Kobiety Valentiego

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maisey Yates
Kobiety Valentiego

Tłumaczenie:

Izabela Siwek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Chodzi o to, panie Valenti, że jestem w ciąży.

Renzo Valenti, dziedzic rodu bogatych właścicieli ziemskich, znany kobieciarz i rozpustnik, wlepił wzrok w obcą kobietę stojącą w drzwiach.

Nigdy wcześniej jej nie widział. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.

Nie zadawał się z tego rodzaju kobietami, które wyglądały tak, jakby spędziły całe upalne popołudnie, włócząc się po ulicach Rzymu, zamiast przeczekać skwar w jedwabnej pościeli.

Dziewczyna miała zarumienione policzki, była zaniedbana, bez makijażu, a długie włosy wysuwały jej się z nieporządnie upiętego koka. Ubrana podobnie jak amerykańskie studentki zjeżdżające latem do stolicy Włoch, w czarną obcisłą koszulkę na ramiączkach i długą spódnicę, sięgającą kostek, częściowo zakrywającą zakurzone stopy i płaskie podniszczone sandały.

Mijając ją na ulicy, nie zwróciłby na nią uwagi. Ale teraz znajdowała się w jego domu i wypowiedziała słowa, jakich nie słyszał od żadnej kobiety od chwili ukończenia szesnastu lat. To, co mu oznajmiła, nie miało jednak dla niego żadnego znaczenia, podobnie jak ona sama.

– Czy mam pani pogratulować, czy współczuć? – zapytał.

– Nic pan nie rozumie.

– To prawda, nie rozumiem – jego głos odbił się echem w wielkim przedpokoju. – Wpada pani do mojego domu jak burza, mówiąc gospodyni, że koniecznie musi się pani ze mną zobaczyć, a teraz wpycha się pani do środka.

– Wcale się nie wpycham. Luciana chętnie mnie wpuściła.

Nigdy nie zwolniłby gosposi, starszej już wiekiem, i niestety o tym wiedziała. Pewnie wpuściła do domu tę rozhisteryzowaną dziewczynę po to, żeby ukarać Renza za postępki wobec kobiet.

Wydało mu się to niesprawiedliwe. Ta mała istota – wyglądająca tak, jakby najlepiej się czuła na chodniku w dzielnicy cyganerii, grając na gitarze i zbierając drobne monety do kapelusza – mogłaby się stać karą za grzechy dla jakiegoś mężczyzny. Ale przecież nie dla niego.

– Niestety, nie mam czasu na takie historie.

– To pana dziecko.

Roześmiał się. Jedynie tak mógł zareagować na to zaskakujące oświadczenie. Nie potrafił inaczej rozładować dziwnego napięcia, jakie ścisnęło go za gardło, gdy wypowiedziała te słowa. Wiedział, dlaczego tak na niego podziałały, a nie powinny.

Nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, w której mógłby dotknąć tej małej hipiski. Przez ostatnie sześć miesięcy zajmował się najokropniejszą w świecie farsą, jaką było jego rozpadające się małżeństwo. I chociaż Ashley zabawiała się z innymi mężczyznami w trakcie trwania ich związku, Renzo jednak pozostawał jej wierny.

Dziewczyna z małym ciążowym brzuszkiem, ledwie widocznym pod dopasowaną bluzką, upierająca się, że to jego dziecko, wydała mu się kompletnie pozbawiona rozumu.

Miał za sobą sześć miesięcy kłótni i uchylania się przed latającymi w powietrzu wazonami, które rzucała w niego rozszalała żona, robiąc wszystko, co tylko się dało, by przestał wierzyć, że Kanadyjczycy to mili i uprzejmi ludzie. Na koniec próbowała go udobruchać, jakby był szczeniakiem, którego trzeba uspokoić po solidnym laniu.

Nigdy nie był mężczyzną, którego można okiełznać. Ożenił się z Ashley, żeby wykazać swoją rację rodzicom, i zrobił to tylko z tego powodu. Teraz się rozwiódł i znowu był wolny. Na tyle, że mógłby się zabawić z tą turystką z plecakiem, gdyby tylko chciał. Najbardziej jednak miał ochotę wyrzucić ją z domu z powrotem na ulicę, skąd przyszła.

