa! – odpowiada.

Łysy gruby Puszkariow, ślusarz i kotlarz, wolnomyśliciel i ateista. Zaciska zwiotczałe wargi, dziwnie wygięte, koloru dżdżownicy, i mówi ochrypłym basem:

– Bóg to czysty wymysł. Nad nami nie ma nic, tylko błękitne przestworza. Wszystkie nasze myśli biorą się z tych przestworzy. Żyjemy błękitnie, myślimy błękitnie, w tym rzecz. Cała istota życia, mojego i pańskiego, jest bardzo prosta: byliśmy i zgniliśmy.

Jest oczytany, głównie w powieściach, szczególnie dobrze pamięta jedną: „Krwawa ręka”.

– Tam francuski kardynał zbuntował się i oblegał La Rochelle. A przeciwko niemu stanął kapitan Lacousonne – co on wyprawiał, sukinsyn! Aż ślinka leci przy czytaniu. Robił szpadą bezbłędnie: dźgnie – i zaraz trup. Wspaniały rycerz...

Puszkariow opowiedział mi taką historię:

– Siedzę sobie tak jak teraz, wieczorem, w święto, i czytam; nagle zjawia się rachmistrz z ziemstwa, po ichniemu statystyk: „Byłbym wielce rad poznać pana”. „Nie ma sprawy – mówię – niech pan poznaje śmiało”. I siedzę do niego bokiem. A on i tak, i tak – a ja udaję wariata, buczę i gapię się w ścianę. „Słyszałem – mówi – że pan nie wierzy w Boga?” No, tu już nie wytrzymałem: „Że jak, znaczy? – mówię. – A to tak można? To po co te wszystkie cerkwie, popi, mnisi? A jak zawiadomię policję, że mnie pan skłania do niewiary?” Przestraszył się: „Przepraszam – mówi – myślałem...” – „O to, to – mówię – nie trzeba tyle myśleć. Nic mi po pańskim myśleniu”. Wyturlał się stąd jak piłeczka. A niedługo potem się zastrzelił. Nie lubię tych z ziemstwa, fałszywców. Żyją ze ssania krwi z chłopów. Nie ma co robić z takimi uczonymi, to załatwiają im posady w ziemstwie. Rachujcie! Rachują. Człowiekowi bez różnicy, co robi, byle pensję dostawał jak największą...

A zegarmistrz Korcow, zwany Pchłą Myśliwską, mały włochaty człowieczek z długimi rękami, jest patriotą i wielbicielem piękna.

– Nigdzie nie ma takich gwiazd jak nasze, rosyjskie! – mówi, patrząc w niebo okrągłymi oczami, płaskimi jak guziki. – I rosyjski ziemniak względem smaku jest najlepszy na świecie. Albo takich, powiedzmy, harmonii też nigdzie lepszych nie robią! Albo kłódek. Mało to u nas różności, żeby utrzeć nosa tym wszystkim amerykom!

Układa piosenki i śpiewa je po pijaku. Teksty wychodzą mu jakby specjalnie, z premedytacją głupie, ale piosenka, którą śpiewa najczęściej, brzmi tak:

Błękitna sikorka z drzewa

Pod moim oknem śpiewa.

Pojutrze jajko zniesie

Ukradnę je i w lesie

Włożę do gniazda sowie.

Tak mi się lęgnie w głowie,

Bo śni mi się po nocach

Że dziobie mnie po włosach

Ten leśny, nocny ptak,

Zamiast chociażby szpak.

Korcow śpiewa tę piosenkę na chwacką, wesołą nutę. A głowę ma idealnie okrągłą i z wierzchu całkiem łysą, tylko od ucha do ucha wiszą mu na karku rudawe frędzle kręconych kłaków.

