Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział siódmy

SKROMNISIA

Płock, rok 1572

Anna jest zdenerwowana; delikatne, wypielęgnowane dłonie kładzie na kolanach, ale gdy dochodzi do wniosku, że siedzi niczym małe, grzeczne dziecko, podrywa je, choć sama nie wie, co z nimi zrobić. Nie zdaje sobie sprawy, że każdy jej ruch jest płynny i pełen wdzięku.

Od rana, a jest wieczór, prześladuje ją wspomnienie leżącego w trumnie ojca. Zastanawia się, czy dlatego, że ma przed oczyma stado dwórek, czarnoszarych ptaszysk, od godziny w milczeniu dziobiących identyczne tamborki. To Żalińska wymyśliła, że powinny okryć suknie żałobnymi… fartuchami? Kubrakami? Płaszczami? Co to właściwie jest i dlaczego ochmistrzyni nie przywdziała tego szkaradzieństwa? Królewnie się wydaje, że damy dworu wyglądają karykaturalnie, ale sama nie wie, czy coś jest nie tak; odziedziczyła po ojcu niepewność, wewnętrzne rozdarcie i nie ma odwagi robić Żalińskiej wymówek.

Czeka na poselstwo z Francji, świadoma, co jej chce zaoferować, więc ogarnięta gorączką. Włosy ma ściśle związane na karku, żeby żaden kosmyk nie śmiał się wydostać spod zwiewnego welonu. Widać, że są mocne i grube, raczej jasne, choć ich kolor zależy od natężenia światła. Anna wydyma wąskie wargi, co weszło jej w nawyk, odkąd usłyszała, że są cienkie i przydają twarzy złośliwego wyrazu. Podobno Henryk Andegaweński nie dba o koronę Polski, tylko stara się o Annę, o nią się stara, a nie o tron Rzeczypospolitej! Boże miłosierny, co za bzdura, przecież przekroczyła już pięćdziesiątkę. Codziennie przegląda się w lustrze i straciła świadomość upływającego czasu, nie dostrzega zmian, jakie czyni w jej rysach, często wydaje jej się, że nadal jest młodą dziewczyną, pogodną, wiecznie zawstydzoną nastolatką, z której dworowała Bona Sforza. Skóra Anny wciąż jest gładka, dba o nią, namaszcza ją i nawilża, wie, że to jej atut. Henryk ją pokochał? Królewna intensywnie stara się wydobyć z pamięci niegdysiejsze słowa matki na temat związków małżeńskich, niestety, puszczała je mimo uszu, w rezultacie żadnej wypowiedzi nie potrafi już zrekonstruować w całości.

Jesień w pełni, myśli Anna i krzyżuje ramiona, jakby chciała się nimi otulić, co widząc, Żalińska natychmiast każe rozpalić w kominku.

Królewna spogląda w okno i dostrzega drzewa okryte różnobarwnymi liśćmi. Jest smutna, a najgorsze, że jej nastrój często się zmienia – raz jest bardzo szczęśliwa, innym razem czuje się załamana i samotna. Nuda, straszna nuda; dobija ją brak rozrywek, nie ma ich dla kogo organizować. Kiedy wreszcie otrzyma bogactwa Augusta – jeśli je otrzyma – stanie się właścicielką przepysznych arrasów, dotknie ich, będzie wodzić dłońmi po delikatnej tkaninie, przyłoży do niej twarz i będzie wdychać charakterystyczny zapach wełny. Wyczuje też zapewne mocne, przyprawiające o zawrót głowy perfumy brata, więc jeśli zamknie oczy, wyda jej się, że August stoi tuż obok, że nie jest sama, okrutnie, przerażająco sama. Stanie się właścicielką najpiękniejszych klejnotów w Europie? Odziedziczy również te po matce? Złote agrafy, fajansowe brosze i diamentowe kolczyki? Naszyjniki, brosze z kameami, spinki i zawieszki? Krzyże i misterne krzyżyki? Perły, rubiny, chryzolity, turkusy, lazuryty? Złote, miniaturowe rzeźby przedstawiające dzikie zwierzęta o diamentowych albo szafirowych oczach? Emaliowane i inkrustowane puzderka? A tureckie szaty i kobierce, czy i one staną się jej własnością? Anna rozmarza się, niemal czuje, jak dotyka klejnotów, widzi pod powiekami barwę każdego z nich, bijący od nich blask. Jest szczęśliwa, pragnie legendarnego skarbu Augusta, wyobraża sobie, że zdobywszy go, zacznie być powszechnie poważana; czy nie tak było z jej matką? Mówiła, że bogactwo czyni człowieka wielkim. Możliwe, że brzmiało to nieco inaczej, ale nie o słowa przecież chodzi. Skarby Augusta należą się wyłącznie Annie, jej siostry opuściły Rzeczpospolitą, owszem, są Jagiellonkami, jednak jakby trochę mniej, połowicznie, tylko w części.

