Łosie w kaczeńcach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Magdalena Sarat, 2020

Copyright © Łukasz Łukasik, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Karol Górski

Redakcja: Aleksandra Deskur

Redakcja: Konsultacja merytoryczna: prof. dr hab. Piotr Tryjanowski

Korekta: Dominika Przybyszewska, Joanna Pawłowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Ula Pągowska

Fotografie na stronach 6, 11, 16-17, 28, 46, 70-72, 93, 131, 143, 151, 184, 187, 213, 242–243, 247, 253, 278, 283, 285, 293, 316-317, 337, 357, 360, 362-363, 369, 398, 419, 422-423, 433, 437, 441: Magdalena Sarat

Fotografie na stronach 23, 40, 57, 65, 77, 86-87, 100, 105, 112, 121, 125, 137, 160-161, 173, 180-181, 197, 200, 203, 222-224, 235, 262, ­269-270, 273, 303, 310-311, 325, 331, 347, 354, 375, 382, 393, 405, 413: Łukasz Łukasik

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-54-2

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.pl

www.wydawnictwopoznanskie.pl

Spis treści

Spieszmy się kochać nie tylko ludzi

Forpoczta wiosny

U progu lata

Jesienne spektakle

I w końcu przyszła zima

Słów kilka na zupełne zakończenie

Podziękowania

Źródła

Spieszmy się kochać nie tylko ludzi

Minęły dobre dwa lata od czasu, kiedy po raz pierwszy padł pomysł napisania książki o fotografowaniu dzikiej przyrody — opowieści o skrzydlatych i czworonożnych mieszkańcach puszcz i bagien, a także o przygodach, które wiążą się z utrwalaniem ich na kliszy czy matrycy. Bo mimo upływu lat, nabranego doświadczenia, wielu sukcesów i równie wielu porażek każde kolejne wyjście z aparatem w teren to pasmo niezapomnianych przygód, niezależnie od tego, czy wybieramy się na spotkanie z maleńkim strzyżykiem w podmiejskim lasku, czy z majestatycznym żubrem w zimowej Puszczy Białowieskiej. Z każdej takiej wyprawy wracamy nie tylko ze zdjęciami. Pozostaje jeszcze cały bagaż wspomnień, mocno wpisanych w pamięć i zabarwionych przeżytymi emocjami, pełnych zarówno powagi, jak również gagów, potknięć i humoru. Fotografie pozornie milczą — widzimy tylko efekt ostateczny. Jednak za każdą z nich stoi jakaś opowieść o danym gatunku, o miejscu, ale też o nas. Te historie postanowiliśmy Wam w tej książce opowiedzieć.

Pomysł odleżał swoje, cierpliwie moszcząc się na półce, do granic możliwości wypełnionej wszelkimi innymi ambitnymi planami. Nawet zdążył nieco pokryć się kurzem. Pewnie poleżałby tam jeszcze trochę, gdyby nie fakt, że ubiegłorocznej jesieni ukazała się książka Jacka Karczewskiego Jej Wysokość Gęś. Znacie to powiedzenie: „a niech to gęś kopnie”? No właśnie. Niezależnie od tego, co ta gęś miała kopnąć, dla nas te słowa nabrały zupełnie nowego wymiaru. Gęś Jacka zasadziła nam solidnego kopa i przypomniała, że przecież mieliśmy zebrać te wszystkie swoje przyrodnicze opowieści i podzielić się nimi z przyszłymi Czytelnikami.

Co takiego fascynującego może być w fotografowaniu dzikiej przyrody, zapytacie. Z pewnością sama przyroda, która wciąga, urzeka i zaskakuje. Najczęściej to ona pisze dla nas scenariusze. Zazwyczaj od kaprysu i humoru tego nieprzewidywalnego scenarzysty zależy to, czy wrócimy z terenu z tarczą, czy na tarczy. Realizując swoją pasję, nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć efektu końcowego. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby się nie poddawać. Każdą klęskę traktować jako nowe doświadczenie, a każdy sukces jako motywację do dalszego działania. Mieć świadomość, że być może jest dobrze, ale przecież mogę zrobić to jeszcze lepiej. Bo właśnie to ciągłe poszukiwanie, wieczny niedosyt, odkrywanie kolejnych tajemnic i zdobywanie nowych stopni wtajemniczenia da nam satysfakcję i sprawi, że fotografia przyrodnicza stanie się prawdziwą wielką przygodą.

