Zdradzona

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Redakcja: Dominika Repeczko

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © Magdalena Krauze, 2020

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-893-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

SPIS TREŚCI

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Podziękowania

Szukaj w księgarniach

ROZDZIAŁ 1

To był jeden z tych dni, gdy warkoczyki same się rozplatają, majtki wchodzą w tyłek, a ulubiona bluza mojej córki wciąż wisiała na sznurku wilgotna. Nawet kawa, którą zaparzyłam w pośpiechu, smakowała jakoś inaczej. A jakby tego było mało, mój mąż chrapał w najlepsze, chociaż wieczorem, kiedy wrócił z delegacji, obiecał, że rano odśnieży podjazd.

Totalny Armagedon. Odliczałam tylko minuty, żeby znaleźć się w pracy i zapomnieć o tej przytłaczającej porannej gonitwie.

– Wstawaj i odśnież podjazd – szturchnęłam męża. – Spóźnię się do pracy, a mała do szkoły.

– Nie możesz sama tego zrobić? – burknął mąż, obracając się na drugi bok.

– Przecież mi obiecałeś. Poza tym muszę jeszcze zrobić dzieciom śniadanie i przygotować się do pracy.

– Daj mi spokój. Jestem nieprzytomny.

– Ostatnio cały czas jesteś zmęczony i w ogóle nie uczestniczysz w życiu rodzinnym. Wszystko jest na mojej głowie.

– Aśka, przestań mi brzęczeć nad głową, zdążyłabyś w tym czasie odśnieżyć ten cholerny podjazd. – Nakrył się kołdrą po sam czubek głowy.

Zmusiłam się, by przełknąć jego przykre słowa i zeszłam do kuchni. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. Ostatnio coraz częściej korzystałam z nabierania uspokajających wdechów. Miałam wszystkiego serdecznie dość. Byłam zmęczona. Potwornie zmęczona.

Zrobiłam Oli śniadanie i poszłam obudzić syna, który zawsze wstawał na ostatni moment.

– Bartek, wstawaj. Musisz mi pomóc.

– Mamo, czy ty zawsze musisz mnie budzić, kiedy mam taki cudny sen? Przecież mówiłem ci wczoraj, że lekcje mam na dziewiątą.

– Trudno. Potrzebuję pomocy, tata śpi i nie ma widoków na to, żeby zszedł i odśnieżył podjazd. Ja się śpieszę do pracy, muszę się ubrać i coś zjeść, nie zdążę, inaczej zrobiłabym to sama. – Ostatnio dużo rzeczy wolałam zrobić sama. Poprawka: nie wolałam, tylko musiałam.

– Dobra, już wstaję.

Wkurzało mnie to, że ciągle muszę żebrać o pomoc. Nikt nie poczuwał się nawet do tego, żeby się rozejrzeć, czy czegoś nie potrzeba, albo przynajmniej bez marudzenia zrobić to, o co prosiłam. Po co, przecież w domu był cyborg, który wszystko ogarniał. Nikt nie zauważał, że wstawałam najwcześniej i kładłam się najpóźniej.

– Olu, jedz szybciej, bo się spóźnimy – poganiałam córkę.

– No przecież jem, mamo. Poza tym boli mnie głowa i brzuch.

– Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś? – zaniepokoiłam się, pakując kanapki do plastikowego pojemnika.

– Bo myślałam, że mi przejdzie.

– Pokaż czoło. Dziecko, ty masz gorączkę. Siedź tu, zaraz przyniosę termometr.

Ganiałam po domu jak gęś wyścigowa, bo termometr jak zwykle nie leżał na swoim miejscu. Minęła chwila, zanim go znalazłam.

– Coś cię jeszcze boli? – Wcisnęłam córce termometr pod pachę.

– Tylko głowa i brzuch.

– A mdli cię? Czujesz się tak, jakby ci się chciało wymiotować?

– Może trochę.

– Rany boskie, zegnij w kolanie prawą nogę i podnieś ją do góry. Może to wyrostek?

– Ale noga mnie nie boli, mamuś.

– Podnieś i nie dyskutuj.

Ola posłusznie wykonała polecenie.

– I co? Boli cię tutaj w prawym boku?

– Nie, tak bardziej na środku mnie boli.

Termometr już pikał.

