Ania z AvonleaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,90  35,12 
Ania z Avonlea
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
29,90  21,83 
Szczegóły
Audio
Ania z Avonlea
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7. W poczuciu obowiązku

W ciepły, wrześniowy wieczór Ania siedziała przy stole, obłożona książkami i zeszytami swoich uczniów. Nie czytała jednak ani nie sprawdzała prac domowych, tylko myślała nad czymś intensywnie, wzdychając od czasu do czasu.

– Co się dzieje? − w drzwiach do kuchni pojawił się nieoczekiwanie Gilbert, który musiał usłyszeć westchnienie Ani.

– Nie, nie… nic takiego − dziewczyna zarumieniła się, nieporadnie wsuwając brulion pod stos zeszytów. − Próbuję właśnie − za radą profesora Hamiltona − uporządkować swoje myśli, spisując je na kartce, ale nie bardzo mi to wychodzi. Dopóki myślę, jest dobrze, ale kiedy widzę je, ubrane w słowa, wydają mi się puste i bezsensowne. Nie da się opisać marzeń, uwięzić roztańczonych wyobrażeń w sztywnym słowie czy zdaniu. Oczywiście, wciąż próbuję i nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się przelać je na papier. Tyle że nie bardzo mam kiedy to robić. Najpierw szkoła, potem przygotowywanie się do lekcji, poprawianie wypracowań i klasówek… Wieczorami jestem już tak zmęczona, że nie mam siły ani pisać, ani marzyć.

Gilbert przysiadł obok Ani.

– Ale efekty masz imponujące! Jesteś wspaniałą nauczycielką i dzieci za tobą przepadają.

– Niekoniecznie przepadają, a na pewno nie wszystkie. Taki na przykład Antoś Pye. Nie tylko mnie nie lubi, ale na każdym kroku okazuje, że ma mnie w nosie. Zachowuje się lekceważąco i sama nie wiem, czy bardziej mnie to drażni, czy martwi. Choć wiem przecież, że to nie jest złe dziecko, tylko bardzo rozpuszczone. Wiesz, on właściwie nie jest niezdyscyplinowany, tylko każde moje polecenie czy prośbę kwituje wzruszeniem ramion i pogardliwym uśmieszkiem. Jakby chciał mi dać do zrozumienia, że ma na ten temat swoje zdanie, ale nie uważa mnie za godnego siebie przeciwnika; szkoda mu energii na walkę ze mną, więc ustępuje mi pola − nie dlatego, że musi, tylko że mu się nie chce ze mną dyskutować. To naprawdę denerwujące, a poza tym źle wpływa na resztę dzieci. Próbowałam go do siebie przekonać na różne sposoby, ale bez skutku. Zaczynam myśleć, że to po prostu niemożliwe, a szkoda, bo myślę, że to bystry, choć zamknięty w sobie chłopak. Naprawdę mogłabym go polubić, gdyby tylko dał mi szansę.

– Myślę, że bardzo ukształtował go dom; to, co w nim widzi i słyszy.

– Trochę pewnie tak, ale nie do końca. Antek umie myśleć samodzielnie i jest niezależny w swoich opiniach. Zawsze uczyli go nauczyciele, mężczyźni, więc on nauczycielki traktuje z politowaniem. No nic… zobaczymy, co z tego wyniknie. Wierzę, że dobrocią i cierpliwością można zdziałać cuda. Zresztą znasz mnie, ja lubię wyzwania i uważam, że wychowywanie dzieci jest takim ciekawym wyzwaniem. Na szczęście jest w szkole Jaś Irving, a on rekompensuje mi wszystkie niepowodzenia. To kochane, mądre dziecko, a przy tym bardzo inteligentne i pracowite. Jestem przekonana, że kiedyś świat o nim usłyszy − ostatnie zdanie powiedziała z taką pewnością, że Gilbert się uśmiechnął.

– Ja też lubię uczyć − wyznał − a ostatnio odkryłem, że przy tej okazji sam się uczę. Szkołą w Białych Piaskach kieruję dopiero od paru tygodni, a miewam wrażenie, że nauczyłem się w tym czasie więcej, niż przez całe lata chodzenia do szkoły. Mam nadzieję, że tak jak w Nowych Mostach cenią Jankę, Białe Piaski są zadowolone z mojej pracy. Choć wiem, że nie wszyscy. Na przykład Andrzej Spencer… Wczoraj właśnie pani Blewett uznała za swój obowiązek donieść mi − tak to określiła − że panu Spencerowi nie podobają się moje metody wychowawcze…

– Zauważyłeś tę prawidłowość − przerwała mu Ania − że ilekroć ludzie „uznają za swój obowiązek”, że „muszą ci o czymś donieść”, to „coś” jest zawsze przykre albo kłopotliwe? Dlaczego ten sam „obowiązek” nie każe im „donosić” o sprawach przyjemnych ani przekazywać opinii dla ciebie pochlebnych? Do mnie wczoraj przyszła pani Donnell, bo „uznała za swój obowiązek donieść mi”, że pani Andrews nie podoba się, iż czytam dzieciom baśnie o czarodziejach i wróżkach, a ojciec Priscilli Rogerson ocenia jej postępy w matematyce za zbyt wolne. O tym, że jego córka czas w szkole poświęca przede wszystkim kokietowaniu chłopców, oczywiście nie wie, ja natomiast wiem, że na matematyce mała ściąga, aż furczy, od Janka Gillisa i że to on odrabia za nią lekcje. Wiem, choć nigdy go za rękę nie złapałam.

