Zdradzona

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 6

Poprzedniego wieczoru nie udało mi się dorwać telefonu Roberta, myślałam, że jak rano pójdzie do łazienki, to zostawi go na szafce nocnej, ale gdzie tam. Zanim zdążył założyć kapcie, telefon trzymał już w ręku. Darowałam więc sobie polowanie i zeszłam do kuchni, by napić się kawy. Robert też tam był, nie wyglądał już na chorego, wręcz przeciwnie, szurał kapciami z werwą. Doszłam do wniosku, że poradzi sobie z przygotowywaniem obiadu.

– Słuchaj, w lodówce są filety z kurczaka, zróbcie sobie obiad ja dziś wychodzę.

– Że co?! – Wytrzeszczył oczy.

– Wychodzę i mówię, żebyś ugotował dzieciom i sobie obiad – powtórzyłam, siląc się na spokój.

– Jak to wychodzisz? Aśka, co się z tobą dzieje? Przecież w sobotę zawsze byłaś w domu i piekłaś ciasto, sprzątałaś, gotowałaś. Dokąd się wybierasz?

– Muszę coś załatwić, chyba nic się nie stanie, jeśli jedną sobotę, czy raczej część soboty, spędzę poza domem, prawda? To, że nigdy nie wychodziłam, oznacza tylko, że niemal sto procent wolnego czasu poświęcam rodzinie i domowi, dobrowolnie, a nie to, że jestem tu służącą albo co gorzej więźniem. I chyba przysługuje mi prawo do wyjścia.

– Ale ja też się już na dziś umówiłem.

– Trudno, ty trzy dni na cztery spędzasz w delegacji. Zostawiasz mnie ze wszystkimi obowiązkami i z dziećmi. Nie możesz domagać się jeszcze wolnych weekendów – tłumaczyłam, choć w głębi duszy wiedziałam, że do Roberta żadne argumenty nie dotrą.

– Przecież mówię, że się umówiłem! – powtórzył, zgodnie z przewidywaniami.

– Trzeba było najpierw zapytać, czy nie mam jakichś planów.

– Ty nigdy nie masz planów! – Poczerwieniał ze złości.

– Bo mnie przywaliłeś obowiązkami. Ale przecież zapowiedziałam ci, że koniec z takim wykorzystywaniem. Nie wiem, dlaczego założyłeś, że ja się muszę dostosować. Tym razem to ty się dostosujesz, dla równowagi. Będziesz musiał odwołać spotkanie.

– Jak mam, kurwa, odwołać?! – ryknął już fioletowy na twarzy.

– Normalnie, kurwa, masz odwołać! – odpowiedziałam mu równie wulgarnie, choć ciszej. Najwyraźniej wszelkie próby załatwienia tej sprawy polubownie skazane były na niepowodzenie.

Wyszłam z kuchni, bo serce dudniło mi, jakby chciało wyskoczyć z klatki. Odnosimy się do siebie jak obcy ludzie, gorzej, jak wrogowie! Krzyki, przekleństwa… nigdy dotąd tak nie rozmawialiśmy. Wróciłam na górę, by się ubrać i uspokoić.

Kiedy wróciłam do kuchni, Ola i Bartek siedzieli przy stole i jedli śniadanie.

– Mamusiu, ulepimy dziś bałwana? – ożywiła się Ola.

– Ja za chwileczkę wychodzę, ale poproś tatusia, na pewno się zgodzi.

– Gdzie idziesz? – zaciekawił się Bartek.

– Muszę coś załatwić. Posprzątaj po śniadaniu i dobrze by było, jakbyś dziś się trochę pouczył.

– Taki miałem zamiar. W poniedziałek mam sprawdzian z matmy.

– A od kiedy o nim wiesz?

– Noo… jakoś od zeszłego poniedziałku.

– Synu, ręce mi opadają. Jak nie zaczniesz traktować poważnie nauki, to skończysz, zbierając złom.

– Mamo, wyluzuj. Sama mówiłaś, że żadna praca nie hańbi.

– Zgadza się, ale chyba nie chciałbyś jeździć po mieście z wózkiem pełnym złomu, kiedy twoi koledzy będą zaliczali kolejne semestry na uczelniach?

– Noo, nie chciałbym.

– W takim razie wiesz, co masz robić.

– Tak, wiem – przyznał z kwaśną miną.

– Bartek będzie złomiarzem! Bartek będzie złomiarzem! – podśpiewywała Ola.