Lubi zachwycać się pięknem przyrody, chociaż miasto otaczają pustkowia, napuchnięte jałowymi pagórkami, pocięte wąwozami, ubogie i paskudne. Ale zegarmistrz, stojąc na brzegu mętnej, śmierdzącej rzeki, zatrutej przez fabryki filcu, pokrzykuje w przystępie szczerego lirycznego uniesienia:

– Ech, jak pięknie! Jak szeroko, jak płasko. Idź, dokąd chcesz. Kocham to nasze piękno ponad życie!

Podwórko przy domu ma błotniste, gęsto zarośnięte pokrzywą i łopianem, wszędzie leżą kawałki drewna i jakieś żelastwo, a pośrodku gnije szeroka kanapa, z siedziska sterczą kępy włosia. W pokojach kurz, wszystko poprzestawiane, na łańcuszkach ściennego zegara zamiast obciążnika wisi kawałek ołowianej rury. Gdzieś w kącie jęczy i warczy potężna żona, a po podwórku lata w milczeniu jej siostra, stara panna, żółta i chuda, z wyszczerzonymi zębami; na nogach ma resztki męskich buciorów, podołek podwinięty do kolan, gołe łydki w sinych węzłach żył.

Korcow wynalazł kłódkę, którą ładuje się trzema nabojami do broni palnej. Wkładasz klucz, a ta strzela. Kłódka waży dwanaście funtów i wygląda jak podłużna skrzynka. Moim zdaniem powinna strzelać w niebo, a nie w tego, kto chce ją otworzyć.

– Nie, prosto w pysk wypali! – zapewnia wynalazca.

Miejscowi lubią dziwaka. A może podoba im się, że wiecznie nie idzie mu karta, wszyscy go ogrywają. On z kolei lubi bić dzieci, mówi, że swojego syna zabił rózgą na śmierć, co nie przeszkadza znajomym zapraszać go w charakterze eksperta na pranie chłopców kradnących po sadach i ogrodach.

Bez pośpiechu, ręce za plecami, chodzi sobie po mieście Jakub Lesnikow, wysoki, szczupły, z długą cienką brodą i wielkim, spuszczonym na kwintę nosem. Nieszczęśliwy, brudny, ubrany w jakiś łach w rodzaju mnisiego habitu; na puklach jego posiwiałych, sztywnych włosów sterczy studencki kaszkiet. Duże wodniste oczy nerwowo wytrzeszczone, jakby bardzo chciał spać i starał się nie zasnąć. Wciąż ziewa, patrzy w dal ponad głowami ludzi i pyta przechodniów:

– No, jak tam?

Odpowiedzi go nie interesują, zresztą pewnie je zna:

– Tak sobie. Jakoś leci. Żyjemy.

Ma opinię babiarza i wielkiego rozpustnika. Korcow mówił mi nie bez dumy:

– Był nawet z Hiszpanką! No, jasne, teraz to nawet Mordwinkami nie pogardzi...

Mówią, że Lesnikow jest synem z nieprawego łoża znanej osoby, wysoko postawionego duchownego albo gubernatora. Ma kilka dziesięcin ziemi, ogrodów i łąk, puszcza je w dzierżawę osadnikom i mieszka samotnie na kwaterze u mojego sąsiada, urzędnika skarbowego.

Kiedyś wieczorem wylegiwał się w ogrodzie, na trawie, pod lipą, pił piwo z lodem, porykiwał i ziewał. Podchodzi do niego pan domu, chudziutki, kwaśno uprzejmy człowieczek w okularach.

– Co tam, Jasza?

– Nuda – powiedział Lesnikow. – Tak sobie myślę, czym by tu się zająć.

– Dla ciebie już za późno, żeby się czymś zajmować.

– Ano za późno.

– Stary jesteś.

– Tak.

Chwilę milczeli. Potem Lesnikow bez pośpiechu powiedział:

– Bardzo nudno. Może by tak zacząć wierzyć w Boga?

Urzędnik go poparł:

– Niezły pomysł. I do cerkwi byś chodził...

A Lesnikow ziewnął, aż zawył, i mówi:

– No-o...