– A jak tam synek pani Donnell? Ten dwojga imion? Udało ci się go przekonać do tych arystokratycznych tytułów?

– Żebyś wiedział, choć nie była to łatwa sprawa. Najpierw, gdy mówiłam do niego: „Saint Clair”, nie reagował, nawet gdy nie odpuszczałam, a chłopcy trącali. Minę miał taką, jakbym mówiła do niego: „Karolu” albo „Janie” − skąd, u licha, miał wiedzieć, że to jego wołam? Wreszcie postanowiłam sprawę wyjaśnić i któregoś dnia poprosiłam, by został po lekcjach. A potem mu wytłumaczyłam, bardzo spokojnie i serdecznie, że jego mama chce, abym mówiła do niego „Saint Clair” i że ja muszę uszanować jej życzenie. To mądry chłopiec, więc przyjął to do wiadomości i zaakceptował fakt, że będę go tak nazywała, ale od razu zapowiedział, że jeśli powie tak do niego któryś z chłopaków, da mu kuksańca. Po ustaleniach, że będzie się wystrzegał takich łobuzerskich zachowań, sprawa się ułożyła: ja go nazywam Saint Clairem, a dzieciaki − Kubą. Wszyscy są zadowoleni albo… prawie wszyscy, bo teraz pani Donnell oczekuje ode mnie, że wykształcę go na nauczyciela uniwersyteckiego, najlepiej profesora, a on sam wyznał mi, że chciałby w przyszłości zostać stolarzem…

Przywołanie uniwersytetu sprawiło, że zmienili temat i zaczęli rozmawiać o swoich planach co do dalszej nauki − Gilbert nie ukrywał, że marzy o medycynie.

– To szczególny zawód − mówił w uniesieniu. − Wiesz, człowiek ma chyba w sobie taki instynkt walki, a przecież medycyna to nic innego jak walka: z chorobą, bólem, niewiedzą, zacofaniem. Chciałbym się do tej walki przyłączyć, może coś odkryć, dołożyć swoją małą cegiełkę do tej wielkiej budowli, wzniesionej przez poprzednie pokolenia. Nasi przodkowie zrobili dla nas tak dużo, że czuję się zobowiązany odwdzięczyć się im, zostawiając coś po sobie dla tych, którzy przyjdą po nas. To chyba jedyna droga, by jakoś spłacić ten dług, zaciągnięty wobec społeczeństwa.

– A ja chciałabym jakoś uszczęśliwić ludzi… – Ania patrzyła przez okno zamyślona. – Niekoniecznie ucząc ich, choć wiem, że to najskuteczniejszy sposób, by poprawić jakość życia. Chciałabym sprawić, żeby ludzie z moją pomocą poczuli się na świecie lepiej, przeżyli jakiś dobry moment; coś, co nie byłoby im dane, gdyby mnie tu nie było…

Gilbert nie odrywał od Ani oczu, w których malował się nieskrywany podziw.

– Myślę, że robisz to stale… − powiedział cicho. Nie miał wątpliwości, że Ania samą swoją obecnością dodawała światu uroku i optymizmu.

Zaczął się żegnać.

– Muszę jeszcze wstąpić do MacPhersonów. Moody Spurgeon zjeżdża na weekend do domu, a obiecał, że przywiezie mi książkę od profesora Boyda.

– A ja się biorę za przygotowanie kolacji. Zaraz wróci Maryla; wybrała się dziś do tej biednej Marii Keith.

Gdy Maryla weszła do domu, kolacja była już gotowa, w kominku płonął ogień, stół był ładnie nakryty, a w powietrzu rozchodził się smakowity zapach grzanek i pieczonej szynki.

– Jak się czujesz? Głowa cię boli? – dopytywała Ania troskliwie, kucnąwszy obok fotela, na który opadła Maryla.

– Nie, nie… W porządku, tylko jestem zmęczona i chyba przybita tą sytuacją tam, u Marii… Te jej dzieciaki… Jest z nią coraz gorzej; właściwie to chyba kwestia dni… No i nie wiadomo, co wtedy z tymi dziećmi…

– A jak ten ich wuj? Nie odezwał się do nich?

