3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Kat kłania się i zabija

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Kat kłania się i zabija
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Ilustracje na okładce

Wolna domena oraz zbiory autorki

Redakcja językowa

Katarzyna Litwinczuk

Korekta

Firma UKKLW – Urszula Gac

Z języka niemieckiego teksty przełożyły

Bożena Bany i Anna Ronin

Zdjęcia w książce pochodzą ze zbiorów autorki, a także Narodowego Archiwum Cyfrowego (s. 246) oraz Wikipedii (s. 363 i 409)

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380796690

Copyright © Magdalena Ogórek

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2021


Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

WSTĘP

PROLOG

WÄCHTER

„Byli faszyści – dobrzy ludzie”

Linia szczurów

Akta „Odessy”

Miasto szpiegów

Kolekcjonerzy sztuki

Obrończynie skarbów

Irena błońska

Napar esesmanów

„Nocy i mgło, znikam”

Didaskalia

HEYDRICH

Preludium

Praga magiczna

Klątwa korony św. Wacława

W domu boga wojny

Helena Vovsová

Ze wspomnień Liny Heydrich

MENTEN

Preludium

Kolekcjoner kości

„Blaricum zaczyna płonąć”

Głosy zza grobu

Zakończenie

Postscriptum

Podziękowania

Źródła

Bibliografia

O Autorce

Przypisy

WSTĘP

Szanowni Czytelnicy!

Tym z Państwa, którzy pierwszy raz trzymają w ręku opowieść o generale SS Ottonie von Wächterze, winna jestem kilka zdań wprowadzenia.

W 2015 roku rozpoczęłam dziennikarsko-historyczne śledztwo dotyczące zrabowanego podczas II wojny światowej z Krakowa arcydzieła mistrza Pietera Brueghla Walka Karnawału z Postem. Ślad prowadził do zbrodniarza wojennego, generała SS Ottona von Wächtera, który po wojnie zbiegł przed Norymbergą i ukrył się w Rzymie. Były esesman zmarł nagle nieopodal placu św. Piotra w lipcu 1949 roku.

Z początkiem 2016 roku wszelkie zebrane tropy zawiodły mnie wprost do starego zamku w Austrii – zastałam w nim syna Ottona Wächtera, Horsta, otoczonego mrocznymi tajemnicami z przeszłości. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że pokryte kurzem komody i szafy, drzemiące w zamkowych pokojach, odkryją przede mną bezcenne archiwalia II wojny światowej, oryginalne dokumenty podpisane przez najważniejsze osoby w Trzeciej Rzeszy oraz zdjęcia będące dowodami zbrodni niemieckiego okupanta.

Rozmowy z Horstem trwały prawie dwa lata. W tym czasie przejechałam tysiące kilometrów samochodem, podróżując nie tylko do Austrii, lecz także do Niemiec i na Ukrainę; nazbierałam mnóstwo mil lotniczych, odwiedzając Tajne Archiwum Watykańskie1, gdzie w przepastnych czeluściach najbardziej zagadkowego archiwum świata trafiłam na sensacyjne poszlaki dotyczące śmierci byłego esesmana i gubernatora dwóch dystryktów w okupowanej Polsce.

Ostateczne potwierdzenie znalazłam w archiwach CIA – Otto von Wächter nie zmarł naturalną śmiercią.

Rodzina Ottona przez prawie 70 lat żyła w przeświadczeniu, że zgon ukochanego ojca nastąpił w wyniku żółtaczki zakaźnej, która wdała się nagle po kąpieli w zabrudzonym szczurzymi odchodami Tybrze.

Poruszony takim obrotem spraw Horst von Wächter podjął decyzję o zwrocie trzech artefaktów zrabowanych z Krakowa przez jego rodziców. Jedno z dzieł sztuki opisała matka Horsta, Charlotte, na odwrocie: „Zabrane z Krakowa, z pałacu Potockich Pod Baranami”.

* * *

26 lutego 2017 roku do Krakowa wracają trzy dzieła sztuki – Horst osobiście przekazuje je na ręce wojewody małopolskiego i dyrekcji Muzeum Narodowego.

Jeszcze tego samego dnia autor bestsellera Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny Uki Goñi2 przedstawia to wydarzenie na łamach brytyjskiego dziennika „The Guardian”3. Kilkanaście godzin później informacja o tym, że syn dawnego generała SS dobrowolnie zwraca zrabowane obiekty na właściwe miejsce, obiega cały świat i elektryzuje opinię publiczną. Rzecz praktycznie bez precedensu.