– Zamknij dziób, młoda – warknął na nią. – No dzięki, mamo, wiesz!

– Co się tu dzieje? – Robert stanął w progu.

– Bartek będzie zbierał złom – oznajmiła Ola.

– Jaki złom? Macie jakąś akcję w szkole?

– Oj, tato, dajcie mi wszyscy święty spokój! – Zirytowany Bartek ruszył do swojego pokoju na górze.

– O co chodzi? – spytał zdziwiony Robert.

– Bartek bagatelizuje naukę. Sam doskonale wiesz, że jest w klasie maturalnej, a całymi dniami potrafi grać.

– To dlaczego nie zabierzesz mu laptopa?

– Ja mam mu zabrać laptopa?! A może ty z nim porozmawiaj po męsku? Masz dziś pole do popisu, ja uciekam, bo i tak już jestem spóźniona. – Cmoknęłam Olę w czoło i wyszłam z domu.

* * *

Kiedy po kilku godzinach sprzątania chowałam odkurzacz i wiaderka do spiżarki, moja sąsiadka kończyła przecierać szkło w witrynach.

– Dom błyszczy i jest gotowy na przyjazd gości – podsumowałam.

– Przygotowuję się, jakby miała przyjechać królowa Elżbieta, nie sądzisz?

Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie. Wiedziałam, że ta kobieta kocha swoje dzieci niewiele mniej niż wtedy, kiedy je urodziła. Owszem, oboje okazali się egoistami, odwiedzali ją od wielkiego dzwonu, ale żal pani Ani nigdy nie trwał zbyt długo, bo jej miłość zawsze zwyciężała ból matczynego serca.

– Niech widzą, że radzi sobie pani świetnie bez nich.

– Tak naprawdę nijak sobie nie radzę. Nie mam już sił i gdyby nie ty, to brudem bym zarosła.

– Oj tam. Przecież sprząta pani codziennie. A to, że zdjęcie firanek stanowi dla pani problem, nie jest przecież niczym dziwnym.

– Niby tak, ale chciałoby się mieć te dziesięć lat mniej.

– Moim zdaniem wygląda pani na te dziesięć mniej i jest przy tym supersprawna.

– Ale mi lejesz miód na serce, drogie dziecko. Dziękuje ci za komplement.

Pani Ania była średniego wzrostu i szczupłej budowy. Miała piwne oczy, włosy farbowała na kasztanowo, twierdziła bowiem, że siwizna ją postarza i jej nie pasuje. Upinała je zwykle w elegancki kok. Ubierała się też elegancko, chociaż niekiedy w ogrodzie, który uwielbiała, występowała w spodniach dresowych i kaloszach.

– To nie komplement, tylko szczera prawda – oświadczyłam stanowczo. – Pani Aniu, mam propozycję.

– Jaką, Asieńko?

– Proszę przygotować sobie listę zakupów, wszystko, czego będzie pani potrzebować na święta i wybierzemy się na zakupy. Co pani na to?

– Oj, dziecko, i tak mi tyle pomagasz i jeszcze mam cię obarczać swoimi zakupami? Pójdę kilka razy do naszej Biedronki i pomału przyniosę to, czego mi potrzeba.

– Nie ma takiej opcji. Pojedziemy razem i już. Zabiorę panią w supermiejsce. Proszę potraktować to jako pomoc dla mnie, żebym choć raz mogła poświęcić czas osobie, która mnie docenia. – Uśmiechnęłam się i żartobliwie zmrużyłam oko.

– Asiu, jesteś moim promyczkiem. Chyba sam Bóg mi ciebie tutaj zesłał.

– Wychodzi na to, że o mnie też nie zapomniał. Poprawia mi pani samopoczucie jak mało kto.

– Ale nam się na wyznania zebrało. Zaraz będę płakać.

– Proszę tego nie robić, bo i ja zacznę.