– Tak, napisał do Marii i zadeklarował, że może zabrać maluchy wiosną, kiedy już się ożeni i założy rodzinę. Wtedy będzie mógł się nimi zaopiekować, a na razie sugeruje, aby Maria oddała je gdzieś do sąsiadów. A to akurat nie wchodzi w grę, bo ona nigdy nie nawiązała tam, w Grafion, żadnych bliższych relacji. Krótko mówiąc, wydaje mi się, że ona oczekuje tego ode mnie: że j a wezmę jej dzieci. Nie mówi tego głośno, ale ja to czuję, widzę to w jej oczach.

– Marylo! – Ania klasnęła w ręce. – Przecież zrobisz to! Nie wyobrażam sobie, żebyś mogła postąpić inaczej.

– Nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji – odparła Maryla z rezerwą. – Wiesz, to nie jest prosta sprawa, a ja zwykle nie działam pochopnie, tak jak ty. Właściwie to moja daleka krewna, nie mam wobec niej szczególnych zobowiązań, a dzieci… Dzieci to ogromna odpowiedzialność, Aniu. W dodatku takie małe i jeszcze bliźniaki… − dla Maryli dzieci w wersji podwójnej oznaczały podwójny kłopot.

– A ja myślę, że bliźniaki są cudne… oczywiście, pod warunkiem że jest ich tylko jedna para. Dopiero gdy tych par jest więcej, zaczyna być trudno. Sądzę, że ich obecność byłaby dla ciebie pewnym urozmaiceniem, Marylo, gdy mnie tu nie ma.

– Urozmaiceniem?! − obruszyła się Maryla. − Raczej udręczeniem i harówką! Jeszcze żeby miały tyle lat co ty, gdy do nas przyjechałaś… może i spróbowałabym… Nie chodzi mi zresztą o Tolę; ona jest grzeczna i miła, ale ten mały łobuziak Tadzio… − Maryla westchnęła głęboko.

Ania, choć rozumiała obawy Maryli, była innego zdania. Lubiła dzieci, a do tych biednych maluchów Marii Keith miała wyraźną słabość. Poza tym doskonale pamiętała, co oznacza takie osierocenie we wczesnym dzieciństwie. Postanowiła wykorzystać rzetelność Maryli i jej wewnętrzne poczucie obowiązku.

– Jeśli jest tak, jak mówisz, Marylo, że Tadzio ma zadatki na łobuza, tym bardziej należy się nim zająć! A jeśli my tego nie zrobimy, to kto? Przecież nie wiemy, kto je weźmie i będzie wychowywał. Załóżmy, że zdecydują się na to ci ich sąsiedzi, Sprottowie. Podobno ten Henryk Sprott to człowiek pozbawiony wszelkich zasad, a jego dzieci to skończone kłamczuchy; tak przynajmniej mówi pani Linde. Wyobrażasz sobie, że ktoś taki miałby kształtować charaktery tych dzieci? Albo Wigginsowie… Pani Linde utrzymuje, że Wiggins zdążył już sprzedać z domu wszystko, co się dało, a swoją rodzinę karmi mlekiem, które podkrada cudzym krowom na pastwisku! I co ty na to? Mogłabyś spokojnie patrzeć, jak twoi krewni nie dojadają albo i cierpią głód, nawet jeśli są dla ciebie dziesiątą wodą po kisielu? Ja w każdym razie uważam, że my nie tylko możemy, ale wręcz powinnyśmy zaopiekować się tymi dziećmi.

 

Maryla pokiwała głową z wyrazem głębokiego zafrasowania na twarzy.

– Obawiam się, że masz rację − powiedziała bez entuzjazmu − Nie mam innego wyjścia, jak powiedzieć Marii, że wezmę dzieci do siebie. A ty się tak nie ciesz, Aniu, bo to oznacza wiele dodatkowych zajęć dla także ciebie. Przecież ja nie mogę już szyć, więc choćby sprawa ich ubrań, szycia, poprawiania, łatania, spadnie na twoją głowę. A ty, jeśli się nie mylę, za szyciem nie przepadasz.

– Nie znoszę − potwierdziła Ania spokojnie. − No cóż… Jeśli ty uważasz, że powinnaś przyjąć te dzieci pod swój dach, to ja gotowa jestem uznać, że powinnam dla nich szyć. Myślę, że dobrze jest od czasu do czasu zmusić się do zrobienia czegoś, za czym nie przepadamy. Byle nie za często…


8. Bliźnięta nadchodzą

Tego dnia Małgorzata Linde siedziała przy oknie z jakąś robótką, gdy widok, który zobaczyła, przypomniał jej tamtą scenę sprzed lat, kiedy ujrzała Mateusza Cuthberta, wiozącego do domu obcą dziewczynkę. Tylko pora roku była inna: wtedy zaczynała się wiosna, a teraz jesień miała się już ku końcowi. Nad bezlistnymi drzewami zachodziło ciemnopomarańczowe słońce, oblewając złotą łuną opustoszałe, wyschnięte pola. Na wzgórzu w oddali pojawiła się bryczka, którą ciągnął mały, gniady konik. Małgorzata poprawiła okulary i wpatrzyła się w ciemną drogę.

