OszukanaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Oszukana
Oszukana
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,80  50,24 
Oszukana
Oszukana
Oszukana
E-book
27,90 
Szczegóły
Oszukana
Oszukana
Oszukana
Audiobook
Czyta Marta Wardyńska
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

9 marca 2019

Po pierwsze kłamstwo

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Emil

Lena

Po drugie śmierć

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Po trzecie życie

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Nikodem

Lena

Emil

Nikodem

Koniec

Podziękowania

Copyright for Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for text © 2019 Magdalena Stachula-Nieścioruk

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o., ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Jolanta Kucharska

Korekta: Krystyna Podleska, Jolanta Kucharska, Anna Kielan

Projekt okładki i stron tytułowych: Pawel Panczakiewicz/

/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce: andrey_I/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8164-082-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

TO DLA NAS, DZIEWCZYNY

9 marca 2019

Trójstyk granic na Bugu

Ludzkie zwłoki Bug wyrzucił tuż nad ranem. Załoga helikoptera patrolującego tego dnia wschodni teren granicy Unii Europejskiej i strefy Schengen nie dostrzegła niczego niepokojącego. Maszyna zatoczyła kolejne koło i oddaliła się w stronę najbliższej placówki Nadbużańskiej Straży Granicznej we Włodawie. Gdyby ten człowiek żył, helikopter obniżyłby lot zaalarmowany aparaturą termowizyjną, która poinformowałaby załogę, że do strefy nadgranicznej wtargnął intruz i trzeba natychmiast zastosować odpowiednie procedury. Zanim jednak patrol po raz kolejny pojawi się w tym newralgicznym punkcie na trójstyku granic Polski, Białorusi i Ukrainy, na ciało leżące na brzegu rzeki zapewne natknie się jakiś wędrowiec przemierzający pieszo nadbużański szlak turystyczny albo grupa zatwardziałych kajakarzy, którzy mimo pogody właśnie w tym miejscu postanowią zwodować kajaki, by wyruszyć w niezapomniany spływ rwącą rzeką. Powiadomią policję, a ta ściągnie w to miejsce służby specjalne. Może też się zdarzyć, że jeszcze wcześniej zwłoki padną łupem wilków, które wraz z końcem zimy co roku przekraczają Bug, by szukać pożywienia w Polsce. Drapieżniki tak rozszarpią ciało, że nie tylko identyfikacja będzie utrudniona, ale także sprawa zejdzie na fałszywe tory. Czy to był bestialski mord, przypadkowy atak na ofiarę przez dzikie zwierzęta, czy celowe działanie zorganizowanej grupy przestępczej? Jakkolwiek się stanie, ten dzień przejdzie do historii i zapisze się niechlubną kartą w pamięci okolicznych mieszkańców, wiodących małomiasteczkowe życie na wschodnich rubieżach Polski. W ich oczy zajrzy strach, który sąsiedzką swobodną atmosferę zmieni w pełną podejrzliwości uważność. Zamknie biegające po polach dzieci za ogrodzeniami posesji, których bramy już nigdy nie zostaną otwarte nocą. Zmieni to miejsce na zawsze. Policja, wozy transmisyjne mass mediów, dziennikarze tabloidów i rzesze gapiów. Festyn niewyjaśnionej zbrodni przyciągnie tłumy.

 

Ale na razie na trójstyku panuje spokojny, rześki marcowy poranek. Stalowe chmury przemieszczające się wolno po niebie odbijają się w tafli wody. Ciało omiata zimny wiatr wiejący ze wschodu, kładący trzciny i niosący woń mułu. W zaroślach poruszają się kaczki, które przylegając blisko siebie, ogrzewają się własnymi ciałami. Nad zmąconą wodą przelatują bociany, które w tym roku nietypowo wcześnie postanowiły zawitać na Polesie. Nic nie wskazuje na to, że ten dziewiczy przyczółek przyrody na krańcach Unii Europejskiej za chwilę skupi na sobie uwagę całej Polski.

