Anna Jagiellonka. Zmierzch JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

PRZEBUDZENIE

Ostrów koło Żdanowa, zamek Skokówka, rok 1572

Jan Sariusz Zamoyski milknie, nie kryjąc irytacji, i patrzy na kłaniającego się Wacława, zabijakę, który służy mu od roku i z którego jest bardzo zadowolony.

– Wybacz, wasza miłość, lecz przychodzę z ważną wiadomością. Zmarł król Zygmunt August, więcej wieści jeszcze nie ma.

– Sprawdziłeś to?

– Klnę się na wszystkie świętości.

Chłopak wycofuje się z komnaty, dumny, że to on przyniósł wiadomość tej wagi.

Jan wstaje, wyraźnie wytrącony z równowagi, mimo że informacja nie jest przecież zaskakująca, stan monarchy pogarszał się z dnia na dzień. Znużony przeczesuje płowe włosy i patrzy w dal. Ma na sobie strój, który z pewnością sam starannie dobierał, ponieważ tylko on zestawia części garderoby tak ekscentrycznie i zarazem trafnie.

– Wreszcie się to kurestwo skończyło – mruczy Tomasz, kompan Zamoyskiego jeszcze z czasów studenckich, jak on pracujący w królewskiej kancelarii. Źle się stało, dla Tomasza było to jedyne źródło zarobku, jego rodzice nie są majętni, a wraz ze śmiercią króla ustają wszystkie powołane przez niego urzędy. – Nic nie zrobisz?

– A co mogę uczynić? Wskrzesić Zygmunta Augusta?

Jan Sariusz idzie w głąb komnaty, po czym wraca zniechęcony, lodowatym wzrokiem patrzy na sprzęty, które miał sukcesywnie wymieniać na ekskluzywniejsze, i ogarnia go gniew. Nic mu ostatnio nie wychodzi, absolutnie nic, co jest niewiarygodne, bo dotychczas był szczęściarzem.

– Proszę cię, Janie – Tomasz przywołuje gospodarza do porządku – na Boga, nie walcz chociaż ze mną.

– Wiem, że dobrze mi życzysz.

Jan uśmiecha się przepraszająco i dopiero wtedy widać, jaki jest przystojny. Wygląda na wielkiego pana, a nim nie jest. Ma wspaniałe, białe zęby, o których mówi, że są jego jedynym bogactwem. Przesadza, ma do tego skłonność, ale mimo że często utyskuje, jego urok osobisty i wygląd zjednują mu przychylność zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Przyjaciele są po kolacji, od godziny delektują się ciężkim włoskim winem i rozmawiają o przyszłości. Czy jest sens zastanawiać się nad jutrem, nie znając nawet imienia nowego monarchy? A może właśnie teraz ich rozmowa nabierze smaku?

– Miałem nadzieję, że król coś postanowi, że załatwi sprawę sukcesji – mówi Tomasz w zamyśleniu.

– Że uda mu się spłodzić syna? – drwi Jan i parska śmiechem.

– Opamiętaj się, Janie, nie przystoi tak się zachowywać. Masz przed sobą całe życie.

– Pozwól mi żyć po swojemu – mówi Zamoyski chłodno, tonem, który zniechęca do dyskusji. – Za dużo tego jak na jednego człowieka, rozumiesz? Potrzebuję czasu do namysłu.

Tomasz nie ma wątpliwości, że śmierć ojca i ukochanej żony, co niedawno spotkało Jana, jest wystarczającym powodem utraty chęci do życia, nie zgadza się jednak na zbyt długie odrętwienie druha, chce, by się na powrót stał jego szalonym, energicznym przyjacielem, Midasem zmieniającym wszystko w złoto. Wie, że bez jego pomocy niczego nie osiągnie.

– Nasi wrogowie nie będą zwlekać.

– Daj mi spokój!!!

Głos Jana załamuje się, mężczyzna uderza pięścią w mijaną wnękę okienną, po czym opiera się o nią całym ciałem. Tomasz wstaje bez słowa i zmierza w stronę drzwi.

– Mam złe przeczucia – mówi na odchodne.

– Każdy prawy obywatel Rzeczypospolitej od śmierci króla Zygmunta Starego ma złe przeczucia – odzywa się Zamoyski spokojnie. – Problem w tym, że tak się przyzwyczailiśmy do niesmaku, iż większość z nas przestała go odczuwać.