– Maryla wraca z pogrzebu − poinformowała męża, odpoczywającego na kanapie. Ostatnio zdarzało mu się coraz częściej polegiwać popołudniami, czego nigdy wcześniej nie robił, ale pani Małgorzata, tak uważnie śledząca wszystko, co się działo wokół niej, tego akurat swoim bystrym okiem nie zarejestrowała. − Chyba wiezie bliźniaki… Oczywiście, Tadzio cuduje, żeby złapać koński ogień, a ta biedaczka usiłuje powozić i utrzymywać go ławce jednocześnie. A Tola siedzi jak manekin, wystrojona i sztywna jakby kij połknęła. Oj, będzie ta nieszczęsna kobieta miała co robić tej zimy! Cóż, nie było innego wyjścia. Na szczęście, Ania jej w tym pomoże i zrobi to pewnie chętnie, bo widzę, jak się z tego cieszy. Trzeba przyznać, że ta dziewczyna ma podejście do dzieci. Kto by pomyślał?! Mam wrażenie, że to wczoraj Mateusz przywiózł Maryli Anię ze stacji, a cała wieś się śmiała, że stara panna bierze się ze wychowywanie dzieci. A dziś − proszę. I proszę, znowu wzięła dzieci; tym razem dwoje na raz! Jak to człowiek nigdy nie wie, co go jeszcze w życiu czeka.

Konik, trochę spasiony, kroczył niespiesznie, noga za nogą, przez stary mostek, a potem skręcił w stronę Zielonego Wzgórza. Teraz widać było, że Maryla jest zmęczona. Przejechali zaledwie dwadzieścia kilometrów, ale Tadzio od samego Grafton ani na chwilę nie usiadł spokojnie. Na nic zdały się prośby i upomnienia Maryli; chłopczyk nieustannie kręcił się na ławce, wstawał, przechylał się, zsuwał i podnosił, wchodził i schodził, a Maryli serce zamierało na myśl, że wypadnie na drogę, prosto od końskie kopyta. Kiedy będąc u kresu sił, obiecała mu, że gdy tylko dojadą do domu, ona osobiście sprawi mu takie lanie, że popamięta, on nagle wgramolił się jej na kolana, objął za szyję pulchnymi łapkami i słodką, lepką buzię przytulił do jej pomarszczonego policzka, składając na nim soczystego całusa.

– Nic a nic nie boję się lania − poinformował ją pogodnie − bo pani raczej nie umie bić dzieci. A jak pani była mała, to umiała pani usiedzieć bez ruchu?

– Z całą pewnością słuchałam starszych − Maryla starała się mówić poważnym tonem, choć łaskoczące pieszczoty Tadzia sprawiały, że nie udawało jej się nadać głosowi takiej surowości, jak próbowała. − I siedziałam spokojnie, gdy tego ode mnie oczekiwano.

– Eee, bo pani była dziewczynką, a one takie są. Jak Tola… − Tadzio uściskał ją jeszcze raz i wrócił na swoje miejsce. − Tola umie siedzieć na miejscu, choć takie siedzenie jest okropnie nudne! I bycie dziewczyną też jest nudne. Tolu, chcesz, żebym cię rozśmieszył?

To „rozśmieszanie” polegało na ciąganiu siostry za włosy. Toli to nie rozśmieszyło, tylko zabolało, więc rozpłakała się żałośnie.

– Tadziu, co ty wyprawiasz?! − zdenerwowała się Maryla. − Jedziemy z pogrzebu twojej mamy, a ty żarty sobie stroisz i się wygłupiasz. Wstyd!

Tadzio nie zmieszał się ani trochę.

– Ale mama chciała już umrzeć − oznajmił spokojnie. − Mówiła mi, że już za długo choruje. Zanim umarła, w nocy raz ze mną rozmawiała. I powiedziała mi wtedy o pani, że nas pani zabierze na zimę i jeszcze poprosiła, żebym był grzeczny. Więc ja jestem grzeczny, bo chyba nie jest się grzecznym tylko wtedy, gdy się siedzi cicho, prawda? Ja jestem grzecznym, podskakującym chłopcem. No i mama prosiła, żebym opiekował się Tolą i ja się nią opiekuję.

– Ciągnąc ją za włosy? − zdumiała się Maryla.