– Moje listy są przechwytywane – przypomina sobie i z pretensją patrzy na Żalińską.

– Jesteś pewna, pani?

– Za kogo mnie masz? Senatorowie znają mój rozkład dnia lepiej niż ja sama.

Żalińska uśmiecha się, co uwydatnia jej denerwującą urodę; gdziekolwiek się pojawia, budzi zachwyt, nawet Anna nie może się na nią napatrzeć. Piękno ochmistrzyni nie powszednieje, to także przygnębia królewnę.

– Śledzą waszą miłość z lęku, że pomieszasz im, pani, szyki – stwierdza Maria i wraca do haftowania.

Anna, mimo że najbieglejsza w haftowaniu, odczuwa wstręt do robótek, ma wrażenie, że jej rękodzieła są równie niepotrzebne jak ona sama.

– Pragnę świętego spokoju – oświadcza, świadoma, że w ciągu ostatnich kilkunastu dni powtórzyła to chyba tysiąc razy. – U kresu życia moja matka pragnęła tego samego.

Żalińska powątpiewa w to, że królowa Bona szukała spokoju, była zbyt namiętna i energiczna, poza tym uganiała się za młodym kochankiem, wszyscy wiedzą, że to dla Pappacody opuściła dzieci i Rzeczpospolitą. Bóg ją ukarał za ten przejaw szaleństwa i nieprzyzwoitość. Maria ściąga brwi.

– Nie dbam o żenujące walki stronnictw – mówi Anna w zamyśleniu – są tak liczne, że pewnie ich członkowie nie wiedzą, ilu ich jest i który czego chce.

– Stanisław uważa…

– Mówisz o staroście Czarnkowskim? – przerywa swojej ochmistrzyni.

– Nikogo innego nie nazywałabym po imieniu.

– Od kiedy jesteś ze starostą po imieniu? – pyta oschle Anna.

– Nie jestem z nim po imieniu, po prostu jest Stanisławem, jak by to rzec… najbliższym waszej wysokości.

– Co to znaczy, że jest mi najbliższy? – Oburzona Jagiellonka przeszywa ochmistrzynię wzrokiem.

– Pani, na miły Bóg, nie doszukuj się we wszystkim podstępu i woli oczernienia cię! – Maria z gniewem odrzuca robótkę. – Referendarz Czarnkowski uważa, że wasza miłość nie wykorzystuje swojego wpływu na bieg politycznych wydarzeń.

– Najważniejsze jest teraz przejęcie dóbr po moim bracie, więc nie wydaje mi się rozsądne koncentrowanie się na czymś innym. – Anna atakuje raczej los niż Żalińską, na której jej zależy. Chce mieć Marię przy sobie, gdyż jej uroda i wdzięk dodają fraucymerowi splendoru. – Wysłałam senatorom kopię testamentu Augusta i co, moja droga? Milczą jak zaklęci! Tym zająłby się szanowny pan referendarz, zamiast mnie łajać!