Ta prawdziwa przygoda często jest przecież na wyciągnięcie ręki. Wystarczy wyjrzeć za okno czy wyjechać tuż za miasto. Tematów do nowych zdjęć z pewnością nie zabraknie. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte, a wówczas nie tylko będziemy patrzeć, ale również zobaczymy to, czego w codziennym pośpiechu mogą nie zauważyć inni. Rozpocznie się prawdziwe odkrywanie wielu tajemnic, które nas otaczają, a na które często nie zwracamy uwagi. Później, po tym pierwszym kroku, pewnie przyjdzie czas i ochota na dalsze eskapady, poznawanie nowych miejsc, nowych gatunków. To naturalna kolej rzeczy. Wielu znanych nam fotografów przyrody przechodziło te następujące po sobie etapy wtajemniczenia.

Nasze wspomnienia będą opowieścią o przygodach, które udało nam się przeżyć podczas fotograficznych spotkań z naturą. Opowieścią o przyrodzie i naszych wędrówkach w poszukiwaniu tematów do nowych zdjęć. To właśnie fotografowanie przyrody obudziło w nas chęć odwiedzania i poznawania kolejnych, ciekawych miejsc. Naszą bazą pozostają Bagna Biebrzańskie, skąd fotograficzna droga prowadzi nas dalej: w Dolinę Narwi, Dolinę Górnej Wisły, do Puszczy Augustowskiej i Puszczy Białowieskiej. Stopniowo zaczęły one uchylać przed nami rąbka swoich tajemnic, wciągając w zaczarowany świat ich przyrody. Przyrody, która mimo postępu cywilizacji ciągle pozostaje dzika, ciągle potrafi zaskoczyć i sprawić niejedną miłą niespodziankę.

Kiedy wstajemy przed świtem i bierzemy do ręki aparat, czas zaczyna biec inaczej. Zegar przestaje narzucać swój rytm, a pośpiech dnia codziennego znika. Kolejne chwile odmierzają leniwy brzask, rosa zagubiona w trawach i odgłosy ptaków. Przestajemy się spieszyć, a zaczynamy myśleć i czuć. Nie do końca rozbudzone zmysły naturalnie spowalniają ciało. Droga, poprzetykana dywanem z mgieł, wije się i gubi wśród lasów i łąk. A my się nie spieszymy i nie gnamy na złamanie karku. Wiemy, że do celu dojedziemy na czas, a nawet jeśli trochę się spóźnimy, to naprawdę nic złego się nie wydarzy.

Ten brak pośpiechu zawsze zostaje wynagrodzony ponad miarę. Dzięki niemu wiemy, jak pachnie nocą las, a możecie być pewni, że jest to zapach niemal mistyczny. Znamy to uczucie, kiedy staje się bosą stopą wśród skąpanych w rosie biebrzańskich traw i senność pryska w mgnieniu oka. Rozumiemy dźwięki zmieniające się wokół nas, kiedy noc ustępuje świtaniu. I choć wyobraźnia podpowiada niestworzone obrazy, wiemy, o czym w trawie piszczy świerszcz, o czym gada zaspany staw. O tym wszystkim można przeczytać w książkach, zobaczyć to na filmach, usłyszeć o tym od znajomych, ale jeśli ani razu nie doświadczyło się tego samemu, trudno to pojąć i zrozumieć.