– Tak, ale tylko ja to robię, a nikomu innemu bym na to nie pozwolił − Tadzio zaprezentował groźną minę, która miała zniechęcić ewentualnych napastników. − Proszę się nie martwić; ona nie płacze, bo ją boli, tylko dlatego, że jest dziewczyną. One tak mają. Ja jestem chłopakiem i się z tego cieszę. Szkoda tylko, że jestem bliźniakiem, bo nie mogę do niej powiedzieć tak jak Kuba Sprott do swojej siostry: „Jestem starszy, więc musisz mnie słuchać”. I ona go słucha, a Tola mnie nie chce słuchać. Mogę powozić? Umiem, naprawdę! Jestem chłopakiem!

Maryla z nieskrywaną ulgą wjechała na podwórze. Czekała tam już na nich Ania, by pomóc w wypakowywaniu rzeczy. Tola pozwoliła się objąć i ucałować, ale uścisku nie odwzajemniła, za to Tadzio pocałował Anię serdecznie i od razu się przedstawił:

– Nazywam się Tadeusz Keith.

Podczas kolacji Tola zachowywała się grzecznie jak dobrze wychowana dziewczynka, natomiast Tadzio nie zawracał sobie głowy dobrymi manierami.

– Bardzo jestem głodny, więc nie mogę uważać, jak jem − skwitował upomnienia Maryli. − A Tola je ładnie, bo nie jest taka głodna jak ja. Ona w bryczce siedziała na miejscu, a ja się cały czas ruszałem. A to ciasto jest bardzo dobre… Lubię ciasto z rodzynkami! Mamusia od dawna nie piekła ciast, bo przecież była chora, a pani Sprott mówiła, że wystarczy, że piecze dla nas chleb. A pani Wiggins też nie dodaje rodzynków do ciasta. Mogę dostać jeszcze kawałek?

Maryla chciała odmówić, ale nie zdążyła, bo Ania już odkroiła sporą porcję i kładła ją na talerzu Tadzia, zachęcając go zarazem do tego, by podziękował. Chłopiec z uśmiechem wziął z jej rąk talerzyk, pochłonął całe ciasto trzema kęsami, a potem uśmiechając się przewrotnie, powiedział:

– Podziękuję za trzeci kawałek!

– O nie! Wystarczy! − zaprotestowała Maryla stanowczo. Ten ton, dobrze znany Ani, Tadzio też miał wkrótce poznać i przekonać się, że przemawiając nim, Maryla była nieugięta, a z jej decyzjami nie dawało się dyskutować.

Tadzio jednak też umiał być stanowczy. Szybko przechylił się przez stół i wyrwał ciasto z ręki Toli, która ledwo zdążyła nadgryźć swój kawałek. Buzia dziewczynki wygięła się podkówkę. Marylę ta bezwzględność małego łobuza, który cały swój łup natychmiast wpakował do ust, tak zaskoczyła, że nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Za to Ania zareagowała groźną miną.

– Tadziu! Dżentelmen tak się nie zachowuje!

Tadzio musiał najpierw przełknąć wpakowane do buzi w całości ciasto, ale gdy już mu się to udało, uśmiechnął się promiennie.

– Przecież wiem − stwierdził z rozbrajającą szczerością. − Ale ja nie jestem dżelmenem.

Ania była wstrząśnięta incydentem, ale starała się mówić spokojnie:

– Widzę. Jestem jednak pewna, że chciałbyś nim kiedyś zostać.

– Kiedyś tak. Jak będę duży. Tylko duzi mężczyźni są dżelmenami.

– Nic podobnego − tłumaczyła Ania. − Mali chłopcy też mogą zachowywać się jak dżentelmeni. Ale oni wtedy nie wyrywają dziewczynkom ciastek i nie ciągną ich za włosy. I mówią „dziękuję”.

– To oni muszą mieć bardzo nudne życie − orzekł Tadzio, wysłuchawszy dość spokojnie tej reprymendy. − Wolę poczekać, aż dorosnę. Wtedy zacznę być dżelmenem.

Maryla, zniechęcona, ukroiła nowy kawałek ciasta dla Toli. Czuła się okropnie. Miała za sobą ciężki dzień: najpierw pogrzeb, a potem ta męcząca podróż z dokazującym sześciolatkiem w bryczce. Nie była w stanie zmagać się dziś ze złymi nawykami Tadzia. Zdała sobie sprawę, że przyszłość wcale nie rysuje się różowo i patrzyła w nią z pesymizmem godnym Elizy Andrews.

