Wymarzony dom AniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
E-book
18  12,60 
Szczegóły
Wymarzony dom Ani
Wymarzony dom Ani
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3. Kraina marzeń

Zrobiliście już listę gości? – zagadnęła pani Linde Anię pewnego wieczora, nie przerywając wyplatania szydełkiem misternej koronki, którą ozdabiała brzegi serwetki. – Chyba już pora, czasu zostało niewiele, a potem pochłoną was przygotowania do wesela.

– Nie chcemy tłumów gości – wyjaśniła Ania. – Zamierzamy zaprosić tylko najbliższych i grupkę przyjaciół: oprócz was, będzie rodzina Gilberta oraz państwo Allan i państwo Harrisonowie.

– Patrzcie no tylko! – prychnęła kpiąco Maryla. – Kto by uwierzył parę lat temu, że zaliczysz pana Harrisona do przyjaciół!

– Rzeczywiście, nasze pierwsze spotkanie było… – Ania, śmiejąc się, szukała odpowiedniego słowa – …dość burzliwe. No, ale potem było już dużo lepiej: ja zmądrzałam, a on popracował nad swoimi manierami. Natomiast pani Harrison jest cudna, kochana i poza wszelką konkurencją. Aha, i jeszcze, oczywiście, będzie panna Lawenda i Jaś.

– Czyżby mieli zjechać latem do Avonlea? Podobno wybierali się do Europy?

– Tak, wybierali się, ale zmienili plany z powodu naszego ślubu. Jaś do mnie dziś napisał, że Europa musi poczekać, bo on na naszym ślubie musi być i kropka.

– W rzeczy samej, ten mały zawsze był w ciebie wpatrzony jak w obrazek – pokiwała głową pani Linde.

– Ten mały ma dziś dziewiętnaście lat i jest młodym mężczyzną, pani Małgorzato!

– Dziewiętnaście! Nie do wiary, jak te lata szybko umykają – zauważyła odkrywczo zajęta robótką pani Linde.

– Będzie z nimi Karolina Czwarta. Obiecała mi, że przyjedzie, o ile mąż jej na to pozwoli. Bardzo jestem ciekawa, jak teraz wygląda. Czy nadal zawiązuje sobie we włosach te ogromniaste kokardy? I czy mówią do niej „Karolino” czy „Eleonoro”? W każdym razie zjadą pewnie do Domku Ech w przyszłym tygodniu. Następnie będzie Iza ze swoim mężem, wielebnym Jo.

– Kto to widział, tak niefrasobliwie się wyrażać o człowieku, który pełni posługę bożą! – zgorszyła się pani Małgorzata.

– To nie ja, to jego własna żona tak o nim mówi – chichotała Ania.

– Karygodny brak poważania dla kapłańskiej misji! – zawyrokowała pani Linde surowo.

– I kto to mówi! – kpiła z niej Ania. – Czy to nie pani wyrażała zawsze swoje jednoznacznie negatywne opinie o niektórych pastorach?

– Owszem – przyznała z godnością pani Małgorzata. – Bywam wobec nich krytyczna, gdy na to zasługują, ale robię to ze stosowną powagą. Do głowy by mi nie przyszło, żeby mówić o nich, używając jakiś… przezwisk.

Ania przywołała na twarz wyraz „stosownej powagi”.

– Poza tym będą Diana i Fred z Anią Kordelią, i Janka Andrews. Ucieszyłabym się bardzo, gdyby była też panna Stacy i przyjechały Stella, Priscilla i ciotka Jakubina, ale Priscilla pojechała do Japonii, Stella podbija Vancouver, a ciotuchna eksploruje Indie, dokąd pojechała skontrolować działalność swojej nieposkromionej córki. A panna Stacy, jak wiecie, wyszła za mąż i osiadła w Kalifornii. To okropne, jak nasi przyjaciele rozpierzchli się po całym świecie.