Nagle obie zaczęłyśmy się śmiać i faktycznie się popłakałyśmy, ale ze śmiechu. Wolałam towarzystwo tej niemłodej przecież kobiety niż tych wszystkich niby koleżanek, które rozprawiały tylko o modzie, najnowszych trendach dotyczących urody i zastanawiały się, czy po permanentnych brwiach czas już obrysować kontury ust, bo to teraz na czasie. Nudziły mnie takie gadki o niczym. Oczywiście należy o siebie dbać, ale może w granicach rozsądku; to za mało, by sprowadzić do tej kwestii całe życie. Trzy lata temu miałam zlot absolwentów szkoły podstawowej. Siedziałam przy stoliku z kilkoma koleżankami z klasy, kiedy do lokalu weszła kobieta, która skupiła na sobie wszystkie spojrzenia. Rozejrzała się wnikliwie i zaczęła machać w moją stronę. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że tą kobietą jest nasza klasowa szara myszka. Nie poznaliśmy jej. Dziś niektórzy uznaliby ją za bardzo atrakcyjną, ale rysy jej twarzy wyglądały, jakby zastygły po odlewie gipsowym,

– Heloł Aszka – krzyknęła z połowy sali i szybko do mnie podbiegła. – No so ty tak looking na mnie jakbysz ludzi nie poznawała? Och dżizas jak te łimin tu wyglądają. – Przeleciała spojrzeniem po sąsiednich stolikach.

– Mariola, to ty? – zdumiałam się.

– No a kto? Szo ty jestesz taka dzicz? Dont ju remember jak paliłyszmy fajki w kiblu? – Spytała, jakby chciała potwierdzić swoja tożsamość.

– No pewnie, że pamiętam, ale kurde, Mariolka, ciebie bym w życiu nie poznała.

– Ju noł, Aszka, w Stanach to nie jest takie zacofanie jak tutaj. My tam żyjemy, żeby spełniacz marzenia. A tutaj tajm się zaczymał. Kobiety dalej noszą siatki z potejtołs, ju noł, z kartoflami i robią te obiadki dla całej family.

– Nie przesadzaj, Mariolka. Masz męża, dzieci?

– Noł, noł, noł! No kids. Szkoda moja figura. Ja chodzę na fitness, jem tylko frutti di mare i szałatki. A męża nie mam, ale mam kochanków.

– Kochanków?

– Jes. Teraz mam pięcziu. Każdy z nich jest inny i to mi się podoba.

Boże! Patrzyłam na Mariolkę, po której z dawnych czasów nie zostało kompletnie nic i nie chciało mi się wierzyć w to, co widziałam i słyszałam. Nie wiem, co przekombinowała z twarzą, ale jej uśmiech nie był uśmiechem. Kości policzkowe były wysoko wysklepione i kiedy próbowała pokazać śnieżnobiałe licówki w szerokim uśmiechu, bałam się, że twarz jej się rozpadnie. Łuki brwiowe były tak uniesione, że nadawały jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia. Czułam się przy niej naprawdę atrakcyjna i miałam w dupie to, że ona na poprawę urody wydała miliony dolarów i sądziła, że wygląda jak „tap madl”.

– Nieźle szalejesz – stwierdziłam. – A czym się zajmujesz?

– Aszka, pamiętaj, żyje się tylko łans. Ja nie chodzę do work. Mam pszeczesz pięcziu kochanków, co nie? – zaśmiała się głośno.

Nie miałam zamiaru już o nic więcej wypytywać. Może i w Polce było inaczej niż w Stanach. Może i polskie kobiety taszczyły w siatach kartofle, ale nawet kiedy czasem narzekałyśmy na nasz los, to i tak na swój sposób byłyśmy szczęśliwe.

 

Kultywowałyśmy tradycje, w których zostałyśmy wychowane, przekazywałyśmy je naszym dzieciom, gotowałyśmy domowe obiady, piekłyśmy ciasta, które szły nam w dupę i brzuch, a Mariolka? Tak naprawdę była sama i wyparła z siebie polskość i schabowego z kapustą, na rzecz amerykańskiego akcentu, frutti di mare i pięć kilo botoksu. W połowie wieczoru, kiedy już zdrowo sobie chlapnęła, zrobiło mi się jej szkoda. Powróciła prawdziwa Mariola, która po polsku mówiła świetnie, zjadła galaretkę z golonki, udko z kurczaka i kilka plastrów polskiej szynki. Tylko twarz pozostała obca.

Wróciłam do domu wczesnym wieczorem. Robert z Olą siedzieli przed telewizorem i zajadali popcorn. W domu panował porządek, a kuchnia lśniła czystością. W zlewie nie znalazłam nawet brudnej łyżeczki.

Dziwne, pomyślałam. Chyba muszę częściej wychodzić.