– Nie znasz dnia ni godziny, kiedy nas zaatakują Tatarzy.

Jan odchodzi od okna z uniesionymi ramionami, trochę na podobieństwo kapłana przy ołtarzu.

– Tatarzy? – prycha. – Człowieku, zewsząd możesz się spodziewać napaści.

– Co to znaczy?

– Nie udawaj naiwnego. – Jan rzuca Tomaszowi krzywe spojrzenie. Jak wytłumaczyć przyjacielowi, że od paru dni mierzi go właściwie wszystko, najbardziej jednak przaśne wnętrza zamku, ławy z lipowego drewna, gdańskie meble i tureckie, przeżarte przez mole kobierce na ścianach. – Wiem, że chcesz mnie wyrwać z letargu – kontynuuje – że ci zależy, bym zajął się sprawami kraju i nie myślał o tych, którzy mnie opuścili.

– Nikt cię nie opuścił – unosi się Tomasz. Stoi na progu komnaty, mając przed oczyma jej niegdysiejszy obraz, zdaje mu się nawet, że słyszy śmiech Anny z Ossolińskich, żony Jana. – To normalne, ludzie się rodzą i umierają, Bóg tak właśnie skonstruował świat, nie pozwala gnuśnieć, stara się nam uświadomić, że jesteśmy tu, na ziemi, tylko pielgrzymami… tyle czasu, bracie, ile uzna za stosowne.

– Gówno prawda!!!

– Pomieszało ci rozum.

– Licz się ze słowami!

Tomasz kilkoma susami podbiega do przyjaciela i obiema dłońmi uderza go w pierś.

– Bo co? Bo zabijesz mnie, doktorze obojga praw? – Jeszcze raz uderza Zamoyskiego, który ani myśli z nim walczyć. – Głosiłeś prawo każdej jednostki do wolności słowa, a teraz co? Zamkniesz mi gębę? Zamieniłeś wiarę ojca na katolicyzm nie po to chyba, żeby kwestionować wolę swego Boga po śmierci najbliższych, tak czy nie? Do cholery, tak czy nie?!

Jan opiera się o stół, czarna, jedwabna koszula wisi na nim, jakby ją uszyto dla kogoś innego.

– Wszystko spłycasz – odzywa się po chwili.

– Dzielę twoją bo…

– Wiem, wiem, że to niegodne mężczyzny – przerywa mu Jan; nie chce słuchać, że nic się nie stało, tym bardziej nie potrzebuje, by Tomasz go pouczał.

– Nie opowiadaj głupstw, Anna była twoim dopełnieniem, jeszcze się nie podniosłeś po jej śmierci, a spotkał cię kolejny cios, ja to rozumiem, ale teraz twoja kolej, bracie, tak wygląda życie.

– Moja kolej na co?

Tomasz rzuca przyjacielowi niechętne spojrzenie.

– Nasza rozmowa nie ma sensu – kwituje. – Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

– Nie bądź babą!!!

Jan bezsilnie wali pięścią w stół i uświadamia sobie, że od jakiegoś czasu to jedyny wyraz emocji, na jaki go stać, żałosny dowód niemocy. Powietrze jest lepkie, mężczyzna ma wrażenie, że się dusi.

– Straciliśmy króla! – krzyczy Tomasz. Długie, gęste włosy rozsypują mu się na ramionach, twarz przypomina Janowi ikony; jej wyraz przywołuje na myśl transcendencję. – Wkrótce nie będziesz miał gdzie rozpaczać, oprzytomniej! Zdajesz sobie sprawę, co się teraz dzieje na dworach Habsburgów?

– Dzielą skórę na niedźwiedziu.

Zamoyski wzrusza ramionami. W pełnym słońcu widać rysy jego twarzy, wyrazistsze niż do niedawna, podkreślone kolejnymi zmarszczkami.

– Sułtan nie dopuści, żeby Habsburgowie zasiedli na polskim tronie, tyle że nie jestem pewny, czy to dla nas dobrze – myśli głośno Tomasz. Opiera się plecami o drzwi, jego kubrak jest rozpięty, a koszula pod nim wymięta.

– Powinniśmy się sprzymierzyć z Iwanem – rzuca Jan.

