Koniec historiiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Szerokość północna 55°

2. Równoleżnik południowy 33°

3. Szerokość północna 46°

4. Szerokość południowa 33°

5. Równoleżnik północny 48°

6. Równoleżnik południowy 33°

7. Szerokość północna 57°

8. Równoleżnik południowy 33°

CZĘŚĆ DRUGA

1. Równoleżnik południowy 30°

2. Równoleżnik północny 55°

3. Równoleżnik południowy 33°

4. Równoleżnik północny 55°

5. Równoleżnik południowy 33°

6. Równoleżnik południowy 30°

7. Równoleżnik północny 55°

8. Równoleżnik południowy 33°

9. Równoleżnik południowy 37°

10. Równoleżnik południowy 33°

11. Równoleżnik południowy 43°

12. Równoleżnik południowy 33°

Epilog

Podziękowania

Aneks

Przypisy

Inne książki Luisa Sepúlvedy

Tytuł oryginału: Fin de la historia

Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, AGATA NOCUŃ

Projekt okładki: TOMASZ LEC z wykorzystaniem grafiki ©gagarych/123rf

© Luis Sepúlveda, 2017

All rights reserved

For the Polish edition Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-715-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Carmen Yáñez, „Soni”, więźniarki nr 824

Dla wszystkich kobiet i mężczyzn, którzy przeszli

przez piekło Villi Grimaldi

CZĘŚĆ PIERWSZA

Udźwignięcia kosmyka zajęczego futra nie można uznać za przejaw wielkiej siły. O tym, kto widzi słońce i księżyc, nie można powiedzieć, że ma dobry wzrok. Do usłyszenia grzmotu burzy nie jest potrzebny doskonały słuch.

Sun Tzu, Sztuka wojny

1

Szerokość północna 55°

Szanowni Towarzysze,

Wiem, że zamierzacie zamieścić na okładce najbliższego numeru „The Liberator” fotografię Lwa Trockiego, i wydaje mi się to zasłużonym hołdem. Miesiąc temu wysłałem Wam kronikę ostatnich walk w Piotrogrodzie, mieście obleganym przez białe oddziały generała Judenicza i Kozaków atamana Krasnowa. Trocki objął dowodzenie oddziałami świeżo utworzonej Armii Czerwonej i zdołał ustanowić władzę rad w mieście kolebce rewolucji tuż przed drugą rocznicą jej wybuchu, konsolidując definitywnie rząd rad robotników, chłopów, studentów i żołnierzy od Bałtyku po Krym.

W chwilach poprzedzających przybycie Lenina na obchody rocznicy zwycięstwa miałem okazję towarzyszyć Trockiemu w sytuacji, którą sama historia oceni: do pierwszego komisarza ludowego przyprowadzono atamana Piotra Nikołajewicza Krasnowa, pokonanego Kozaka o błagalnym spojrzeniu, drżącego na całym ciele; nie ośmielał się on nawet spojrzeć zwycięzcy w oczy, tylko pojękiwał błagalnie, mając nadzieję zachować życie. Nic nie pozostało z dumnego atamana dońskich Kozaków, który poprzysiągł sobie zabić wszystkich bolszewików Piotrogrodu.

Z Newskiego Prospektu dobiegały krzyki żądających śmierci atamana; Trocki obserwował go jedynie w ciszy, z poważnym, acz niepozbawionym współczucia wobec pokonanego wyrazem twarzy. Na rozkaz pierwszego komisarza ludowego czerwonoarmista położył na stole wstrząsającą fotografię ukazującą pięćdziesięciu robotników powieszonych przez oddziały Kozaków w Jekatierinosławiu i zmusił atamana do spojrzenia na zdjęcie.

Kozak zachwiał się, niewiele brakowało, a upadłby na ziemię; czerwonoarmiści musieli go podtrzymać. Miał przed oczyma niepodważalny dowód licznych zbrodni przeciw narodowi rosyjskiemu i w tym momencie zrozumiał, że czeka na niego pluton egzekucyjny, lecz Trocki uspokoił go słowami, które zacytuję: „Piotrze Nikołajewiczu, czy zobowiąże się pan do zaprzestania jakichkolwiek ataków na władzę radziecką? Zobowiąże się pan, pod słowem honoru, powrócić spokojnie do swej ojczyzny i nigdy więcej nie podnieść kozackiej broni przeciw radom robotników, chłopów, studentów i żołnierzy?”.