Media piszą o zrabowanych obrazach, ale przy okazji wspominają tragiczny los Polski ciemiężonej butem niemieckiego okupanta podczas II wojny światowej4.

Całość trzyletniego śledztwa ubieram w słowa, opisując w szczegółach moje kontakty z Horstem, przytaczając dokumenty, na jakie trafiłam w licznych archiwach i w zamku syna, wreszcie publikując ustalenia związane ze zrabowanymi dziełami sztuki.

Z końcem 2017 roku Lista Wächtera pojawia się w księgarniach.

Rodzina Wächterów zbulwersowana tym, że Otto nie jest opisany jako „dobry nazista”, grozi pozwem mi i wydawnictwu, chcąc zablokować publikację.

Ostatecznie sprawa nie trafia do sądu.

W mediach wybucha burzliwa dyskusja. Jedni grzmią, że nie wolno odwiedzać syna byłego esesmana i prowadzić z nim rozmów, bo to niemoralne. Drudzy piszą, że historia jest sensacyjna, a dzięki niej rabunek polskiego dziedzictwa narodowego przez niemieckiego okupanta znów staje się tematem numer jeden.

Znajdują się i tacy, którzy biorą syna esesmana w obronę.

Do przełomowego wydarzenia dochodzi 12 stycznia 2019 roku.

Austriacki dziennik „Der Standard”, powołując się na moją książkę, publikuje duży artykuł o grabieży dokonanej przez rodzinę Wächterów w okupowanej Polsce. W tekście zrabowany obraz Brueghla określony zostaje jako „skradziony z Polski”, a nie – jak dotąd – „zaginiony”. To duża zmiana w stosunku do narracji panującej w austriackich mediach5.

Po premierze książki otrzymuję mnóstwo listów od Czytelników – za wszystkie z całego serca dziękuję. Odzywają się żyjący jeszcze świadkowie tamtych dni.

Piszą do mnie historycy – także z Austrii i Niemiec. (Wśród nich autorzy biografii znanych hitlerowców).

Tymczasem sama dalej szukam, docieram, pytam. Czasem rodziny zbrodniarzy Trzeciej Rzeszy odpowiadają.

Bywa, że w porywie emocji otwierają się aż nadto, by za chwilę powołać się na zachowanie tajemnicy dziennikarskiej – pod groźbą sądu.

* * *

Kat kłania się i zabija to kolejne trzy lata moich badań, ustaleń, trudnych często dociekań. Spotkań, po których następowały bezsenne noce („moi rodzice, naziści, proszę pani, to byli dobrzy ludzie”6).

Wreszcie zmagań z pandemią – bywało, że skutecznie krzyżowała mi badawcze plany.

 

Reinhard Heydrich i Pieter Nicolaas Menten, obecni obok Wächtera na kartach tej książki, nie znaleźli się tutaj przypadkiem.

Historia II wojny światowej, wraz z bezprecedensowym w dziejach Polski7 rabunkiem dzieł sztuki, to księga zdarzeń wciąż otwarta w połowie…

PROLOG

1944 rok, Kraków

Trwa upalne lato 1944 roku w okupowanym przez Niemców Krakowie, gdy szwajcarski historyk sztuki Wilhelm Ernst Palezieux8 pochyla się nad katalogiem z wyborem najcenniejszych polskich dóbr narodowych9. Ów naukowiec do grodu Kraka przybył z Warszawy na osobistą prośbę generalnego gubernatora Hansa Franka (Palezieux wcześniej zajmował się przygotowaniem Belwederu pod przyszłą rezydencję Adolfa Hitlera)10. Szwajcar niebawem będzie pakował polskie artefakty zarekwirowane przez Niemców, by w obawie przed frontem wschodnim wysłać je w głąb Rzeszy. Od kilku dni trwa w konfuzji – stwierdza bowiem ze zdumieniem, że z pałacu Pod Baranami zniknęły dwa bezcenne obrazy pędzla Hansa von Kulmbacha: Ofiarowanie w świątyni oraz Św. Barbara. Palezieux zachodzi w głowę, jak mogło dojść do takiej sytuacji. Pałac przez dwa lata stanowił siedzibę administracyjną gubernatora dystryktu Ottona von Wächtera11, ale gubernatora od dawna nie ma już w Krakowie, trudno zatem zdobyć jakiekolwiek wyjaśnienia.