– Nikt nie śmie łajać córki Jagiellona – zauważa Maria, chociaż to nieprawda; nawet ona ma tę śmiałość.

– Oczywiście – fuka królewna, miotając się po komnacie od ściany do ściany. – Dlatego siedzę w Płocku i czekam na wieści z centrum wydarzeń, bo wszyscy się mnie boją, z tego samego powodu nie mogę odmówić modlitwy nad ciałem umiłowanego brata. – Błyskawicznie zmienia temat, gdyż stwierdzenie „umiłowany brat” zabrzmiało żenująco. – Nikt mi nie współczuje, nikt do mnie nie wyciąga pomocnej dłoni.

– Nie jest aż tak źle, pani – wchodzi jej w słowo ochmistrzyni, obojętna na wieczne użalanie się Anny. – Mój małżonek uważa, że przynajmniej nie zżera cię strach przed jutrem.

– Nie zżera mnie strach przed jutrem? Dobre sobie!

Królewna zastanawia się nad podtekstem wypowiedzi dwórki, wreszcie macha ręką na jej złośliwostki, dochodzi bowiem do wniosku, że więcej zyska, okazując Żalińskiej przyjaźń. Od śmierci matki lęka się, że zostanie otruta, i to przez kogoś z najbliższego otoczenia. Czemu wciąż ją boli głowa? Bolą zęby, uszy, oczy, Boże miłosierny, ma nadzieję, że nie straci wzroku!

– Masz wspaniałe włosy – komplementuje Marię, mimo że jest niemal pewna, iż jej komplementy nie mają dla Żalińskiej znaczenia.

– Co też wasza miłość mówi? Ty masz, pani, cudowne włosy, nie ja. Odziedziczyłaś je po królowej Bonie.

– Owszem, i jej zgrabną sylwetkę – potakuje Anna bez entuzjazmu. Słyszy o tym od dzieciństwa, nie ma więc wątpliwości, że tak jest, jednak… sama tego nie dostrzega.

– Oraz wielkie, przeszywające oczy.

Wielkie oczy? Tego nie słyszała. Oczy jak oczy, są, jakie są, ciemne i tyle. Królewna siada przy Żalińskiej i kołysze się na boki.

– Tobie jest łatwiej w życiu, jesteś śliczna – rzuca zniechęcona.

Suknia Anny jest modnie skrojona, ponieważ mimo żałoby królewna czuje się w obowiązku wyglądać dostojnie i odpowiednio do swojej pozycji. Jakby miała pozycję! Znowu przypomina sobie ojca w trumnie, z insygniami władzy królewskiej i w królewskich szatach. A jak ona zostanie pochowana? Jak się chowa nikomu niepotrzebne stare panny?

– Obie jesteśmy piękne – mówi Żalińska, byle coś powiedzieć; głowę zaprzątają jej inne sprawy – ale ty masz odziedziczony po przodkach autorytet, najjaśniejsza pani.

Dwórki jednocześnie podnoszą wzrok i przyglądają się Annie, co ona odbiera jak policzek.

– Wątpię, czy autorytet się dziedziczy – mruczy zmieszana.

– A nie?

Prostackie pytanie Żalińskiej wywołuje wesołość młodszych dam dworu. Anna kolejny raz poprawia włosy; lubi czuć pod palcami zdobiące je klejnoty. Musi mieć pewność, że fryzura jest nieskazitelna, więc często zerka w lustro.

– Zgoda – przyznaje – traktują mnie z szacunkiem godnym Jagiellonów, niemniej nikt się nie zachwyca moimi wdziękami.

– Czyżby? – Żalińska śmieje się gardłowo w samo ucho zmieszanej królewny. – A książę Henryk Andegaweński co niby robi?

– Dajże spokój – szepce Anna z obawą, że któraś z dziewcząt usłyszy rozmowę i powtórzy jej wrogom.

– Widziałam jego podobiznę – wyznaje Maria, zabawnie przewracając oczyma.

