Zdradzona

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Robert zaraził się jednak grypą żołądkową. Był wściekły, bo ponoć przeszedł mu koło nosa dość intratny klient. I kolejna delegacja, którą w tych okolicznościach musiał przełożyć. Coś mi tych wyjazdów ostatnio było za dużo. Jakoś w minionych latach te wyjazdy nie zdarzały się tak często, a teraz co rusz znikał z domu. Gdyby jeszcze zmienił pracę, to może nie zwróciłabym większej uwagi, ale nie, pracę miał tę samą, stanowisko to samo, a wyjazdów jak za cały dział. Tym razem o wyjeździe nie było mowy.

Wirus uderzył w niego z dwóch stron, więc okupował toaletę niemal non stop.

– Umrę – stękał, kiedy tylko znalazłam się w zasięgu jego wzroku.

– Och, to jelitówka, nic wielkiego – odgryzłam się za Olę.

– Będziesz się teraz nade mną pastwić?

– Gdzie tam. Ugotuję ci rosołku, chcesz?

Był piątkowy poranek. Za oknem rządziła zima, a ja zdałam sobie sprawę, że do świąt zostało już niewiele czasu. Hanka wypisała mi zwolnienie lekarskie na cały tydzień, więc cieszyłam się, że przy okazji nadrobię gruntowne sprzątanie domu.

Na szczęście Ola szybko pokonała wirusa jelitówki i już nie mogła się doczekać, kiedy wróci do szkoły.

– Oleńko, jesteś ciągle troszkę osłabiona, wolałabym, żebyś została jeszcze w domu. Powiedzmy jeden dzień, dla pewności.

– A jak mnie tatuś zarazi?

– Nie zarazi. Idź sobie coś poczytaj, chyba że chcesz mi pomóc w sprzątaniu.

– A co będziemy sprzątać?

– Ja zdejmę firanki, a ty możesz wycierać kurze i odkurzać. Może być?

– Zgoda.

Jak dobrze mieć taką małą kobietkę w domu. Ola w przeciwieństwie do Bartka, dbała o porządek w swoim pokoju. Bartek, żeby usiąść do biurka, musiał je odgruzować. Przy czym to odgruzowywanie wyglądało tak, że maksymalną ilość rzeczy Bartek upychał w szufladach, nie bacząc, czy są to ogryzki jabłek, niepotrzebne papierzyska, czy drobniejsze elementy garderoby. Pozostałe ubrania piętrzyły się zwykle na łóżku, krześle i komodzie. Od kilku miesięcy omijałam jego pokój szerokim łukiem i w nim nie sprzątałam, bo on po prostu i tak tego nie doceniał. Pamiętając jednak o zbliżających się świętach, postanowiłam wyjątkowo zajrzeć do Bartkowego królestwa. Siedział przed laptopem ze słuchawkami na uszach i grał w jakąś ogłupiającą grę.

– Bartek, posprzątaj pokój, bo niedługo nie da się tutaj wejść.

Cisza.

– Bartek!

Cisza.

Podeszłam do niego i klepnęłam go w ramię.

– Jezu, mamo, nie strasz mnie!

– Przerwij tę bezsensowną grę i zrób tu porządek.

– Zaraz – powiedział, nie przestając grać.

– Bartek, mówię do ciebie.

– No przecież słyszę, ale teraz nie mogę przerwać, nie mogę tego zasejwować.

– Możesz. – Stanęłam przy nim i położyłam dłoń na klapie tak, by wiedział, że w każdej chwili mogę mu pomóc zakończyć grę.

– Mamo!

– Ostatni raz powtarzam: sprzątnij swój pokój. I gdy tutaj wrócę za kilkanaście minut, ma być porządek.

– Za kilkanaście minut? – Spojrzał na mnie z rozdziawionymi ustami.

– Bartek, gdybyś chował czyste rzeczy do szafy, a brudne wkładał do kosza, nie byłoby tutaj takiego syfu. Poza tym zalęgły ci się muszki owocówki i niedługo zaczną cię obgryzać, jeśli nie znajdziesz źródła. Do roboty. Jazda!

Po południu, kiedy wszystkie firanki uprane i pachnące wisiały już z powrotem na oknach, a dom lśnił czystością, zadzwonił mój szef. Odebrałam telefon, spodziewając się jakiejś awarii.