– Pokaż. – Spojrzałam na wyświetlacz. – No, pięknie. Trzydzieści siedem i dziewięć.

Zastanawiałam się, co zrobić. Wolnego wziąć nie mogłam, bo dziś akurat musiałam być koniecznie w pracy.

– Ola, obudzę tatę i pojedziecie do lekarza, okay? Ja muszę być dziś w pracy.

– Mogę się na chwilę położyć?

– Możesz, skarbie.

Boże, co za koszmarny ranek. Jeszcze jedna katastrofa i na pewno już nie zdążę do pracy.

– Robert! Robert! Wstawaj, Ola ma gorączkę i musisz z nią pojechać do lekarza.

– A ty nie możesz? Ja jestem umówiony na jedenastą.

– Mówiłeś, że dziś masz wolne.

– Ale plany się zmieniły. Muszę pojechać na spotkanie z klientem.

– Przełóż to spotkanie, dziecko jest najważniejsze.

– Skoro takie ważne – obrócił się na wznak – to weź wolne i jedź z małą do przychodni.

– Nie da rady. Nie mogę. Dziś przedstawiam swój projekt. Od tego zależy mój awans.

– No ale przecież sama mówiłaś, że dziecko jest najważniejsze.

– Bo jest. Ale ono ma również ojca, który może przełożyć spotkanie z klientem na popołudnie – oświadczyłam stanowczo i wyszłam z sypialni, nie zamykając za sobą drzwi, choć tak naprawdę korciło mnie, żeby nimi porządnie trzasnąć.

Na szczęście kilka minut później Robert pojawił się już na dole. Starałam się nie zauważać jego nadętej miny. Sprawdziłam jeszcze temperaturę Oli, pocałowałam ją w policzek i w pośpiechu, dręczona wyrzutami sumienia, że zostawiam ją chorą, wyszłam z domu. Bartek akurat kończył odśnieżanie i miałam szansę zdążyć na czas.

 

* * *

Byłam właśnie w trakcie przedstawiania swojej prezentacji dotyczącej zagospodarowania terenu wokół nowej pływalni, która miała zostać oddana do użytku na wiosnę, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Prawie podskoczyłam. Bardzo zależało mi na tym, żeby to mój projekt wygrał, bo to oznaczało awans i podwyżkę. Przez to całe poranne zamieszanie zapomniałam przed prezentacją wyłączyć telefon, który teraz z uporem maniaka dzwonił mi w kieszeni żakietu. Zignorowałam dzwonek i skupiłam się na prezentacji. Ale telefon zabrzęczał ponownie.

– Przepraszam, już go wyciszam – rzuciłam skrępowana, czując na sobie wymowne spojrzenia kilku par oczu.

– Proszę odebrać, pani Joanno – zaproponował mój szef. – A my zrobimy sobie może krótką przerwę, drodzy państwo.

– Dziękuję – powiedziałam i wyszłam na korytarz.

Ręce mi się trzęsły, bo zupełnie nie wiedziałam, jak mam odebrać tę „przerwę”. Czy mój projekt okazał się nudny i mało przekonujący, więc skorzystał z okazji by przerwać prezentację? Czułam, że zmierzam ku porażce, choć przygotowywałam się naprawdę starannie. Najwyraźniej był to najbardziej pechowy dzień w roku. Zanim wyjęłam telefon z kieszeni, rozdzwonił się na nowo. Spojrzałam na wyświetlacz.

Ola!?

– Skarbie, co się dzieje?!

– Mamo – jęknęła Ola, jakby się dusiła – ja rzygam, a tata poszedł na spotkanie.

– Jak to poszedł na spotkanie?! – Czułam, jak puls mi przyspiesza.

– No poszedł – zachlipała Olka. – Dał mi lekarstwo i powiedział, że niedługo wróci.

– I zostawił cię samą i chorą w domu? – spytałam bezsensownie.

– Tak. Powiedział, że mam już prawie jedenaście lat, jestem duża i sobie poradzę.

– A co powiedział lekarz?

Ola nie odpowiedziała od razu. Słyszałam, jak wymiotuje.

– Nie byliśmy u lekarza – wyjęczała wreszcie – bo było dużo ludzi. Tato kupił mi w aptece syropek.

– Chryste, jaki syropek?

– No taki, żebym już nie rzygała, bo upaprałam mu siedzenia w samochodzie.