Piotr Nikołajewicz Krasnow, ataman dońskich Kozaków, skinął głową na znak zgody, wymamrotał coś o wdzięczności za darowanie życia głosem zduszonym przez szloch i odszedł w eskorcie dwóch czerwonoarmistów.

W przestronnej sali Instytutu Smolnego pozostaliśmy tylko my – pierwszy komisarz ludowy i ja. Trocki domyślił się najwyraźniej, jakie pytania chciałem mu zadać, i uprzedził je, mówiąc: „Nic nie wzmocniłoby bardziej kontrrewolucji niż męczennik z kategorii «ataman kozacki». Nic jej bardziej nie osłabi niż ta niegodna klęska”.

Historia osądzi, czy Lew Dawidowicz Bronstein-Trocki dobrze uczynił, darując życie atamanowi.

John Reed

2

Równoleżnik południowy 33°

Od dwudziestu lat noga moja nie postała w tym mieście, w którym lato przypomina pobyt w piekle, i nie zamierzałem pozostać tu dłużej niż to konieczne. Szedłem na spotkanie, o które nie zabiegałem ani o nim nie marzyłem, a robiłem to dlatego, że nikt nie może umknąć przed własnym cieniem, który go prześladuje. Nieważny kierunek, cień tego, co robiliśmy i kim byliśmy, podąża za nami, uporczywy niczym przekleństwo.

Podałem taksówkarzowi adres hotelu i usadowiłem się na tylnym siedzeniu, mając nadzieję na rozkosz płynącą z klimatyzacji; modliłem się w duchu, bym nie trafił na rozmownego taksówkarza, nie miałem jednak szczęścia. Zaledwie ruszył, zaczął pyskować na panią prezydent Bachelet, obwiniając ją nawet o lutowe upały.

– Całe szczęście, że odchodzi. Wie pan, dlaczego ją wybrali? – zapytał, odwracając do mnie głowę.

– Przypuszczam, że pan mi to powie tak czy inaczej.

– Bo jest babą, komunistką, i naturalnie córką Bacheleta. Ale teraz przyjdzie prezydent jak trzeba, taki, co będzie umiał zarządzać krajem, jest bogaty i umie robić interesy, taki gość jak ja, przedsiębiorca.

Są tacy faceci, którzy głośno się domagają, by im wpakować lufę do gęby i zaproponować prosty wybór między kulą a zamilknięciem, ale ja dopiero przyjechałem i nie miałem ze sobą żadnego gnata. Samochód był koreański, podróba auta z górnej półki z nieuniknionym aromatyzatorem w kształcie sosenki zwisającym z lusterka wstecznego.

– Pan wie, kim był ojciec pani prezydent? – zaatakował taksówkarz.

– Sądzę, że pan mi to powie, chociaż wcale o to nie pytam.

– Kolejnym komunistą – zawyrokował, obrzucając nienawistnym spojrzeniem gazetę leżącą na siedzeniu pasażera. Na okładce pani prezydent, która niebawem miała ustąpić z urzędu, ubrana była na biało, z trójkolorową szarfą przepasującą pierś. Uśmiechała się, jakby przepraszając za ten kraj niezrównanych kretynów.

Jedyna skuteczna pedagogika zalecała wpakować temu facetowi lufę do paszczy i przypomnieć mu, że Alberto Bachelet był generałem sił powietrznych lojalnym wobec Salvadora Allende; zapłacił za tę lojalność najwyższą cenę, pobity, obrzucony obelgami, torturowany i w końcu zamordowany przez własnych towarzyszy broni.

 

– Przyjeżdża pan do Santiago w interesach? – zapytał.

– Nie. Jestem chirurgiem. Specjalistą od lobotomii.

– A co to takiego? Przepraszam za ignorancję.

– Otwieram bańkę każdemu gamoniowi, który mi się nawinie pod rękę, i wyjmuję całe to gówno, które nie pozwala mu myśleć. Proszę mi podać gazetę.