Tak, wiemy, co nam teraz odpowiecie. „Na co dzień tak się nie da! Bo praca, przedszkole, szkoła, zakupy…” Wiemy, że argumentów przeciw można podać tysiąc i każdy będzie słuszny. Wiemy, bo na co dzień mamy tak samo. Z jedną różnicą — biebrzański świt już nieraz nauczył nas, jak się nie spieszyć, planować wcześniej, i uczy nas tego nadal.

Tuż przed brzaskiem po jednej z najbardziej znanych biebrzańskich tras, Carskiej Drodze, grasują oczy. Mają one to do siebie, że poruszają się w sposób nieskoordynowany. Jedne zygzakiem na wysokości kolan, inne mkną w linii prostej tuż w okolicy kostek, jeszcze inne dostojnie bujają się gdzieś nad czubkiem głowy. Oczy uwielbiają pojawiać się nagle i znikąd oraz tak samo znikać. Nigdy nie wiadomo, co akurat zrobią. W ślad za oczami podążają uszy. Te z kolei wnoszą element nadaktywności. Wiercą się w przód i w tył, jakby nie mogły spokojnie poczekać na resztę. A ta reszta to już czysta poezja. Magia nocy mija w spektakularny sposób, a oczy zyskują konkretne kolory i kształty.

Łosie niespiesznie odsuwające się z drogi, tylko nieznacznie, bardziej z przyzwoitości niż z obawy. Jenoty i lisy pędzą w dzikiej pogoni za niewidzialną kolacją. Jeżyk mknie z ponadjeżową prędkością, by czym prędzej ukryć się w krzakach. Jelenie opuszczają drogę w zorganizowanym pośpiechu. Złote oczy i nadaktywne uszy okazują się należeć do rudego lisa, polującego tuż przy drodze. Skupiony i całkowicie pochłonięty swoim zadaniem, nie zwraca uwagi na przejeżdżające samochody. Mała kuna, której oczy jeszcze parę chwil temu jak strzała przecięły asfaltową nitkę, pędzi z upolowanym gryzoniem w spokojniejsze miejsce. Sarny parami przeskakują drogę. Gdzieś za drzewami rozpościerają się łąki i pola, na których będą mogły się posilić. W takich miejscach jedziemy zawsze powoli, zatrzymujemy się często, słuchamy i robimy wszystko, by zatrzymać te chwile w aparacie. Tak właśnie może wyglądać jeden z wielu świtów, jeśli nie będziemy się spieszyć.

Skupić się na wyznaczonym celu to żadna filozofia, choć niejeden zrobił z tego skomplikowaną teorię. My możemy obiecać jedno: jeśli wstaniecie przed świtem, wówczas choć raz poczujecie ciepło wschodzącego słońca. Zobaczycie, jak przyroda się budzi i zasypia. Kiedy dotkniecie tej najzwyklejszej i niesamowitej magii, zrozumiecie, że naprawdę nie warto się spieszyć. Bo cena czasem jest zbyt wysoka. Jeśli nie będziemy potrafili w skupieniu poznawać i doświadczać, nie zrozumiemy, dlaczego warto chronić przyrodę. Czy naprawdę chcemy zabrać nowym pokoleniom możliwość odkrywania i poznawania? My nie! To takie banalnie proste. Jeśli zniknie przyroda, wówczas choćbyśmy krzyczeli wniebogłosy, to nic nie poradzimy — my też znikniemy. Więc, drodzy Czytelnicy, noga z gazu. Chcemy Was zaprosić do tego zaczarowanego świata.

 


Czujne lisie uszy potrafią wychwycić nawet najdrobniejszy szelest


Kaczeńce to niewątpliwie wiosenny przysmak łosi

Forpoczta wiosny

Mój wiosenny budzik

Z roku na rok odnoszę coraz większe wrażenie, że zima trochę za szybko nas opuszcza. Wraz z nią kończy się słodkie leniuchowanie w ciepłym łóżku. Aż w końcu przychodzi ten sądny dzień, kiedy jeden jedyny głos oznajmia definitywny koniec wysypiania się. To taki mój wiosenny budzik. Kiedy na niebie pojawiają się pierwsze wielkie, szare ptaki, jest to nieomylny znak, że należy ruszyć w teren na poszukiwanie żurawi.