– Też tak uważam. Tylko Iwan IV gwarantuje nam bezpieczeństwo.

– Gwarantuje nam potęgę, bezpieczeństwa nikt nam nie zapewni – doprecyzowuje Jan, lubiący mieć ostatnie słowo – nawet sułtan z Habsburgami razem wzięci.

– Trzeba wybrać króla i chyba nie będziesz czekał, aż inni zrobią to za nas.

Zamoyski uśmiecha się ironicznie i nagle dociera do niego, że tym, co najbardziej mu przeszkadza, jest uczucie, że się dławi. Dusi się we własnym domu, dusi się, przemierzając okoliczne trakty, przyjmując sąsiadów i składając im wizyty. Jego kariera na dworze Zygmunta Augusta poszybowała w górę, po czym, od czasu uporządkowania archiwum państwowego, zatrzymała się i Jan poczuł, czym jest brak widoków na przyszłość. To znaczy wydawało mu się, że nie ma widoków, bo dopiero teraz uświadomił sobie, jak to jest, gdy nie ma ich naprawdę. Dopiero teraz sięgnął dna – teraz, gdy stracił mecenasa, dobrodzieja i pana.

– Jestem nikim – szepce.

– Jesteś sekretarzem królewskim.

– Sekretarzem króla, który umarł. Opuściła mnie żona i ojciec. Nie mów mi, do diaska, że to oznaka Bożej łaski, nie próbuj tłumaczyć, że jestem szczęściarzem.

– To oznaka, że masz walczyć, do cholery!

Tomasz odchodzi, nie czekając na odpowiedź. Jego lęk narasta, mężczyzna zdaje sobie sprawę, że tonący Zamoyski pociągnie go na dno, a on marzył przecież o wojnie, w której się wsławi, o zaszczytach i pieniądzach, córkach wielmożów, które będą o nim śnić, może nawet o własnym zamku, gdzie zamknie kiedyś oczy, otoczony wnukami i służbą.

Jan opuszcza budynek, idzie w ciemność ogrodu, mija po drodze podchmielonych szlachciców, wreszcie zatrzymuje się na końcu sadu, gdzie panuje znośna temperatura, i zaczyna do niego docierać, że Zygmunt August naprawdę umarł. Stało się to, o czym wszyscy prawili tak długo, aż przestali wierzyć, że ich słowa się kiedyś ziszczą. Bezpotomnie odszedł ostatni Jagiellon, skończyła się pewna epoka.

To wielka chwila nie dlatego, że oto Bóg powołał do siebie Zygmunta Augusta, lecz dlatego, że najbliższe miesiące zaważą na przyszłości Zamoyskiego, wyniosą go lub strącą w niebyt, zdaje sobie z tego sprawę. Pragnie znaleźć się w centrum wydarzeń, służyć wiedzą i doświadczeniem, tyle że nie bardzo wie, z kim miałby współpracować, kogo wspierać. Katolickich senatorów, którzy przekazali już zapewne wyrazy czci cesarzowi i jego potężnej rodzinie i zapewnili ich o swoim oddaniu?

Jan Sariusz siada na chłodnej ziemi, wspierając się o pień starej gruszy, i spokojnie analizuje swoje położenie. Do zamku wraca nad ranem, poczuwszy wreszcie upojny, od tygodni wyczekiwany chłód, nie zamyka się jednak w komnacie i nie kładzie do łoża, tylko nakazuje szykować sobie kąpiel z ziołami. Godzinę później schodzi do jadalni, gdzie Tomasz, który jest mu jak brat, spożywa śniadanie.

 

– Prymas Uchański i marszałek Firlej skoczą sobie do gardeł – szepce. – Nikt nie wie, jak ma wyglądać wolna elekcja, ale wszyscy wiemy, że Wielkopolska zetrze się z Małopolską. Nas nikt o zdanie nie zapyta, chyba że… zdecydujemy inaczej – ty i ja.

Tomasz odsuwa talerz z białym chlebem, zjadł już trzy pajdy grubo posmarowane masłem i polane miodem. Mleka nie tknął, uważa, że to napój dla dzieci, cokolwiek je, zapija to ciemnym piwem; lubi gorycz piw lwowskich i elbląskich.