Dzieci, choć podobne, były jednocześnie bardzo różne. Oboje mieli jasne włosy, ale długie pukle Toli spokojną falą spływały jej na plecy i ramiona, a małą główkę Tadzia spowijała aureola zawiniętych w pierścionki loczków. Ciemnobrązowe oczy siostrzyczki pełne były spokoju i łagodności, podczas gdy w zawadiackim spojrzeniu braciszka migotał jakiś płomyczek, znamionujący nieustanną gotowość do żartów i psot. Dalej też było inaczej. Tola miała nos mały i prosty, a Tadzio − też nieduży, ale zadarty. Buzia Toli była poważna i skupiona, a twarz Tadzia co i rusz rozjaśniała się uśmiechem. Tę naturalną wesołość pogłębiał jeszcze mały dołeczek w jednym policzku; sprawiał on, że gdy Tadzio się uśmiechał, wyraz jego twarzy stawał się cokolwiek figlarny, żeby nie powiedzieć: kpiący. Wyglądał tak, jakby bez przerwy był gotów do śmiechu i żartów.

– Niech już idą spać − zadecydowała Maryla, uznawszy, że będzie to najlepszy sposób, by usunąć Tadzia z pola widzenia. − Tolę położymy w moim pokoju, a Tadzio niech śpi w pokoiku na poddaszu. Nie boisz się spać sam? − zwróciła się do chłopca.

– Nie boję się, ale jeszcze nie chce mi się spać. Później pójdę do łóżka − ogłosił im swoje plany.

– Nic podobnego! − rozwiała jego nadzieje Maryla. − Pójdziesz teraz i to natychmiast − powiedziała to głosem tak stanowczym, że chłopczyk natychmiast pojął, że wszelki opór jest bezcelowy. Posłusznie pomaszerował za Anią po schodach na poddasze.

– Poczekam jeszcze trochę − uprzedził ją, gdy już leżał w łóżku − ale gdy tylko trochę podrosnę, jednej nocy wcale się nie położę do łóżka. Ani na chwilę. Zobaczymy, co się wtedy stanie.

Kiedy Maryla później przypominała sobie ten pierwszy tydzień dzieci na Zielonym Wzgórzu, przechodził ją dreszcz. Nie dlatego, że był gorszy od tych następnych, ale dlatego, że był pierwszy i wywrócił całe ich spokojne, uregulowane życie do góry nogami.

Choć później rzadko zdarzały się dni, kiedy Tadzio czegoś nie zmajstrował, to pierwszy numer wykręcił im jakoś tak trzeciego dnia po przyjeździe. Była niedziela, wyjątkowo ładna i słoneczna jak na wrzesień. Mieli pojechać na mszę. Maryla szykowała Tolę, a Anię poprosiła o oporządzenie Tadzia. Zaczęło się od mycia. Chłopczyk nie chciał słyszeć o umyciu buzi.

– Myłem się dużo razy ostatnio − tłumaczył Ani. − Wczoraj umyła mnie Maryla, a w dniu pogrzebu mamy pani Wiggins szorowała mnie w wannie. Mydłem! To wystarczy na co najmniej tydzień albo i dłużej. Po co się tak ciągle myć i myć? Ja się czuję lepiej, gdy jestem trochę brudny.

– Ale ty nie jesteś trochę brudny − polemizowała z nim Ania i chytrze dodała jeszcze jeden argument: − Jaś Irving, którego uczę, sam prosi o kąpiel. Codziennie!

W ciągu tych dwóch dni, które spędził na Zielonym Wzgórzu, Tadzio zdążył pokochać Anię głęboko i szczerze. Równie głęboko i szczerze nie cierpiał Jasia Irvinga, którego idealną postać Ania co i rusz przywoływała Tadziowi na wzór, chwaląc go pod niebiosa. Skoro więc Jaś mył się codziennie, Tadzio zdecydował, że będzie robił to samo, nawet jeśli miałoby to stanowić jakieś zagrożenie dla jego życia. Zgadzał się też na inne zabiegi, mające uczynić z niego porządnego, czystego chłopca.

Kiedy więc Ania wprowadziła do ławki Cuthbertów w kościele schludnego, ładnie ubranego chłopaczka, czuła niemal macierzyńską dumę. Tadzio początkowo zachowywał się bez zarzutu, bacznie lustrując siedzących w pobliskich ławkach chłopców w nadziei, że rozpozna, który nich to ów znienawidzony przez niego Jaś Irving. Dopóki trwało śpiewanie psalmów i czytanie Biblii, wszystko było jeszcze w porządku, ale gdy pastor Allan zaintonował modlitwę, stało się coś, co zburzyło panujący w świątyni spokój. W ławce przed Tadziem siedziała ośmioletnia Lorie White. Głowę miała lekko pochyloną do przodu, tak że widać było, jak spomiędzy dwóch jasnych warkoczy, z koronkowego kołnierzyka wychylała się tłuściutka, dziewczęca szyjka. Lorie siedziała bardzo grzecznie, bo tak zachowywała się w kościele zawsze, a dokładniej od momentu, gdy mama przyniosła ją tu po raz pierwszy jako paromiesięcznego niemowlaka. I wtedy Tadzio ostrożnie wsunął rękę do kieszeni, po czym wyjął z niej wielką, pokrytą włoskami gąsienicę. Maryla, która zauważyła ten podejrzany ruch, chciała go powstrzymać i złapała go za ramię, ale nie zdążyła: włochata gąsienica, podsunięta ręką Tadzia, spadła Lorie za sukienkę…

 

Ciszę w kościele rozdarł nagle przeraźliwy, histeryczny krzyk. Rozmodleni ludzie zamilkli, unieśli głowy znad książeczek do nabożeństwa i ze zdumieniem patrzyli na rzucającą się w ławce i krzyczącą wniebogłosy Lorie, która usiłowała pozbyć się intruza pełznącego jej po plecach.