– Dzień dobry, pani Joanno – zaczął szef radosnym tonem. – Mam dla pani świetną wiadomość.

– Dzień dobry. Słucham zatem.

– Mimo że w poniedziałek nie udało się pani dokończyć swojej prezentacji, wykonawca orzekł, że pani projekt najbardziej mu się podobał i wygląda na to, że się pani udało.

– To niemożliwe! – zdumiałam się niebotycznie. – Przecież przedstawiłam tylko połowę zagospodarowania terenu!

– Widocznie to, co zobaczył, spodobało mu się najbardziej. Oczywiście w poniedziałek czeka panią dokończenie prezentacji.

– Tak, oczywiście. Jestem niesamowicie zaskoczona.

– Wiedziałem, że jest pani najlepsza z całej kadry.

Ta, jasne.

Mój szef był dziwnym człowiekiem. Czasem wydawało mi się, że ma nowy pogląd na każdy dzień roboczy. Koleżanki poinformowały mnie, że w ten fatalny poniedziałek szef nadskakiwał wykonawcy, zachwalając projekt Marty, która chciała za wszelką cenę zostać menedżerką naszego działu, krótko mówiąc, ubiegała się o to samo stanowisko, co ja. Mnie kochany przełożony spisał na straty, bo musiałam gnać do chorego dziecka, a dziś mi cukruje, jakbym miała zostać pracownikiem roku.

– Dziękuję. Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Wykonawca przecież musi zobaczyć całość projektu.

– Pani Asiu, myślę, że to tylko pro forma. On jest pani pomysłem wprost zachwycony.

Dziwne, pomyślałam. Pamiętam, że wykonawca spoglądał na mnie spod ciemnych rzęs, co jakiś czas uśmiechał się pod nosem i kiwał głową.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Proszę się oswoić z myślą o awansie i widzimy się w poniedziałek. Do widzenia.

– Dziękuję za informacje. Do widzenia.

Z wrażenia zaschło mi w ustach. Chwyciłam z blatu butelkę z wodą mineralną i zaczęłam łapczywie pić. Serce biło mi, jakbym ukończyła maraton życia, a uśmiech nie schodził z ust.

Co za cudowny dzień. Chciało mi się skakać pod sufit. Projekt spodobał się wykonawcy, a to oznaczało, że moja ciężka praca nie poszła na marne. Musiałam natychmiast porozmawiać z Robertem.

Kiedy weszłam do sypialni, odkładał właśnie telefon i wyglądał, jakbym nakryła go na kradzieży słodyczy. Miał minę winowajcy. Pomyślałam jakoś tak mimowolnie, że ostatnio strasznie się kryje z rozmowami. Nie rozstawał się z telefonem, zabierał komórkę nawet do łazienki. Odsunęłam tę myśl pospiesznie.

– Jak się czujesz? – zagaiłam.

– Już lepiej.

– Słuchaj, Robert, musisz ograniczyć wyjazdy w delegacje.

– Jak to? Dlaczego?

– Okazało się, że mój projekt jednak wygrał, mimo że nie zdążyłam przedstawić go w całości. Właśnie rozmawiałam z szefem i powiedział mi, że awans i podwyżkę mam w kieszeni. Nie będę mogła teraz brać opieki na Olę, gdy nagle się rozchoruje, ani ogarniać wszystkiego sama. Będę odpowiedzialna za cały dział i muszę być dyspozycyjna.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – spytał z pretensją.

Zrobiło mi się przykro. Żadnych gratulacji, cienia nawet radości czy dumy. Poczułam się jak służąca, której zadaniem jest tylko gotować, prać, sprzątać, prasować i myć obszczany kibel, ale sama nie może mieć żadnych ambicji, ani tym bardziej stawiać jakichkolwiek wymagań. Moja praca go w ogóle nie interesowała. Liczyło się tylko to, co on robił, bo zarabiał więcej. Ale przecież teraz miało się to zmienić.

– A co tu jest do rozumienia? Mamy dzieci, razem je mamy, gdybyś zapomniał. Mamy też dom i w ogóle jesteśmy rodziną. A to znaczy, że obowiązki mamy wspólne. Będziesz musiał ograniczyć wyjazdy do minimum, przynajmniej na początku, a jak będziesz w domu częściej, to na pewno zaprocentuje.

– Aśka, ty chyba oszalałaś! Przecież wiesz, że czasem muszę wyjechać, żeby podpisać umowę i dogadać szczegóły!