Żurawie często potrafią zaskoczyć i pojawić się nawet pod koniec lutego. Tuż po przylocie poszczególne pary zajmują swoje tereny lęgowe i głośnym klangorem obwieszczają ten fakt całej okolicy. Trąbienie rozlegające się z podmokłego olsu, bagiennych łąk czy trzcinowisk to ewidentny sygnał dla innych osobników, że dane terytorium jest już zajęte.

Sylwetka żurawia wyciągniętego jak struna, z lekko opuszczonymi skrzydłami, zadartą głową i dziobem, nad którym podczas trąbienia unosi się delikatna mgiełka, to widok niemal mistyczny. A już na pewno godny uwiecznienia na zdjęciach. Całości dodaje uroku bujny pióropusz, często mylnie uważany za ogon. W rzeczywistości ten ozdobnie wyglądający bukiet, nieco przypominający ogon strusia, tworzą wydłużone i pokarbowane lotki trzeciorzędowe, czyli de facto pióra znajdujące się na skrzydłach ptaka. Prawdziwy, ukrywający się pod nimi ogon jest całkiem krótki, co najlepiej widać w trakcie lotu.

Podstęp z tym niby-ogonem nie jest jednak jedyną cechą, którą nasz bohater może wprowadzić obserwatora w błąd. Druga z żurawich zmyłek znajduje się na jego głowie. Jest nią czerwona plamka na potylicy, która na pierwszy rzut oka wydaje się utworzona z drobnych, karmazynowych piórek. Tak naprawdę to łysina, której wielkość nie jest związana z płcią osobnika, ale z jego stanem psychicznym, głównie poziomem agresji.

W związku z tym, że obserwowana przeze mnie para popielatych ptaków powróciła już do swojej rezydencji i każdego ranka meldowała się donośnym klangorem, nic nie stało na przeszkodzie, żeby troszkę dopomóc szczęściu — w samochodzie wylądowało parę kilo ziaren kukurydzy. Miałam nadzieję, że rozsypane w upatrzonym miejscu skuszą żurawie do dłuższego popasu. Oczyma wyobraźni widziałam już wymarzone kadry. Malownicze bagienko, mgły, delikatne światło, a w tym wszystkim para żurawi.

W zasadzie to powinnam już wiedzieć, że zazwyczaj kończy się to zupełnie inaczej, niż sobie wstępnie wyobrażam. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Ano dlatego, że teraz wyjątkowo sumiennie potraktowałam kwestię przygotowań. Znalazłam miejsce, gdzie ptaki przylatywały na odpoczynek, dowiedziałam się, gdzie zbierały się na nocleg. Dużo wcześniej przygotowałam namiot, który po zamaskowaniu wyglądał jak wielka, zielona gamoła (czyli bezkształtna sterta zielska), i sama miałam problemy z odnalezieniem go w terenie. Wszystko szło zgodnie z planem i bez problemów.

Żurawie jak co roku pojawiły się na bagnie. Tuż przed świtem rozpoczynały powolny przemarsz w kierunku mojej kryjówki, chwilę żerowały i dopiero kiedy już wyraźnie pojaśniało, odlatywały na łąki. Obserwowałam je przez kilka dni. Nikt i nic nie wzbudzało ich niepokoju, nadszedł więc czas na zdjęcia. Plan był prosty: wstać w nocy, zapakować się do namiotu, zanim ptaki pojawią się w jego okolicy, i czekać. A potem oczywiście zapełnić kartę aparatu zdjęciami.