Po pierwsze kłamstwo

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Lena

9 marca 2019

Gniezno

Nikodem wygląda jak martwy. W zastygłej pozie, z głową na oparciu i nogami wyciągniętymi przed siebie, leży nieruchomo. Sportową marynarkę przerzucił przez kolana, na których ułożył zaciśnięte dłonie jak nieboszczyk w trumnie. Jedynie rytmicznie unosząca się i opadająca klatka piersiowa dowodzi, że właśnie odpoczywa. Popołudniowe słońce oświetla jego twarz. Kołnierzyk zielonej polówki nosi krwistoczerwony ślad mojej szminki. Zapiorę koszulkę od razu po powrocie do domu. Mam wątpliwości, czy uda się łatwo usunąć plamę, pomadka jest z serii trwałych, odpornych na jedzenie, picie, pocałunki i detergenty. Mydełko galasowe? Mama powtarzała, że to doskonała broń na wszelkie zabrudzenia. Mam nadzieję, że ze szminką też sobie poradzi.

Patrzę na niego i zastanawiam się, czy taki z niego twardziel, czy tylko się zgrywa. Jest wprawdzie słonecznie, ale to jeszcze kalendarzowa zima. Mimo że na niebie nie ma nawet najmniejszej chmurki, od ziemi bije chłód i nieprzyjemna wilgoć. Jego gołe bicepsy wywołują u mnie gęsią skórkę. Zaciskam pasek w talii kaszmirowego swetra.

Musiał wyczuć, że ktoś mu się przygląda, bo nagle otwiera oczy i patrzy wprost na mnie. Chcę uciec wzrokiem zaskoczona jego przebudzeniem, ale nim mi się to uda, on już chwyta moje spojrzenie. Uśmiecha się i robi miejsce obok siebie na huśtawce ogrodowej. Odsuwa się lekko w bok i zaprasza mnie, postukując znacząco ręką w siedzenie obok niego. Odpowiadam uśmiechem i robię wymowny znak, że dołączę do niego, gdy tylko skończę jeść sałatkę. Kiwa głową i wraca do wcześniejszej pozycji.

Za chwilę podejdę do niego, choć tak naprawdę wolałabym zostać tu, gdzie jestem, i z oddali mu się przyglądać. Nie znaczy to, że nie lubię jego bliskości, nie o to chodzi. Nikodem jest przystojny i pociągający, ale ja muszę pamiętać, żeby zachować czujność. A tu, w oddychającym przedwiośniem ogrodzie, jest za dużo ludzi, żeby oddawać się chwili i jednocześnie mieć wszystko pod kontrolą.

Podchodzi do niego Klaudia, pomysłodawczyni dzisiejszej imprezy. Nachyla się i wręcza mu drinka z parasolką. Wysoka szklanka jest oszroniona, plasterki limonki i listki mięty nadają trunkowi zielony kolor. Chyba wszyscy tu obecni są już znudzeni zimą i w tym pierwszym ciepłym weekendzie marca za wszelką cenę poszukują niemal letnich klimatów. Zajmuje miejsce, obok Nikodema, które było zarezerwowane dla mnie. Symbolicznie stukają się szklaneczkami i niemal w tej samej chwili upijają pierwszy łyk. Z tej odległości nie słyszę, o czym rozmawiają, ale Niko wybucha nagle donośnym śmiechem. Ma dziś wyjątkowo dobry humor. Oddycham z ulgą. Zamykam oczy i uwalniam zgromadzone w płucach powietrze. Jego wesołe usposobienie jest gwarancją naszego udanego związku. Ktoś o tak pogodnej naturze nie zawraca sobie głowy czyjąś przeszłością. Zdążyłam się już o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Choć nie ukrywam, że czasem mnie to zastanawia. Jak można być tak stale opanowanym i zrównoważonym? Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka, który potrafiłby trzymać równie mocno swoje emocje na wodzy jak Nikodem. Wiem, że to czepianie się, doszukiwanie się problemu tam, gdzie go nie ma. Powinnam się cieszyć, że trafiłam na takiego mężczyznę, a nie zastanawiać się, czy to normalne, że taki właśnie jest. W mojej sytuacji wydaje się darem niebios, nie powinnam o tym zapominać.

Jesteśmy ze sobą od końca października, ale ja codziennie próbuję siebie przekonać, że znamy się od lat, a moje wcześniejsze życie nie istniało. Tak jest prościej. Gdy się w kółko powtarza kłamstwa, w końcu zaczyna się w nie wierzyć. Każdego ranka, gdy tylko otworzę oczy, mówię sobie, że to wszystko, co tak dobrze znam i o czym nie mogę zapomnieć, spotkało inną dziewczynę, nie mnie.

– Napijesz się? – Zza moich pleców wyłania się Maria.