– Zgadza się. Czasem! Natomiast ostatnio wyjeżdżasz co tydzień i nie ma cię po trzy dni. Powiedz mi, jak to kiedyś robiłeś, że potrafiłeś podpisać umowę i dogadać szczegóły podczas jednego spotkania i udawało ci się wrócić do domu na kolację lub na następny dzień?

Robert poczerwieniał. Już widziałam, jak wytacza armatnie działa przeciwko mnie.

– Jak zwykle niczego nie zauważasz. Konkurencja na rynku rośnie i czasem jednemu klientowi trzeba poświęcić maksimum czasu, żeby przekonać go do naszego produktu.

– Mam wrażenie, że jesteś jedynym pracownikiem w firmie, który poświęca maksimum czasu jednemu klientowi. Adam wyjeżdża góra raz w miesiącu.

Adam był współpracownikiem i przyjacielem Roberta. Spotkałam ostatnio jego żonę. Nie byłyśmy jakoś szczególnie zaprzyjaźnione, bo nadawałyśmy na zupełnie innych falach. Dla niej liczyły się modne ciuchy, tony butów i torebek, wizyty u kosmetyczki co najmniej raz w tygodniu i imprezowanie. Jedynym wspólnym tematem byli właściwie nasi mężowie. Dlatego też, po chwili niezobowiązującej rozmowy, wiedziałam już, że Adam jeździ w delegacje o wiele rzadziej.

– Porównujesz mnie do Adama? – oburzył się.

– Przecież to twój przyjaciel – przypomniałam mu, bo zareagował, jakbym próbowała go obrazić.

– No i co z tego? Nie wyjeżdża, bo nie jest tak dobry jak ja.

– Coś ostatnio mniemanie o sobie skoczyło ci nieprzyzwoicie w górę. Gdzie się podział ten człowiek, który jeszcze niedawno miał nieco pokory i dystansu do własnej osoby?

Właściwie już jakiś czas temu powinnam zadać sobie to pytanie i przynajmniej podjąć jakąś próbę znalezienia odpowiedzi. Robert się zmienił i to bardzo. W codziennej bieganinie nie dostrzegałam tych zmian. Żyliśmy jak większość rodzin – w pędzie. Nadmiar obowiązków od jakiegoś czasu nie pozwalał na relaks i rozmowy przy lampce wina. A ostatnio lwia część tych obowiązków spadła na mnie, bo on wyjeżdżał, coraz częściej i częściej. A im częściej wyjeżdżał, tym więcej zajęć spychał na mnie. Z konieczności nauczyłam się wykonywać wiele męskich prac, a mój mąż z partnera zmienił się w sublokatora. Biegnąc od jednej roboty do drugiej, jakoś tego nie zauważałam. Nie miałam czasu albo może nie chciałam się zastanawiać, ale ten tydzień zmusił mnie do otwarcia oczu i do niejednej przykrej konkluzji.

 

– W dzisiejszych czasach nie istnieje coś takiego jak pokora – pouczał mnie Robert. – Musisz przeć naprzód jak taran, bo inaczej znajdą się lepsi i zdepczą cię jak stonkę.

– Wiesz co? Masz rację – zgodziłam się, a na twarzy Roberta odmalował się triumf podkreślony jeszcze niesamowitym samozadowoleniem. – Dlatego od poniedziałku przestaję pokornie godzić się na podział ról jak za króla Ćwieczka. Podzielimy obowiązki domowe po równo – kontynuowałam. – Mieszkasz tu tak samo jak ja, więc korona ci z głowy nie spadnie, jeśli czasem zrobisz dzieciom rano śniadanie, ugotujesz obiad, sprzątniesz łazienkę czy zaścielisz nasze wspólne łóżko. Moja praca jest tak samo ważna jak twoja i dłużej nie mogę i nie będę was wszystkich obsługiwać. Muszę przeć naprzód jak taran, bo mnie zadepczecie jak stonkę.

– Ty chyba zwariowałaś! Nie zamierzam siedzieć w domu. Mamy kredyt do spłacenia!

Kredyt był ostatnio argumentem ostatecznym. Kiedy przed dwoma laty kupiliśmy ten dom, wiedzieliśmy doskonale, że za wygodę i komfort trzeba będzie zapłacić, ale jakoś godziliśmy pracę z życiem rodzinnym i nikt z nikogo nie robił wyrobnika. Raty nam się nie zwiększyły, dlaczego zatem przestawaliśmy dawać radę?