Potykając się o zatopione w wodzie korzenie, zaczepiając nogami o wszelkiego rodzaju kłącza, brnęłam do mojej zielonej czatowni. Kiedy miałam za sobą już ponad połowę drogi, byłam tak zmęczona, że do głowy mi nawet nie przyszła ulubiona myśl: zamiast zajmować się fotografią przyrodniczą, mogłam zbierać znaczki! (PS: Gdyby jednak czytał to hobbysta i amator znaczków, to spieszę z wyjaśnieniem, że mam na myśli to, iż znaczki nie wymagają wstawania o świcie i targania kilogramów przez lasy i bagna. Najważniejsze to mieć pasję i nie gnuśnieć w domu przed telewizorem, oglądając kiepskie seriale).

Miałam cel i jego realizacja szła mi całkiem nieźle. Dumna z siebie podciągnęłam niewygodne spodniobuty i ruszyłam dalej. Jeszcze chwilka i będę na miejscu. Gdzieś w ciemności, niemal tuż obok mnie, coś się poruszyło. Przez głowę jak błyskawica przemknęła mi myśl o żurawiach. Ale przecież to niemożliwe. Zawsze nocowały po drugiej stronie sporego bagna. Zdecydowanie za daleko, żeby je spłoszyć. Drugi dźwięk nie pozostawił żadnych wątpliwości. Para żurawi postanowiła tę noc spędzić w innym niż dotychczas miejscu. Moje nocne spacerowanie niestety nie pozostało niezauważone. Romeo i Julia zniknęli jak sen złoty, a ja zostałam sama w mokrym i ciemnym bagnie. Znacie powiedzenie: „chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach”? Musiał mieć niezły ubaw, kiedy widział, jak potykając się o własne nogi, wlokłam swoje zwłoki do samochodu. Zaspana, nieprzytomna, w za dużych spodniobutach i z ciężkim plecakiem.

Następny dzień obserwacji przyniósł rozwiązanie zagadki zmiany miejsca. Ptaki postanowiły zrobić gniazdo w podtopionej części olsu. Świadoma tego, że niebawem wyjadę, zebrałam namiot. Tym razem musiałam odpuścić, choć wizja wspaniałych scen godowych była kusząca.

Na kolejne spotkanie z tymi pięknymi ptakami nie czekałam długo. Było ono wielkim zaskoczeniem. Otóż w ramach odpoczynku od taplania się w biebrzańskich bagnach zrobiłam sobie wycieczkę do Puszczy Białowieskiej, mając nadzieję na spotkanie naszej najmniejszej sowy. Owszem, sóweczka była na tyle łaskawa, że objawiła się na moment z upolowaną zdobyczą w dziobie. Skonsumowała ją, siedząc tuż nad moją głową i w nosie mając jakiekolwiek zasady dotyczące perspektywy podczas fotografowania. Pojawiła się i zniknęła, jak na prawdziwego leśnego duszka przystało. Natomiast na żubrowej łące zamiast żubrów zastałam niewielki, zielony namiocik. Od znajomego, właściciela przytulnej czatowni, dowiedziałam się, że co rano przylatuje tam para żurawi. Ku mojej wielkiej radości znajomy zgodził się, abym spędziła w jego ukryciu jeden poranek.

Po raz kolejny budzik zadzwonił o nieprzyzwoitej porze. W głowie znów zaświtała myśl o zbieraniu znaczków. W ubraniach natomiast zagościł potwór, który plącze nogawki z rękawami. Kawę tym razem postanowiłam sobie darować.

Łąka z namiotem, choć bliska i płaska, okazała się pełna zaskakujących pułapek. Brak kofeiny też dawał o sobie znać i dopiero krecie budowle wybudziły mnie z odrętwienia. Potykając się dość boleśnie o jeszcze zmarznięte pryzmy ziemi, dotarłam do celu. Rozstawiłam aparat i owinęłam się w śpiwór. Do wschodu słońca pozostało trochę czasu.