Historyk sztuki kręci głową: „Jak to możliwe, by tak ważne dzieła sztuki zniknęły bez śladu? Kto miał taką władzę i odwagę, by zabrać obrazy pierwszego wyboru przeznaczone dla oczu samego Hitlera?”.

W miejscu, gdzie pod numerem 22 w katalogu widnieją dwa zaginione obrazy Kulmbacha, Palezieux wpisuje na marginesie piórem: „Tego nie zastałem”12.

13/14 lipca 1949 roku, Rzym

W szpitalu Santo Spirito in Sassia nieopodal placu św. Piotra kona 48-letni mężczyzna.

Przywieziono go kilka dni wcześniej, 9 lipca, z temperaturą ponad 40 stopni, wymiotami i zażółceniem skóry. Dyrektor szpitala, Andrea Tincardi13, przydziela choremu lekarza prowadzącego, zaufanego profesora Bergamiego14, któremu wydaje stanowcze polecenie, by pilnie informować o stanie pacjenta.

Profesor nie wie, że dyrektor działa na osobistą prośbę pewnego wpływowego watykańskiego hierarchy. Ogląda ciekawie dokumenty chorego. Wynika z nich, że mężczyzna nazywa się Alfredo Reinhardt15 i jest Austriakiem. W rubrykę „zawód” wpisano: „nauczyciel”. Profesor Bergami odkłada paszport do szuflady, nieco rozczarowany.

Dochodzi północ 12 lipca, gdy na tyły szpitala Santo Spirito podjeżdżają dwa czarne samochody. Noc jest pogodna, wilgotna, od Tybru wieje ciepły wiatr. Czujne oko przypadkowego przechodnia dostrzegłoby wysiadającego z auta biskupa Aloisa Hudala, ważnego dostojnika watykańskiego. O Hudalu szepcze się w Rzymie, że jego nazwisko otwiera wszystkie drzwi za Spiżową Bramą. Traf chce, że o tej porze nikt nie przechadza się małą, wąską uliczką. Dyrektor szpitala, uprzedzony o tajemniczej wizycie, prowadzi biskupa wprost do chorego o niemieckim nazwisku, informując nerwowo, że u pacjenta stwierdzono ostre zapalenie wątroby. Monsignore spędza w szpitalu ponad dwie godziny, wychodzi poruszony. Dyrektor Tincardi przeciera spocone czoło.

Tylko kilka osób w Watykanie wie, że umierający w szpitalu Santo Spirito mężczyzna to Otto von Wächter, były esesman i gubernator dwóch dystryktów w okupowanej Polsce. Od czterech lat jest poszukiwany jako zbrodniarz wojenny – za takiego uznał go Trybunał Sprawiedliwości w Norymberdze16.

Jednak to tylko wierzchołek góry lodowej. W zimnowojennym Rzymie poszukują go amerykańscy oficerowie CIC, agenci służb sowieckich i przedstawiciele tworzącego się właśnie wywiadu Izraela.

Kolejnej nocy Otto von Wächter umiera.

Cztery dni później wdowa, Charlotte von Wächter, odbierze od biskupa Hudala osobiste rzeczy męża – wśród nich szary niepozorny notatnik, na okładce opatrzony datą: „1949”. Po powrocie do domu, do Salzburga, dobrze go ukryje. Z czasem historię rodziny spowije mgła zapomnienia.


Szary notatnik Ottona von Wächtera.


Fałszywe dokumenty Ottona von Wächtera na nazwisko Alfredo Reinhardt.

21 czerwca 1961 roku, Wiedeń

Słynny na cały świat łowca nazistów Szymon Wiesenthal17 intensywnie poszukuje wszelkich informacji o byłym generale SS, Ottonie von Wächterze.

Wiesenthal ma do sprawy esesmana stosunek osobisty – podejrzewa, że ów zbrodniarz o niewinnym czole i białych dłoniach18 zabił jego matkę.

21 czerwca 1961 roku łowca nazistów pozyskuje informację „z bardzo pewnego i godnego zaufania źródła”19, że poszukiwany przez niego Wächter prawdopodobnie nie żyje. Informator podaje też, że w 1949 roku Otto przedostał się na teren Rzymu z tajemniczym pakunkiem, którego zawartość informator objawia Wiesenthalowi. Zdumiony tropiciel zbrodniarzy wojennych zarządza natychmiastowe śledztwo, jednak wszystkie tropy kończą się w ślepym zaułku.