– Skaranie boskie z tymi waszymi wędrówkami – mruknęła pani Linde. – Nie wydaje mi się, żeby to było po myśli Pana Boga. Kiedyś to było jakoś lepiej, mądrzej poukładane: człowiek rodził się, dorastał, żenił, żył i umierał w tym samym miejscu albo całkiem niedaleko. Dobrze, że chociaż ciebie, Aniu, gdzieś nie nosi. Bałam się, że jak Gilbert skończy te swoje studia, to będzie chciał się stąd wyrwać i ciebie ze sobą zabierze – przyznała płaczliwie.

– Z drugiej strony, gdybyśmy wszyscy zapuszczali korzenie tam, gdzie się urodziliśmy, to by się szybko zrobiło tam tłoczno i nie byłoby miejsca dla tych, którzy urodzą się po nas – zauważyła Ania.

– Nie będę cię przekonywała do swoich racji – skapitulowała pani Linde. – Ja na szczęście nie jestem wojującą działaczką Koła Zakochanych w Avonlea czy jak tam się nazwaliście. Na którą godzinę zaplanowaliście wasz ślub? – wolała przenieść się w bezpieczniejsze dla niej rejony.

– Na dwunastą, to znaczy w samo południe. Dzięki temu powinniśmy zdążyć na ostatni pociąg do Glen St. Mary.

– I gdzie odbędzie się ceremonia? W naszym salonie?

– Uchowaj Boże! No, chyba że będzie padało. Chcemy, żeby uroczystość odbyła się w ogrodzie, wśród zieleni i kwiatów. A w ogóle, gdyby to ode mnie zależało, to chciałabym, żeby nasz ślub odbył się w czerwcu, o wschodzie słońca. Spotkalibyśmy się w ogrodzie, nazrywalibyśmy rosnących tam róż i poszlibyśmy oboje – i tylko we dwoje! – do lasu, by tam, pod koronami starych buków, piękniejszych od najokazalszych katedr, ślubować sobie miłość aż do śmierci…

Maryla posłała Ani zgorszone spojrzenie, za to pani Linde aż zaniemówiła na chwilę ze zgrozy.

– W istocie, byłaby to niezwykle… hmm… teatralna uroczystość – powiedziała, gdy wreszcie udało jej się odzyskać głos. – Choć nie jestem pewna, czy państwo w ogóle uznaje takie… hmm… śluby. Najgorsze jednak, co by o tym powiedziała pani Andrews? – wizja reakcji sąsiadki zdawała się naprawdę ją przytłaczać.

– No i tu mamy sedno naszych problemów: boimy się, jak na nasze decyzje i działania zareaguje pani Andrews. Nie wiem, czy to bardziej smutne, czy śmieszne, ale jak sobie pomyślę, ile fantastycznych rzeczy się nie wydarzyło i nigdy nie wydarzy, bo mogłyby się one nie spodobać pani Andrews, to ogarnia mnie coś na kształt desperacji.

Pani Linde pogubiła się w wywodzie Ani.

– Obawiam się, że nie do końca rozumiem, co masz na myśli – powiedziała oględnie.

Z pomocą Ani pospieszyła Maryla.

– Dajże spokój, Małgorzato. Przecież znasz tej jej romantyczne uniesienia.

– Znam, znam… − pokiwała głową pani Linde. − I mam wielką nadzieję, że po ślubie wywietrzeją jej one z głowy

Ania uśmiechnęła się wyrozumiale i pożegnawszy obie panie, pobiegła przez ogród w stronę lasu. Tam czekał na nią Gilbert, a co do niego była pewna, że on nie liczy bynajmniej na tego rodzaju „ozdrowieńczy” wpływ małżeństwa na romantyczną naturę swojej narzeczonej.

*

Przyjaciele Ani i Gilberta z Domku Ech pojawili się w Avonlea w poniedziałek i od razu odwiedzili Zielone Wzgórze. Choć od ich ostatniej wizyty minęły już trzy lata, panna Lawenda zupełnie się nie zmieniła, za to Jasio – i owszem. Ania była zdumiona, że tak krótki czas wystarczył, by mały, słodki chłopczyk zmienił się w nieopierzonego nastolatka, a ten, po chwili, przeobraził się w wysokiego, młodego mężczyznę, któremu zaczął sypać się wąs.