Bladym świtem nad łąką zabrzmiał klangor żurawi. Para ptaków z gracją wylądowała pod lasem i powoli ruszyła w moją stronę. Uwielbiam te chwile, kiedy adrenalina zaczyna krążyć po całym ciele. Człowiek w takich momentach budzi się natychmiast. W głowie pojawia się tysiąc myśli i nadzieja: żeby wszystko się udało, żeby ptaki zbliżyły się na odpowiednią odległość, żeby światło zagrało najpiękniej, jak potrafi, no i żeby nie spaprać takiej okazji. Tym razem teatr przyrody miał mi pokazać najpiękniejszy ze swoich spektakli.

Para żurawi dotarła tuż przed moją kryjówkę w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Po chwili ptaki zaczęły swój synchroniczny spacer, a ja zamarłam w oczekiwaniu. Już wiedziałam, co będzie dalej i czym to się skończy. Oby tylko nic ich teraz nie przepłoszyło. Jeszcze chwila, jeszcze jeden rozemocjonowany krzyk z gardła szanownego pana żurawia i… dumny, dostojny ptak zaczyna swój chaotyczny taniec. Skrzydło w prawo, nóżka w lewo, podrzut, skłon, pokłon, podparcie dziobem. Nierówności terenu trochę wytrącały baletmistrza z równowagi. Pani krytycznym okiem oceniła taniec na niedostateczny i nawet nie przerwała żerowania.

Romeo cierpliwie i wytrwale powtórzył cały skomplikowany układ, tym razem starannie omijając podstępne kopki ziemi. Skrzydło w lewo, główka na plecy, podskok i szalony pęd ku wybrance. Robiłam zdjęcia, krztusząc się ze śmiechu. Ten, kto widział taniec żurawi, z pewnością zna to uczucie. Jednak to, co nam wydaje się zabawne i pozbawione dostojeństwa, dla ptaków jest ważnym elementem tworzenia i wzmacniania więzi. Po serii szalonych podskoków i pląsów w końcu zaczęło dziać się coś, na co bardzo długo czekałam. Żurawie zabrały się do produkcji jajka. Moja radość sięgała zenitu. Pozostała tylko obawa, czy wszystkie zdjęcia, na których mi zależało, będą ostre i nieporuszone.


Żurawie obwieszczają swój wiosenny powrót donośnym klangorem



Akt miłosny poprzedza spektakularny taniec

Na tropie skrzydlatego wędrowca

Coroczne oczekiwanie na nadejście wiosny sprawia, że z coraz większym utęsknieniem nasłuchujemy pierwszego klangoru żurawi, kwilenia czajek czy trelu szpaków. Optymizmem i radością napawają pierwsze przebiśniegi, zawilce i przylaszczki wypełzające spod suchych zeszłorocznych liści.

Jedną z oznak, że wiosna nabiera rozpędu, jest również gęganie stad dzikich gęsi, które klucz za kluczem ciągną pod marcowym niebem. Na trasie ich odwiecznej wędrówki z zimowisk do położonych na obszarze dalekiej Syberii miejsc lęgowych znajduje się ważny przystanek. To Dolina Biebrzy i Narwi. W tej urokliwej krainie zawsze można liczyć na spotkanie ze strudzonymi podróżą skrzydlatymi pielgrzymami. To właśnie tu, kiedy stopnieją śniegi i powstaną rozciągające się po horyzont rozlewiska, dzikie gęsi rok w rok zatrzymują się na odpoczynek. To tu, na wiosennych nadbiebrzańskich i nadnarwiańskich pastwiskach, mogą spokojnie żerować i uzupełniać konieczne do dalszej wędrówki zapasy energii. Co roku w marcu w magicznej krainie bagien i moczarów można spotkać dziesiątki tysięcy tych wyjątkowych ptaków.