Tak się we mnie zagotowało, że gdyby w mieście doszło teraz do awarii ogrzewania, mogłabym robić za dostawcę ciepła. Po raz drugi dzisiejszego dnia wzięłam kilka głębokich wdechów i pomyślałam, że nieodpowiedzialność mojego męża osiągnęła właśnie apogeum. Miałam ochotę go zabić.

– Olu, już do ciebie jadę. Zaraz będę w domu. Staraj się spokojnie leżeć i nie pij już tego syropu, który kupił ci tata.

– Dobrze, mamusiu.

Oto cudowny przykład tego, w jaki sposób mąż potrafi podciąć skrzydła żonie. Wiedziałam już, że nie mam szans na dokończenie swojej prezentacji i generalnie mogłam się pożegnać z nadziejami na awans i podwyżkę. Przeprosiłam szefa.

– Pani Joanno, wiadomo, że dziecko w tym momencie jest najważniejsze – zapewnił mnie pocieszająco.

– Dziękuję bardzo za wyrozumiałość – odpowiedziałam. Pożegnałam wszystkich i wyszłam z budynku, połykając łzy porażki. W duchu ciskałam klątwy na głowę mojego męża, który najwyraźniej doszczętnie zwariował.

ROZDZIAŁ 2

Kiedy przyjechałam do domu, Ola spała. Zmierzyłam jej temperaturę i okazało się, że od rana znacznie podskoczyła. Trzydzieści dziewięć stopni. Nie mogłam uwierzyć, że Robert tak zbagatelizował stan zdrowia naszej córki. Mała była tak zmęczona torsjami, że nawet nie miała siły otworzyć oczu, kiedy próbowałam ją obudzić. Musiałam natychmiast pojechać z nią do lekarza. Spojrzałam na rozpaloną buzię Oli i jej zamknięte oczy. Przez chwilę miałam zamiar włożyć jej kurtkę na śpiąco, ale stwierdziłam, że i tak nie zataszczę jej na rękach do samochodu. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, internisty/kardiologa/chirurga.

– Hej, Asiu – usłyszałam jej melodyjny głos. – Coś się stało?

– Hanka, błagam, powiedz, że masz teraz czas i możesz wpaść do mnie.

– No mam. Idę dopiero na nockę.

– Chwała Bogu. Bierz te swoje stetoskopy i przyjeżdżaj. Ola ma wysoką temperaturę i wymiotuje.

– Dobra, zaraz będę.

Robert wrócił, kiedy Hania kończyła wypisywać receptę. Popatrzył na nas zaskoczony, jakby zupełnie zapomniał, że zostawił w domu chorą córkę. Wręczyłam mu receptę, zanim zdążył się odezwać.

– Jedź do apteki i wykup dziecku lekarstwo. Tylko na miłość boską nie pomyl się i nie traf do weterynarza, bo po akcji, jaką odwaliłeś, śmiem twierdzić, że coś ci padło na mózg. – Spiorunowałam go wzrokiem.

– A co z Olą?

– Grypa żołądkowa – odpowiedziałam oschle.

– Czyli będziemy rzygać wszyscy.

– Robert, rusz się, bo musimy jej zbić temperaturę.

Kiedy wyszedł, Hanka spojrzała na mnie z niemym pytaniem.

– Miał iść z małą rano do lekarza. Zamiast tego pojechał na spotkanie z klientem i zostawił Olę samą w domu. W przychodni było dużo ludzi, więc wpadł na cudowny pomysł i kupił w aptece jakiś syrop przeciwwymiotny – wyjaśniłam w skrócie.

– To zupełnie do niego niepodobne. Zachował się jak nie on.

– Dokładnie. Ostatnio w ogóle go nie poznaję.

– Może jest przepracowany, przemęczony…

– Jak ograniczy te delegacje, to może odzyska swoje dawne usposobienie, bo od jakiegoś czasu jest zupełnie nie do zniesienia.

– Mamo daj miskę, będę…

– Już pędzę…

Zanim zdążyłam wstać, Ola zwymiotowała na podłogę. Kiedy już sprzątnęłam i położyłam jej na głowie zimny okład, zeszłyśmy z Hanią do kuchni.

– Masz może herbatę miętową? – zapytała przyjaciółka.

– Mam.