Kobiety wstają jak na komendę i oddalają się od dwórek. Stają przy oknie i szepcą, niemal stykając się czołami.

– Ja także ją widziałam – mówi Anna, pąsowiejąc. – Chociaż wolałabym nie widzieć.

– Nie rozumiem, przecież jest przystojny.

Królewna opiera się plecami o ścianę i przymyka oczy z obawy, że za wiele wyrażają; czuje, że zachodzą mgiełką.

 

– I w tym problem; jest pięknym młodzieńcem, mógłby być moim synem.

– Po pierwsze, ma dwadzieścia dwa lata. – Maria nie podziela obaw królewny, raczej jej zazdrości. – Dawno przestał być młodzieńcem. A po drugie, czasem mnie szokujesz, miłościwa pani. Mówisz, jakbyś była córką chłopa, nie dynasty. Na Boga, dojrzałość to kwestia koneksji, pozycji społecznej i zamożności, nie wieku mężczyzny.

– Racja.

Królewna wolnym krokiem podchodzi do lustra, w którym po chwili widzi również Marię.

– Spodobał ci się, prawda? – pyta Żalińska.

– Jeżeli jego oczy są takie duże…

– Uchodzi za mężczyznę niezwykłej urody – zapewnia ochmistrzyni. – Zakochał się w tobie, pani. Nic, tylko pozazdrościć.

Anna smakuje słowa Marii jak najlepszy trunek; wypełnia ją przyjemne ciepło.

– Zechce mnie poślubić?

– Czy zechce?! – Ochmistrzyni wzdryga się, jakby słowa Anny ją mierziły. – Na pewno cię poślubi, byle tylko wybrano go na króla. Co ja mówię? Poślubi cię, pani, niezależnie od wyniku elekcji, ale chyba byłoby lepiej dla ciebie, gdyby został królem, a ciebie koronowano na królową.

Żalińska ucieka wzrokiem w bok.

– Tego by pragnęła moja matka, prawda? – rzuca Anna w zamyśleniu. – Boże najsłodszy, nie wiem, co radziłaby mi w takiej sytuacji: mieszać się czy nie mieszać, dać odczuć szlachcie, że wolałabym Henryka?

– Będziesz z nim szczęśliwa – kusi Maria z satysfakcją, że miłościwa pani dała się złapać na lep jej obietnic, choć po prawdzie nie ma powodu, by kobieta w wieku Anny brała ślub z młodzieńcem, któremu nie da syna i którego nie będzie umiała zadowolić, skoro jedynym doświadczeniem, jakiego nabrała przez lata, jest udział w porannych mszach świętych.

– Wspominałam ci, Mario, że posłałam Nideckiego do Włoch, żeby czuwał nad kwestią sukcesji barskiej po królowej Bonie?

– Bardzo dobrze, najjaśniejsza pani – chwali ją Maria. Przyzwyczaiła się, że królewna często zmienia temat rozmowy, wierząc chyba, że jej infantylne kluczenie kogokolwiek zwiedzie.

– Nie jestem za stara na żonę?

– Skądże znowu. – Żalińska uśmiecha się, bo nawet przez moment nie wątpiła, że Anna jest oczarowana księciem Henrykiem i chętnie omawiałaby jego przymioty od świtu do nocy. – Przeceniasz stan małżeński, pani. Co naprawdę znaczy bycie żoną? Jestem nią od lat i uwierz, miłościwa pani, że jeśli w moim życiu działo się coś ciekawego, miało to miejsce przed zamążpójściem.

– Nie podejrzewam, żebyś obcowała z mężczyzną przed ślubem – wyrywa się Annie.

– Tego również bym nie przeceniała – szepce Żalińska. – My kobiety nigdy nie wiemy, kiedy mężczyźnie przyjdzie chęć na amory oraz ile kufli piwa przedtem wypił albo z iloma zarażonymi syfilisem kobietami sypiał.