– To ty zwariowałeś. Te wyjazdy zrobiły ci papkę z mózgu i stałeś się typowym szowinistą, który uważa się za lepszego od innych i dla reszty ma jedynie pogardę. Myślisz tylko o sobie, a my się mamy dostosować do tego, co uznasz za ważne. Zupełnie się z nami nie liczysz.

– No co jeszcze wymyślisz?

– Nic. Od poniedziałku dopisujesz sobie do grafiku obowiązki domowe i już.

Wyszłam z sypialni, nie pozostawiając mu czasu na odpowiedź. Czas na czyny i odłożenie skrupułów na półkę.

Po rozmowie z Robertem mój radosny nastrój prysł niczym bańka mydlana. Zamiast ekscytacji czułam irytację i jakoś nie mogłam się uspokoić. Wstawiłam do piekarnika zapiekankę rybną, po czym wyjęłam z szafki mikser i zabrałam się do pieczenia babki. Miałam ochotę na wizytę u mojej sąsiadki.

ROZDZIAŁ 4

Pani Ania miała siedemdziesiąt trzy lata i mimo dzielącej nas różnicy wieku, szybko zajęła szczególne miejsce w moim sercu. Pamiętam, że kiedy się tutaj wprowadziliśmy, ona jako pierwsza z sąsiadów powitała nas bardzo serdecznie. Nasze posesje dzielił jedynie niewysoki płot, więc często ze sobą rozmawiałyśmy, a z czasem zaczęła mnie zapraszać na herbatkę malinową i swojskie ciasto drożdżowe z owocami. Mieszkała w dużym domu całkiem sama, ponieważ pięć lat temu pochowała ukochanego męża. Lubiłam jej opowieści, jej spokój i mądrość. Była niesamowicie ciepłą kobietą, a przy tym zaskakująco samotną. Miała dwoje dzieci, syna i córkę, ale oni bardzo rzadko odwiedzali matkę, w ich życiu liczyła się jedynie kariera. Przypomniałam sobie, jak otworzyła się przede mną, jak opowiedziała o nich, po raz pierwszy zwierzając się ze swoich rozczarowań i smutków. Grabiłam liście w ogrodzie, gdy pani Ani pojawiła się na tarasie.

– Asiu, zostaw te liście, zaraz zacznie padać, tylko zmokniesz i się zaziębisz.

– Już niewiele mi zostało, ale chyba ma pani rację. Trochę przemarzłam.

– Zapraszam na herbatę. Właśnie wyjęłam z piekarnika drożdżowca z tegorocznymi jagodami. Mówię ci, zapach jest obłędny.

– Chyba tego mi trzeba. Zaraz do pani przyjdę, tylko schowam narzędzia.

Kiedy usadowiłyśmy się w jej kuchni, która moim zdaniem powinna trafić do jakiegoś magazynu jako ilustracja stylu prowansalskiego, pani Ani zaczęła snuć wspomnienia.

– Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy poznałam swojego męża. Dość długo musiał się nalatać, żebym dała się zaprosić na kawę. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie. – Z mojej strony to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, za to on zawsze mówił, że gdy tylko mnie ujrzał, nie mógł przestać o mnie myśleć. Z czasem i ja poczułam, że sympatia, jaką go darzyłam, przerodziła się w prawdziwą miłość. Ujął mnie swoim sposobem bycia, troską, opiekuńczością i poczuciem humoru. Miłość nie zawsze przychodzi od razu, czasem rozkwita pomalutku, ujawnia swe piękne płatki jak róża. Wzięliśmy ślub, potem na świat przyszły nasze dzieci. Zrezygnowałam z pracy, chociaż bardzo ją kochałam, byłam architektem. Poświęciłam się rodzinie bezgranicznie i wiesz co? Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w domu. Czułam się spełniona jako matka. Na moich oczach wyrzynały się pierwsze ząbki, padały pierwsze słowa, byłam świadkiem pierwszych samodzielnych kroków. Starałam się wychować swoje dzieci na dobrych ludzi. Stworzyłam im dom, do którego chętnie wracały. Zawsze pachniało w nim obiadem i świeżym ciastem. Kiedy oboje poszli na studia, odczułam tę rozłąkę bardzo boleśnie. A oni zachłysnęli się innym życiem. Wielkie miasto, wielkie perspektywy, nowe znajomości... Wtedy zdałam sobie sprawę, że pewien etap w naszym życiu na dobre się skończył. Staraliśmy się z mężem wypełniać sobie czas tak, aby jak najmniej odczuwać tę ciszę, która nagle zapanowała w domu. Ja zaczęłam brać zlecenia i projektowałam w domu. Były to niewielkie projekty, ponieważ dawno wypadłam z obiegu, a rynek się zmienił. Z czasem jednak z pomocą przyjaciółki, która prowadziła biuro architektoniczne, podłapałam wszystkie nowinki. Praca sprawiła, że na nowo odzyskałam radość życia. Przestałam wsłuchiwać się w ciszę. Dzieci coraz rzadziej zaglądały do domu. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd w ich wychowaniu. Wcześniej wydawało mi się, że kochają nas na tyle mocno, że nic nie zdoła naruszyć tych więzi. Niestety, prawda jest taka, że jeżeli ktoś ulega wpływom, to towarzystwo potrafi zniszczyć wypracowany światopogląd, by zastąpić go nowym, niekoniecznie lepszym. I tak okazało się, że nasze dzieci wcale nie potrzebują kontaktu z nami, inne rzeczy okazały się dla nich istotniejsze niż dwoje staruszków pozostawionych na prowincji. Tak mijały lata. Spędzaliśmy z dziećmi święta, ale to w Poznaniu toczyło się ich prawdziwe życie. Kiedy zmarł mój mąż, dzieci zadecydowały, że ten dom jest dla mnie za duży. Nawet ze mną nie rozmawiały. Uznały, że powinnam go sprzedać, kupić sobie mieszkanie, a co zostanie ze sprzedaży, podzielić między nich, bo przecież mnie się właściwie na nic ta kasa nie przyda. Ani córka, ani syn nie pomyśleli, że po śmierci ich ojca jest mi ciężko i potrzebowałabym z ich strony wsparcia. Żadne z nich nie zaproponowało mi, żebym zamieszkała z nimi chociaż przez pierwsze miesiące. Postanowiłam wtedy, że nie sprzedam domu. Otrząsnęłam się z bezgranicznego bólu i stwierdziłam, że skoro jestem sama i nie mogę liczyć na własne dzieci, to niech zostaną ze mną chociaż wspomnienia, a wspomnień związanych z tym miejscem mam przecież naprawdę wiele. I rzeczywiście, po jakimś czasie, gdy zaczęłam godzić się ze stratą, cieszyłam się, że nie sprzedałam domu. Tutaj znajdowały się przedmioty, których dotykał mój mąż, w ogrodzie rosły drzewa, które on posadził. Było mi ciężko i jest mi ciężko, ale życie to pasmo upadków i wzlotów, które hartują nas każdego dnia. Stary człowiek nie jest nikomu do niczego potrzebny. Młodzi w dzisiejszych czasach wolą oddać starych rodziców do domu starców i mieć problem z głowy.

Wróciłam do teraźniejszości, kiedy mój piekarnik zasygnalizował, że babka właśnie się upiekła. Wyjęłam pięknie wyrośnięte ciasto.

– Mamo, jestem głodny – oświadczył Bartek, stając w drzwiach kuchni.

– Dopiero jadłeś obiad, synu.

– No wiem, ale co tak pachnie?

– Upiekłam babkę.

– Zrób mi tosty z dużą ilością sera i pieczarek.

– Bartek, masz osiemnaście lat i dwie sprawne ręce. Ja dziś od rana nie usiadłam spokojnie, żeby napić się herbaty.

– Mamo, ale ty robisz najpyszniejsze tosty świata.

– Synu, a ja chętnie spróbowałabym, jak smakują twoje.

– Ale ja nie chcę jeść swoich, tylko twoje.

– W takim razie nie jesteś głodny.

– Właśnie, że jestem.

– To sobie zrób, dziecko. Ja za chwilę wychodzę.

– Dokąd?

– Do naszej sąsiadki, a ty z tatą miejcie oko na Olę.

– Mamo, jest piątek i za chwilę gramy z chłopakami w LoL-a, a ty mi każesz pilnować Olki?

– Nie każę ci jej pilnować, tylko mieć na nią oko.

– Boże, co za koszmar.

– Koszmar? Przypominam ci, że jesteś w maturalnej klasie i koszmarem może okazać się twoja przyszłość, jeśli nie zdasz matury.