Jako jedne z pierwszych, bo już z końcem zimy, pojawiają się najmniej liczne — gęgawy. Doliny obu rzek są dla wielu par tego gatunku miejscem lęgowym. Tu już pozostaną i założą gniazda. Nieco później swój wiosenny przelot rozpoczynają dwie kolejne reprezentantki gęsiego świata — gęś zbożowa i gęś białoczelna. Dla nich z kolei Biebrza i Narew są tylko krótkim postojem przed dalszą wędrówką. Przy odrobinie szczęścia wśród pokaźnych stad uważny obserwator ma szansę wypatrzyć pojedynczych przedstawicieli prawdziwych ornitologicznych rarytasów — gęsi krótkodziobej czy dwóch gatunków bernikli, rdzawoszyjej i białolicej. Jednak zdecydowanie najwięcej w tym zgrupowaniu jest gęsi białoczelnej, i to właśnie jej obecność decyduje o spektakularności przelotu.

Gęś białoczelna jest ptakiem gnieżdżącym się w północnej Eurazji i na Grenlandii. Zimuje natomiast głównie w krajach nadbałtyckich oraz na wybrzeżach mórz: Północnego, Śródziemnego, Czarnego i Kaspijskiego. Podczas łagodniejszych zim, zwłaszcza kiedy zbiorniki wodne nie zamarzają, część ptaków zatrzymuje się również w Polsce, głównie w zachodniej części kraju. Łatwo ją odróżnić od innych gatunków po dwóch charakterystycznych cechach: białej plamie na czole, sięgającej po nasadę dzioba, i czarnych, najlepiej widocznych podczas lotu poprzecznych pręgach na spodzie ciała.

Gęsi, podobnie jak wiele innych ptaków, zwłaszcza dużych i pokonujących znaczne odległości, do perfekcji opanowały korzystanie z praw fizyki. Te charakterystyczne klucze, które możemy obserwować na niebie, to nic innego jak wyjątkowo ekonomiczne użytkowanie zasobów energii. Formowanie kształtu litery V i poruszanie skrzydłami w tym samym rytmie pozwala na jak najlepsze wykorzystanie ciągu powietrza wytworzonego przez ptaka z przodu. Oczywiście największy ciężar spada na barki osobnika lecącego na czele formacji, dlatego też co jakiś czas lider jest zmieniany, by mógł nieco odpocząć. W końcu trasa z zimowiska do miejsc lęgowych to często kwestia ładnych kilku tysięcy kilometrów.

 

Od wielu już lat obserwuję i fotografuję stada przelatujące nad Biebrzą i Narwią. Nieraz zdarzyło mi się sfotografować żerujące gęsi nawet z samochodu. Co prawda bezpieczna dla ptaków odległość pozwalała jedynie na ujęcia środowiskowe, pokazujące ogrom zgrupowania, ale już sama możliwość obserwacji dawała dużo radości i satysfakcji. Od dawna jednak marzyłem o bliskim spotkaniu ze skrzydlatym wędrowcem. Teoretycznie robienie zdjęć z zasiadki dawało taką szansę. Ale tylko teoretycznie, bo ptaki, mając duży wybór łąk i pastwisk, regularnie wodziły mnie za nos. Gdziekolwiek nie rozstawiłbym czatowni, następnego dnia wybierały sobie zupełnie inne miejsce i skutecznie unikały zasięgu mojego obiektywu. Mimo że były tylko przelotem, to okazywały się niezwykle czujnymi obserwatorami i każda, najmniejsza nawet zmiana w otoczeniu natychmiast wzbudzała ich podejrzliwość. Wszystko wskazywało na to, że tą strategią niewiele uda się zwojować. Najwyższy więc czas, żeby do tematu podejść nieco inaczej.

Przeglądając zdjęcia z poprzednich lat, zauważyłem, że niektóre miejscówki, na których białoczółki i zbożówki co roku spędzały kilka kolejnych dni, regularnie się powtarzały. I to właśnie dawało promyk nadziei. Postanowiłem to wykorzystać i do nadchodzącego gęsiego sezonu przygotować się zdecydowanie wcześniej.