– Mamo, mamusiuuu…! Ratuj mnie! Wyjmij mi ją, proszę − zawodziła dziewczynka, wczepiona w ramiona matki. − To on… ten łobuz wpuścił mi tam liszkę… Mamusiu…!

Pani White nie czekała na dalszy rozwój wypadków, tylko wstała z miejsca z miną niewróżącą nic dobrego i wyprowadziła wierzgającą i zanoszącą się płaczem córkę z kościoła. Płacz Lorie wkrótce umilkł, pastor dokończył modlitwę, ale wszyscy zebrani wciąż byli pod wrażeniem tego niesłychanego zdarzenia, które jako żywo nigdy wcześniej w kościele nie miało miejsca. Maryla tym bardziej nie mogła się skupić, a Ania, czerwona ze wstydu, nie wiedziała, gdzie oczy podziać. Gdy wrócili do domu, wysłała Tadzia do jego pokoju i zabroniła mu stamtąd wychodzić do wieczora. W związku z tą karą chłopiec nie dostał też obiadu; dopiero na kolację Maryla pozwoliła Ani zanieść mu na górę kromkę chleba i kubek mleka.

Kiedy siedziała przy nim, zmartwiona, patrząc, jak z apetytem pochłania skromny posiłek, nagle dotarło do niej, że malec nie jest wcale skruszony ani zakłopotany swoim wybrykiem. Wreszcie jednak poważne spojrzenie Ani i to, że się do niego nie odzywała, zwróciło uwagę Tadzia.

– Ten Jaś Irving by pewnie nie włożył dziewczynce liszki za kołnierz, co? − zapytał Tadzio po chwili.

– Na pewno nie zrobiłby nic równie niemądrego − odparła Ania smutno.

– No dobrze… Przepraszam. Nie powinienem był tego robić, ale nie mogłem się powstrzymać. Taka wielka, tłusta liszka! Ona chciała się tam schować. A ta dziewczynka tak śmiesznie krzyczała, no nie?

We wtorek po południu Ania postarała się jak najszybciej wrócić ze szkoły do domu. Pamiętała, że tego dnia na Zielonym Wzgórzu ma się odbyć zaplanowane spotkanie Koła Pomocy, w którym działała Maryla, uznała zatem, że jej pomoc przy dzieciach może być niezbędna. Kiedy dotarła na miejsce, zastała taką oto sytuację: Tola w swojej odświętnej sukience zabawiała w salonie gości Maryli, udzielając sensownych odpowiedzi, gdy ją o coś pytano, i milcząc grzecznie, gdy nie zwracano na nią uwagi. A Tadzio, brudny i szczęśliwy, bawił się w stercie piasku, usypanej na podwórzu.

– Wolałam, żeby szalał na podwórku, niż żeby wykręcił jakiś nowy numer w salonie. Wiesz, że on jest nieprzewidywalny, a tam może się tylko co najwyżej bardziej umorusać. Zawołam go, gdy goście już pójdą. Tola może usiąść z nami do podwieczorku, ale jego bałabym się posadzić wśród poważnych ludzi.

Toli nie było w salonie, gdy Ania tam zajrzała, by zaprosić uczestników zebrania na herbatę; podobno wybiegła przed chwilą, zawołana przez braciszka. W tej sytuacji Ania i Maryla uznały, że dzieci zjedzą później razem, i zajęły się gośćmi.

Podwieczorek trwał w najlepsze, gdy nagle do salonu wpadło jak torpeda coś na kształt nieboskiego stworzenia. Goście zaniemówili z wrażenia, podczas gdy Maryla i Ania zerwały się ze swoich miejsc, patrząc na dygocącą z zimna i przemoczoną do suchej nitki istotkę. Nie wierzyły własnym oczom: ta szlochająca histerycznie dziewczynka miała być ich Tolą?!

– Toleńko, co się stało?! − zawołała Ania, posławszy wcześniej spłoszone spojrzenie wyniosłej pani Bell, której dom uchodził za absolutnie perfekcyjny, więc z całą pewności nic podobnego nie mogłoby się w nim wydarzyć.