– Ale to przyjemne? – drąży Anna z niepokojem.

– Przyjemne? – Żalińska śmieje się gardłowo. – Dużo czytasz, najjaśniejsza pani, lecz pożycie małżeńskie to nie Dekameron. Owszem, można się zakochać i czerpać z tego przyjemność, niemniej rzadko zakochujemy się w mężu.

– Mario!

Królewna nie wie, co ją bardziej skonfundowało: sugestia, że czyta pozycje z listy ksiąg zakazanych, czy to, że ochmistrzyni dopuszcza do świadomości zdrady małżeńskie.

– Dobrze, pani, książę Henryk zapewne dorówna twoim wyobrażeniom o rozkoszach łoża; wierzę, że jego młody wiek wyjdzie wam obojgu na dobre.

– Świntuszysz. – Jagiellonka chichocze, poprawiając kryzę.

Ilekroć zerka w lustro, widzi młodą, ładną dziewczynę drobnej postury. Pamięta niegdysiejsze komentarze jednych, że najpiękniejszą z sióstr jest Izabela, innych, że na pewno Katarzyna, ale cóż to znaczy? Nie zamartwia się głupstwami, dziesiątki razy pytała, czy może się podobać mężczyznom, i dziesiątki razy odpowiadano, że jest piękna, wierzy więc, że tak właśnie jest, nawet jeśli siostry przewyższały ją urodą.

Zamyślona, nie bacząc na intymny charakter rozmowy, rusza w stronę swojego fraucymeru. Żalińska podąża krok za nią.

– Świntuszę, by cię przygotować do roli małżonki; nie możesz udawać skromnisi, gdyż na zachodnich dworach nie jest to w cenie. – Ochmistrzyni dyga przed królewną.

– Nie rozumiem.

– Elżbieta, królowa Anglii, jest niewiele młodsza od ciebie, a przecież wciąż ślą do niej swaty.

Dwórki śmieją się, nie kryjąc, że przez cały czas podsłuchiwały, mimo że królewna i ochmistrzyni starały się im to utrudnić. Wiele słyszały o bezwstydzie heretyckiej władczyni i jej słynnych kreacjach, mówi się, że ledwo da radę stąpać, tak ciężkie od klejnotów są jej suknie. Bóg da, a ich pani, odziedziczywszy legendarne skarby króla Zygmunta Augusta, zyska miano najlepiej ubranej w Europie.

– Ludzie twierdzą, że Elżbieta jest rozwiązła. – Annie nie podoba się lekceważący uśmiech Marii. Przychodzi jej na myśl, że będąc mężatką, nie powinna mieć u swego boku tak pięknej kobiety, lepiej bowiem dmuchać na zimne, niż potem gasić pożar. Żalińska jest nieco ciężkawa, jednakże jej uroda, głowa osadzona na długiej szyi równoważą niedostatki figury, które maskuje odpowiednim strojem i zwiewnymi chustami. Trzeba będzie zmienić ochmistrzynię. – Książę Henryk starał się o rękę Tudorówny – przypomina i traci humor.

– Nie książę, wasza miłość, tylko jego zaborcza matka Katarzyna Medycejska, diaboliczna Włoszka, a to chyba różnica. – Głos zamiera Marii w gardle, gdy napotyka lodowate spojrzenie Anny. – Wybacz, miłościwa pani, Katarzyna Medycejska jest potworem.

Królewna wzrusza ramionami, dochodząc do wniosku, że pochodzenie Katarzyny Medycejskiej jest jej obojętne, zwłaszcza że sama nie czuje się Włoszką i właściwie nawet swojej matki za Włoszkę nie uważa.

– Sprawdzę się w roli żony, jak myślisz? – pyta cicho.

– Pani, spójrzże w lustro. Jesteś filigranowa niczym młódka, masz wspaniałą cerę.

– Dosyć, dosyć – ucisza ją Anna. – Zachowujemy się jak nałożnice mojego brata, koncentrujemy się na ziemskich przyjemnościach, zamiast myśleć o zbawieniu.