– Przecież jest dopiero grudzień, a matura jest w maju.

– Przypomnę ci tę rozmowę, jak odbierzesz wyniki.

– Oj dobra, mamo, idę na górę.

Mój syn był dobrym dzieckiem, ale ostatnimi czasy zaczął naśladować Roberta i odzywał się do mnie z takim samym lekceważeniem jak jego ojciec. Podniósł mi ciśnienie. Ciągle słyszałam: zrób to, podaj tamto, wyprasuj to, a gdzie jest tamto. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio dostałam kwiaty od męża. Nie pamiętałam, kiedy mnie ostatnio przytulił czy pocałował. Gorzej, nie przypominałam sobie, kiedy ostatnio powiedział mi coś miłego. Owszem, ugotował Oli rosół, ale najpierw zawalił tak potężnie, że musiał się wysilić, by to nadrobić. Byliśmy małżeństwem od dziewiętnastu lat, dobrych lat, jeszcze niedawno wydawało mi się, że przed nami też kolejne dobre lata, że do końca naszych dni będziemy szczęśliwi. Ale teraz, teraz już nie miałam tej pewności.

ROZDZIAŁ 5

Do mojej sąsiadki nie musiałam się zapowiadać. Zawsze cieszyła się z moich wizyt, cieszyła szczerze.

– Dobry wieczór, pani Aniu – powiedziałam, kiedy otworzyła mi drzwi.

– Witaj, Asiu. Jakże się cieszę, że przyszłaś.

– Stęskniłam się za panią, a ostatnio wiele się u mnie działo i nie miałam czasu, by panią odwiedzić.

– Siadaj, drogie dziecko – zachęciła, gdy już znalazłyśmy się w jej przytulnej kuchni. – Napijemy się herbaty, ale ciasta nie mam.

– Najwyraźniej przekazała mi to pani telepatycznie, bo przyszłam ze swoim – roześmiałam się.

– Dawno cię u mnie nie było. Mów co u ciebie, jak dzieci? – Sprawnie wyłożyła babkę na talerz.

– U mnie – zaczęłam i zawahałam się. Nie wiedziałam, czy w ogóle chcę poruszyć temat Roberta, czy może jednak choć na chwilę od tego tematu uciec. – Dziś dowiedziałam się, że prawdopodobnie niebawem awansuję i otrzymam podwyżkę, chociaż jeszcze w poniedziałek wszystko wskazywało na to, że poniosłam porażkę.

– To chyba dobre zwieńczenie tygodnia? A co się wydarzyło w poniedziałek?

Pomyślałam, że nie da się jednak pominąć Roberta i opowiedziałam pani Ani wszystko, a ona w tym czasie zaparzyła herbatę w dzbanku zdobionym w kwiaty niezapominajek. Kiedy już obie siedziałyśmy nad talerzykami z ciepłym ciastem i parującymi filiżankami herbaty, pani Ania popatrzyła na mnie z namysłem i chyba też z odrobiną smutku.

– Widzę, że cała ta sytuacja bardzo cię gryzie.

– Gryzie, to prawda. Ostatnio go nie poznaję. Zupełnie jakbym nagle zamieszkała z obcym facetem i to takim, którego nawet nie lubię. Powiem pani, pani Aniu, że za tego Roberta to chyba w ogóle bym nie wyszła.

– Aż tak źle?

– Już prawie wcale ze sobą nie rozmawiamy. Robert woli towarzystwo telefonu, w ogóle się z nim nie rozstaje. Nosi ze sobą jak cenny klejnot. I ciągle tylko esemes, za esemesem. Chyba to były esemesy, bo może tak się zamienił, że teraz udziela się na Onecie i jest jednym z tych oszołomów, co komentuje każdy artykuł, każde zdjęcie i każdą sprawę. To wprawdzie zupełnie nie w jego stylu, ale bezmyślność, lekceważenie i olewanie wszystkich dookoła też nie były kiedyś w jego stylu.

– Nie rozmawia z nikim? – Pani Ania spojrzała na mnie spod uniesionych brwi.