– Nikt w kraju nie zna prawa lepiej od ciebie – mówi, choć to oczywiste, jako że Jan Zamoyski na zlecenie króla doglądał porządkowania archiwum państwowego, poznał wszystkie najważniejsze dokumenty, zdobył wiedzę, o jaką trudno przeciętnemu szlachcicowi.

– Możesz być pewny, że to wykorzystam – zapowiada. – Trzeba czym prędzej wybrać przedstawicieli szlachty, którzy wezmą udział w wolnej elekcji.

Mężczyźni siedzą jak za starych, dobrych czasów naprzeciw siebie, pochyleni nad stołem, skoncentrowani na problemie, który chcą rozwiązać. Zamoyski niecierpliwym gestem wygania z komnaty służbę.

– Nie wiem, czy głosowanie na monarchę poprzez reprezentantów to dobry pomysł – zastanawia się głośno Tomasz, usłyszawszy szczęknięcie zamykanych drzwi. – Po wyborze Zygmunta Augusta na króla, jeszcze za życia jego ojca, szlachta burzyła się, że ją odsunięto w cień.

Jan wstaje od stołu, podchodzi do stojącej pod ścianą ławy i kładzie się, czuje bowiem w kościach noc spędzoną w sadzie. Przygląda się przyjacielowi.

– Wyobrażasz sobie chaos, jaki by powstał, gdyby każda nędzna szlachciura miała zagłosować podczas wolnej elekcji?

Tomasz śmieje się, bo ten obraz rzeczywiście jest zabawny. Ledwie udaje się poskromić uczestniczących w sejmikach wojewódzkich, wyżej byłoby to pewnie niewykonalne. Jan też jest ubawiony, leży w pełnym słońcu niczym wygrzewający się kot. Jak zwykle jest nienagannie ubrany.

– Na zjeździe województwa bełskiego przekonasz szlachtę, żeby wybrała cię na swego reprezentanta – mówi Tomasz.

Jan zamyka zaczerwienione oczy, nie przestając się uśmiechać.

– Jestem starostą bełskim, to chyba oczywiste, że będę reprezentował województwo. – Uwielbia snuć plany na przyszłość, a Tomasz w roli powiernika to ideał, w lot chwyta, o co naprawdę chodzi, jest inteligentny i niegroźny. Jan marzy o odnowie państwa, choć po prawdzie nigdy się nie zastanawiał, czy pragnie silnej Polski, czy silnego Jana Sariusza Zamoyskiego. Wiele nocy spędził na wyliczaniu niedopatrzeń w zarządzaniu krajem, przekonany, że umiałby go poprowadzić ku świetności. – Musimy podpisać akt konfederacji, podkreślić w nim, że każdy, kto wystąpi przeciw jedności Rzeczypospolitej i Litwy, gardłem zapłaci.

– Lub kto bezprawnie najedzie cudze dobra. – Tomasz sięga po piwo.

– To także – zgadza się Zamoyski, po czym milknie, ponieważ ma taki natłok myśli, że nie wie, od czego zacząć. – Nasz interes jest najważniejszy, ale nie istnieje nasz interes bez porządku w kraju, bezpiecznych granic i działających sądów. Jesteśmy za to odpowiedzialni przed Bogiem, rządzić nie znaczy kraść, a możni będą próbowali okraść Rzeczpospolitą.

– To twój czas.

Tomasz powtarza to kilka razy, aż przyjaciel wybucha szczerym śmiechem pierwszy raz od dnia śmierci żony.

– Tak uważasz?

Jan zaczynał karierę dworską pod koniec panowania Zygmunta Augusta, kiedy układ polityczny na dobre okrzepł, niewiele więc było miejsca dla takich jak on. Rozpychał się i wdzięczył do monarchy, stanowiska senatorskie były jednak obsadzone, niełatwo utrącić senatora albo konkurować ze starymi, wpływowymi rodami. W jednym Jan bije ich na głowę: kipi od pomysłów i ma rozliczne talenty. Udowodni, że jest wyjątkowy, nieprzewidywalny i genialny. Nowy król to przecież nowe rozdanie, wszystko zależeć będzie od błyskotliwości i spokoju; spokoju, który, niestety, przychodzi mu najtrudniej.

Źle się stało, że nie ma mnie w Knyszynie – uświadamia sobie naraz i oczyma wyobraźni widzi żenującą grabież majątku zmarłego.