Wiesenthal chowa list od informatora do specjalnej teczki z napisem „Otto von Wächter” i odkłada na półkę. Teczka trafia do Centrum im. Szymona Wiesenthala w Wiedniu, powoli pokrywa ją kurz.


Biskup Alois Hudal potwierdza śmierć Wächtera 13 lipca 1949 roku.

Lipiec 2016 roku, Austria. Zamek Hagenberg, własność Horsta von Wächtera, syna Ottona

Ze starej skrzyni wyjmuję szary, mocno sfatygowany notatnik. Na okładce widnieje data: „1949”...

WÄCHTER



„Byli faszyści – dobrzy ludzie”

30 lipca 2016 roku, Hagenberg, posiadłość Horsta von Wächtera

Do zamku Hagenberg trafiam podczas poszukiwań materiałów do poprzedniej książki. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że w Austrii mieszka syn Ottona von Wächtera, byłego gubernatora dystryktu krakowskiego i galicyjskiego w okupowanej Polsce. Informację o tym, że w zamkowej posiadłości pod Wiedniem mieszka Horst von Wächter, uzyskuję z Londynu.

Pobyt u Horsta to jedna wielka historyczna przygoda. Dni pełne pracy nad rodzinnymi archiwaliami, wieczory pełne brunatnych rozmów o tamtych trudnych czasach. Jak bardzo różni się polska i austriacka ocena drugowojennej rzeczywistości – mam okazję przekonać się przy każdej kolacji. Boleśnie się tego słucha.


Zamek Hagenberg w Austrii – należy do Horsta von Wächtera, syna Ottona.

Leżąc w łóżku, rozmyślam. Trudno usnąć od razu. Nocami stare zamki zaczynają żyć własnym życiem. Podłoga skrzypi, powoli dopala się ogień w stuletnim kominku. Coś chrobocze na poddaszu (nietoperze?), w drugim pokoju stuka niedomknięta okiennica, tyka stary zegar osnuty pajęczyną. Charlotte Wächter mieszkała tu do swojej śmierci w 1985 roku. Urna z częścią jej prochów stoi we wnęce, w kuchni. Tak ustawił ją Horst.

Otto nigdy nie pozna zamku syna. Od 1945 roku jest zbiegiem, ukrywa się w austriackich Alpach, następnie w północnych Włoszech. Niespodziewana śmierć zastaje go w Rzymie – do Wiecznego Miasta przybywa na początku 1949 roku – ucieka z okolic Kitzbühel trasą przez Bolzano, bezbłędnie zwodząc depczące mu po piętach sowieckie służby. W trudnej wędrówce do Rzymu pomaga mu tajemnicza struktura nazwana ongiś „Odessą”, a o istnieniu której świat nie ma wówczas pojęcia.


Do zamku Hagenberg trafiłam w 2016 roku podczas pisania książki „Lista Wächtera”.


Pobyt u Horsta to jedna wielka historyczna przygoda – dni pełne pracy nad rodzinnymi archiwaliami, wieczory pełne brunatnych rozmów o tamtych trudnych czasach.


Fragment pamiętników Charlotte von Wächter. Po wojnie, w obawie przed tajnymi służbami, wdowa po Ottonie zakopała swoje notatki w ogrodzie. Z czasem zniszczyła je wilgoć.

Dziś, dzięki wspomnianej książce argentyńskiego badacza, dziennikarza Ukiego Goñiego, wiemy o wiele więcej. O owianej czarną legendą „Odessie” napisało też do tej pory wielu innych historyków. Miała być Organizacją Byłych Członków SS stworzoną w celu zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim esesmanom po II wojnie światowej. Po słynnym bestsellerze Akta Odessy Fredericka Forsytha20 potraktowano tę teorię z pobłażliwym uśmiechem, a tajemniczą siatkę przerzutu zbrodniarzy wojennych podawano jako jedną z teorii spiskowych świata. Dziś już nikt nie przeczy, że istniała21, chociaż prawdopodobnie nie miała formalnej nazwy. Była porozumieniem dawnych Kameraden spod znaku runy i dębowego liścia22, którzy pomagali sobie i chronili swoje interesy po wojnie. Często za wszelką cenę. Funkcjonowanie takiej struktury zorganizowanej pomocy mogliśmy obserwować wielokrotnie, na przykład gdy świat poznał kulisy operacji Mosadu, kiedy to pojmano w Argentynie Adolfa Eichmanna. Okazało się, że macki „Odessy” sięgały najdalszych zakątków świata.