– To niemożliwe, moja droga – odparł. Popatrzyła na niego okrągłymi, załzawionymi oczami, pełnymi bólu i niedowierzania. Co sobie wyobrażała? Że Renzo nabierze się na ten podstęp i ją zbawi? – Jakiś dziwny wymysł. Owszem, mam opinię kobieciarza, ale przez ostatnie sześć miesięcy byłem żonaty. Jeśli jakiś facet zmajstrował pani dziecko w barze dla turystów i więcej się nie odezwał, to z pewnością nie byłem to ja i nikt mi tego nie wmówi. Wczoraj się rozwiodłem, ale wcześniej dochowywałem wierności żonie.

– Ashley Bettencourt.

Zaskoczyło go, że dziewczyna zna nazwisko jego byłej małżonki, ale przecież wszyscy mogli się tego dowiedzieć. Jeśli jednak wiedziała, że był żonaty, to dlaczego nie wybrała sobie kogoś innego, kto dałby się nabrać?

– Tak – odparł. – Widać, że czyta pani plotkarskie gazety.

– Nie. Poznałam Ashley w barze dla turystów. To ona mi to zmajstrowała.

Renzo poczuł się jak uderzony w pierś.

– Zaraz, zaraz. Nic, z tego, co pani mówi, nie ma sensu.

Dziewczyna uniosła ręce, złapała się na chwilę za głowę, po czym opuściła je z powrotem, zaciskając dłonie w pięści.

– Próbuję to wszystko wyjaśnić… ale myślałam, że pan wie, kim jestem!

– Dlaczego miałbym wiedzieć? – spytał zdezorientowany.

– Och… nie powinnam jej słuchać. Ale byłam… Chyba jestem taka głupia, jak twierdzi mój ojciec!

Teraz już prawie zawodziła i musiał przyznać, że cała ta farsa została dobrze przygotowana, mimo że zakłóciła mu spokój.

– W tym momencie muszę przyznać mu rację i pozostanę po jego stronie do czasu, aż wyjaśni mi pani, w jaki sposób moja była żona mogła przyczynić się do ciąży.

– Ashley zawarła ze mną umowę. Pracowałam w pubie niedaleko Koloseum i zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o waszych małżeńskich problemach i kłopotach, jakie mieliście z poczęciem dziecka…

Poczuł ucisk w żołądku: Ashley i on nigdy nie starali się o dziecko. Gdy doszli do momentu, w którym mogliby podyskutować o zapewnieniu rodowi dziedzica, Renzo już wiedział, że nie jest warta, aby dalej być jego żoną.

– Wydało mi się dziwne, że o tym opowiada – mówiła dalej dziewczyna – ale przyszła następnego wieczoru i potem znowu. Rozmawiałyśmy o tym, jak to się stało, że wylądowałam we Włoszech bez pieniędzy… A potem zapytała mnie, czy zgodziłabym się zostać matką zastępczą.

– Nie wierzę. To jakaś sztuczka, na którą ta żmija chce kogoś nabrać.

– Wcale nie. Nie miałam pojęcia, że pan nie wie. To, co mówiła… miało sens. I powiedziała, że to będzie proste. Trzeba było tylko pojechać do Santa Firenze, gdzie ta procedura jest dozwolona. Miałam zostać surogatką za pieniądze, a potem oddać noworodka… Komuś, kto tak bardzo pragnie dziecka, że zdecydował się poprosić o pomoc obcą osobę.

Renzo zamarł. To, co mówiła, wydawało się niemożliwe. Musiało takie być, lecz Ashley była nieprzewidywalna i mogła zrobić wszystko. Zwłaszcza że rozwścieczył ją rozwód, który udało się tak szybko przeprowadzić.

– Czy nie wzbudziło pani podejrzeń to, że kobieta szuka surogatki i twierdzi, że ma męża, a on się nie pojawia?