– Nikt, kto cię zna, nawet by tak nie pomyślał – zapewnia ochmistrzyni, poważniejąc. – Chodzisz w głębokiej żałobie, zresztą z całym dworem, dwa razy dziennie uczestniczysz we mszy świętej…

– Dajcie mi odpocząć, jestem znużona – mówi Anna nagle, jak to ona, i demonstracyjnie idzie w drugi koniec komnaty.

Nikt nie docieka, co ją ugryzło, Żalińska nie bierze do siebie jej fochów i częstych zmian nastroju; oby królewna wynagradzała ją jak dotychczas: hojnie i bezrefleksyjnie, tylko to się liczy.

Ochmistrzyni stanowczym gestem wyprasza dwórki; wychodzi jako ostatnia, kołyszącą się spódnicą zamiatając rozsypane na podłodze zioła.

Anna przechadza się po komnacie, na próżno starając się po raz tysięczny nie rozważać, czy Henryk to odpowiednia dla niej partia. Książę pomorski Jan Fryderyk i jego brat liczyli wyłącznie na jej posag, podobnie palatyn reński Ryszard Wittelsbach, a posag był niestety znikomy. Książę Eberhardt z Wirtembergii przysłał wprawdzie swatów, ale zmarł, nie doczekawszy końca ich misji. Magnus, brat króla Danii, chciał ją brać bez posagu, tyle że był wiecznie pijanym, szalonym, biednym, pozbawionym oka byłym księdzem! Na dokładkę wszyscy jak jeden mąż byli młodsi od niej. Iwan IV, car Rosji, wybrał jej siostrę Katarzynę, ponieważ wydała mu się ładniejsza od Anny, Jan Waza, książę Finlandii, również. Królewna wspomina upokarzające dla niej starania o rękę Katarzyny. Wyrzekła się własnego szczęścia, by ją uszczęśliwić, skazała się na wieczną poniewierkę, a szczęścia ukochanej siostrze, jak się wkrótce okazało, i tak nie zapewniła. Anna nie tylko miała pecha, lecz ściągała go na najbliższych, jakby ktoś ją przeklął w dzieciństwie. Albo rzucił na nią urok.

Jagiellonka prostuje się instynktownie, czując na sobie czyjś wzrok. W pierwszej chwili nie poznaje swojego pokojowca. Krzysztof stoi w głębi komnaty, plecami dotykając ściany, przez materię cienkiego kubraka widać zarys jego umięśnionych ramion; jest przystojny, jego twarz przywodzi na myśl greckie rzeźby. Zdaje się zbyt piękny jak na prostaka, którym przecież jest, czego nigdy dotąd nie dostrzegła. Czy to sprawka szatana?

– Chcesz czegoś? – pyta zmienionym głosem.

W spojrzeniu szlachcica jest coś, co wywołuje ciarki na plecach. Anna boi się; są sami.

– Czuwam nad ogniem w kominku.

– Ty nad ogniem? – Królewna denerwuje się, gdyż to nie pokojowcy dorzucają drew do ognia.

– Nie chcę, żeby służba przeszkadzała waszej miłości. – Wargi mężczyzny drżą, jakby się zmuszał do powagi, jego głos jest przyjemnie niski, brzmi ciepło i przekonująco.

Od jak dawna pokojowiec jest w komnacie? Ile słyszał z jej rozmowy z Marią? Anna spuszcza wzrok, nie rozumiejąc, co sprawia, że postrzega służącego jak osobę, z której opinią musi się liczyć. Myśl, że Krzysztof jest nikim, natychmiast przynosi jej ulgę.