Na to, by Eichmann, jego żona i syn mogli przez wiele lat bezpiecznie funkcjonować pod fikcyjnymi nazwiskami, korzystać z życia i czuć się bezpiecznie, pracował cały sztab ludzi. Osoby tworzące siatkę pomocy zbrodniarzom łączyła pewna specyficzna więź z przeszłości – były związane z narodowosocjalistycznym systemem lub mocno sympatyzowały z Trzecią Rzeszą.

Dzięki ponadnarodowemu porozumieniu byłych esesmanów dawni oprawcy bez problemu wtopili się w powojenną rzeczywistość i rozpoczęli nowe życie, a w wielu wypadkach duże kariery, w tym polityczne. Lekarze, którzy w Auschwitz zszywali bliźnięta plecami, po wojnie prowadzili prywatne praktyki lekarskie i cieszyli się powszechnym szacunkiem. Josef Mengele do pierwszych procesów oświęcimskich bez żadnych przeszkód odwiedzał swoją rodzinę w miejscu jej zamieszkania23. Kurt Blome (prowadził prace nad bronią bakteriologiczną z wykorzystaniem więźniów niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau na terenie okupowanej Polski) rozpoczął nowe życie w Stanach Zjednoczonych24. Wielu innych sadystów weszło w struktury policji, rozmaitych urzędów, służb, dbając o to, by skala kompromitującej prawdy nigdy nie wyszła na jaw. Zaraz po wojnie nie mówiło się przecież aż tak wiele o Auschwitz.

Procesy oświęcimskie, które ruszyły w Niemczech w latach 60., zszokowały niemiecką opinię publiczną. Niemcy byli zaskoczeni. Przyjęto przecież, że za wszystko odpowiadał Hitler, a współwinnych rozliczyła Norymberga. Prokurator Franz Bauer, który zaczął ścierać skorodowany nalot niepamięci z sumień Niemców, stał się persona non grata i wytykano mu żydowskie pochodzenie. Przecież wielu zbrodniarzy wojennych było już wówczas prominentnymi politykami reprezentującymi niemieckie demokratyczne państwo.

I tak na przykład kat warszawskiej Woli, Heinz Reinefarth, został burmistrzem wyspy Sylt25. Fanatyk Lebensraumu Alexander Dolezalek wykładał na uczelni (był docentem w Ośrodku Studiów Ogólnoeuropejskich we Vlotho, w Nadrenii Północnej-Westfalii)26. Z kolei Gottlob Berger, specjalista od segregacji rasowej, skazany w Norymberdze na 25 lat więzienia, spędził w nim w rzeczywistości dwa. Po wyjściu na wolność założył legalnie działający związek byłych esesmanów oraz pismo „Nation Europa” propagujące idee narodowego socjalizmu.

 

Żona Reinharda Heydricha, autora planu masowej eksterminacji Żydów, po wojnie prowadziła pensjonat na niemieckiej wyspie Fehmarn pod własnym nazwiskiem wyrytym nad wejściem27.

Austriak Alois Brunner, poszukiwany za zbrodnie ludobójstwa, skorzystał – podobnie jak Otto von Wächter – z pomocy biskupa Aloisa Hudala i dożył roku 2005 w Damaszku. W ostatnich latach życia był ekspertem prezydenta Baszara al-Asada od technik tortur i represji na więźniach politycznych28. W jednym z miejsc – na mapie ucieczki od sprawiedliwości – pomogli mu Żydzi nieświadomi, kogo ukrywają. „Mili ludzie – pisał o nich Brunner w jednym z listów – okazuje się, że jednak nie zabiliśmy wszystkich”. Perfidia „Odessy” nie znała granic.

Po maju 1945 roku świat natychmiast wszedł w nową rzeczywistość. Nikt nie chciał rozmawiać na temat okropnych spraw z przeszłości. Zajęci usuwaniem gruzów mieszkańcy miast nie mieli pojęcia, że jeszcze podczas wojny rozpoczęto paktowanie z diabłem. Agent Allen Dulles z upoważnienia USA usiadł do rozmów z przyjacielem Ottona von Wächtera, generałem Karlem Wolffem, jeszcze w 1944 roku29. Miłe spotkania przy dobrym winie miały miejsce na terenie m.in. rzekomo neutralnej Szwajcarii.