ROZDZIAŁ 7

Przez całą niedzielę czatowałam, żeby dorwać telefon Roberta, ale znowu mi się nie udało. Natomiast on cały dzień demonstrował dziwaczne wahania nastroju. Raz był miły i uczynny jak dawniej, a raz burczał na mnie, jakbym mu matkę klapką na muchy zabiła. Bezpodstawnie zupełnie, aczkolwiek były takie momenty, że chęci miałam ogromne. I nie musiała być to klapka. Mogłabym użyć na przykład harmonii. Ukulele. Herbatki z grzybów. Czegokolwiek.

Perspektywa świąt spędzonych bez tej apodyktycznej jędzy z kompleksem Arystotelesa była dla mnie najwspanialszym z prezentów. W ubiegłym roku kochana „mamusia” dała mi tak popalić, że nie mogłam się doczekać końca świąt i rozważałam użycie laksatywu, by odseparować ją w łazience. Już podczas Wigilii usłyszałam z tysiąc dobrych rad i tyle samo słów krytyki pod adresem mojej kuchni.

– Joanno, jaką kapustę kupowałaś do farszu na pierogi, kiszoną czy kwaszoną?

– Kiszoną, dlaczego mama pyta?

– Bo wydaje mi się, że w twoich pierogach jest raczej kwaszona. A wiesz, jakie to niezdrowe? Nie ma nic wspólnego z naturalnym kiszeniem. Zasypują kapustę rakotwórczym kwaskiem cytrynowym. Nic dziwnego, że z tego same choróbska. Trzeba zakupy robić uważniej.

– Zapewniam mamę, że kupiłam kapustę kiszoną u pani w warzywniaku, u której kupuję zawsze.

– Jakaś taka gorzka jest. To może jej nie przepłukałaś?

Jezu! Ciekawe, co jeszcze wymyśli, żeby mnie upokorzyć, myślałam, zaciskając zęby.

– Przepłukałam, mamo.

– Lidziu, ja nie wiem, dlaczego ty narzekasz. Mnie bardzo smakują – teść przyszedł mi z pomocą.

Zastanawiałam się regularnie, jakim cudem udało mu się zachować taką pogodę ducha i autonomię przy tej kobiecie.

– Mieczysławie, odkąd nosisz protezę zębową, masz całe podniebienie wypełnione sztucznym tworzywem, więc jak masz wyczuć tę subtelną gorycz?

Moja teściowa nie uznawała żadnych autorytetów poza własnym. Musiała mieć rację i ostatnie słowo w każdej dyskusji, w każdym sporze i na każdy temat. Kompleks Arystotelesa.

– Lidziu, przecież robiliśmy protezy u tego samego protetyka i nie przypominam sobie, żeby twoja nie miała podniebienia z tworzywa sztucznego.

Miałam mu ochotę bić brawo. Pięknie się odciął, a moja teściowa oblała się purpurą zażenowania. Przy jej blond czuprynie kontrast był oszałamiający.

– Mieczysławie, przypominam ci, że o takich intymnych sprawach nie mówi się w towarzystwie.

Ale teść nie dał się zbić z pantałyku.

– Zapomniałem, że o mojej protezie można mówić, natomiast twoja objęta jest klauzulą poufności.

– Spróbujcie karpia – wtrącił Robert, żeby nieco rozładować atmosferę.

– Joanno, czyściłaś karpia tak, jak cię kiedyś uczyłam?

Ona mnie czegoś uczyła?, zdumiałam się w duchu, ale zmilczałam jakoś. W ciągu osiemnastu wtedy lat naszego małżeństwa na Wigilię zaprosiła nas tylko dwa razy. Raz podała rozgotowane pierogi, barszcz, do którego dodała chyba z butelkę octu, i przypaloną rybę. Za drugim razem sałatkę śledziową kupiła w rybnym, a pierogi zamówiła u sąsiadki, która rokrocznie lepiła masowe ilości i sprzedawała je połowie osiedla. Sos z suszonych grzybów zgrzytał między zębami, bo okazało się, że teściowa kupiła grzybki w maleńkich paczuszkach w hipermarkecie. Tak to się prezentowały jej umiejętności na miarę Masterchef.

– Nie przypominam sobie, żeby mama cokolwiek mówiła na temat czyszczenia karpia.

– Joanno, pamiętam jak dziś, że mówiłam ci o tym, że karpia należy porządnie oczyścić ze szlamu, który osadza się na skórze. To mozolne zajęcie wymaga wysiłku i chyba się nie przyłożyłaś, bo czuć go mułem.