Najwyraźniej pojął subtelną aluzję, bo zamknął wreszcie dziób. Taksówka sunęła po nieznanej mi autostradzie. Wzdłuż rzeki Mapocho wznosiły się stare dzielnice robotnicze, udręczone bezlitosnym lutowym słońcem, a pod płaszczem szarawego smogu rysowały się sylwetki najwyższych budynków w mieście.

Spoglądając na fotografie w gazecie, przypomniałem sobie innego szlachetnego i prawego człowieka, Luisa Lorcę, który pewnego dnia 1971 roku wskazał mi niewysoką blondynkę w mundurku licealistki na czele marszu Młodzieżówki Socjalistycznej.

– To córka generała Bacheleta; niech dwaj towarzysze z komórki bezpieczeństwa będą jej cieniami, trzeba nad nią czuwać – powiedział wtedy Luis Lorca. Miał rację. Ugrupowania paramilitarne skrajnej prawicy były wówczas dosyć agresywne, a my – no cóż, do cholery – oddawaliśmy cios za cios.

W hotelu otrzymałem kartę magnetyczną do drzwi mojego pokoju. Gdy tylko się tam dostałem, przejrzałem szuflady, otworzyłem drzwi, spojrzałem przez okno na ulicę w poszukiwaniu czegoś niewytłumaczalnego, powodowany jedynie siłą przyzwyczajenia. Jestem człowiekiem z drugiej połowy XX wieku, z tych, co to niewiele śpią i nawet jeśli nie przeczytali Lobsanga Rampy, mają na karku trzecie oko. Następnie przestudiowałem mapę, którą otrzymałem w recepcji, utrwaliłem w pamięci możliwe drogi ucieczki, a ponieważ miałem do dyspozycji jeszcze kilka godzin do umówionego spotkania, wyciągnąłem się na łóżku.

Moje mięśnie nie odczuwały bynajmniej zmęczenia z powodu wczesnej pobudki i upału; były napięte, w pogotowiu, tak jak w tych dawnych czasach, gdy całe to miasto było pułapką. Aby odpędzić demony złych wspomnień, zamknąłem oczy i zrobiłem przegląd wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnich dniach.

Dzwonek telefonu, który wyrwał mnie ze spokoju panującego w Puerto Carmen, na południowym krańcu wyspy Chiloé, dotarł do mnie wraz z niemożliwym do pomylenia echem gróźb. Nie mam telefonu komórkowego ani komputera podłączonego do internetu, niczego, co mogłoby być wiodącym do mnie tropem, lecz nikt już nie uchroni się przed okiem Big Brothera, śledzącym nas z kosmosu. Wystarczy usiąść przed ekranem, wklepać Google Earth i ruch kursora po kontynencie, kraju, regionie, mieście, dzielnicy prowadzi nas ku najintymniejszym szczegółom dotyczącym poszukiwanego osobnika. Przypuszczam, że tak właśnie zrobił Kramer, aby się ze mną spotkać.

Uważałem, że jestem bezpieczny w Puerto Carmen, zajmując się jedynie rąbaniem drewna z pomocą Małego; miało to zapewnić nam ciepło podczas długiej podbiegunowej nocy. Marzyłem jedynie o tym, by patrzeć godzinami na morze, z Veronicą przytuloną do mojego ramienia, czując, jak jej spojrzenie wędruje od brzegu ku pierwszym falom, stamtąd ku wyspom Caillín i Laitec, aż obejmie rozmyty brzeg kontynentalnej Patagonii. W tym punkcie jej oczy zawsze szukają ośnieżonego szczytu wulkanu Corcovado i zastygają w bezruchu, odporne na moje obietnice, że przepłyniemy pewnego dnia kanał, dotrzemy do cieśniny Corcovado i zobaczymy błękitne wieloryby pląsające parami w jej wodach.

Mały i ja korzystaliśmy z pięknej lutowej pogody, długich dni; rąbaliśmy drewno lub reperowaliśmy sprzęt rybacki, podczas gdy Verónica opalała się. W pewnej chwili moje dwa owczarki niemieckie, Zarko i Laika, usłyszały hałas nadjeżdżającego samochodu. Nastroszyły grzbiety, zawarczały i usiadły obok Veroniki w postawie obronnej. Po paru minutach ujrzeliśmy land rovera zbliżającego się ku nam nadbrzeżną drogą.