Wzdrygam się. Ta kobieta porusza się bezszelestnie jak kot. Pojawia się znienacka i za każdym razem przygląda mi się podejrzliwie. Dzisiejszego popołudnia już kilka razy przyłapałam ją na obserwowaniu mnie. Nawet się z tym nie kryła, po prostu bezczelnie się na mnie gapiła.

– Dziękuję. – Biorę od niej szklaneczkę z martini. Gdy upijam pierwszy łyk, wrzucona do środka oliwka dotyka moich warg.

Przez głowę przemyka mi myśl, że może nie powinnam tego robić. Czy wiem, czego mogła dosypać do drinka? Odpędzam od siebie głupie podejrzenia i przesuwam się na ławce, gdy Maria siada obok. Głośno odstawia swoją szklaneczkę, opiera łokcie na stole i patrzy w moją stronę. Wiem, że za chwilę zacznie się przepytywanie, stawianie w niewygodnym położeniu i zaspokajanie ciekawości. Nie muszę jej dobrze znać, by wiedzieć, że to właśnie zamierza zrobić.

– Cudownie wygląda, prawda? – zauważa. Gdyby głową nie wskazywała na oddalającą się w stronę domu Klaudię, byłabym święcie przekonana, że ma na myśli Nikodema, mojego przystojnego faceta.

– O tak, ciąża jej służy – zgadzam się.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że moje dzieci tak powyrastały – rzuca, spoglądając w moją stronę. – Jeszcze niedawno to ja nosiłam je w brzuchu. – W geście triumfu kładzie obie dłonie na wysokości pępka. Przez chwilę przyglądam się jej drobnym palcom przyozdobionym pierścionkami z kolorowymi kamieniami, połyskującymi w słońcu. – Jak się bawisz? – pyta.

Odrywam od niej wzrok i upijam kolejny łyk martini. Kątem oka widzę, że znów mi się przygląda. O czym teraz myśli? Analizuje mój wygląd? Zastanawia się, czy jest sens zadać mi pytania, które od kilku miesięcy świdrują dziury w jej głowie?

– Świetnie – odpowiadam i się prostuję.

Trzeba wyostrzyć zmysły, skupić się na każdym słowie, które ma paść z moich ust. Nie chcę, żebyśmy rozmawiały o mnie. Już kilka razy robiła podejścia, ale do tej pory udawało mi się wykręcić od rozmowy. Czuję, że teraz nie pójdzie mi tak łatwo. Maria jest ciekawa nowej dziewczyny swojego syna, nie powinnam się jej dziwić, ale dzisiaj nie mam ochoty na kłamstwa. To wymaga zbyt dużej kontroli, a jestem już po dwóch drinkach, muszę więc skierować pogawędkę na bardziej bezpieczne tory.

– Klaudia miała świetny pomysł z tym baby shower – mówię, odstawiając szklaneczkę z martini na blat stołu. Lepiej, żebym na razie więcej nie piła.

– Prawda?! Na początku byłam temu przeciwna, amerykańskie zwyczaje. – Spogląda teatralnie w górę. – Ale gdy teraz patrzę, jak cudownie się bawią, cieszę się, że nie odwiodłam jej od tego pomysłu.

Kiwam głową. Jakie to niesprawiedliwe, że niektórym dzieciom urządza się przyjęcia, gdy jeszcze się nie urodziły, a inne nigdy nie zaznają takich przyjemności nawet po przyjściu na świat.

– To był twój pomysł z tym koszem Mojżesza? – pyta nagle.

Słowa zastygają między nami. Nie wiem, czy ma zamiar mnie oskarżyć, czy pogratulować mi. Wciąż mam nieodparte wrażenie, że jego matka mnie nie lubi i tylko czeka na właściwy moment, aby dać temu wyraz. Być może należy do typu kobiet, które nie akceptują żadnej dziewczyny swojego syna. I nie chodzi konkretnie o mnie, bo zachowywałaby się podobnie wobec każdej, którą wybrałby jej syn. Jednocześnie nie wiem, czy szóstym zmysłem, matczynym instynktem nie wyczuwa moich prawdziwych intencji wobec Nikodema. Stąd te jej podejrzliwe spojrzenia, niekończące się pytania i niechęć, którą wyczuwam na każdym kroku.