– Powiedziała, że nie może pan przyjechać do kliniki. Ona zjawiła się w kapeluszu i wielkich okularach słonecznych. Mówiła, że pan jest bardzo wysoki i ma charakterystyczny wygląd, i wszyscy pana znają. Trudno wtedy udawać kogoś innego. Wie pan, o co mi chodzi.

– Nie. W ciągu ostatnich paru minut stało się jasne, że wiem mniej, niż mi się wydaje. A więc Ashley panią do tego namówiła. Ile zapłaciła?

– Jeszcze nie dała mi wszystkiego.

Zaśmiał się gorzko.

– Pewnie to spora sumka.

– Tak, ale teraz Ashley powiedziała, że nie chce już tego dziecka z powodu kłopotów, jakie macie. I na tym polega problem.

– Kłopotów? Czy miała na myśli rozwód?

– Chyba… tak.

– Takie informacje można znaleźć wszędzie.

– W hostelu nie mam nawet dostępu do internetu.

– Mieszka pani w hostelu?

– Tak – odparła, a jej policzki przybrały ciemnoróżowy odcień. – Byłam tu przejazdem. Brakowało mi pieniędzy i znalazłam pracę w pubie, więc zostałam dłużej, niż planowałam. Potem poznałam Ashley, jakieś trzy miesiące temu.

– Który to miesiąc ciąży?

– Dopiero drugi. Ashley stwierdziła, że nie potrzebuje już tego dziecka, a ja nie chcę… poddawać się aborcji. Powiedziała też, że pana również już to nie interesuje, ale wołałam przyjść i się upewnić.

– Dlaczego? Dlatego, że chce pani wychowywać to dziecko, jeśli się okaże, że ja nie mam ochoty?

– Nie! Nie mam zamiaru wychowywać dziecka. Nie teraz. Nigdy. Nie chcę mieć dzieci ani męża, ale zostałam w to wplątana. Zgodziłam się na to. I czuję się tak… Nie wiem. Jak mogę nie czuć się odpowiedzialna? Ona zachowywała się jak moja przyjaciółka. Była pierwszą osobą od lat, która ze mną rozmawiała, opowiedziała mi o sobie. Chciała mnie przekonać, jak bardzo zależy jej na dziecku… a teraz go nie chce. Zmieniła zdanie, a ja nie potrafię zmienić swojego nastawienia.

– Co pani zrobi, jeśli powiem, że ja też nie chcę dziecka?

– Oddam je do adopcji – odparła, jakby to było oczywiste. – W każdym razie urodzę je. Taka była umowa.

– Rozumiem. – W głowie miał mętlik, próbując nadążyć za wszystkim, co mówiła ta kobieta, której imienia wciąż nie znał. – Czy Ashley zamierza zapłacić pani resztę pieniędzy w czasie trwania ciąży?

Dziewczyna spuściła wzrok.

– Nie.

– A więc musi pani dopilnować, żeby dostać resztę zapłaty? Czy dlatego przyszła pani do mnie?

– Nie. Przyszłam z panem porozmawiać, bo wydawało mi się to właściwe. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie bierze pan w tym wszystkim udziału.

Narastała w nim złość.

– Podsumujmy to wszystko. Moja była żona zatrudniła panią za moimi plecami. Nadal nie rozumiem, jak to się wydarzyło. Jak mogła zmanipulować zarówno panią, jak i lekarza. Doprowadzić do tego bez mojej wiedzy. Nie rozumiem, co chciała osiągnąć, skoro teraz najwyraźniej się wycofuje. Może kiedy już wie, że nie dostanie ode mnie ani grosza, nie jestem w jej oczach wart żadnych starań, a nie chce się obarczać moim dzieckiem na resztę życia. A może po prostu zdecydowała się na to pod wpływem kaprysu, a potem zmieniła zdanie i zajęła się czymś innym. Obojętnie, jakie miała motywy, rezultat jest taki sam. Ale ja nie chcę tego dziecka.

 

Dziewczyna jakby straciła pewność siebie. Ramiona jej opadły i spojrzała na niego zrezygnowana.