Istnieją społeczności zahartowane w utrzymywaniu ustawicznej czujności, które funkcjonują bez słów, i taka właśnie jest społeczność, jaką tworzyliśmy Verónica, Mały i ja. W chwili, kiedy samochód się zatrzymał, Mały zaprowadził Veronicę do domu i wrócił na szosę. Wręczył mi makarowa 9 mm już z nabojem w komorze i oddalił się ku drewutni, przyklejony do swej „pieszczotki”, strzelby Remington 870 z amunicją w stalowych łuskach.

Z land rovera wysiadł młody człowiek, który w charakterze powitania wskazał psy.

– Są groźne?

– Zależy.

Wziął moją odpowiedź za zaproszenie, by podejść bliżej, i zrobił to powoli. Kiedy zbliżał się do nas, odpiął zamek błyskawiczny swej kurtki i rozłożył ręce, by pokazać, że nie jest uzbrojony.

– Juan Belmonte? – spytał, nie spuszczając wzroku z psów szczerzących nadal kły.

– Zależy – odpowiedziałem, uspokajając psy.

– Był taki znany toreador, który tak się nazywał.

– O, czytelnik Hemingwaya. Czego więcej powinienem się o panu dowiedzieć?

Mężczyzna zatrzymał się naprzeciwko mnie i odwrócił głowę, patrząc na Małego, który mierzył do niego z remingtona.

– A pan to z pewnością Valdivia – oznajmił.

– De Valdivia. Pedro de Valdivia – sprostował Mały, przekonany od zawsze, że „de” poprzedzające nazwisko przydaje mu szlachectwa, podobnie jak „von” u Prusaków.

– Uprzedzono mnie, że nie zostanę powitany fanfarami – podsumował i wyjął coś z wewnętrznej kieszeni kurtki. Był to telefon satelitarny najnowszej generacji. Rozłożył krótką antenę, zaznaczył numer, odczekał chwilę i wręczył mi aparat. Wtedy to, po ponad dwudziestu latach starań, by go zapomnieć, ponownie usłyszałem głos Kramera.

– Belmonte, mój stary druhu o nazwisku toreadora[1]. Mój posłaniec wręczy ci kopertę z pieniędzmi i bilet lotniczy do Santiago. Nie. Nie musisz za nic dziękować. Nie możesz także wymigiwać się od przyjęcia zaproszenia na spotkanie, biorąc pod uwagę przede wszystkim moje wysiłki, by wykazać policji chilijskiej, że nie miałeś nic wspólnego z zabójstwem pewnego Niemca, byłego agenta Stasi, do którego doszło dwadzieścia lat temu na Ziemi Ognistej. Przedziwny ten twój kraj, Belmonte: można wypić aperitif z mordercą, a mimo to morderstwo jest zbrodnią nieulegającą przedawnieniu. To będzie prawdziwa przyjemność znów cię spotkać, Belmonte.

Nie. Nie jesteśmy w stanie uciec od cienia tego, czym byliśmy.

3

Szerokość północna 46°

Poranek 8 lutego 1945 roku w Jałcie, podobnie jak na całym Półwyspie Krymskim, był lodowaty, a na rozległym terenie Ukrainy temperatura odmawiała przekroczenia czterech stopni poniżej zera, lecz Miguel Ortuzar – Misza dla radzieckich oficerów – odsunął filiżankę herbaty podaną mu przez pomocnika i poświęcił się przygotowywaniu menu.

Na wyraźne życzenie Stalina bankiet miał się rozpocząć od kawioru, następnie jesiotr w galarecie i pieczeń koźlęca. Anglicy od Churchilla życzyli sobie również rozpocząć od kawioru – żaden nie wybrzydzał – i kontynuować sztufadą wołową z makaronem. Tymi, którzy odmawiali nawet powąchania kawioru, byli jankesi od Roosevelta; podobnie jak każdego dnia, żądali białej ryby z szampanem lub pieczonego kurczaka z sałatkami.