– Zaparz ją Oli, ale podawaj raczej chłodną. W ogóle pamiętaj, żeby dużo piła. Jeśli nie będzie miała apetytu, nie zmuszaj jej do jedzenia, może podaj coś lekkostrawnego. Najważniejsze jest uzupełnianie płynów. Myślę, że za trzy dni będzie po jelitówce.

– Chyba że Robert wykrakał i legniemy wszyscy zarzygani po kolana.

– Bądź dobrej myśli.

– Haniu, na śmierć zapomniałam. Wypiszesz mi zwolnienie do pracy?

– Jasne. A jak tam twój projekt?

– Nie pytaj, bo mi skóra cierpnie na samo wspomnienie.

– Nie spodobał się?

– Tego nie wiem. Dziś byłam w trakcie prezentacji i wtedy zadzwoniła zapłakana Ola, że wymiotuje i że Robert pojechał na spotkanie, a ona została sama. Zgarnęłam laptopa, przeprosiłam towarzystwo i przyjechałam do domu.

– Szkoda. Tobie, bidulo, ciągle wiatr w oczy. Kiedy już się wydaje, że złapiesz trochę oddechu, jebut! Albo choroba Oli, albo wybity nadgarstek Bartka. Uroki macierzyństwa.

– Ja już sobie nawet tego nie próbuję tłumaczyć. Kocham moją rodzinę, ale praca też jest dla mnie ważna. Przy tym projekcie tyrałam jak wół i co? Dupa blada.

– Głowa do góry, jeszcze nadejdzie twoje pięć minut – zapewniła mnie Hania ciepło. – Muszę zmykać, Asiu, chcę jeszcze zrobić zakupy przed pracą. Dbaj o młodą, a jakby co, to dzwoń.

– Dzięki, kochana.

Z Hanką znałyśmy się od przedszkola, połączyła nas szczera niechęć do szpinaku i innej zieleniny i kolegi Darusia, któremu nalałyśmy kisielu w ustawione równo kozaczki w szatni. Wcinał kozy, jakby były daniem z górnej półki i ciągle ciągnął nas za włosy. Brzydziłyśmy się Darusiem, jego rąk, bo wydawało nam się, że są pełne zdobyczy z jego nosowych wykopalisk. Czego nie dojadł to wcierał nam we włosy – tak wtedy myślałyśmy. Za te kozaczki nam się oberwało, bo Darek tak rozdarł japę, że do szatni zleciały się wszystkie panie przedszkolanki. Całą podstawówkę i liceum siedziałyśmy w jednej ławce i w ogóle byłyśmy nierozłączne. Nasze drogi rozeszły się dopiero po maturze. Ona poszła na medycynę, a ja na architekturę krajobrazu.

Siedziałam na górze przy Oli, kiedy wrócił Robert.

– Mam to lekarstwo.

– Ciszej, dopiero co zasnęła. Podam jej, jak się obudzi, okłady nieco obniżyły temperaturę.

– Asiu, przepraszam, ale musiałem pojechać na to spotkanie.

– Oczywiście. Czy ja mam do ciebie jakieś pretensje? Przecież twoja praca jest najważniejsza. Ola jest prawie dorosła, w końcu skończyła już dziesięć lat, a moja praca… nią się nawet nie przejmuj. – Machnęłam ręką. – Nic się nie stało, że dwa miesiące pracy nad projektem trafił szlag i awans czmychnął mi sprzed nosa. Robciu, skup się na sobie i na swoich klientach, wszak ty tu gacie nosisz. Co nie?

– No i po co ten sarkazm. Naprawdę cię za to przepraszam.

Myślałam, że uda mi się zapanować nad emocjami. Rzadko wybuchałam, ale dziś awantura wisiała w powietrzu od rana. Najpierw ten nieodśnieżony podjazd i te jego lekceważące odzywki, chociaż to może jeszcze bym jakoś przełknęła, ale tego, że zostawił chorą Olkę samej sobie, nie mogłam mu darować.

– Mnie przepraszasz?! Przeproś Olę! Pomyślałeś, że mogłoby się coś stać, że mogła się na przykład zachłysnąć wymiocinami albo dostać drgawek z wysokiej temperatury?! W takiej sytuacji przepraszam też załatwiłoby sprawę?

– W tej chwili dramatyzujesz i wymyślasz niestworzone historie. Sama widzisz, że to tylko jelitówka, nic wielkiego, nic takiego się nie działo.