– Tadzio chciał, żebym weszła na płot przy zagrodzie dla prosiąt, ale ja się bałam, to on mnie wyśmiał i powiedział na mnie beksa-lala, więc ja się wdrapałam, ale jak już byłam na górze, to spadłam do środka i prosiaki zaczęły mnie dotykać, i pobrudziły mi całą sukienkę − chlipała Tola. − A on wtedy obiecał, że mi ją spłucze wodą i kazał mi stać pod pompą, ale nic się nie spłukało, a moje wstążki i buty są całkiem przemoczone… − przedstawiwszy wszystkie fakty po kolei, Tola sama wzruszyła się swoim nieszczęściem i zapłakała jeszcze żałośniej.

Maryla zabrała roztrzęsioną dziewczynkę na górę, żeby ją przebrać, a Ania została z gośćmi. Tadzio za karę pomaszerował znowu do swojego pokoju. Wieczorem zajrzała do niego Ania z zamiarem porozmawiania z nim o tym, co się stało. Wciąż jeszcze wierzyła w sens takich rozmów z dziećmi, choć co i rusz przekonywała się, że nie zawsze przynoszą one oczekiwany skutek. Usiadła obok niego na łóżku i powiedziała mu, że jest jej bardzo smutno z jego powodu.

– Mnie też jest teraz smutno − przyłączył się do jej zmartwienia Tadzio. − Ale nic nie poradzę na to, że smucę się zawsze potem, jak już coś zmajstruję. Chciałem, żeby Tola pobawiła się ze mną w piasku, a ona powiedziała, że nie chce, bo ma czystą sukienkę. Byłem zły na tę jej sukienkę. A jak myślisz, ten Jaś Irving namówiłby swoją siostrę, żeby wlazła na płot, jakby wiedział, że ona może z niego zlecieć?

– Myślę, że na pewno nie zrobiłby nic tak głupiego i nieprzyjemnego. Nawet by o tym nie pomyślał, bo Jaś jest naprawdę małym dżentelmenem.

Tadzio przymknął na chwilę oczy, popadając w głęboką zadumę, po czym otworzył je i wgramolił się Ani na kolana. Objął ją mocno za szyję i przytulił buzię do jej ramienia.

– A powiedz mi − wyszeptał − czy ty mnie kochasz choć trochę, skoro nie jestem taki grzeczny jak ten Jaś?

– Kocham cię, Tadziu − odpowiedziała Ania spontanicznie. − Myślę jednak, że gdybyś był choć troszeczkę grzeczniejszy, kochałabym cię dużo bardziej.

– To ja ci się do czegoś przyznam − szeptał dalej Tadzio z nosem schowanym pod pachą Ani. − Boję się ci to powiedzieć, żebyś się nie gniewała na mnie. Nie będziesz? I nie powiesz Maryli?

– To zależy, Tadziu. Muszę wiedzieć, co zrobiłeś. Ale jeśli mi obiecasz, że nigdy więcej tego zrobisz, nie powiem.

– Ja już nigdy tego nie zrobię, naprawdę! Zresztą drugiej takiej wielkiej już pewnie nie znajdę, bo one już poszły spać na zimę. Ta siedziała na schodach do piwnicy…

– Jaka ta ? − zaniepokoiła się Ania. − Co ty znowu wymyśliłeś?

– Tę ropuchę, co ją znalazłem, wsadziłem Maryli do łóżka. Idź lepiej i ją wyciągnij. Choć pewnie wesoło by było, gdyby tam została.

– O nie! Tadziu!!! − Ania wydobyła się z oplatających ją małych ramionek i pomknęła do pokoju Maryli.

Łóżko nie było posłane tak idealnie jak zawsze. Odgarnąwszy w pośpiechu narzutę i kołdrę, Ania zobaczyła siedzącą na poduszce wielką ropuchę.

– Boże! − wzdrygnęła się z odrazą. − Jak ja mam cię stąd wyrzucić?!

Pobiegła do kuchni po szufelkę i lotem błyskawicy wróciła do pokoju Maryli, która na szczęście była czymś zajęta w spiżarni. Zajęło jej trochę czasu i kosztowało mnóstwo nerwów, zanim wreszcie udało jej się wynieść nieszczęsne stworzenie na podwórko. Po drodze ropucha trzy razy próbowała wrócić do czystej, wykrochmalonej pościeli. Ania prawdziwą ulgę poczuła dopiero wtedy, gdy wypuściła stworzenie w sadzie. „Dzięki Ci, Panie, że ten urwis przyznał się do tego w porę” − myślała, wracając do domu. − „Gdyby Maryla spotkała się z żabą w łóżku, do końca życia umierałaby ze strachu przed pójściem spać! Oho, Diana daje mi znaki ze swojego okna. Bardzo dobrze! Muszę się trochę zrelaksować, bo jeden urwis − Antoś Pye − w szkole, a drugi, jeszcze lepszy, Tadzio Keith w domu − to za dużo na moje biedne, stargane nerwy”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?