– Jak myślisz, komu król zapisał swoje dobra? – pyta Tomasz.

– Umarł bezpotomnie, więc wszystko należy się państwu – oświadcza Jan z przekonaniem.

– Mógł przekazać coś siostrom.

– Na pewno coś przekazał siostrom, to oczywiste.

– A moim zdaniem to wcale nie jest oczywiste – rzuca Tomasz. – August nie cierpiał królewny Anny, o pozostałych siostrach nie wspominam, bo nic im się nie należy, skoro opuściły Polskę.

Jan ożywia się, spaceruje po komnacie, nie czuje nawet nagrzanego powietrza, które falami zalewa pomieszczenie.

– Majątek królewski od dawna jest zdeponowany w Tykocinie, Annie nic do tego, to skarb koronny – ciągnie Tomasz po namyśle. – Król nie ma sukcesora, więc zasilił skarbiec Rzeczypospolitej. O te czy inne rodowe klejnoty nikt się spierać nie będzie. Szkoda mi Anny.

– Dlaczego?

Jan przysiada się do przyjaciela i sięga po łazanki gryczane z mlekiem makowym. Je szybko, jakby ktoś go poganiał, tymczasem Tomasz zastanawia się nad ciężkim losem królewskiej siostry.

– Zestarzała się, trzymana na uboczu – oświadcza w końcu z głębokim westchnieniem.

– Nie wiem, o czym mówisz.

Jan Zamoyski nie zważa na ubolewanie Tomasza; ostatnim człowiekiem, którego los by go wzruszył, jest Anna Jagiellonka, złośliwa, głupia gęś, jak ją nazywa w myślach. Spotkali się dawno temu w kancelarii królewskiej, gdzie zażądała informacji, których nie mógł przekazać, zażądała tonem pana i władcy, jakby był jej pracownikiem. Nie jej wścibstwo było jednak najgorsze, lecz niewidzący wzrok, jakim go obrzuciła.

– Podobno nie wydano jej za mąż, ponieważ król żałował na posag – odzywa się Tomasz.

Jan wznosi oczy do nieba.

– Znasz ją, więc wiesz, dlaczego została starą panną.

Tomasz krzywi się nieznacznie.

– Wcale nie jest taka szpetna.

Zamoyski znowu pogodnieje, od miesięcy nie czuł się tak dobrze.

– Ja też ją znam i nie mówię o jej urodzie, tylko o charakterze. Jest wiecznie skwaszona i cierpka niczym niedojrzałe cytrusy.

– Ale bardzo bogobojna.

– Co jej się naturalnie chwali, choć byłoby lepiej dla niej, gdyby sobie kogoś przygruchała. Zresztą, czy ja wiem? – Jan sięga po pieczywo; każdy posiłek lubi zagryźć kromką chleba. – Pewnie ją przygarnie któryś z zakonów, najlepiej spoza Korony, żeby nam tu nie mąciła.

– Anna? – Tomasz jest zaskoczony zdaniem, jakie przyjaciel ma o królewnie. – Nie ciągnie jej do polityki.

– To wiesz tylko ty i ja.

– Rozmawiałeś z nią kiedykolwiek?

– Zawitała niegdyś do kancelarii królewskiej – przyznaje Jan, wydymając wargi. – Kazała mi przerwać to, co robię, i zająć się przesyłką do Wenecji – kłamie.

– A ty pokazałeś, gdzie jej miejsce?

Widać, że Zamoyskiego bawi perspektywa upokorzenia Jagiellonki.

– Przeciwnie, znasz mnie, jestem dworny w stosunku do kobiet – mówi wesoło, po czym wstaje energicznie, podchodzi do okna i patrzy na chmury.

– Oczarowałeś ją?

Jan przenosi wzrok na przyjaciela i uśmiecha się.

– Nie wiem, matrony są poza kręgiem moich zainteresowań, więc im się nie przyglądam. Szczerze mówiąc, jest mi obojętne, co o mnie pomyślała.

– Słyszałem, że jest bardzo mściwa, ponoć prześladuje wszystkich stronników króla Augusta.

Zamoyski rozpina górne guziki kubraka; mała, okalająca szyję kryza rozkłada się na boki.

– Straciła wpływy, nic nam nie zrobi – prycha lekceważąco.