Tym razem zbudowałem czatownię już na początku marca, zanim rozpoczął się masowy przelot. Moje przyszłe ukrycie stanowił dobrze zamaskowany namiot fotograficzny, który ustawiłem tuż pod zaroślami wierzbowymi. Wszystko składało się wręcz idealnie, bo krzaki przylegały do jednej z ulubionych gęsich łąk. Po narzuceniu siatki maskującej i naręcza suchych traw namiocik szybko upodobnił się do zwykłej kopki siana, która nie powinna wzbudzać większych podejrzeń. Pozostało tylko czekać.

Kiedy po upływie dwóch tygodni przyleciały pierwsze eskadry, każdego dnia systematycznie patrolowałem interesujący mnie teren. Aż do momentu, kiedy wreszcie udało się zaobserwować, że tuż przed moim miejscem ukrycia najspokojniej w świecie pasie się pokaźna grupa ptaków. Duże stado gęsi białoczelnych bez żadnych obaw paradowało dokładnie tam, gdzie mi zależało.

Jako że w takich sytuacjach należy reagować w trybie natychmiastowym, już następnego poranka, na dwie godziny przed świtem, w całkowitych ciemnościach wgramoliłem się do mojego zamaskowanego namiociku. Pełen mieszanych uczuć, cierpliwie oczekiwałem schyłku ciemnej nocy i jaśniejącego po wschodniej stronie nieba. Bo z fotografią przyrodniczą jest tak, że nigdy nie mamy stuprocentowej gwarancji sukcesu. Wystarczy jedna lub dwie zmienne i cały skrupulatnie przygotowywany, ambitny plan bierze w łeb. Wystarczy, że nadejdzie załamanie pogody, pojawi się jakiś drapieżnik albo rolnik, który akurat na ten poranek zaplanował swoje prace polowe, i można zapomnieć o zdjęciach. Oby tym razem obeszło się bez takich niespodzianek!

Kiedy zza linii horyzontu wysunął się zaledwie skrawek słońca, znad rozlewisk zaczęły docierać pierwsze odgłosy ptaków rozlatujących się na żerowiska. Pod błękitnym niebem sunął klucz za kluczem, ale jakimś dziwnym trafem gęsi szerokim łukiem omijały moje stanowisko. Pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie, to raczej niemożliwe. Gęsi są bystre i inteligentne, ale przecież nie mogły podejrzewać mojej obecności. Czatownia stała, już zanim przyleciały. Aby przyzwyczaić ptaki do błysku soczewki, często wcześniej w otworze na obiektyw umieszcza się butelkę, która później zostanie podmieniona na sprzęt fotograficzny. Tak też zrobiłem. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Z zamyślenia wyrwał mnie nagły łopot skrzydeł i regularne gęganie rozlegające się za moimi plecami. Wreszcie! Z radością obserwowałem, jak tuż nad czatownią przemieszcza się pokaźne stado, zdecydowanie obniżając swój lot. Po chwili ptaki wylądowały. Co prawda nie tak blisko, jakbym sobie tego życzył, ale najważniejsze, że miałem je przed obiektywem.

Zrobiłem kilka zdjęć i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Nie trwało to zbyt długo. Kolejne gęganie, kolejny szum skrzydeł i kolejne eskadry wylądowały na łące. Tym razem zdecydowanie bliżej. Jednak najbardziej optymistyczne było to, że ptaki całą tyralierą, spokojnie skubiąc sobie źdźbła, powoli przemieszczały się w moim kierunku. I to nie było złudzenie. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak nieuchwytne dotąd, ostrożne i płochliwe gęsi z minuty na minutę rosły w wizjerze, zdecydowanie zbliżając się do mojego stanowiska. Jeszcze moment i mogłem wyłapać obiektywem pojedyncze osobniki. Wreszcie się udało! Po wielu latach porażek i zmagań z szarymi spryciarzami miałem swoje wymarzone ujęcia. Po raz kolejny potwierdziło się nieco banalne, ale jakże prawdziwe stwierdzenie — warto być cierpliwym!


Wiosenne przeloty gęsi to tysiące ptaków na niebie i ziemi