– Dobrze. Gdyby zmienił pan zdanie, to jestem w hostelu Americana. Tam można mnie znaleźć. Pracuję w pubie po drugiej stronie ulicy. – Odwróciła się na pięcie i skierowała do wyjścia, po czym zatrzymała się na chwilę i dodała: – A więc o niczym pan dotąd nie wiedział. Nie chciałam po prostu, żeby nadal miał pan taką wymówkę.

Wyszła z domu, a Renzo stanowczo postanowił nie myśleć już o niej więcej, podobnie jak o byłej żonie.

Wciąż jednak go to dręczyło. Nie było od tego ucieczki. Przez trzy dni próbował ignorować tę sprawę i nie myśleć o tym, co się wydarzyło. Nie znał imienia tej kobiety. Nie wiedział nawet, czy mówi prawdę, czy też może była to kolejna zagrywka jego eksmałżonki.

Znając Ashley, mógł to być kolejny podstęp, dziwna próba wciągnięcia go z powrotem w jej sieć. Wydawała się stanowczo zbyt zadowolona z rozpadu ich związku. Zwłaszcza że na początku źle do niego podchodziła. Według niej Renzo zawsze wiedział, że tak to się skończy. Dlatego chciał wziąć ślub za granicą. Rozwody we Włoszech były zbyt skomplikowane.

Może Ashley chciała się w jakiś sposób zemścić. Surogactwo nie było dozwolone we Włoszech i pewnie dlatego pojechała do znajdującego się nieopodal Santa Firenze.

Jego siostra, Allegra, zerwała zaręczyny z księciem pochodzącym stamtąd i wyszła za przyjaciela Renza – hiszpańskiego markiza, Cristiana Acostę, który w tej sytuacji niewiele mógł pomóc.

Renzo czuł, że powinien dać sobie z tym wszystkim spokój. Może ta kobieta kłamie? A nawet jeśli nie, to jakie ma to dla niego znaczenie?

Poczuł, że musi się czegoś napić. Gdy jednak wziął butelkę whisky, żeby nalać sobie szklaneczkę, przypomniało mu się, co nieznajoma powiedziała mu przed wyjściem.

Pracowała w pubie niedaleko Koloseum i gdyby chciał ją znaleźć, mógłby tam wpaść. Ale nie chciał. Nie było sensu szukać kobiety, która pewnie próbowała tylko naciągnąć go na pieniądze. Jednak możliwość odnalezienia jej wciąż pozostawała gdzieś w zasięgu niczym drażniący zapach, którego nie można się pozbyć. Nie mógł zapomnieć o tej sprawie z powodu Jillian i tego, co się kiedyś wydarzyło.

Odstawił butelkę, podszedł do szafy, skąd wyciągnął parę butów, i szybko je założył. Chciał pojechać do pubu i jeszcze raz porozmawiać z tą kobietą, a potem wrócić do domu, położyć się do łóżka i spokojnie zasnąć w przekonaniu, że to wszystko kłamstwo i nie ma żadnego dziecka.

Przystanął na chwilę i odetchnął głęboko. Może był zbyt ostrożny. Jednak biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się kiedyś w jego życiu, czuł, że musi taki być. Stracił już jedno dziecko i nie chciał utracić następnego.

ROZDZIAŁ DRUGI

Esther Abbott westchnęła ciężko, wycierając ostatni stolik podczas swojej zmiany. Miała nadzieję, że kiedy policzy wszystkie napiwki, jakie zebrała tego dnia, uzbiera się z tego spora sumka i będzie mogła wreszcie w spokoju odpocząć. Bolały ją nogi, ale raczej nie z powodu ciąży w tak wczesnym stadium, lecz pracy po dziesięć godzin dziennie. Nie miała jednak innego wyboru. Renzo Valenti ją odprawił, a Ashley Bettencourt nie chciała mieć nic wspólnego z nią ani dzieckiem, sugerując aborcję. Jednak Esther nie brała takiego rozwiązania pod uwagę.

Przyjechała do Europy w poszukiwaniu niezależności. Chciała poznać trochę świata. Zobaczyć, jak wygląda życie z dala od porywczego ojca, który uważał, że kobieta nie potrzebuje wykształcenia, ponieważ powinna zajmować się tylko domem. Nie musi mieć prawa jazdy, bo przecież mąż wszędzie jej towarzyszy. W świecie ojca kobieta nie miała prawa do swojego zdania i niezależności, a Esther bardzo pragnęła zarówno jednego, jak i drugiego.