– Tak. – Kiwam głową. – Pomyślałam, że przyda się jej, gdy będzie chciała wyjść z dzieckiem do ogrodu, a poza tym na wystawie wyglądał tak uroczo, że nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie. – Uśmiecham się do niej, a ona odpowiada mi podobnym grymasem ust, choć widzę, że tak naprawdę nie ma ochoty mnie nim obdarować.

– Podoba się jej – mówi, ściszając głos. – Trafiłaś w dziesiątkę.

Wiem, że to głupie, ale cieszę się jak dziecko z pochwały skierowanej pod moim adresem. Gdy będzie mi przychylna, będę mogła bezpiecznie tkwić przy Niko. Zależy mi na tym, żeby jego matka mnie polubiła. Chcę przypodobać się jego siostrze, muszę stać się częścią ich rodziny, przynajmniej do czasu.

– Wszystko byłoby prostsze, gdyby goście wiedzieli, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka – kontynuuje. – Ale co zrobić, jeśli przyszli rodzice wolą do końca mieć niespodziankę.

Uśmiecham się, patrząc na pęk srebrnych balonów przywiązanych do balustrady tarasu, na którym zapewne jest tyle samo różowych i niebieskich napisów newborn.

– A pani jak czuje? – pytam, badawczo przyglądając się Marii.

Czytałam kiedyś, że kontakt wzrokowy wzbudza większe zaufanie i wzmaga poczucie szczerości między rozmówcami, a ja właśnie tego potrzebuję, rozmowy przyjaciółek. Niech dostrzeże we mnie kompana, nie wroga. Mruga pośpiesznie kilka razy, ale uśmiecha się do swoich myśli. Ma sześćdziesiąt dwa lata, jednak wygląda o dziesięć lat młodziej. Przypuszczam, że trudno będzie jej przyzwyczaić się do roli babci. Przed oczami staje mi twarz mojej matki. Faliste włosy, uśmiechnięta twarz i niebieskie oczy, które po niej odziedziczyłam. Ona też wygląda młodo jak na swój wiek, ale nie tak dobrze jak Maria. Praca na roli odcisnęła trwałe ślady na jej skórze. To wspomnienie wywołuje wzruszenie, czuję łzy gromadzące się pod powiekami, więc mocno je zaciskam. Przełykam ślinę i odwracam głowę. Nie mogę o tym myśleć, nie powinnam do tego wracać, to przeszłość. Jeśli chcę być szczęśliwa, nie mogę oglądać się za siebie.

– Chłopiec – oznajmia dumnie. – Zważywszy na to, jak pięknie wygląda, to musi być syn.

Zabobony, dziwię się, że ona w nie wierzy.

– Kiedy byłam w ciąży z Nikodemem, wyglądałam wspaniale i tak też się czułam. Z Klaudią pod każdym względem było znacznie gorzej.

Nie mówię jej, że to dlatego, że była o kilka lat starsza, a płeć dziecka nie miała żadnego znaczenia. Niech wierzy, w co chce. Nie mam ochoty z nią dłużej rozmawiać, jestem zmęczona ciągłym graniem nowej wersji siebie. Muszę grzecznie przerwać tę konwersację i dołączyć do Nikodema, zabrać go do naszego bezpiecznego gniazdka i z nikim się nim nie dzielić. Gdybym była z jego siostrą w bliższych relacjach, przekonałabym ją, że baby shower to typowo kobieca bibka, nie ma sensu mieszać w to facetów. Gdybym więc przyszła tu bez niego, wymknęłabym się po pierwszym toaście i teraz wylegiwałabym się w jego ramionach, a nie wyczekiwała szybkiego końca nudnej imprezy rodzinnej. Klaudia trzyma mnie jednak na dystans, a ja nie mam zamiaru zabiegać o jej względy. Poza tym wiem, że najlepiej unikać niepotrzebnych rozmów z jego rodziną i ukrywać jak najdalej od nich moje tajemnice.

Nagle Nikodem wstaje, opuszczona huśtawka buja się w górę i w dół. Zmierza w naszym kierunku. Siada obok mnie i zarzuca mi rękę na ramię. Maria odwraca wzrok w drugą stronę. Krępuje ją nasza bliskość czy nie potrafi mnie zaakceptować, dlatego nie może na nas patrzeć? Chciałabym mu szepnąć na ucho, na co mam teraz ochotę, przekonać go, że w domu czeka na niego o wiele więcej atrakcji niż na przyjęciu z okazji rychłych narodzin jego siostrzeńca lub siostrzenicy. Jednak milczę, bo wiem, że Maria siedzi zbyt blisko i usłyszy każde moje słowo.