– Nigdy nie miała wpływów, Janie, teraz nie ma ich w dwójnasób. – Mężczyźni wybuchają śmiechem. Królewna Anna często bywa przedmiotem kpin, choć właściwie nikt nie wie dlaczego. – Powinniśmy się spieszyć, jeśli zamierzamy cokolwiek uczynić.

Jan zatrzaskuje okno i w komnacie robi się ciemniej.

– Przekonamy swoich, żeby wsparli kandydaturę Iwana IV – rzuca. – Dla Polski to jedyne rozsądne rozwiązanie; stalibyśmy się realną przeciwwagą dla Habsburgów.

– Sułtan to zaakceptuje?

– Na pewno nie zaakceptuje Habsburga na Wawelu – obrusza się Zamoyski, ale jego słowa brzmią tak, jakby chciał przekonać samego siebie. – Musimy zdobyć poparcie sejmików.

Tomasz jest podekscytowany, jak zawsze, kiedy z kimś rywalizuje. Miniony wieczór bardzo go przygnębił, cieszy się więc, że może o nim zapomnieć. Wreszcie w oczach przyjaciela pojawił się znajomy błysk, Jan żywo gestykuluje.

– Cieszę się, że wracasz między żywych. Od czego zaczniemy? – pyta z ożywieniem.

– Łatwo się domyślić, co się teraz dzieje wśród możnych – rzuca Jan po chwili namysłu; ma stalowe, wielkie, zawsze podkrążone oczy o łagodnym wyrazie, co bywa mylące, bo choć cechują go nienaganne maniery, jest twardym przeciwnikiem. – Nie uniknie się bezprawia – wróży. – Mniejsza zresztą o bezprawie gdzieś na peryferiach, chodzi o to, Tomaszu, żeby przechwycić ster rządów, zakazać rabunku, zagrozić karą śmierci tym, którzy zechcą wykorzystać słabość państwa.

– Pamiętasz, jak przeprowadziliśmy wybory na rektora w Padwie? – w lot podchwytuje Tomasz. – Wysunęliśmy kandydaturę Kłoczewskiego, którego Niemcy z całych sił zwalczali, a cichaczem pozyskiwaliśmy głosy dla ciebie. Z królem można by to samo.

– Jak to sobie wyobrażasz? – niecierpliwi się Jan. Jest zaniepokojony, że nie opuszcza go rozdrażnienie, bo zdaje sobie sprawę, iż wyłącznie spokój prowadzi do zwycięstwa. – Kogo wysuniesz na pierwszy ogień?

– Może Batorego?

– Dajże spokój, nikt się na to nie nabierze, to płotka.

– Ale wspierana przez Sulejmana.

– Ani się obejrzysz, a zasiądzie u steru władzy – zżyma się Jan, który zna się na ludziach, umie wyczuć pozornie potulnych, którzy uzyskawszy, co chcieli, zmieniają się w nieprzejednanych. Stefan Batory nie podoba mu się właśnie dlatego, że tolerują go i Habsburgowie, i Turcy. – Po co kluczyć i zwodzić? Iwan jest potężny, doprowadzi do unii Moskwy z Litwą i Polską, wtedy zyskamy siłę, żeby się rozprawić nawet z Turkiem.

Z dziedzińca zamku dociera odgłos porannych powitań, ludzie Zamoyskiego zbierają się na pierwszą tego dnia naradę, a jest o czym radzić, umarł Zygmunt August, więc niejednemu spieszno do bitki. Nawet najgłupsi rozumieją, że jeśli chce się coś zmienić na lepsze w swoim życiu, teraz jest ten czas i długo nie potrwa.

Zamoyski ma problemy z koncentracją, mierzi go, że jego ludzie są rozlaźli, skłonni do zatargów i pijatyk. Gdyby przyszło ruszyć z nimi do walki, nie dałby głowy ani za ich wierność, ani za waleczność. Na szczęście Bóg obdarzył go talentem krasomówczym, jest więc nadzieja, że ulegną jego perswazjom. Zna te przewrażliwione na swoim punkcie, chciwe moczymordy i toleruje, bo musi. To oni stanowią o jego sile.

– Będziemy ostrożni – mruczy pod wąsem – nie po to zaczynamy grę, by przegrać, trzeba mieć oczy i uszy otwarte. Jedno jest pewne, Jagiellonowie to przeszłość, Bóg dał nam szansę powołania na tron nowej dynastii, elekt będzie dłużny dozgonną wdzięczność tym, którzy go wesprą; taka okazja często się nie zdarza.