Właśnie dlatego wpadła w tarapaty i ojciec wyrzucił ją ze wspólnoty. Pewnie mogłaby temu zapobiec, gdyby pozbyła się wszystkich niedozwolonych, „grzesznych” przedmiotów, jakie zbierała – książek i płyt – ale nie chciała się na to zgodzić.

Zdecydowanie się na wyjazd nie przyszło jej łatwo. W pewnym sensie był to bowiem jej wybór, choć dostała ultimatum. Wspólnota stanowiła jej jedyny dom, mimo że czuła się tam uciskana. Była miejscem, gdzie żyli ludzie o zbliżonych poglądach, przywiązani do swojej wersji dawnych czasów i tradycji, przeobrażonej na własną modłę. Gdyby została tam dłużej, rodzina wydałaby ją za mąż. Właściwie zrobiliby to już wcześniej, gdyby nie sprawiała tylu problemów. Była dziewczyną, której nikt nie chciał za żonę dla swojego syna, i ojciec musiał ją w końcu wykluczyć ze wspólnoty, aby dać dobry przykład innym. Na tym według niego polegała miłość, a w rzeczywistości była to tylko kontrola.

Stłumiała gorzki śmiech. Co by było, gdyby ją teraz zobaczył: w ciąży, osamotnioną, pracującą w miejscu rozpusty w krótkiej bluzeczce odsłaniającej brzuch? Sama jednak nie była pewna, czy podoba jej się sytuacja, w jakiej się znalazła.

Nie powinna była słuchać Ashley. Wiedziała dlaczego. Kusiły ją pieniądze. Chciała iść na studia, zostać dłużej w Europie i miała już dosyć obsługiwania gości w pubie. Wędrowanie z plecakiem wcale nie okazało się takie romantyczne, jak myślała, podobnie jak mieszkanie w brudnych schroniskach dla turystów.

Ashley wydawała się taka bezbronna, kiedy się poznały. Roztoczyła przed Esther obraz pary małżonków rozpaczliwie starających się o potomka i pragnących złagodzić ból, który powoli niszczył ich związek i oddalał od siebie. Dziecko miało zostać otoczone miłością i Ashley opowiadała o swoich planach wobec niego. Esther nigdy w życiu nie była tak kochana, jak miało być kochane to maleństwo. Chciała stać się częścią takiego życia, choćby tylko trochę.

Gdy dowiedziała się, że to wszystko kłamstwo, wpadła w przygnębienie. Ojciec pewnie uznałby to za karę za chciwość, nieposłuszeństwo i upór. I być może spodziewałby się powrotu Esther do domu, ale nie miała na to najmniejszej ochoty.

Uniosła wzrok i spojrzała przed siebie na cały ten zgiełk i harmider, jaki panował w Rzymie. Trudno będzie dotrwać do końca ciąży bez pomocy. Zdecydowała się jednak na to, a potem chciała poszukać dla dziecka odpowiedniego domu. Nie mogło zamieszkać razem z nią. Przecież to nie było jej dziecko, tylko Renza i Ashley. Ona miała je tylko urodzić.

Nagle zastygła, po czym wyprostowała się powoli i odwróciła. Ponad tłumem gości tłoczących się przy barze w przyciemnionym świetle, zapewniającym poczucie anonimowości, dostrzegła postać, wyróżniającą się na tle innych.

Mężczyzna był wysoki, o ciemnych włosach zaczesanych do tyłu, ubrany w szyty na miarę garnitur, idealnie dopasowany do sylwetki. Rozglądał się wokoło z rękami w kieszeniach. Renzo Valenti. Ojciec dziecka. Człowiek, który tak bezlitośnie odprawił ją trzy dni wcześniej. Nie spodziewała się go jeszcze zobaczyć po tym, kiedy stanowczo oświadczył, że nie chce mieć z tą sprawą nic wspólnego. Nawet nie wierzył w jej historię.