– Mamo, czy mógłbym w następny weekend podrzucić wam Biszkopta? – odzywa się Nikodem ponad moją głową.

– Wyjeżdżacie gdzieś? – pyta, odwracając się w naszą stronę. Patrzymy sobie w oczy. Jedno surowe spojrzenie wystarcza, bym była stuprocentowo pewna, że ta kobieta mnie nie lubi.

– Tak – potwierdza Nikodem.

– Tak? – Odwracam głowę w jego stronę.

Nic nie wiem o żadnym wyjeździe. Chce oddać psa na kilka dni do rodziców, a to oznacza, że mogę mieć problemy.

 

– Tak, kochanie. – Całuje mnie w czoło. – Niespodzianka.

Wiem, że teraz mogę się tylko uśmiechnąć i udawać miłe zaskoczenie. Spoglądam na Marię, w geście zdziwienia unosząc brwi. Jeśli Nikodem ma w planach miły wypad w góry czy nad morze, to jestem zachwycona, jeśli natomiast kupił bilety lotnicze, to w przyszły piątek dostanę biegunki.

– Cudownie – mówię i całuję go w kark, uważając, aby nie zrobić kolejnej plamy na jego kołnierzyku.

– Mamo, Niko! – Głos Klaudii dobiega z tarasu, wszyscy zerkamy w jej stronę. – Chodźcie! Lena, ty też – dodaje. – Robimy na werandzie wspólne zdjęcie.

Przerażenie wbija się we mnie tysiącem szpilek. Nie może mnie być na tym zdjęciu, to zbyt niebezpieczne. Wstajemy, ręka Niko zaciska się na mojej dłoni, nieświadomy niczego prowadzi mnie w stronę domu. Klaudia stoi w objęciach z Robertem, a Maria dołącza do swojego męża, po cichu wymieniając z nim kilka słów.

– Ja je zrobię – mówi Nikodem, sięgając po aparat leżący na balustradzie tarasu.

– Wykluczone. – Przejmuję inicjatywę, odbierając z jego rąk nikona. W duchu dziękuję Klaudii, że nie była na tyle próżna i nie zamówiła profesjonalnego fotografa, by zapisać na stałe cudowne chwile. Wtedy na pewno nie wywinęłabym się od wspólnej fotografii. – Ja się tym zajmę.

Nikodem protestuje, ale jestem nieugięta. Z pomocą przychodzi Maria.

– Chodź do mnie, synku – nakazuje, jakby znów miał sześć lat. – Powinieneś być tu z nami.

Wiem, że w myślach dodaje, przecież to tylko twoja nowa dziewczyna, niebawem będzie inna, nie ma potrzeby uwieczniać Leny na fotografii, która przejdzie do historii rodziny. Uśmiecham się szeroko i proszę Niko, aby odsłonił dziadka Romana, a potem puszczam serię migawek.

Cieszę się, że tak łatwo udało mi się wyjść z opresji. Jestem pewna, że za chwilę to zdjęcie trafi do sieci. Klaudia i jej mąż Robert zechcą podzielić się z resztą świata tym cudownym dniem. Ja nie mogę tam z nimi być, mnie nikt nie może zobaczyć, bo przecież nie istnieję.

Emil

26 października 2018

Kraków

Z klimatyzowanego wnętrza lotniska wychodzę na chłodny wieczór. Jesień przytłacza. Stawiam kołnierz płaszcza i podnoszę rękę, by przywołać taksówkę. Zielona toyota z piskiem opon podjeżdża do krawężnika, ochlapując nogawki moich spodni. Wiem, że kierowca nie zrobił tego celowo, ale czuję, że wskaźnik poziomu irytacji w moim organizmie powoli przekracza normę. Chwytam za rączkę walizki i ciągnąc ją, zmierzam w kierunku auta. Wyprzedza mnie kobieta. Zapach, który zostawia za sobą, świadczy o tym, że przetestowała wszystkie perfumy w strefie bezcłowej. Jej czerwony płaszcz wiruje na wietrze. Nie mogę uwierzyć, że właśnie szarpie za drzwi toyoty.

– Chwileczkę! – krzyczę. – To moja taksówka.