– To miłe – kwituje zła na siebie za okazane zmieszanie. Podnosi głowę i patrzy na niego władczo i odrobinę wyzywająco. – Dobrze wykonujesz swoje obowiązki, dziękuję. – Zastanawia się, czy matka rozmawiała ze służbą, przypomina sobie, że tak, i uspokaja się. To usprawiedliwia jej zachowanie. Dlaczego, u diaska, jest aż tak przystojny? I czy naprawdę jest, czy jej się tylko zdaje, że wygląda lepiej niż jej szacowni goście? – Obroniłbyś mnie? – pyta bez zastanowienia.

Pokojowiec odrywa się od ściany i rusza w jej kierunku, Anna cofa się więc odruchowo. Jego krok jest elastyczny, przypomina chód dzikiego zwierzęcia. Królewna myśli o kobietach rozszarpanych przez wilki, zniewolonych przez Turków, siłą zaciągniętych do łożnicy i gwałconych. Czuje nieznane ciepło i przyjemność, która potęguje się, ilekroć wyobraża sobie obnażone biodra napastnika, który pozbawia ją dziewictwa.

– Przed czym miałbym cię bronić, najjaśniejsza pani?

– Gdyby ktoś… kiedyś… mnie zaatakował – precyzuje Anna, a jej głos z trudem przeciska się przez krtań.

– Nie istnieje taka możliwość, gdyby jednak stało się coś podobnego, zasłoniłbym cię, pani, własnym ciałem.

Anna rumieni się gwałtownie, ponieważ wyobrażenie, że pokojowiec bierze ją w ramiona, a ona czuje ciężar jego ciała, zapach, nerwowe ruchy dłoni i pragnienie, jakie w nim wyzwala, to wszystko ją paraliżuje i czyni bezwolną. Pali ją wstyd, że bliskość kogoś nisko urodzonego niemalże sprawia jej rozkosz, że prawie omdlewa pod ciepłym spojrzeniem pokojowca, gdyby więc sięgnął po nią, nie umiałaby się przeciwstawić; nie, nie chciałaby się przeciwstawiać. Boże miłosierny… co się dzieje?

– Przybył ksiądz Stanisław Fogelweder, sekretarz królewski, z ważną sprawą do waszej wysokości – rozlega się głos referendarza Czarnkowskiego.

Co się dzieje z jej dworem? Kto jest za co odpowiedzialny?

Pokojowiec wycofuje się w najdalszy kąt komnaty i staje się niewidoczny na tle poszarzałej skóry, która pokrywa ścianę.

– Prosić – mówi Anna. – Niech wejdzie również pani Łaska i dwórki.

Damy dworu wpływają do środka, ich szybkie, równe kroki robią wrażenie na każdym, kto ma okazję obserwować, jak na rozkaz królewny wchodzą do jej komnaty lub z niej wychodzą. Cały efekt psują jednak ich paskudne, żałobne stroje.

– Wasza królewska wysokość, proszę mi wybaczyć śmiałość – odzywa się duchowny niepytany, po czym łatwo poznać, że nieczęsto obcuje z członkami rodziny królewskiej. – Poprosiłem o spotkanie jeszcze dziś, ponieważ byłem pewny, że cel mojej wizyty ucieszy waszą miłość.

– Mów, z czym przyjechałeś.

Twardy głos Anny zaskakuje księdza, jej filigranowa postać i wspaniała suknia także. Królewna żadną miarą nie przypomina starej, żałosnej panny, jak o niej mówią. Jest dystyngowana, jej postawa zmusza do uniżoności, na pierwszy rzut oka widać, że to córka Zygmunta Starego i Bony Sforzy.

– Przywiozłem klucze do tykocińskich piwnic, w których zdeponowano rzeczy zmarłego króla Zygmunta Augusta, ponieważ jesteś jego jedyną żyjącą krewną w Polsce. Tobie i twoim siostrom, miłościwa pani, zmarły król przekazał testamentem wszystko, co posiadał. Ośmielam się prosić o podpis na dokumencie, w którym mowa o przekazaniu kluczy.

Duchowny czuje, że plącze mu się język, słyszą to zresztą wszyscy obecni, dlatego wykorzystuje moment wniesienia świeczników na kilkakrotne przełknięcie śliny.