– Boże! Czy ty siebie słyszysz? Gdzie się podział ten odpowiedzialny i troskliwy facet, co?! Wraz z pojawieniem się siwych włosów ubyło ci chyba szarych komórek. Tobie już całkiem odbiło albo to jest jakaś andropauza, bo jeszcze do niedawna dzieci były dla ciebie najważniejsze, tak jak dla mnie i za żadne skarby nie przedłożyłbyś pracy ponad któreś z nich.

– Lepiej popatrz na siebie. Też masz korbę na punkcie swojej pracy. Ślęczysz nad tą zieleniną i wsadzasz w ziemię te badyle, które i tak ostatecznie więdną. A do tego ostatnio przytyłaś chyba z dziesięć kilo, to pewnie menopauza – odciął się bezczelnie.

– Słuchaj, ja te kilogramy zawsze mogę zgubić, a ty już raczej nie zmądrzejesz. Poza tym nie mam ochoty na dalszą polemikę z tobą. Wiedz tylko jedno. Nie zostawiłabym już z tobą nawet kanarka. – Odwróciłam się na pięcie i poszłam sprawdzić, czy Ola się czasem nie przebudziła.

Przysiadłam na brzegu jej łóżka, czułam pieczenie łez pod powiekami. Robert się zmienił. Nie tylko w stosunku do mnie. Przestał być moją podporą, przestał być partnerem. Ojcem i mężem też stał się nie najlepszym. Czy ja naprawdę aż tak utyłam? To fakt, że w ciągu dnia często nie miałam czasu, żeby spokojnie zjeść, więc wieczorem, kiedy uporałam się już z wieszaniem prania, ogarnianiem kuchni i tysiącem innych czynności, siadałam spokojnie i jadłam. A to chlebek ze smalcem i solą plus ogórek kiszony, a to kajzerka z żółtym serem, albo i dwie. A to paczka hitów albo czekolada z orzechami, do ostatniej kosteczki, bo przecież tak ją uwielbiam. Spojrzałam na siebie w lustrze szafy i próbowałam zobaczyć się oczami Roberta. Twarz zawsze miałam drobną, chociaż tego drugiego podbródka jeszcze niedawno nie widziałam. Cera też mi jakoś poszarzała, a piwne oczy straciły blask. Włosy prosiły o podcięcie, a uda i biodra o liposukcję. No dobra, oponka na brzuchu mogłaby robić za koło ratunkowe, ale czy to powód, żeby traktować mnie jak służącą? Lekceważyć? Zbywać wszelkie moje uwagi i problemy? Kiedyś Robert często powtarzał mi, że mam piękne oczy, że one uśmiechają się nawet wtedy, gdy się nie uśmiecham. Mówił, że uwielbia całować moje pełne usta i że w ogóle bardzo mu się podobam. Nawet nie dostrzegłam momentu, w którym przestał mi to mówić. Chyba uznałam za pewnik, że zawsze będę dla niego atrakcyjna, tak jak on dla mnie. Okazało się, że teraz dostrzegał tylko moje dodatkowe kilogramy, a cała reszta przestała się liczyć.

– Mamo, chce mi się pić. – Głos Oli wyrwał mnie z tych ponurych rozważań.

– Chcesz wody czy herbatki miętowej?

– Wody.

Nalałam do szklanki wody niegazowanej i podałam córce.

– Fuj. Czemu nie ma bąbelków?

– Ciocia Hania powiedziała, że jeśli chcesz szybko wyzdrowieć, musisz pić wodę niegazowaną.

– Ale po niegazowanej jeszcze bardziej zasycha mi w gardle i nie czuję, że cokolwiek wypiłam.

– Wolisz wymiotować czy wyzdrowieć?

– Wyzdrowieć – padła rozsądna odpowiedź.

– Zmierzymy temperaturę.

– Tata już wrócił?

– Tak.

– Myślałam, że ze mną zostanie, a on sobie poszedł do pracy.

I co jej miałam powiedzieć? Że też jestem tym rozczarowana, że zachował się nieodpowiedzialnie i egoistycznie? Spróbowałam go usprawiedliwić, chociaż gdyby mnie ktoś zapytał dlaczego, nie wiedziałabym co powiedzieć.

 

– Tata myślał, że przykleiła ci się do żołądka skórka z pomidora i to cię tak męczyło.