Zimin, kupiec galanteryjny, chytra sztuka, starosta cerkiewny, powiedział mi:

– Ludzie cierpią z nadmiaru rozumu, w całym tym naszym bajzlu rozum najwięcej mąci. Brakuje nam prostoty, utraciliśmy prostotę. Serca mamy czyste, ale rozum żulerski!...

Siedzę, łykając rozżarzone powietrze, i wspominam słowa, gesty, twarze tych ludzi, patrzę na miasto, otulone gorącym migotliwym zaduchem. Komu potrzebne to miasto i ludzie, którzy je zamieszkują?

Tutaj Lew Tołstoj po raz pierwszy odczuł grozę życia – „arzamaską”, mordwińską grozę – ale czy tylko po to miasto istniało i wciąż istnieje od czasów Iwana Groźnego?

Myślę, że nie ma kraju, w którym ludzie gadaliby tak dużo i myśleli tak chaotycznie, tak jałowo jak w Rosji, szczególnie w tej powiatowej.

Arzamaskie myśli są przypadkowe i przypominają zadręczonych chłopców, na wpół oskubane ptaki, które czasami ze strachu wlatują do ciemnych pokojów, żeby się rozbić na śmierć o twardą iluzję przejrzystych jak powietrze szyb w oknach. Jałowe „niebieskie” myśli.

Podpatruję tych ludzi i zdaje mi się, że żyją przede wszystkim głupio, a potem dopiero – i dlatego właśnie – w brudzie, nudzie, złości i występku. Mają talent, ale to ludzie z dowcipów.

Od rzeki dobiega szum i plusk wody – chłopcy przybiegli się kąpać. W mieście jest ich niewielu, większość poszła do lasu, na pola i w chłodny cień wąwozów. Nad ogrodami unosi się błękitny dym, to gospodynie obudziły się i rozpalają samowary na wieczorną herbatę.

Przenikliwie wibruje wysoki głos dziewczynki:

– Oj, ma-amusiu, oj, kochana, nie bij mnie po brzuszku...

I krzyk zapada się pod ziemię.

Upał jest coraz cięższy. Słońce jakby stanęło. Ziemia dyszy suchym, pełnym kurzu żarem. Niebo zdaje się jeszcze bardziej twarde, i ta matowa twardość jest bardzo nieprzyjemna, wręcz straszna. Można pomyśleć, że to nie to samo niebo co wszędzie, ale jakieś inne, tutejsze, płaskie, stwardniałe, zlepione z ciężkiego oddechu ludzi dziwnego miasteczka. Majaczy niebieskawa dal, nabierając barw szkła wypalonego na słońcu, gęstnieje i podpełza do miasta przejrzystym, ale nieprzenikalnym murem.

Bez ładu i składu migają czarne kropki much, znowu przypominając, jak twarde jest szkło.

A ciężka, gorąca cisza robi się jeszcze gęstsza i cięższa.

W ciszy śpiewnie brzmi półsenny, rozmemłany głos kobiety:

– Taisia, ubieraj się.

I taki sam, tylko niższy głos odpowiada sennie:

– Ubieram się.

Milczenie. I znowu:

– Taisia, niebie-es?...

– Niebie-es...

Pożary

W ciemną lutową noc wyszedłem na plac Oszarski i widzę: z lukarny którejś kamienicy wychylił się gęsty, lisi ogon ognia i merda w powietrzu, cętkowany mnóstwem wielkich płatków śniegu – płatki padały na ziemię niechętnie, powoli.

Płomień był piękny i fascynujący. Jakby w okno, pod dach, skoczył z ciepławej mokrej ciemności czerwony drapieżnik; pręży się i kąsa. Słyszałem suchy trzask, tak trzeszczą w zębach ptasie kości.