Odwraca się. Zaróżowione od chłodu i wiatru policzki, blond włosy opadające na ramiona, znam tę twarz.

– Słucham? – pyta zaskoczona.

Leciała ze mną tym samym samolotem i już na lotnisku w Wiedniu irytowało mnie jej zachowanie. Wszędzie jej było pełno, biegała z jednego sklepu do drugiego, przechodząc obok mnie, przewróciła moją walizkę pokładową. Wprawdzie nie miałem tam niczego, co mogłaby uszkodzić, a ona przeprosiła, ale jej chaotyczny sposób bycia doprowadzał mnie do szału. Ucieszyłem się, kiedy zajęła miejsce na końcu samolotu, a teraz, proszę, ładuje się do mojej taksówki.

– Będzie musiała pani poczekać na kolejną, bo ta jest moja – mówię, podchodząc do kobiety na odległość kilku kroków.

Wiem, że to okrutne, jest zimno i nawet kilka minut spędzonych na wietrze nie należy do przyjemnych. Gdyby była seksowna lub choć w jakiś sposób interesująca, zaproponowałbym jej wspólną jazdę, ale taka nie jest. Czerwony płaszcz, mający przyciągać uwagę kolorem, w rzeczywistości podkreśla wszystkie jej mankamenty. Grube uda, szerokie ramiona, zdecydowanie powinna nosić inny krój, a poza tym ten egzemplarz jest zniszczony. Stojąc blisko niej, widzę, że jego zmechacenie weszło w fazę krytyczną. Tysiące drobnych kulek oblepia materiał, blondynka wygląda, jakby obsiadło ją robactwo.

– Przepraszam, że co? – pyta, wydymając wargi.

I do tego zbyt pewna siebie. Nie lubię takich kobiet.

– Ja pierwszy wezwałem tę taksówkę – odpowiadam.

Kierowca wysiada z auta i otwiera bagażnik.

– Doprawdy? – Przekrzywia głowę. – To może pojedziemy razem? – proponuje, uśmiechając się. Jak na taką brzydulę ma niewiarygodnie piękne zęby, bez wątpienia w szkole nosiła aparat.

Już mam jej powiedzieć bez owijania w bawełnę, że nie mam ochoty na wspólną jazdę, ale jej nieatrakcyjna figura wzbudza we mnie litość. Może dostawać tysiące koszy od facetów przy barze, gdy próbuje zaciągnąć ich do łóżka, ale ja nie muszę dorzucać swojego, jeśli chodzi o zwykłą podwózkę z lotniska.

– Raczej to niemożliwe. Pani pewnie jedzie do centrum miasta, a ja za Kraków – kłamię.

– Hasło Zofia? – pyta kierowca, podchodząc do nas.

– Tak – odpowiada dziewczyna, wręczając taksówkarzowi walizkę.

To jakieś kpiny?

– A jednak moja. – Posyła mi triumfalny uśmiech i gramoli się na tylną kanapę auta. – Moglibyśmy jechać razem, ale skoro pan w przeciwnym kierunku… – Rozkłada ręce i trzaska drzwiami, zostawiając mnie na drżącym z wilgoci powietrzu.

Kierowca z hukiem zamyka bagażnik, wraca na swoje miejsce i odjeżdża z podobnym impetem, z jakim się tu zjawił. Klnę pod nosem.

Musiała ją wezwać, czekając na bagaże, a ja głupi sądziłem, że w piątkowy wieczór wystarczy machnąć ręką, żeby taksówka podjechała prosto pod nogi. W Krakowie to wciąż towar deficytowy, powinienem w końcu zainstalować w telefonie Ubera. Rozglądam się dookoła, w zasięgu wzroku nie widzę wolnych aut, tylko tabuny pasażerów, którzy wylewają się z hali przylotów. Wyjmuję z kieszeni komórkę i dzwonię do jednej z kilku korporacji, których numery telefonów mam wpisane w kontaktach. Dopiero za trzecim razem udaje mi się uzyskać połączenie. Kobieta po drugiej stronie linii powiadamia mnie, że za dwadzieścia minut srebrna skoda zjawi się u mych stóp.

– Hasło? – pyta.

Już mam jej odpowiedzieć kąśliwie „masło”, ale gryzę się w język, potrzebuję taksówki, podaję więc imię i chowam się do hali przylotów na kilka najbliższych minut. Deszcz przybiera na sile.