Misza stwierdził z satysfakcją, że dysponuje najlepszym gatunkiem dostarczonym w skrzyniach opatrzonych etykietami „Jałta 208”, i postanowił dorzucić szaszłyczki z jagnięciny, a ponadto przepiórki w marynacie.

Podczas gdy pomocnik oddawał się skubaniu przepiórek, Misza przejrzał starannie skarb, którego strzegł, notując manka w inwentarzu. Do pałacu w Liwadii nad Morzem Czarnym Anglicy dostarczyli 144 butelki whisky, 144 ginu, 144 jerezu, 100 kilo herbaty, 100 kilo bekonu, 100 rolek papieru toaletowego, 2500 papierowych serwetek, 350 kompletów zastawy stołowej i sztućców, 500 cygar marki Robert Burns dla Churchilla, Stalina i wysokich dowódców, wraz z odpowiadającym im 1000 pudełek zapałek. Amerykanie wnieśli 1000 butelek wina reńskiego, 1500 butelek whisky Johnnie Walker King George V, 2000 puszek cielęciny konserwowej, 1000 kilo kawy ziarnistej i 1000 buteleczek sosu barbecue. Listę uzupełniał wkład ambasadora brytyjskiego w Moskwie: tuzin butelek Château Margaux rocznik 1928 i kolejne 500 butelek whisky rozmaitych marek, gdyż Winston Churchill rozkazał na tym nie oszczędzać, podkreślając, że „whisky jest doskonała na tyfus i śmiertelna dla wszy”. Wódka, kawior i szampan z Krymu płynęły na koszt gospodarza.

Misją Miszy było nakarmić Józefa Stalina, Winstona Churchilla, Franklina D. Roosevelta i siedmiuset wysokich urzędników, tłumaczy, a nawet operatorów filmowych, którzy wchodzili w skład ich delegacji. Miał na swe rozkazy kucharzy i pomocników kuchennych: Rosjan, Anglików, Amerykanów, a wszyscy pytali się nawzajem, kim jest ów mężczyzna o czarnej czuprynie lśniącej od brylantyny, posługujący się rosyjskim i niemieckim z równą swobodą, którego darzyli szacunkiem, a nawet się obawiali oficerowie NKWD, Komisariat Ludowy do spraw Wewnętrznych, jako że był osobistym szefem kuchni Stalina.

Raport NKWD dotyczący Miguela Ortuzara był pełen braków. W rubryce „narodowość” napisano, że jest Chilijczykiem, a w rubryce „informacje niepotwierdzone” widniała informacja, że najprawdopodobniej przybył do Lizbony w marcu 1936 roku w ślad za kobietą, śpiewaczką Marią Marthą Esther Aldunate, artystką cieszącą się wielką sławą w nazistowskich Niemczech, gdzie zagrała główne role w kilku filmach, korzystając z protekcji ministra propagandy Josepha Goebbelsa; sławę tę zdobyła pod pseudonimem Rosita Serrano.

W dalszej części raportu wyszczególniono, że podczas pobytu w Lizbonie Miguel pracował jako kucharz w hotelu Vitória; porzucił to zajęcie w kwietniu tego samego roku, aby udać się do Madrytu, gdzie nawiązał kontakty z najbardziej znanymi towarzyszami z Frontu Ludowego; został zatrudniony jako kucharz w hotelu Florida przy Plaza del Callao pod numerem drugim. Wiadomo, że w tym miejscu zadzierzga znajomość z dziennikarzami amerykańskimi Ernestem Hemingwayem i Johnem Dos Passosem, a także z reżyserem holenderskim Jorisem Ivensem, któremu pomaga podczas kręcenia filmu Ziemia hiszpańska. Sympatyzuje ze stroną republikańską, lecz nie należy do żadnej organizacji jako bojownik.

Według raportu NKWD w lipcu 1936 roku zaprzyjaźnia się z Michaiłem Kolcowem, korespondentem „Prawdy”. Towarzysza Kolcowa uprzedzono, że podejrzewa się Ortuzara o kosmopolityzm, zaś w informacjach nadesłanych przez towarzysza Kolcowa ten ostatni wskazuje, że to „artysta gastronomii”, sympatyzujący otwarcie ze Związkiem Radzieckim. W ostatnim raporcie towarzysz Kolcow podkreśla, że nauczył go rosyjskiego, wobec czego tamten mówi po rosyjsku z pewną swobodą.