Patrzyłem na to lisie krętactwo płomienia i myślałem: „Trzeba łomotać do drzwi domów, budzić ludzi, krzyczeć – pożar”. Ale nie chciało mi się krzyczeć ani ruszać; stałem, oczarowany, obserwując jak szybko rośnie ogień, a na skraju dachu migały już kogucie pióra, najwyższe gałęzie ogrodu złociście poróżowiały, na placu zrobiło się jaśniej.

 

„Trzeba budzić ludzi” – przekonywałem sam siebie i w milczeniu gapiłem się do czasu, aż dostrzegłem postać pośrodku placu; człowiek przywarł do paskudnej żeliwnej pompy przy fontannie i dla postronnych oczu całkiem się z nią stopił. Podszedłem do niego. To Łukin, stróż nocny, bojaźliwy dziadek.

– Co z tobą? Gwizdż, budź ludzi!

Nie odrywając oczu od ognia, odpowiedział głosem sennym czy pijanym:

– Zaraz...

Wiedziałem, że nie pije, ale widziałem w jego oczach pijany uśmiech rozkoszy i wcale mnie nie zdziwiło, kiedy półgłosem, dławiąc się słowami, zaczął mamrotać:

– Patrz no go, jaki spryciarz! Patrz, patrz, co wyprawia! Ale żre, ale kąsa, co za siła! A ledwie co malutki płomyczek wychylił się koło rynny, jak dłuto, nie większy, i zaczął kuć, i zaraz się rozhasał. Aj, Boże, Boże, pożar – jakie to ciekawe...

Włożył gwizdek do ust i chwiejąc się na nogach, napełnił pusty plac raniącym uszy świstem, zamachał dłonią – pospiesznie zaklekotała kołatka. Ale jego oczy wciąż nie mogły oderwać się od tego, co w górze – a tam, ponad dachem, wirowały czerwone i białe śnieżynki, gęstniała czapa czarnego, ciężkiego dymu.

Łukin burczał, uśmiechając się pod nosem:

– Patrzcie go, jaki łajdak... No, trzeba budzić ludzi... Chodź, budzimy...

Biegaliśmy po placu, tłukliśmy w okna i drzwi i ryczeliśmy:

– Po-ożar!

Czułem, że działam energicznie, ale przy tym nieszczerze, a Łukin co stuknął w okno, odbiegał na środek placu, zadzierał głowę i wrzeszczał z nieskrywaną radością:

– Poża-ar, he-ej!

...Potężny jest urok magicznej mocy ognia. Często widziałem, jak ludzie w zapamiętaniu poddają się złemu pięknu żywiołu, i sam nie jestem wolny od tej fascynacji. Zawsze z rozkoszą rozpalam ognisko i gotów jestem dzień i noc nienasycenie patrzeć w ogień, podobnie jak mogę całą dobę słuchać muzyki bez znużenia.

Pożar na Sujetinskiej w Niżnym Nowogrodzie; płoną domy nad wąską szczeliną wąwozu; jar przecina gliniastą górę i stromo zbiega z górnej części miasta do dolnej, ku Wołdze. Drużyna strażacka z powodu ukształtowania terenu nie mogła podjechać do samego pożaru, samochody i beczki z wodą stoją w dole, na ulicy, węże rozciągnięto na stoku wąwozu, a z góry lecą głownie, turlają się płonące belki. Gęsty tłum gapiów stoi na drugim stoku, skąd świetnie widać pożar, ale kilkudziesięciu ludzi zeszło na dół, gdzie strażacy klną na nich wściekle i gdzie lecące belki mogą w każdej chwili połamać im nogi.

Żeby widzieć, jak ogień pożera suche drewno starych domów, ludzie muszą niewygodnie zadzierać głowy, na twarze leci im popiół, iskry kąsają i żądlą skórę. Ale nic się tym nie przejmują; pokrzykują, śmieją się i wrzeszczą, uciekają przed turlającymi się im pod nogi belkami, gramolą się na czworaka po stromym stoku naprzeciw pożaru i znów, jak czarne grudy, zeskakują na dół. Zabawa szczególnie wciągnęła statecznego pana w modnym płaszczu, słomkowym kapeluszu i wyczyszczonych do połysku butach. Ma okrągłą, starannie ogoloną twarz, wielkie wąsy, w dłoni laseczkę ze złotą gałką, trzyma ją z drugiej strony i wymachuje jak buławą, odskakuje przed lecącą z góry belką i ryczy basem:

– Hur-r-raaa!