Anna promienieje. Spodziewała się kolejnych przykrości, tymczasem stał się cud. Ze łzami w oczach zwraca się do Zofii Łaskiej.

– Sprawiedliwości stało się zadość – mówi nieco teatralnie, bo pamięta, że jej sławna matka zawsze kwitowała ważne wydarzenia mądrymi sentencjami, a że akurat żadna nie przychodzi jej do głowy, nabożnie artykułuje słowa, by brzmiały uroczyście. – Bóg wysłuchał moich modlitw.

 

– Jesteś jedyną prawowitą spadkobierczynią Augusta – zauważa Łaska, szczerze uradowana, że Anna wreszcie przejmuje zawartość królewskiego skarbca.

To nie byle jaki skarbiec, to miejsce świadczące o zamiłowaniu kolejnych Jagiellonów do gromadzenia przedmiotów wyjątkowej urody nie tylko dla ich ceny, ale i dla artyzmu, z jakim je wykonano. Pani Łaska pamięta swoje zadziwienie dworem Zygmunta Augusta. Monarchę otaczało piękno w najczystszej postaci, a i on sam był piękny. Cokolwiek się mówiło o jego rozwiązłości i złym charakterze, ona wspomina go z nutką rozrzewnienia. Był dystyngowany i niezwykły.

– Wreszcie, wreszcie – cieszy się Anna. Ma w sobie coś z dziec­ka, przy czym Zofii nie wydaje się to komplementem. Królewna nie potrafi ukryć swoich uczuć. Kiedy rozpacza, wie o tym cały dwór, a że bezustannie czegoś jej brakuje, wszyscy są świadkami łez, jakie wylewa. – Myślisz, że senatorowie uznali wreszcie moją pozycję? – pyta rozgorączkowana, chociaż zdaje sobie sprawę, że Zofia wie tyle, ile ona, czyli niewiele.

– Nie mam pojęcia, najjaśniejsza pani, musisz spytać ich samych.

– Nie mogę spytać ich samych, ponieważ trzymają mnie na dystans.

– Nie rozumiem – wtrąca się duchowny.

Królewna przemilcza jego gafę, rezygnuje też z wyjaśnień, co wolno, a czego nie na dworze Jagiellonki, stwierdziwszy w duchu, że byłoby to żałosne. Mija jej radość z otrzymanych kluczy, wątpi bowiem, że w tykocińskim skarbcu wiele pozostało. Donoszono jej, że szczury pogryzły drogocenne szaty, a czego nie zniszczyły, to pokryła pleśń. Anna siada na pikowanym taborecie i kryje twarz w dłoniach, co widząc, pani Łaska gestem prosi duchownego, by opuścił komnatę.

– Jesteś najbogatszą kobietą w Rzeczypospolitej, czy to nie cudowne, wasza miłość? – odzywa się Żalińska, doszedłszy do wniosku, że czas najwyższy interweniować, gdyż lada moment królewna zaleje się łzami i zmieni w farsę rzadką chwilę szczęścia, jaka jest jej udziałem.

– Najbogatsza. – Anna zaczyna płakać. – Tylko nie ma prawa ujrzeć swoich skarbów.

– Każ, pani, opieczętować tykocińskie piwnice.

– Uważasz, że to będzie przeszkoda dla bandytów? – unosi się królewna, ocierając łzy.

– Możliwe, że dla bandytów nie, ale na pewno dla przeciętnej, chytrej mendy, która spróbuje cię okraść – upiera się Maria, zła, że łzy Jagiellonki zniszczą kryzę, na którą ma chrapkę.

– Moja ochmistrzyni, posługujesz się językiem pospólstwa!

– Wasza miłość lubi to przecież, jak każda pełnokrwista Włoszka.

– Dziwne macie pojęcie o Włochach – kwituje Anna, zdziwiona, że powiedziała „macie” zamiast „mamy”. Czy to także przejęła od matki?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?