– Akurat karpia czyścił Robert.

Teściowa spojrzała na swojego jedynaka i machnęła ręką, uśmiechając się przy tym głupkowato.

– Synku, może trafił mi się taki kawałek. W końcu ty, jak coś robisz, to wykonujesz to porządnie.

Pieprzona wredna małpa. Moja mama zerkała na mnie raz po raz, ale nie próbowała się wtrącić. Znała mnie i wiedziała, że jak teściowa posunie się za daleko, to w końcu nie wytrzymam i coś jej odpowiem.

– Moja żona też wszystko robi porządnie, mamo.

– No przecież ja nie powiedziałam, że Joanna robi coś źle.

A potem, kiedy po wieczerzy nastąpiło rozpakowywanie prezentów, jedzenie słodkości i moich wypieków, okazało się, że makowiec nie trzyma się kupy masę makową powinnam wyłożyć na posmarowane osłodzonym mlekiem ciasto drożdżowe, a lukier powinien być śnieżnobiały, a nie przezroczysty. Po czterech dniach goszczenia teściowej w naszym domu dochodziłam do siebie przez tydzień. Dobrze, że dzieliło nas dwieście pięćdziesiąt kilometrów, w przeciwnym wypadku chyba dawno siedziałabym za morderstwo w afekcie.

* * *

W poniedziałkowy poranek szykowałam się do pracy z ogromną ochotą i co tu kryć, pośpiechem. Zanim jednak wyszłam, zapowiedziałam Robertowi, że w tym tygodniu będę prawdopodobnie wracała nieco później, więc to na niego spadnie obowiązek odbierania Oli ze świetlicy.

– A Bartek nie może?

– Przecież Bartek chodzi do szkoły na drugim końcu miasta.

– No to co? Przecież kursują miejskie autobusy.

– Tato, zlituj się! Mam się tłuc autobusami po Olkę, skoro ty możesz podjechać po nią samochodem? W końcu to wasze dziecko, a nie moje – przypomniał mu celnie mój syn.

Zupełnie jakby się ze mną umówił. Ucieszyłam się, bo nie tylko zamierzałam doprowadzić do nowego podziału obowiązków, miałam też nadzieję zaangażować Roberta w życie rodzinne tak bardzo, jak kiedyś. Im mniej będzie miał czasu na głupoty, tym większa szansa, że…

Że co?

Właściwie nie wiedziałam co. Albo wiedziałam, tylko bałam się nazwać rzeczy po imieniu. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że mój mąż może mieć inną kobietę, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że pani Ania ma rację i w naszym małżeństwie jedzie pasażerka na gapę. Ale jeśli istotnie kogoś ma, to czy zatrzymam go, wymuszając na nim udział w życiu rodzinnym? Czy ja w ogóle chcę go przy sobie zatrzymać w takiej sytuacji? A jeśli nie ma nikogo, to czy on mnie w ogóle jeszcze kocha? A jeśli… Gubiłam się wśród możliwości, rozwiązań, prawdopodobnych reakcji. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że muszę poznać prawdę albo całkiem zwariuję od tego gdybania.

* * *

Ledwie przekroczyłam próg biura, a szef zaprosił mnie do swojego gabinetu.

– Pani Joanno, za dwie godziny będzie u nas wykonawca i chciałby, aby pani dokończyła swój projekt.

– Oczywiście, jestem gotowa.

– Jest jeszcze jedna sprawa, ale o tym dowie się pani od pana Brumagiera.

– A pan nie może mi o tym powiedzieć?

– Wolałbym nie.

Ciekawość mnie zżerała i jednocześnie poczułam jakiś dziwny lęk. Dwie godziny wlekły się niemiłosiernie.

– Ale miałaś fart – głos Marty wyrwał mnie z zamyślenia.

– No nie wiem, czy można to tak nazwać. Raczej dobrze wykonałam swoją robotę.

– Przestań. Przecież nawet nie zdążyli zobaczyć twojego projektu w całości.

– No widzisz. A twój zdążyli?

– No pewnie. Przecież do mnie nie dzwonią zarzygane dzieci.

Czasem w życiu tak bywa, że spotykamy kogoś i od pierwszej chwili pałamy do tej osoby żywiołową niechęcią. Marta była dla mnie taką osobą, z wzajemnością zresztą. Nie trawiłam jej, a ona mnie. Dawała mi to zresztą odczuć uwagami, w których było tyle jadu, że chyba nawet osa morska by się zawstydziła. Dlatego też nigdy nie miałam skrupułów, żeby odpłacić jej pięknym za nadobne.