– No, czasem rozmawia, pewnie częściej niż mi się wydaje, bo stara się nie rozmawiać przy mnie, a kiedy wchodzę do pokoju, żegna się pospiesznie i rozłącza, zupełnie jakby się przede mną ukrywał. Sama nie wiem, co o tym myśleć. Nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Gadaliśmy o wszystkim. Teraz jak już rozmawiamy, to chyba tylko po to, żeby sobie nawzajem dociąć albo na siebie sarkać. Ostatnio Robert powiedział mi, że jestem gruba. – Nie zdołałam ukryć, że te słowa sprawiły mi przykrość.

– Wcale nie jesteś gruba, Asiu – pocieszyła mnie natychmiast pani Ania – tylko kobieco zaokrąglona. Masz świetną figurę i na twoim miejscu bym się tym nie przejmowała.

– Dziękuję. Pani zawsze potrafi podnieść mnie na duchu. – Upiłam łyk herbaty.

– To teraz dla odmiany cię zmartwię – westchnęła ciężko. – Te rozmowy… esemesy… Przyszło ci do głowy, że Robert może kogoś mieć?

 

– Robert?! Nie, nie to niemożliwe! – zawołałam zdumiona i oburzona zarazem. – To zupełnie nie w jego stylu.

– No przepraszam, ale chwilę temu mówiłaś, że Robert cały czas zachowuje się w nie swoim stylu. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nie mogę jakoś oprzeć się wrażeniu, że o to chodzi. Wszystkie objawy pasują – zakończyła pani Ania ciszej.

Poczułam w środku taką straszną pustkę, jakby po sercu została mi tylko odrętwiała, wielka dziura. Mój Robert? Z inna kobietą? Niemożliwe! To tylko przepracowanie, to wina tego koszmarnego kredytu… Myśli wirowały mi w głowie jak szalone, a wszystkie pełne były zaprzeczeń i usprawiedliwień. Nie chciałam uwierzyć, że po tylu latach Robert mógłby przekreślić całe nasze małżeństwo.

Pani Ania chyba domyśliła się, co przeżywam.

– Może się mylę – ustąpiła. – Może to zupełnie co innego. Powiem ci, Joasiu, najlepiej sprawdź ten jego telefon i będziesz wiedziała na pewno. I może przyjdziesz mi powiedzieć, że ze mnie stara podejrzliwa wariatka.

– Na pewno tak nie powiem – obruszyłam się. – Przecież pani podejrzenia biorą się z troski o mnie. Ale grzebanie w telefonie… My sobie tego nie robimy.

– Oj tam, nie robimy. Raz można zrobić wyjątek od reguły. To tak dla zdrowotności, żebyś się nie zadręczała. Teraz nie przestaniesz o tym myśleć. Może niepotrzebnie w ogóle zaczęłam temat… – Machnęła ręką, chyba pod adresem własnej szczerości.

– Potrzebnie – zaprzeczyłam natychmiast. – Jeszcze brakuje, żeby pani zaczęła mi tu urywać w pół zdania albo cedzić słowa, jakby panią zęby bolały. Nie tylko miłość, ale i przyjaźń opiera się na szczerości otwartości.

– No to szczerze ci radzę, sprawdź ten telefon.

– Boję się. A jak tam coś znajdę?

– Równie dobrze możesz nie znaleźć. Może to ty masz rację, a nie ja. Ale wiedzieć musisz, nie sądzisz? Jeśli on cię nie zdradza, a ty zaczniesz go o to podejrzewać, to tylko narobisz bigosu. Jeśli cię zdradza, a ty zdecydujesz się mu zaufać, on prędzej czy później to zaufanie zawiedzie i może dojść do tego w okolicznościach, które przysporzą ci jeszcze więcej bólu.

– Chyba ma pani rację – ustąpiłam, kurczowo chwytając się możliwości, że mogę dowieść niewinności Roberta no i uratować małżeństwo nierobieniem bigosu. – A zmieniając temat, jutro rano wpadnę pomóc pani w świątecznych porządkach.

– Asiu, nie mam sumienia przyjąć twojej propozycji. Sama ledwo wyrabiasz. Chwilę temu narzekałaś, że zupełnie nie masz czasu i przez Roberta zaganiana jesteś jak mało kto. Nie ma mowy, nie zgadzam się.

– Ale moja droga, ja nie potrzebuję pani zgody. – Uśmiechnęłam się. – Moje narzekania dotyczyły ogółu, a nie jednego dnia, w którym pomagam drogiej przyjaciółce. Hania nam obu dogodziła tym zwolnieniem na Olę. Mała stanęła na nogi, zanim się obejrzałam, a ja miałam czas na porządki. Dziś posprzątałam u siebie, tylko okien nie myłam, bo mrozisko trzyma. A w prognozie zapowiadali, że tak prędko nie odpuści, więc jutro mam czas.