Kiedy taksówka zatrzymuje się przed bramą osiedla, zerkam w okna mieszkania. Ciemno. Dochodzi dwudziesta pierwsza, za późno, żeby jeszcze nie było jej w domu, i za wcześnie, żeby już spała. Może bierze prysznic. Uwielbia długie, relaksujące kąpiele, słucha wtedy muzyki albo czyta książkę. Płacę i wysiadam na dżdżysty ziąb. Wpisuję kod do bramy i wchodzę na teren osiedla. Nigdy nie byłem zadowolony z mieszkania tuż przy wjeździe, to ciągłe zamykanie się i otwieranie bramy, klaksony śmieciarek nad ranem, ale teraz cieszę się, że zaledwie kilka kroków dzieli mnie od ciepłego, suchego wnętrza klatki schodowej. Czas dłuży się niemiłosiernie, gdy czekam na windę. Zjeżdża właśnie z piątego piętra, by później wwieźć mnie tam z powrotem. Jestem okropnie zmęczony, a po raz kolejny przychodzi mi bezsensownie tracić czas. Nerwowo kilkakrotnie stukam w przycisk windy, jakby ta czynność mogła przyśpieszyć pojawienie się jej na dole. A może to Lena ściągnęła ją na górę? Właśnie przed chwilą nią jechała? To tłumaczyłoby ciemność w mieszkaniu.

W windzie czuć mocny zapach męskich perfum, to nie mogła być ona, chyba że w towarzystwie jakiegoś faceta… Gdzieś w środku budzi się lekki niepokój, ale przeganiam go, bo wiem, że ona nigdy nie przyprowadziłaby nikogo do mieszkania. Zdążyłem się już o tym przekonać, to po prostu nie w jej stylu. Nie używam dzwonka do drzwi, właściwie nigdy tego nie robię. Wkładam klucz do zamka i wchodzę do środka. Pusto.

– Lena?

Odpowiada mi cisza. Właściwie nie wiem, dlaczego czuję się zawiedziony. Mogła przecież gdzieś wyjść, wieczorna wizyta u klientki, impreza na mieście z koleżankami albo randka. Właśnie to ostatnie wkurza mnie najbardziej. Wizja jej w objęciach innego faceta, pchającego łapy pod jej bluzkę, wsadzającego język do jej gardła. Piekielnie jestem o nią zazdrosny. Mimo że to bezzasadne, nic nie poradzę, że tak właśnie się czuję.

Zapalam boczne światło i przejeżdżam walizką w stronę mojej sypialni. Kółka z hałasem przesuwają się po płytkach. Nie chcąc jej obudzić, jeśli jednak śpi u siebie, zostawiam bagaż na środku przedpokoju i wchodzę do kuchni. Blask osiedlowych latarni oświetla kuchenny blat. W pękatej misce leży kilka jabłek i poczerniały banan. Moje serce przyśpiesza. Nie było jej tu od kilku dni, w przeciwnym razie banan nie byłby w tak opłakanym stanie. Albo zjadłaby go, gdy był jeszcze świeży, albo wyrzuciła, dostrzegając nadpsutą skórkę. Podobnie jak ja przykłada dużą wagę do takich detali.

Zapalam światło i rozglądam się wokół. Żadnych nieumytych naczyń, niedopitych soków. Ale czy właśnie nie umawialiśmy się na dbanie o porządek i sprzątanie po sobie? Nic dziwnego, że wszystko błyszczy. Czuję jednak, że coś jest nie tak. Jestem niemal pewien, że nie spała w domu od kilku dni. Już nie staram się zachowywać cicho, chciałbym ją obudzić, chciałbym, żeby tu była. O niczym tak nie marzę, jak o widoku jej zaspanej twarzy w progu kuchni. Otwieram szafkę, trzaskam drzwiami, wyjmuję z niej szklankę i z impetem odstawiam na blat. Oglądam się w stronę jej sypialni, ciemno. A może coś jej się stało? Zemdlała? Umarła? Bzikuję.

Wiem, że nie powinienem tego robić, ale pewnym krokiem przemierzam mieszkanie i staję przed drzwiami jej pokoju. Nasłuchuję, a potem otwieram drzwi i wchodzę do środka.

– Lena? – rzucam w przestrzeń.