Jednak tu przyszedł.

Poczuła iskierkę nadziei, licząc na pomoc dla dziecka i – jak przyznała z lekkim poczuciem winy – dla siebie. Może jednak zostanie wynagrodzona tak, jak jej obiecano, za to, że została surogatką.

Wytarła ręce w fartuch, wcisnęła ścierkę do przedniej kieszeni i zamaszystym krokiem przeszła przez salę. Pomachała dłonią i ten ruch przyciągnął uwagę Renza, który spojrzał na nią od razu.

Wtedy wszystko zaczęło się dziać jakby w zwolnionym tempie.

Coś się z nią stało. Fala gorąca przeszła przez ciało. Przestała na chwilę oddychać i znieruchomiała pod wpływem jego wzroku w jakiejś niezgłębionej czarnej otchłani.

Drżała. Nie miała pojęcia dlaczego. Niełatwo dawała się onieśmielać. Po tym, jak stała przed ojcem i całą wspólnotą, nie zgadzając się na wyrzucenie „diabelskich” przedmiotów, jakie przyniosła z zewnątrz, niewiele mogło ją wystraszyć. Trwała przy swoim zdaniu, przeciwstawiając się wszystkiemu, co jej wpojono. Postępując wbrew ojcu, co doprowadziło do wydalenia jej z jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała. Wobec tamtej chwili wszystko inne wydawało się jej łatwe.

Być może wyobrażała sobie, że świat okaże się tak groźny i straszny, jak zapewniali ją rodzice. Kiedy jednak zdecydowała się na podjęcie ryzyka odkrywania siebie i wolności, przyjmowała wszystko, co się wydarza.

Teraz jednak drżała onieśmielona, a może nawet trochę się bała.

Kiedy Renzo zaczął się do niej zbliżać, poczuła, jakby coś ich łączyło. Jakby była przewiązana w talii jakimś sznurkiem, którego końce on trzymał w rękach. Sam do niej podchodził, a miała wrażenie, jak gdyby coś ją do niego przyciągało.

W pubie panował gwar, ale głos Renza przedarł się przez niego niczym nóż.

– Musimy porozmawiać.

– Próbowaliśmy – odparła, zaskoczona dziwnym brzmieniem swojego głosu. – I nic z tego nie wyszło.

– A czego się spodziewałaś? Chyba mogę ci mówić na ty, biorąc pod uwagę okoliczności. Wpadłaś do mojego domu jak bomba z zaskakującą wiadomością.

– Nie wiedziałam, że będzie zaskakująca. Myślałam, że porozmawiamy o czymś, o czym pan… o czym już wiesz i w co sam jesteś zamieszany.

– Niestety, nie jestem. Jeśli jednak to wszystko prawda, zdecydowanie musimy zawrzeć jakąś umowę.

– To, co opowiedziałam, wydarzyło się naprawdę. Mam w hostelu całą dokumentację.

– I ja mam uwierzyć, że jest prawdziwa.

Roześmiała się.

– Nie wiedziałabym nawet, gdzie podrobić dokumenty medyczne.

– Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą. Nie znam cię i nic o tobie nie wiem. Zjawiłaś się w moim domu i teraz chcesz, żebym uwierzył w te bajki. Dlaczego miałbym w to wierzyć?

– No cóż – powiedziała, patrząc na swoje sandały – pewnie dlatego tu przyszedłeś. – Uniosła wzrok i serce jej zamarło, gdy napotkała jego gniewne spojrzenie. – To znaczy bierzesz pod uwagę, że to może być prawda. Gdybym kłamała, po co miałabym przychodzić? Nie potrafiłabym sama czegoś takiego wymyślić.

– Zaprowadź mnie do hostelu.

– Właśnie kończę zmianę. Muszę jeszcze tylko wpisać godzinę wyjścia.

Chwycił jej gołe ramię i dotyk palców podziałał na nią elektryzująco. Nigdy dotąd nie dotykał jej żaden mężczyzna poza medykiem i członkami rodziny, a w ogóle rzadko miała kontakt fizyczny z ludźmi. Ten gest zrobił na niej wielkie wrażenie. Poczuła przez chwilę, jakby miała się rozpłynąć.