Gapie podpuszczają go okrzykami, nad jego głową wiruje, pobłyskując, złota gałka laski, iskry ponadpalały rondo kapelusza, pod brodą furkoce czarna żmija rozwiązanego krawata. Ale on nic nie widzi i chyba nie słyszy, zachowuje się jak rozbrykany chłopiec: czeka, aż płonąca belka sturla się ludziom pod nogi, i odskakuje ostatni. Za każdym razem mu się udaje, skacze lekko, choć jest wysoki i dobrze zbudowany. Belka już-już ma go uderzyć, ale hop, zgrabny sus do tyłu, i niebezpieczeństwo mija:

– Hur-r-raaa!

Parę razy nawet przeskoczył belkę, za co dostał oklaski od jakichś pań z tłumu, prawdziwe owacje. Ludzi na górze jest mnóstwo, barwnie ubranych kobiet, niektóre rozłożyły parasolki, chroniąc się przed czerwonym deszczem iskier.

Pomyślałem: pewnie ten człowiek się zakochał i pokazuje swojej pani, jaki jest zręczny i odważny – prawdziwy mężczyzna.

– Hur-r-raaa! – krzyczy. Kapelusz zjechał mu na kark, twarz poczerwieniała, wokół szyi wciąż powiewa czarna wstążka krawata.

Strażacy wrzasnęli, zagłuszając chciwy trzask płomieni, i wyrwali bosakami kilka belek naraz, i belki dymiąc, migając złotem węgli, niezgrabnie podskakując, potoczyły się zboczem wąwozu. Toczą się coraz szybciej, straszliwe i ciężkie, wymachują końcami, przewalają się jedna przez drugą i już turkocą po bruku ulicy.

– Hur-r-raaa! – ryczy mężczyzna w kapeluszu, macha laską i przeskakuje przez belkę, a koniec sąsiedniej leniwie uderza go w nogę; mężczyzna unosi ramiona i nurkuje w ziemię, i wtedy iskrzący koniec trzeciej gigantycznej głowni kąsa go w bok, jak łeb ognistego smoka.

Tłum jęknął setkami głosów, trzech strażaków szybko wyciągnęło amatora rozrywek za nogi i dokądś odniosło, a pośród żarzących się belek, na bruku ulicy został słomkowy kapelusz, i zaszamotał się, nastroszył i nagle wesoło buchnął pomarańczowym płomieniem, cały w jednej chwili...

W ’96 roku w Niżnym Nowogrodzie palił się „Dom pracowitości”; na parterze zajęły się pakuły, ogień szybko rozprażył żelazne schody na piętro i dosięgnął tam stare robotnice. Wszystkie, a było ich bodaj ponad dwadzieścia, zaczadziły się i spłonęły.

Widziałem samą końcówkę pożaru: dach zapadł się, w wielkiej ceglanej skrzyni z żelaznymi kratami na oknach skakał i prychał ogień, plując gęstym, tłustym dymem. Poprzez rozpalone żelazo krat dym wylatywał jakimiś szczególnie ciężkimi, czarnymi kłębami, snuł się tuż nad pogorzeliskiem i osiadał na dachu, jak smolista mgła.

Obok mnie stał człowiek o fatalnej opinii, kamienicznik Kapitan Sysojew, silny i rumiany mimo pięćdziesiątki na karku i rozpustnego, pijackiego życia.

Na wygolonej twarzy o potężnych szczękach, głęboko w kościstych dołkach kryły się wąskie, niespokojne oczka. Ubrany był źle, niedbale, wszystko wisiało na nim jak ze starszego brata; robił okropne wrażenie i pewnie o tym wiedział – patrzył na ludzi bezczelnie, wyraźnie wyzywająco.