Podobne rozmowy odbywały się w wielu miejscach równocześnie. Liczyły się wiedza, sprawność, umiejętności, z których mocarstwa mogły skorzystać po wojnie. Werbowano tych, którzy mogli przynieść korzyści. W ten sposób ojcem NASA został lekarz Hubertus Strughold30. Gdy wyszło na jaw, że w pięknym pałacu w Rząsinach na Dolnym Śląsku torturował więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, badając wydolność organizmów ludzkich pod kątem lotów w kosmos, Ameryka była wstrząśnięta. Ze wstydem odkręcano tablicę z nazwiskiem Strugholda w dumnej siedzibie NASA. Patron amerykańskiego sukcesu 30 lat wcześniej we wspomnianym pałacu obserwował z kamienną twarzą agonię więźniów, by zapisać bez emocji w swoim kajeciku: „Po trzech minutach błaga o litość, po pięciu pada na ziemię, wije się w konwulsjach, po sześciu umiera”31. Eksperymenty medyczne Strugholda na Dolnym Śląsku trwały około roku.

Śmiejący się w twarz izraelskim prokuratorom Iwan Demianiuk, winny współudziału w masowej zagładzie Żydów w Sobiborze, dokończył żywota w bawarskim domu spokojnej starości w 2012 roku.

Aleksandras Lileikis, odpowiadający za rozstrzelanie tysięcy Żydów na Litwie, dożył spokojnej emerytury w Bostonie. Kiedy Litwa uruchomiła proces deportacyjny zbrodniarza w podeszłym wieku, do Departamentu Sprawiedliwości zadzwonił pracownik CIA z przekazem: „Nie wolno wam ruszać tej sprawy”32.

Część zbrodniarzy dostała obiecane nowe życiorysy jeszcze przed 1945 rokiem, część wiodła normalne życie, chowając tatuaż z grupą krwi pod rękawem. Jeszcze inna wypoczywała na rajskich plażach Ameryki Południowej. Niektórzy esesmani zjawiali się w urzędach jako ofiary wojny, bez dokumentów. Prosili o nowe, podając wymyśloną tożsamość. Jeszcze inni uznali w swojej bucie, że mogą spokojnie budować kariery w Niemczech i Austrii pod prawdziwym, skalanym krwią nazwiskiem.

Mniej więcej trzy lata po II wojnie światowej włoska prasa zaczęła przebąkiwać o tajemniczej drodze ucieczki niemieckich zbrodniarzy wojennych. Zlokalizowano trzy miasta – miejsca postoju zbiegów po stronie włoskiej: Merano, Bolzano, w końcu Rzym. Niektóre dzienniki wspomniały, że w ucieczkę zaangażowani są watykańscy oficjele. W 1949 roku w tym kontekście we włoskich gazetach zaczyna się pojawiać nazwisko austriackiego biskupa Aloisa Hudala, szefa watykańskiego instytutu Santa Maria dell’Anima przy via della Pace 20.

Włoscy dziennikarze przyglądają się sprawie coraz bardziej wnikliwie i ustalają, że na terenie Rzymu, pod samym ich nosem, ukrywa się wielu najgorszych zbrodniarzy poszukiwanych po wojnie przez Norymbergę. Adolf Eichmann, Josef Mengele, Franz Stangl, Klaus Barbie, Erich Priebke, Walther Rauff, Otto von Wächter chowają się w Wiecznym Mieście pod fałszywymi nazwiskami. Prasa jeszcze wówczas nie wie, że zazwyczaj trwa kilka miesięcy, zanim biskup Hudal przygotuje zbrodniarzom nowe paszporty – może wystąpić o dowolną liczbę dokumentów in blanco do Czerwonego Krzyża.

Potem zostaje już tylko oczekiwanie na sygnał, że do portu zawinął statek płynący na drugi koniec świata. Wówczas zabiera się najpotrzebniejsze rzeczy i już można się ukryć pod pokładem – ktoś da znać, że już jest bezpiecznie, że już można wyjść na obiecany nowy ląd. W prasie włoskiej, która po wojnie otrzymywała sygnały o takich praktykach, pojawiło się zdanie, że uciekający naziści ukrywają się na statkach jak szczury. Stąd z biegiem czasu utarło się określenie całej drogi przerzutu, z której korzystali mordercy. Nazwano ją „szczurzym szlakiem”33.