– Oj, biedna ty. Tak się namęczyłaś podczas prezentacji i co? Wszystko na marne. A jeśli już mowa o dzieciach, Marta, to do ciebie nie dzwonią żadne, bo nikt nie chciał ich sobie z tobą zrobić.

– Wyobraź sobie, że nie na marne, bo wykonawca był zachwycony moimi pomysłami.

– Serio? Ty weź no, Marta, dopytaj szefa, czy to aby na pewno twój projekt poszedł w odstawkę.

– Jaka ty jesteś zadufana w sobie, Aśka.

– Próbuję dorównać tobie, ale wygląda na to, że między nami brak synchronu. Ja nie dorównam tobie w zarozumialstwie, a ty mnie w pracy. Jeszcze dużo chlebka musisz zjeść, żeby zrozumieć, że nie sadzi się wysokich tui tuż pod oknami biur. Potraktuj to jako dobrą radę starszej koleżanki.

– Starej, grubej i zdradzanej – mruknęła kąśliwie pod nosem, ale usłyszałam.

– Mówiłaś coś? – spytałam z wymuszonym uśmiechem, ostatkiem sił zachowując spokój.

– Podziękowałam ci, starsza koleżanko. W końcu mam za co, oj, mam.

Marta miała trzydzieści dwa lata i ładną buzię, choć w taki raczej banalny sposób. Mogła się jednak podobać, szczególnie jeśli ktoś lubi filigranowe dziewczynki o dużych sarnich oczach i piskliwym głosie.

Nie dałam po sobie poznać, że usłyszałam, co powiedziała, ale zrobiło mi się gorąco, jakbym stanęła w rzece lawy. Czyżby podejrzenia pani Ani, że Robert mnie zdradza, były jednak prawdą? Ponoć żona zawsze dowiaduje się ostatnia, podczas gdy całe miasto huczy po kątach.

Straciłam dobry humor, przestałam cieszyć się projektem i awansem, i chciało mi się wyć. W środku cała się trzęsłam. Adrenalina okazała się jednak najlepszym lekarstwem na dziką galopadę przypuszczeń, która szalała mi w głowie. Zaczęłam myśleć logicznie. Odetchnęłam głęboko, zmusiłam się do zachowania spokoju, przynajmniej zewnętrznie. Skupiłam się na czekającej mnie prezentacji i byłam gotowa zmierzyć się z wykonawcą.

Po obejrzeniu całej prezentacji Tomasz Brumagier klasnął z zachwytem w dłonie.

– Pani Joanno, wykonała pani przepiękny projekt. Jestem oczarowany, a rzadko mi się to zdarza.

Mój szef wypiął klatkę piersiową, jakby nagle ktoś go napompował. Widziałam, że jest zadowolony.

– Dziękuję, panie Tomaszu – powiedziałam, lekko zarumieniona.

– Chciałbym, aby to pani nadzorowała prace, łącznie z wyborem i zakupem wszystkich sadzonek krzewów.

– Ja? – zdziwiłam się. – Przecież to pan jest wykonawcą i posiada pan wykwalifikowaną kadrę w swojej firmie. Ja w związku z awansem będę miała sporo pracy tutaj w biurze.

– Pani Joanno, zanim ruszą prace, musimy poczekać, aż ziemia rozmarznie. Będę potrzebował pani wiosną. Bardzo liczę na to, że mi pani nie odmówi. Oczywiście o finansach będziemy jeszcze rozmawiać.

Spojrzałam na swojego szefa, ale on tylko lekko skinął dłonią na znak, że decyzja należy do mnie.

– Muszę się zastanowić, panie Tomaszu. Dam panu znać po Nowym Roku.

– Dobrze. W takim razie będę czekał na pani telefon.

W pracy szykował mi się niezły kocioł, a w życiu prywatnym totalny Armagedon. Na dodatek po południu zadzwonił Robert, informując mnie, że jutro wyjeżdża na dwa dni i za skarby świata nie może tego klienta przepuścić. Przestałam już się wahać, musiałam wiedzieć.

Robert pół wieczoru spędził w łazience.

– Asia, gdzie jest maszynka do nosa? – krzyknął, uchylając drzwi.