– Ale ja nie jadłam pomidora.

– Tak, tylko tata nie wiedział, bo dopiero wczoraj wrócił z delegacji.

Źle się czułam z tym kłamstwem. Ola była bardzo spostrzegawczą dziewczynką.

– Ty byś mnie nigdy nie zostawiła, mamusiu, niezależnie od tego, czy zjadłabym pomidora, czy coś innego.

– Pokaż, sprawdzimy, czy masz gorączkę – zmieniłam temat.

– Ile jest?

– Trzydzieści osiem. Przyniosę ci lekarstwo i coś do jedzenia. Na co masz ochotę?

– Nie jestem głodna.

– Boli cię jeszcze brzuszek?

– Kłuje mnie tutaj. – Wskazała paluszkiem na okolice pępka.

– Ciocia Hania powiedziała, że jutro będziesz jak nowo narodzona, tylko musisz dużo pić i coś przekąsić. Może ugotuję ci rosół?

– Może rosołku bym zjadła, ale nie dużo, tak tylko troszeczkę.

– Chcesz się położyć na dole w salonie, włączę ci telewizor i będę cię miała na oku podczas gotowania obiadu, co ty na to?

– Dobrze.

Kiedy zeszłyśmy na dół, Robert właśnie rozpakowywał zakupy. Nic mu nie mówiłam, żeby pojechał do sklepu. Widocznie główka zaczęła pracować.

– Jak się czuje moja mała księżniczka? – zwrócił się do Oli.

– Tatusiu, dlaczego sobie pojechałeś?

– Kochanie, nie było mnie dosłownie dwie godzinki.

– Ale ja chciałam, żebyś był ze mną, a nie w pracy. Tak źle się czułam, kręciło mi się w głowie i strasznie bolał mnie brzuch.

Dobrze ci tak, pomyślałam w duchu. Tłumacz się teraz przed naszą rezolutną córką.

– Wiem, skarbie, ale kiedy wychodziłem z domu, mówiłaś, że po tym syropie czujesz się lepiej.

– Bo tak było, ale i tak go za chwilę wyrzygałam i potem zadzwoniłam do mamy.

– Przepraszam, księżniczko.

– Widzisz, jestem naprawdę chora i to nie jakaś skórka z pomidora mi się przykleiła.

– Skórka z pomidora?

– No przecież tak mówiłeś.

– Ja? – spytał zdziwiony i popatrzył na mnie. Odpowiedziałam mu znaczącym spojrzeniem, więc załapał, że wymyśliłam tego pomidora.

– A no tak, zupełnie zapomniałem, że tak powiedziałem. Kiedyś, kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku, przytrafiła mi się właśnie taka przygoda. Spędzałem wtedy wakacje u mojej babci na wsi. Moja babcia miała ogromny ogród warzywny i tego roku obrodziły pomidory. Rosły na krzakach i kusiły czerwienią. Zrywaliśmy je prosto z tych krzaków i jedliśmy jak jabłka. Pewnej nocy obudziłem się z okropnym bólem brzucha i wymiotowałem do rana. Babcia powiedziała wtedy, że do żołądka przykleiła mi się skórka z pomidora, bo za dużo ich zjadłem, to raz, a dwa, źle pogryzłem.

– A miałeś też gorączkę?

– Nie pamiętam, Oleńko, ale do końca wakacji nie zjadłem ani jednego pomidora.

Ola uśmiechnęła się na moment, a potem oznajmiła, że chyba będzie wymiotować. Tym razem do toalety towarzyszył małej Robert, który chyba chciał jej zrekompensować poranny incydent.

– Położyłem ją na kanapie w salonie i włączyłem telewizor – usłyszałam po chwili. – Kupiłem kurczaka na rosół.

– Tak, widziałam. Ola musi coś zjeść, a Hania mówiła, żeby to były lekkie posiłki.

– To może usiądź sobie koło niej, a ja ugotuję rosół.

– Dobra. Marchewka, pietruszka i seler są w lodówce w dolnej szufladzie po prawej stronie. Nie zapomnij dodać odrobinki kurkumy i…

– Asiu, przecież wiem.

No tak. W ostatnim czasie weszło mi w nawyk dbanie o cały dom bez niczyjej pomocy. Zapomniałam już, że Robert potrafił świetnie gotować.