Dziennikarze zaczynają zadawać pytania – skąd esesmani wiedzieli, do kogo w obcym mieście mogli zgłosić się po pomoc? Z jakiego źródła mieli informacje? Kto pomagał zbiegom na krętych ścieżkach ucieczki przez góry? Skąd mieli listę nazwisk przychylnych osób?

Nawet dziś historycy nie umieją odpowiedzieć dokładnie, kto stworzył siatkę ściśle oplatającą drogę przerzutu nazistów. Znamy kilka wiodących tożsamości, ale kto krył się w cieniu? Czyje adresy, nazwiska i numery telefonów mieli przy sobie niemieccy i austriaccy zbiegowie? Kto im je dał?

I wtedy, i dziś historycy i dziennikarze oddaliby wiele za tak kluczową wiedzę. Gdy pod koniec lat 40. świat pogrążył się w zimnej wojnie, w strategicznych europejskich metropoliach zaroiło się od szpiegów. Rzym należał do miast mocno infiltrowanych przez obce wywiady. Pojawienie się nazistowskich zbiegów pilnie obserwowali amerykańscy i sowieccy agenci. Wiedza o tym, kto tworzył tajemniczą siatkę pomocy hitlerowcom, była na wagę złota, pomogłaby rozpracować „Odessę” od środka, a tym samym pozyskać do współpracy kolejnych cennych agentów.

* * *

Podczas jednego z pobytów w zamku Horsta von Wächtera w jednej z komnat znajduję starą skrzynię. Pajęczyna, która spowiła drewniany mebel, musiała zbierać się tu latami. Powoli, jakby w obawie przed klątwą Pandory, uchylam zmurszałe wieko i zaglądam do środka. Pełno tu rozmaitych szpargałów, gazet sprzed połowy wieku, przekładam je ostrożnie. W pewnym momencie wśród starych rupieci i wieloletniego kurzu znajduję szary, niepozorny notatnik. Na okładce data: „1949”.

„To rok, w którym umarł Wächter” – wzmagam czujność. Zawartość notesu wprawia mnie w zdumienie. Daty, nazwiska, liczby, adresy – skreślone nierównym pismem doktora praw, byłego esesmana. Zapisy urywają się w lipcu.

– Horst, co to jest?

Skrzypienie podłogi, podchodzi.

– To notatnik ojca, który po jego śmierci mama odebrała wraz z jego osobistymi rzeczami w Rzymie od biskupa Hudala. Kazała go schować, bo są tu nazwiska ludzi, którzy pomagali ojcu w drodze ucieczki.

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Oto trzymam w ręku notatnik, za zawartość którego w 1949 roku i później zabiłyby bez wahania najważniejsze służby wywiadowcze świata.

Kieszonkowy kalendarz, kupiony pewnie gdzieś naprędce na drodze ucieczki (a może to Charlotte, żona Ottona, wręczyła go mężowi przy pożegnaniu w Bolzano? Wtedy widzieli się po raz ostatni). Papierowy kompan, powiernik podróży towarzyszył mu w drodze do Rzymu. Wsunięty do Wächterowej kieszeni, mocno sfatygowany, był świadkiem ostatnich dni zbrodniarza szukającego drogi ucieczki z Europy. Do dziś widać na nim ślady otarć. W środku nazwiska i adresy tych, dzięki którym „Odessa” przerzucała swoich na inne kontynenty.

Personalia z notatnika to najważniejszy kapitał Ottona von Wächtera na drodze do Rzymu. Jego bezpieczeństwo i gwarancja przetrwania. Otto pilnuje go jak oka w głowie – niewielki notes z nazwiskami, które wówczas należało trzymać w ścisłej tajemnicy, towarzyszy SS-Brigadeführerowi do śmierci, gdy ten znalazł się z bardzo wysoką gorączką w szpitalu Santo Spirito (Ospedale Santo Spirito) przy Watykanie, raptem kilka kroków piechotą od placu św. Piotra.

Mały szary dowód potwierdzający aktywne funkcjonowanie siatki esesmanów odbiera żona, Charlotte von Wächter, gdy 18 lipca 1949 roku zjawia się w Rzymie, kilka dni po śmierci męża. Notatnik wraca wraz z nią do domu, do Austrii. Przeleży zakurzony 70 lat, najpierw w Salzburgu, potem u Horsta w Hagenbergu. Charlotte doskonale zdaje sobie sprawę, co chowa na dno skrzyni w komnacie starego zamku.