Cisza. Zapalam światło. Łóżko jest starannie zaścielone, jej w nim nie ma. Wiedziałem. Otwieram drzwi do łazienki, podświadomie wiedząc, że tam też jej nie znajdę. Światło jest zgaszone, dlaczego miałaby siedzieć po ciemku? Tak jak przypuszczałem, w środku jest pusto. Jestem rozczarowany. Wściekam się, że nie ma jej w domu i nie czeka na mnie tak, jak to sobie wymyśliłem.

Siedząc w dusznym samolocie, wyobrażałem sobie moment powrotu do mieszkania. Ona jak co wieczór krząta się po kuchni. Obserwuję, jak kroi pomidory, zakłada za ucho opadające na twarz włosy. Jej piersi poruszają się w rytm wykonywanych przez nią czynności, które pochłaniają ją bez reszty. A ja podziwiam jej cudowną figurę, piękną twarz, zmysłowość, która działa na mnie jak narkotyk. Ona z uśmiechem zwraca się do mnie, proponując, żebym spróbował jej sałatki. Zgadzam się i w rewanżu zapraszam ją na lampkę wina, które wyjmuję z walizki. Starannie na tę okazję wybrałem je w jednym ze sklepów bezcłowych. Jemy wspólnie kolację, rozmawiając o tym, co robiliśmy przez kilka ostatnich dni. Ja opowiadam jej o konferencji, ona mi o zdjęciach, które pstrykała podczas porannych spacerów wzdłuż Wisły. Żartujemy, jest miło, zerkamy na siebie wymownie, a potem lądujemy u mnie albo u niej w łóżku.

W głowie stale wyświetlam podobne projekcje z jej udziałem. Różne scenerie, skrajne sytuacje – ona wciąż w roli głównej. Uprawiamy seks na plaży albo w windzie, w jakimś miejscu publicznym, tam, gdzie ktoś może nas zobaczyć. Innym razem zamknięci gdzieś z dala od świata, ona skrępowana, zakneblowana i przywiązana do wezgłowia łóżka, ja dominuję. A czasem po prostu kolacja we dwoje, jak ta niedoszła dzisiejszego wieczoru. Takie miałem plany, niestety ona miała inne.

W łazience pochylam się nad umywalką i przemywam twarz zimną wodą. Słyszę, jak głośno burczy mi w brzuchu. Ostatnim posiłkiem było śniadanie w hotelu, na lunch się spóźniłem, bo zagadałem się z młodym lekarzem z Sofii na temat leczenia schorzeń rogówki z wykorzystaniem rąbkowych komórek macierzystych. W jednym z fast foodów w drodze na lotnisko kupiłem kanapkę. Chyba była z poprzedniego dnia, bo sałata ślizgała mi się po zębach niczym ślimak winniczek po liściu kapusty, a wędlina była podejrzanie zielonkawa, wyrzuciłem więc kanapkę do śmietnika. Otwieram lodówkę i nie znajduję w niej niczego oprócz napoczętej butelki mleka, jogurtu typu greckiego, opróżnionego do połowy słoika z oliwkami i dwóch ogórków. Ten widok jest dziwnie niepokojący. Kolejny dowód, że już nie pierwszy wieczór mieszkanie stoi puste. Lena nie ma skłonności do robienia wielkich zapasów, ale też nigdy wcześniej lodówka nie wyglądała tak żałośnie. A może straciła rachubę czasu w markecie? Może właśnie wejdzie za chwilę objuczona siatami pełnymi smakołyków?

Jak na zamówienie winda rusza z mojego piętra przywołana przez kogoś na dole. Lenę? Zastygam, nasłuchując odgłosów z zewnątrz. Cisza i znów dźwięk windy, niestety nie dojeżdża do piątego piętra. Gdzieś w dali rozlega się płacz dziecka. To zapewne sąsiedzi spod dwudziestki, mają niemowlę. Latem często widywałem tę kobietę, była w zaawansowanej ciąży. Skoro kilkumiesięczne dziecko o tej porze wraca do domu, to co dopiero dorosła kobieta. Muszę się uspokoić. Dlaczego miałoby się coś jej stać? Dlaczego zawsze zakładam najgorsze? Gdzieś wyszła i za chwilę wróci. Moja obsesja na jej punkcie przeraża mnie. Ściągam z lodówki jedną z ulotek i zamawiam makaron z krewetkami z tajskiej restauracji Hurry Curry.