Jan przeciera twarz i rzuca Tomaszowi ponure spojrzenie. Za każdym razem, gdy się do czegoś zapala, chwilę później jakaś siła ciągnie go w dół, jakby wsysało go zdradzieckie bagno. Starosta myśli, że to koniec jego marzeń. Patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem, z odrętwienia budzi go dopiero dotyk dłoni przyjaciela.

– Wiem, co czujesz.

Jan kiwa głową bez przekonania, gdyż nikt tego nie wie, on sam tego nie wie, nie rozumie, skąd w nim tyle niezdecydowania i obaw przed jutrem.

– Byłem pewny, że się przy niej zestarzeję – wyznaje po długim milczeniu. – Nie pociągały mnie zabawy, pamiętam, że we Francji jeszcze jako chłopiec strasznie się nudziłem, aż ktoś mi podsunął pomysł, bym studiował. Niby nie byłem pusty jak inne dzieci, ale i nie byłem dojrzały, bardzo tęskniłem za domem i ojcem, matka już nie żyła… ot, skazany na siebie dziwak z Polski. Przeciętny Francuz pojęcia nie miał, skąd pochodzę, traktowano mnie jak popychadło. – Zamoyski bierze głęboki wdech, mocno zaciskając pięści. – Poprzysiągłem sobie, że dojdę do najwyższych zaszczytów, nie będę anonimowy.

– Wierzę w ciebie.

Tomasz jest wzruszony, jego zdaniem postawa i elegancja Jana predestynują go do wszelkich zaszczytów, jakby zaszczyty zależały od wyglądu. Zdaje sobie sprawę, że to bzdura, a mimo to wyczuwa, że tajemnica sukcesu i kariery właśnie z tego się bierze. Nieraz widział Zamoyskiego w akcji, słuchał, jak przemawia, obserwował dziesiątki wpatrzonych w niego par oczu, czując, że gdyby Jan nakazał wtedy chwycić za broń i zaatakować kogoś, słuchający najpierw roznieśliby wskazanego na szablach, a dopiero później zastanowili się nad sensem tego, co się stało.

 

– Zamierzam oświadczyć się Krystynie Radziwiłłównie.

Tomasz analizuje to, co usłyszał, nie wierząc własnym uszom.

– Księżniczce Radziwiłłównie?! – pyta wreszcie.

– Mój ojciec był senatorem! – atakuje Jan, którego zabolało, że przyjaciel uznał, iż nie jest godzien ręki jaśnie panienki.

– Córce Czarnego? – upewnia się Tomasz. – A widziałeś ją kiedyś? To jeszcze gorzkie dziecko.

– Ma dwanaście lat!

– I? – oburza się Tomasz. – To chyba niewiele. Nie jest Jadwigą, a ty nie jesteś Jagiełłą… obawiam się.

Do Zamoyskiego dociera, że przyjaciel kwestionuje młody wiek dziewczyny, nie zaś to, że ośmielił się oświadczyć komuś lepiej urodzonemu.

– Niespieszno mi do pokładzin. Udajesz naiwnego czy naprawdę nie rozumiesz?

– Oczywiście, że rozumiem, to znaczy… po kolei, przyjacielu. – Tomasz bierze głęboki wdech. – Zaskoczyłeś mnie, dopiero co odumarła cię żona, byłem pewny, że nie odbyłeś żałoby.

– Naturalnie, że w niej trwam – przerywa Jan ze złością – ale ledwie wczoraj mówiłeś, że ludzie przychodzą i odchodzą.

– Wczoraj poprosiłeś o jej rękę?

Zamoyski demonstracyjnie opuszcza jadalnię. Nie chce i nie będzie słuchał, kim jest i na co może sobie pozwolić. Zna swoje przymioty i wady, pochodzenie i pozycję; oświadczył się i kropka, nie zamierza tłumaczyć się nawet przed samym sobą. Już w chwili, gdy pomysł w nim zakiełkował, zdawał sobie sprawę, że jest ryzykowny i może go narazić na śmieszność, niemniej… oświadczył się i cierpliwie poczeka na odpowiedź. Biada temu, kto mu odmówi!