– Jeśli trzeba, pogadam później z twoim szefem. A teraz idziesz ze mną.

– Nie powinnam.

Wykrzywił w uśmiechu usta. Niezbyt miło. Wcale nie podziałał na nią uspokajająco, raczej jeszcze bardziej wzmógł jej niepokój.

– Ale pójdziesz, moja droga.

Po tych słowach wyprowadził ją z pubu na zatłoczoną ulicę. Owiało ją ciepłe, wilgotne powietrze. Włosy przykleiły się do karku, a koszulka na ramiączkach do pleców, gdy szli szybkim krokiem po chodniku. Obecność Renza działała na nią jak rozgrzany piec.

– Nie wiesz, gdzie mieszkam.

– Wiem. Potrafię znaleźć nazwę hostelu i zorientować się, jak tam dojść. I dobrze znam miasto.

– Ale nie idziemy w dobrym kierunku – odparła, czując potrzebę odzyskania kontroli nad sytuacją. Nie znosiła poczucia bezradności i nie lubiła, gdy ktoś nią dyrygował.

– Owszem, idziemy.

Ku zaskoczeniu Esther droga, którą wybrał, zaprowadziła ich przed drzwi hostelu o wiele szybciej niż znana jej dotąd trasa.

– Proszę bardzo – powiedział, otwierając przed nią drzwi wejściowe z nonszalancją, z jaką nigdy wcześniej nie miała do czynienia. – Pokazałem ci lepszą i krótszą drogę. Zaoszczędzisz sobie czasu w przyszłości.

Spojrzała na niego gniewnie, pochyliła głowę i weszła do wąskiego holu, po czym zaprowadziła go do niewielkiego pokoju na końcu korytarza. Stały tam piętrowe łóżka z czterema miejscami do spania, część z nich najwyraźniej zajęta przez inne kobiety, gdyż piętrzyły się na nich jakieś przedmioty. Mimo wszystko było tam dość zacisznie, ale Esther wraz z postępem ciąży coraz gorzej znosiła tłok.

Zrzuciła sandały i przeszła po nierównej kamiennej podłodze do dolnej pryczy, gdzie trzymała wszystkie swoje rzeczy w czasie, gdy nie spała. Plecak stał w rogu przy ścianie. Przyciągnęła go do siebie.

Wchodząc do środka, Renzo wypełnił sobą całą przestrzeń i przyniósł ze sobą coś jeszcze. Jakieś napięcie. Obecność zapełniającą nie tylko pokój, lecz także puste miejsce w jej sercu.

 

– Rozgość się – powiedziała.

– Dziękuję – odparł z nutą pogardy, która wydałaby się niemal komiczna, gdyby nie to, że sytuacja wcale nie była zabawna.

Esther otworzyła plecak i wyciągnęła z dna mocno poskładane kartki.

– Mam to. – Podała mu je.

– Co to takiego? – spytał, rozkładając arkusze.

– Dokumentacja medyczna i umowa podpisana przeze mnie i przez Ashley. Pewnie znasz podpis swojej byłej żony. I chyba przyznasz, że istnieje raczej małe prawdopodobieństwo, żebym mogła to wszystko podrobić.

Ściągnął brwi.

– To wygląda tak… jakby mogło być autentyczne.

– Zadzwoń do Ashley. Jest na mnie wściekła. Pewnie chętnie powrzeszczy też na ciebie.

– Ashley chce, żebyś przerwała ciążę?

– Tak, ale ja nie mogę. Zgodziłam się na to wszystko, a chociaż dziecko nie jest moje, to beze mnie by nie istniało. Po prostu… nie potrafię tego zrobić.

– No cóż, jeśli to rzeczywiście moje dziecko, to ja również sobie tego nie życzę.

– A więc chcesz, żeby się urodziło?

Usiłowała odczytać coś z jego twarzy, lecz jej się nie udało. Wydawał się tak nieprzenikniony. Zacisnął usta, a jego czarne oczy pozostawały bez wyrazu.