– A nie wolałabyś poleżeć na kanapie i poleniuchować?

– Zdecydowanie nie. Tak pani mówi, jakby mnie pani nie znała. Poza tym w moim domu i tak by to nie przeszło. Przez cały dzień słyszałabym: mamo, jeść, mamo, gdzie są moje słuchawki, mamo, a on mnie bije, mamo, a ona mi przeszkadza. I tak calutki dzień.

– Tak to już z dzieciakami jest, jest się nie tylko opiekunką, wychowawczynią, ale i arbitrem na pół etatu. Moje dzieci też się czasem nie zgadzały, a teraz widzisz, razem prowadzą firmę. Ale nie zdążyłam ci powiedzieć: zapowiedzieli, że przyjadą na święta.

– Naprawdę przyjadą? Tym razem nie lecą do Egiptu?

– Powiem ci, że sama ledwo mogę uwierzyć. Tak dawno ich nie widziałam. Córka to już prawie wcale nie dzwoni, ponoć się zakochała na zabój. Szczepan mi powiedział. A do tego mój syn obchodzi w Boże Narodzenie swoje czterdzieste piąte urodziny.

Szczepana widziałam tylko raz przez okno mojej kuchni. Wysoki i chyba przystojny brunet. Nigdy się nie spotkaliśmy. Nawet nie wiedziałam, że jest ode mnie starszy o dwa lata.

– W takim razie trzeba będzie upiec tort – oznajmiłam stanowczo.

– Powiem ci, drogie dziecko, że ja latem to jeszcze jakoś funkcjonuję. Słońce dodaje mi energii i kości mnie tak nie bolą. Zimą czuję każdą zmianę pogody, a jak ma sypać śnieg, to ręce w nadgarstkach najchętniej bym sobie odrąbała. Nie wiem, czy uda mi się upiec tort i przygotować święta tak, jak bym chciała.

– Pani Aniu, a od czego ma pani mnie?

– Sama będziesz miała cały dom ludzi i mnóstwo pracy.

– A wcale nie. W tym roku święta spędzamy sami. Moi rodzice wyjeżdżają do Zakopanego, a do teściów przyjeżdżają wieloletni przyjaciele ze Szwajcarii. Chyba się nawet cieszę, że obejdzie się bez tej gonitwy, bo już nie pamiętam, kiedy spędzaliśmy święta we czwórkę. – Przy tych słowach żołądek mi się ścisnął. Rodzinne święta. Tylko czy my wciąż jesteśmy rodziną? Może jest tak, jak mówi pani Ania, i Robert wolałby spędzić te święta z kimś innym? Nie chciałam o tym myśleć.

– Za to u mnie nareszcie będzie tłoczno. Nie wiem, czy Ewelina przywiezie tego swojego chłopaka, czy przyjedzie sama, ale Szczepan na pewno przyjedzie z córką. Już się nie mogę doczekać, kiedy wyściskam moją wnusię. Ona czasem do mnie dzwoni, ale jak każda babcia, zawsze chcę ją widywać częściej. Zazdroszczę tym drugim dziadkom czasu, jaki z nią spędzają.

Przypomniałam sobie, że tamci dziadkowie po części wychowują wnuczkę, razem z nianią pomagali się nią zajmować, bo synowa pani Ani zmarła kilka lat temu na białaczkę. Ponoć Szczepan strasznie to przeżył.

– Pani Aniu, jakkolwiek na to patrzeć, czekają panią rodzinne i radosne święta. Przyjdę jutro rano, a teraz muszę uciekać, bo Ola jeszcze zaśnie bez kolacji. Bartek pewnie gra na komputerze i zapomniał o bożym świecie, a Robert… Robert chyba starł już linie papilarne od klikania w klawiaturę telefonu.

– Sprawdź ten telefon, Asiu, zanim niepewność i niewiedza cię zamęczą. Sprawdź, będziesz mogła wtedy podjąć decyzję, co robić dalej. Dziękuję ci za tę wizytę i za wszystko, co dla mnie robisz. – Ucałowała mnie w policzek.

– Dobrej nocy i do jutra. – Odwzajemniłam całusa i wyszłam.