O proszę, robi się na bóstwo. Kiedy ja mówię, żeby wygolił włosy z nosa, to słyszę tylko: „zaraz”, „potem”, „za chwilę”.

– Powinna być w pierwszej szufladzie w szafce pod umywalką. – Postanowiłam mu niczego nie ułatwiać, choć doskonale wiedziałam, że maszynki w łazience nie ma.

– Sprawdzałem już, tutaj jej nie ma – odpowiedział dokładnie tak, jak się spodziewałam.

– W łazience na dole też nie?

– Nie.

– To nie wiem, gdzie może być. Nikt oprócz ciebie jej nie używa.

– No trudno, a gdzie są te wąziutkie nożyczki? Wiesz które, te ostre, które niedawno kupiłaś.

 

– W moim kuferku – odpowiedziałam kłamliwie. Ola ostatnio wzięła je do wycinania figur geometrycznych w twardym kartonie i pękły, więc je wywaliłam.

– Nie ma.

– Jak to nie ma? Czekaj, zaraz przyjdę.

Kiedy weszłam do łazienki, od razu dostrzegłam telefon, który leżał na wiklinowym koszu na brudną bieliznę. Pomyślałam, że teraz musi mi się udać. Zaczęłam ostentacyjnie przetrząsać kuferek. Po ilości owłosienia, które dostrzegłam w wannie, jak zawsze nieopłukanej po ablucjach Roberta, stwierdziłam, że mój mąż ogolił się, gdzie tylko zdołał sięgnąć maszynką.

– Nie mam pojęcia, gdzie są te nowe nożyczki – zmartwiłam się obłudnie. – Mam tylko te stare.

– Też się nadadzą, dzięki.

Robert zbliżył twarz do lustra i zaczął starannie usuwać zbędne włoski. Telefon leżał sobie obok i kusił. Zdjęłam z wieszaków ręczniki i rzuciłam na klapę kosza.

– Zdejmij z siebie ręcznik, wrzucę go od razu do prania.

– Już, już.

Podał mi ręcznik, a ja zebrałam te, które przygotowałam wcześniej, zgarniając zarazem telefon Roberta.

Szybko zbiegłam do pralni i drżącymi palcami spróbowałam uruchomić telefon. Zablokowany. No tak, nic dziwnego, tak się z nim krył, musiał się zabezpieczyć. Chciało mi się ryczeć z rozczarowania. Zrezygnowana wyrysowałam palcem figurę na polu z kropek, wiadomo, nadzieja umiera ostatnia. Nadal zablokowany. Nie umiałam się poddać, za bardzo chciałam poznać prawdę. Spróbowałam raz jeszcze. Zadziałało! Chyba sam los chciał, żebym zyskała wreszcie pewność. Zaczęłam sprawdzać wiadomości, a ręce dygotały mi tak, jakbym wypiła co najmniej cztery prawdziwe espresso. Od razu stuknęłam w ikonkę wiadomości.

Na pierwszym miejscu: „Kicia”.

Serce mi zamarło.

„Robciu, tęsknię za Tobą. Kiedy się w końcu spotkamy?”.

„Kiciu moja piękna, będę u Ciebie jutro po pracy i spędzimy razem całą noc”.

– O ty sukinsynu! Delegacja, tak? Klient, tak? Niech no ja się tylko dowiem, kim może być ta kicia – mamrotałam sama do siebie i teraz trzęsłam się już na całym ciele.

„Co powiedziałeś swojej tłustej żonce?”.

„Że wyjeżdżam do klienta. Ona te moje delegacje łyka jak pelikan”.

„Intelektem to ona nie grzeszy. Nie mogę się już doczekać, kiedy cię w sobie poczuję”.

„Kicia, nie kuś, bo zaraz u ciebie będę”.

„Jestem w pracy i właśnie miałam ścięcie z twoją żonką”.

– W pracy… ścięcie z twoją żonką… Marta?!

Łykałam łzy jak grochy. Robert i Marta! Siedziałam na podłodze i próbowałam jakoś wziąć się w garść.

– Aśka, masz mój telefon? – usłyszałam nagle głos Roberta.

Wstałam szybko z podłogi, z policzków otarłam łzy i udawałam, że wkładam ręczniki do pralki, choć ręce trzęsły mi się tak, że z trudem trafiłam w ogromny otwór bębna.