– Wezmę za nie odpowiedzialność – odparł. Nie powiedział, że go „pragnie”, ale dla Esther nie miało to znaczenia.

– W takim razie… może… – Nie chciała pytać o zapłatę, ale rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy.

– Ale najpierw musimy cię stąd zabrać – przerwał jej, rozglądając się z rezerwą po pokoju. – Nie możesz tu zostać, skoro nosisz w brzuchu dziedzica fortuny Valentich.

Zamrugała szybko. Domyślała się, że Renzo jest bogaty, ale nie sądziła, że aż tak.

– Wygodnie mi tu było przez ostatnie miesiące.

– Być może. Chociaż wydaje mi się, że możemy mieć odmienne zdanie na temat wygody. Nie będziesz już pracować w pubie. Pójdziesz ze mną do mojej willi.

Poczuła się jak uderzona w pierś. Nie mogła oddychać. Zamarła całkowicie pod wpływem stanowczego spojrzenia jego ciemnych oczu.

– A… jeśli się nie zgodzę? – wydukała.

– Nie masz wyboru – odparł. – W umowie znajduje się klauzula, która mówi, że Ashley ma prawo zażądać przerwania ciąży, jeśli nie będzie chciała doczekać do jej końca. A tak właśnie się stało. To oznacza, że jeśli nie zastosujesz się do moich żądań, nie dostaniesz nic. I nie będziesz się miała gdzie zwrócić o pomoc… tu, we Włoszech. Zapłacę ci więcej, niż obiecała moja żona, ale tylko wtedy, gdy będziesz robić dokładnie to, co mówię.

W głowie jej wirowało. Czuła, że musi usiąść, bo inaczej zaraz upadnie. I zanim zdała sobie z tego sprawę, przysiadła na cienkim materacu, a drewniana rama wcisnęła jej się boleśnie w uda.

– Dobrze – odparła tylko dlatego, że nie potrafiła wymyślić żadnego rozsądnego powodu, by odmówić.

Musiała się jeszcze zastanowić nad innymi konsekwencjami tego kroku. Czy będzie bezpieczna? Nie znała przecież tego człowieka. Wiedziała tylko to, że jest biznesmenem i byłym mężem Ashley, która okazała się niegodną zaufania manipulantką i – jeśli wierzyć Renzowi – oszustką. Może i on miał podobny charakter?

Nie widziała jednak innej opcji poza pozostaniem w niewątpliwie trudnej sytuacji, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym, bez żadnej nadziei na pomoc. Nie po raz pierwszy ogarnęło ją głębokie poczucie winy i żalu.

Starała się nie pogrążać w nim zbyt mocno. Znała je aż za dobrze. Ogarniało ją za każdym razem, kiedy znajdowała jakąś książkę w punkcie wymiany, której nie powinna czytać, i wsuwała ją do torby, albo wynajdywała kolejny sposób na przemycenie do domu zakazanej płyty.

Kiedy wydalono ją ze wspólnoty, postanowiła żyć odtąd na własnych warunkach. Delektować się bezwstydnie muzyką pop, słodzonymi płatkami na śniadanie i filmami. Czytać wszystkie książki, jakie tylko chce, również te zawierające brzydkie słowa i śmiałe sceny. I nie czuć przy tym ani odrobiny wstydu i poczucia winy.

Teraz jednak trudno jej było nie czuć zawstydzenia. Zdecydowała się przystać na propozycję Renza, ponieważ wydawała jej się szansą na spełnienie marzeń. Chciała studiować i dalej podróżować. Zacząć żyć zupełnie inaczej niż dotąd.

Teraz jednak spodziewała się dziecka, za które jest odpowiedzialna. Gdyby nie zgodziła się na propozycję Renza, to… istniało ryzyko, że wyjdzie z tej sytuacji osłabiona, nie mając już siły żyć po swojemu.

Nie zamierzała wracać do rodziny, do pełnego ograniczeń i zakazów życia. Zapięła więc z powrotem plecak, wsunęła nogi w sandały i odwróciła się do Renza.

– Dobrze – powtórzyła. – Pójdę z tobą.