Przyglądam mu się bardzo uważnie, ostrożnie przerzucając strony zimnymi rękami. Szara okładka popękała na grzbiecie (70 lat temu kolor materiału musiał być intensywniejszy), kartki pożółkły, na szczęście nie zbutwiały, chociaż można mieć wrażenie, że w kilku miejscach miały kontakt z wodą.

Gdzieniegdzie widać przetarcia, ale notatnik dobrze się trzyma. To na swój sposób przykre – że rzeczy potrafią przetrwać o wiele dłużej niż ludzie. Pożółkłe kartki szeleszczą zapisane ręką człowieka, który wierzył, że uda mu się uciec sprawiedliwości. Na szarym przodzie widnieje wytłoczona data: 1949. Dalej, strona po stronie odsłania się spis osób, które na terenie Rzymu i okolic organizowały Ottonowi bezpieczną kryjówkę i w razie potrzeby miały przyjść mu z pomocą – każda w określonym przypadku. Są imiona, nazwiska, dokładne adresy – wyblakłe już, ale czytelne. Od kogo Otto otrzymał taki spis – nie wiemy, natomiast każdy z kontaktów został opatrzony precyzyjnym komentarzem wskazówką. Kilka stron zapisanych zostało ołówkiem, inne zwietrzałym już mocno atramentem.

Otto pisał zamaszyście – jego charakter pisma jest o wiele trudniejszy do odczytania niż kaligraficzne pismo Charlotte. Dopiero się z nim oswajam. Następnego dnia siadam z notatnikiem przy stole, prosząc Horsta o pomoc. Ociąga się, waha.

W mojej głowie pytania: czy Otto znał wcześniej tych ludzi i czy komentarze przy nazwiskach sporządził sam, na podstawie własnych obserwacji, czy dostał takie wytyczne od kogoś niezidentyfikowanego? Jedno wiadomo na pewno: ten notatnik to część szczurzego szlaku, którego zagadkę od dawna próbują rozwikłać historycy na całym świecie.

Otwieram na chybił trafił i spoglądam na jeden z przykładowych zapisów Ottona von Wächtera. Wygląda następująco:

„Dr K.G. Wollenweber, Villa S. Francesca

Via Monti Parioli 64, T 872.604

(T 870.558)

(przyjaciel Leithe, wcześniej przedstawiciel rady)”34

Nazwisko Wollenweber nie jest mi znane35, podobnie jak enigmatyczne Leithe. Czy to imię? Może pseudonim? Zapisuję w notatkach: „Do sprawdzenia”.

Przerzucam strony kalendarzyka, z trudem próbując odczytać inne nazwiska zapisane ołówkiem. Na pierwszy rzut oka niewiele mi mówią, poza kilkoma oczywistymi. Horst pomaga, chociaż wciąż niezbyt chętnie.

Po kilku dniach intensywnej pracy – dzięki pomocy Horsta, ale też ponownej żmudnej analizie korespondencji Ottona do żony36 – lista osób udzielających pomocy byłemu gubernatorowi w okupowanej Polsce na terenie Rzymu powoli wyłania się z mroku.

Wieczorami gonitwa myśli nie pozwala mi zasnąć. Komu jeszcze lista osób z notatnika Ottona pomogła uciec przed sprawiedliwością?

Zapisuję skrupulatnie swoje refleksje i pytania, by przyjrzeć się wszystkiemu wnikliwie po powrocie do domu.


Zapiski finansowe z notatnika Ottona von Wächtera, które sporządzał w Rzymie.

10 sierpnia, Warszawa

Biurko pełne zapisków, starych dokumentów, sfatygowanych książek. Przesuwam, układam, porządkuję. Sporządzam fiszki, zakreślam markerami najistotniejsze kwestie. Dzwoni znajomy historyk z Krakowa: niestety, nie zetknął się nigdzie z materiałami o Ottonie von Wächterze, nie może mi pomóc. Wygląda na to, że były gubernator dwóch dystryktów rozpłynął się w powojennej mgle.

Za oknem pierwszy zmierzch, widać nikły ślad czerwonej smugi zachodu w oddali. Włączam laptop, otwieram zdjęcia szarego notesu, jakie wykonałam w zamku Horsta. Klikam, otwieram, powiększam. Wpatruję się w zapiski uciekiniera, esesmana w przebraniu mnicha, czekającego na nowe życie.