Na wniosek towarzysza Kolcowa w styczniu 1939 NKWD sporządza list żelazny i dostarcza środki niezbędne na podróż Ortuzara do Moskwy; przydzielone mu zostaje stanowisko szefa kuchni w Klubie Robotniczym Rusakow.

Pierwszego września 1939 roku towarzysz pierwszy sekretarz Rady Ministrów Związku Radzieckiego i sekretarz generalny Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Józef Stalin, odwiedza Klub Robotniczy Rusakow, zjada w kantynie kolację i rozkazuje, by Ortuzarowi nadać obywatelstwo radzieckie i przenieść go na Kreml. Kolację przerywały informacje o ataku Niemiec na Polskę i od tego dnia Ortuzar pracuje jako osobisty kucharz towarzysza Stalina...

Kuchnia pałacu w Liwadii wychodzi na obszerny taras, przechowywane są na nim rozmaite produkty peklowane; dwóch rosyjskich pomocników rzeźbi w lodzie półmiski, na których będzie podany kawior. Misza Ortuzar czuje ciszę poprzedzającą powolne kroki wysokiego mężczyzny; pomocnicy natychmiast się oddalają. Stalin ma gruby szary szynel narzucony na ramiona i rozmawia z ludowym komisarzem spraw wewnętrznych ZSRR Ławrientijem Berią.

Misza Ortuzar wie, czego życzyłby sobie Stalin; czym prędzej wyciąga z beczułki śledzia marynowanego z ziarenkami gorczycy i brusznicą. Pędzi do kuchni i wraca z pajdą czarnego chleba, na której kładzie bałtycką rybę.

– Mój dobry Misza. Zawsze odgadujesz moje życzenia. Kotlet z sosem ostrygowym na kolację był doskonały – mówi Stalin i poklepuje go po ramieniu, zanim odda się delektowaniu śledziem à la Bismarck.

– Tego poranka poszedłem na spacer z Churchillem i podczas rozmowy o Polsce ten zuchwały Anglik powiedział mi: „Orzeł musi pozwolić małym ptakom śpiewać, nie powinno go obchodzić, co wyśpiewują”. A moja odpowiedź brzmiała: „Szanowny panie premierze, zanim pogadamy o ptakach, chcę, żeby wszyscy Kozacy, których zebraliście w Austrii, znaleźli się z powrotem w radzieckiej ojczyźnie”.

Kiedy Stalin i Beria sobie poszli, Miguel Ortuzar wpatruje się w Morze Czarne na wpół zasłonięte czapą niskich chmur, które nie pozwalają zobaczyć horyzontu. Wzmianka o małych ptakach pogrąża go w melancholii, do której czuje wstręt, ale daje się ponieść wspomnieniu owej kobiety, Rosity Serrano, „Chilijskiego Słowika”.

 

Jedyna przysługa, o jaką odważył się poprosić Stalina, była z nią związana. W czerwcu 1941 roku, kiedy ponad połowa Europy znalazła się już pod nazistowskim buciorem, dowiedział się od swego przyjaciela Michaiła Kolcowa, że Rosita Serrano popadła w niełaskę w nazistowskich Niemczech. Chilijski Słowik wykorzystywał swe kontakty z nazistowskimi hierarchami, aby ratować Żydów i członków duńskiego ruchu oporu. Zakazano jej zatem śpiewać, skonfiskowano mienie; nie została zamordowana jedynie z powodu lęku przed efektem kontrpropagandy, który byłby rezultatem zabicia idolki ludu. Wówczas, dokładnie parę dni przed początkiem słynnej operacji „Barbarossa”, niemieckiego ataku na Związek Radziecki, odważył się poprosić Stalina o pomoc w formie listu żelaznego, który pozwoliłby Rosicie dotrzeć do Szwecji, kraju, z którego została repatriowana do Chile w 1943 roku.

Spoglądając na zamglony horyzont nad Morzem Czarnym, Miguel Ortuzar ma wrażenie, że słyszy głos owej kobiety, Chilijskiego Słowika: „Gdy na twym oknie biały usiądzie ptak, przyjmij go czule, bo to ode mnie znak”...