Na pożar natomiast spoglądał spojrzeniem człowieka, dla którego życie i wszystko, co się w nim zdarza, to tylko widowisko. Mówił coś cynicznie o „usmażonych” staruszkach i że dobrze byłoby spalić wszystkie takie staruchy. Ale coś jednak nie dawało mu spokoju, co chwila wkładał rękę do kieszeni płaszcza, gwałtownie wyciągał z powrotem, dziwnie nią wymachiwał i wkładał znowu, patrząc na ludzi spode łba. Potem w jego palcach zjawił się zwitek papieru, starannie przewiązany czarną nitką; kilka razy podrzucił go na dłoni i raptem zręcznie cisnął w ogień, przez ulicę.

– Co pan tam rzucił?

– Wierzę w taki jeden przesąd – odpowiedział, mrugając do mnie, cały zadowolony, z szerokim uśmiechem.

– Jaki?

– A nie, nie powiem!

Dwa tygodnie później spotkałem go u adwokata Wienskiego, hulaki i cynika, ale człowieka świetnie wykształconego; gospodarz sporo wypił i zasnął na kanapie, a ja przypomniałem sobie pożar i namówiłem Sysojewa, żeby opowiedział mi o swoim „przesądzie”. Sysojew sączył benedyktynkę rozmajoną koniakiem – napój, po którym uszy mu puchły i robiły się fioletowe; opowieść zaczął niby żartobliwie, ale szybko zauważyłem, że to tylko pozór.

– Rzuciłem w ogień paznokcie, moje obcięte paznokcie. Zabawne, co? Od dziewiętnastego roku życia je zbieram, zbieram i czekam na pożar, a wtedy rzucam w ogień. Zawijam w papierek razem z trzema czy czterema miedziakami i rzucam. Po co? A to już całkiem głupie...

– Kiedy miałem dziewiętnaście lat, zupełnie mi się nie wiodło, byłem nieszczęśliwie zakochany, podarły mi się buty, nie miałem pieniędzy na czesne na uniwersytecie; wpadłem w pesymizm i chciałem się otruć. Zdobyłem cyjanek potasu, poszedłem na bulwar Strastny, miałem tam za klasztorem ulubioną ławkę, siedzę i myślę sobie: „Żegnaj, Moskwo, żegnaj, życie, diabli by was wzięli!” I nagle – co widzę: obok mnie siedzi taka gruba starucha, czarna, brwi zrośnięte, morda okropna! Wytrzeszczyła na mnie oczy i nic, ani słowa, tylko się gapi. „Czego pani chce?” – „Daj no rękę, studencie” – takim, wie pan, rozkazującym tonem, bezczelnie...

Sysojew rzucił okiem na chrapiącego gospodarza, potem omiótł wzrokiem pokój – szczególnie ciemne kąty – i mówił już ciszej, bez sztucznej żartobliwości.

– Wyciągnąłem rękę i – przysięgam – poczułem na skórze ciężar spojrzenia jej wytrzeszczonych oczu. Długo wpatrywała się w dłoń i w końcu mówi: „Jesteś skazany na życie”. Tak właśnie powiedziała – skazany! – „Jesteś skazany na długie, lekkie i dobre życie”. A ja na to: „Nie wierzę w te bzdury, w przepowiednie, wróżby...” A ona: „Dlatego żyjesz w smutku, dlatego ci źle. Spróbuj uwierzyć...” Roześmiałem się i pytam: „Jak mam spróbować uwierzyć?” – „Zwyczajnie. Obetnij paznokcie i rzuć je w cudzy ogień. Tylko pamiętaj – w cudzy!” – „Co to jest cudzy ogień?” – „Nie rozumiesz? Ognisko w mroźny dzień na ulicy, albo pożar, albo siedzisz w gościach, a tam palą w piecu...”