– Ja? A niby po co mi twój telefon? Wkładam pranie do pralki – starałam się, aby mój głos brzmiał naturalnie.

– Leżał w łazience na koszu, a ty zbierałaś ręczniki. Nie zabrałaś go przez przypadek?

– Czekaj, już sprawdzę. O kurde!

– Co się stało?

– Włożyłam go do pralki razem z ręcznikami.

Robert zbiegł na dół.

– Mogłabyś czasem włączyć myślenie? – Wyrwał mi telefon z dłoni.

– O co ci chodzi? Nic by się strasznego nie stało, to tylko telefon. Kupiłbyś sobie nowy.

– Mam tutaj numery wszystkich klientów.

Tak, i korespondencję z Kicią, dodałam w myślach.

– A właśnie, miałam pytać, dokąd jutro wyjeżdżasz?

– Do Łodzi.

– Hm, dziwne. Spotkałam dziś Adama i powiedział mi, że nie masz w grafiku żadnej delegacji -skłamałam.

Robert wyraźnie się zmieszał.

– Zapomniałem po prostu wpisać w grafik. A poza tym coś ty się tego Adama uczepiła, mówiłem ci, że on ma wszystko gdzieś. Ostatnio stałaś się strasznie upierdliwa.

Nie odezwałam się już. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. W gardle mi zaschło, a serce waliło jak oszalałe. Co ja mam robić?, myślałam z rozpaczą. Boże, a dzieci? Co powiedzą nasze dzieci, kiedy to wszystko wyjdzie na jaw? A może lepiej się nie przyznawać, że wiem? Gdzie on w ogóle poznał Martę, jak długo trwa ten romans? Mnóstwo pytań kotłowało się w mojej głowie. Może za jakiś czas Marta mu się znudzi i wróci do mnie? Tylko jak żyć ze świadomością, że mnie zdradził? I to z nią?!

– Robert – zbliżyłam się do niego o krok – dlaczego ty jesteś taki przykry. Ciągle tylko warczysz na mnie. Usiądź, proszę, porozmawiajmy. Tak się od siebie oddaliliśmy... – zagaiłam i głos mi się załamał.

– Dramatyzujesz, Aśka.

– Nie dramatyzuję. Jesteśmy niemal jak obcy ludzie – nie ustępowałam. – Kiedy ostatnio mnie przytuliłeś, kiedy ostatnio spędzaliśmy czas tylko we dwoje, kiedy ostatnio się kochaliśmy?

– Aśka, sama widzisz, oboje ciężko pracujemy. Dom, dzieci, to wszystko wymaga od nas wysiłku.

Aż mnie skręciło, gdy usłyszałam, jak to oboje z wysiłkiem dbamy o dom i dzieci. Jak oboje ciężko pracujemy… Ale udało mi się nad sobą zapanować.

– Inni przecież też pracują, ale to im w niczym nie przeszkadza, jadają kolacje w restauracjach przynajmniej raz w miesiącu, wychodzą na spacer choćby raz w tygodniu. Myślisz, że jak ludzie pracują, to się nie kochają? Odgradzają się w łóżku płytą wiórową, żeby czasem nie zaspać do pracy?

– Nie wiem, o co ci chodzi i nie będę się zastanawiał. Męczysz mnie tą gadką. Mam jutro naprawdę ważne spotkanie i muszę wypocząć.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z piwnicy.

On mnie już nie kocha, stwierdziłam. Tutaj nie ma co ratować. Obraża mnie, lekceważy. I jak miałabym mu wybaczyć, że mnie zdradził? I to z nią?! Jak miałabym zapomnieć o tym, że w ich SMS-ach byłam tłustą żonką? Niegrzeszącym intelektem pelikanem, który łyka każde kłamstwo? Jak miałabym wybaczyć, że po dziewiętnastu latach mojego kochania, wspierania, opierania, gotowania, znoszenia kaprysów on wyśmiewał się ze mnie z inną kobietą?! I to dla niej miał namiętność i czułość, i pieszczotliwe słówka… Aż się zachłysnęłam dławionymi łzami. Jak miałabym mu to wszystko wybaczyć? Może jeszcze kazać mu wybierać między mną i dziećmi a nią? Boże, co za straszliwe upokorzenie! I tak już czułam się jak nic niewarty śmieć. Kilka chwil z Martą okazało się cenniejsze niż całe życie ze mną.

Serce bolało mnie tak bardzo, że nie mogłam złapać tchu.