– Boże, jaki ty jesteś ogromny! – jęknęła, zadzierając głową, by popatrzeć na swojego dawnego wychowanka. – Jak tak stoję przy tobie, czuję się po prostu stara.

– Spokojnie, pani nigdy się nie zestarzeje – śmiał się Jaś. – Należy pani do tego nielicznego grona wybrańców, którym dane było posmakować wody ze źródła wiecznej młodości. Wy obie: pani i mama Lawenda. I to, że wyjdzie pani za mąż, nic w tej sprawie nie zmieni. Nawet jako pani Blythe pozostanie pani dla mnie moją ulubioną nauczycielką. Mam dla pani taki… drobiazg.

Ów „drobiazg” okazał się najprawdziwszym tomikiem poezji, zawierającym wiersze Jasia. Ania przeczytała je z prawdziwą przyjemnością, znajdując w tych strofach zapowiedź wielce obiecującego talentu.

– Jestem pewna, że jeszcze będzie o tobie głośno, Jasiu! – komplementowała go. – Zawsze w głębi duszy liczyłam, że przynajmniej jeden z moich uczniów zajdzie daleko i wysoko; zakładałam, że może to być na przykład profesor uniwersytetu, jakiś dziekan albo rektor. Dziś myślę, że poeta bardziej mnie satysfakcjonuje. Będę się chwaliła, że wpisywałam uwagi do dzienniczka temu sławnemu poecie, Janowi Irvingowi. Zaraz, zaraz… ja ci chyba nie wpisałam ani jednej uwagi! Co za strata! Niepowetowana! Za to pamiętam, że raz wysłałam cię do kąta.

– I tak nie mam szans z pani talentem – stwierdził markotnie Jaś. – Czytałem kilka pani opowiadań w różnych magazynach. To panią czeka sława, pani Aniu!

– Nie, Jasiu – Ania nagle spoważniała. – Ja uprawiam literaturę łatwą i miłą, pisuję proste opowiadania, adresowane do dzieci i młodzieży. Robię to po części dla tych honorariów, bo to zawsze mile widziany, dodatkowy dochód. Nic wielkiego ani ważnego. Przetrwam w pamięci potomnych jedynie jako ktoś, kto przemknie – ewentualnie − przez karty twoich pamiętników.

Karolina Czwarta rozstała się z kokardami, ale nie z piegami. Nadal miała ich na nosie mnóstwo.

– Kto by pomyślał, że będę miała okazję uczestniczyć w ślubie jankeskim – podzieliła się z Anią swoim ciągłym niedowierzaniem. – Jak to nigdy nie wolno się zarzekać! Nikt z nas nie, co go w życiu spotka i kto stanie na jego drodze.

– Powiem ci więcej, Karolino droga: wychodząc za mąż za Jankesa, sama stałaś się Jankeską.

– O, co to, to nie! – obruszyła się Karolina. – Choćbym co roku nowego Jankesa poślubiała, Jankeską się na pewno nie stanę. A poza tym… ten mój Tomasz to porządny, miły człowiek. Podeszłam do tego rozumowo: nie kręć nosem, powiedziałam sama sobie, bo nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle zjawi się ktoś inny. No i miałam rację. Tomasz nie szuka zwady bez powodu, nie zagląda do kieliszka; za dużo ma na głowie, a człowiek z niego bardzo pracowity. Ja to wiem i doceniam, a ja, panno Aniu, znam się na ludziach.

– Mówi do ciebie: „Eleonoro”? – Ania nie mogła sobie darować tego pytania.

– A gdzież tam! Jakby mnie tak nazwał, pewnie bym nawet nie zauważyła, że to do mnie. Jak braliśmy ślub, to on, oczywiście, powiedział: „Biorę sobie ciebie, Eleonoro”, ale powiem pani w zaufaniu, panno Aniu, że wcale mi się to nie podobało. Bo to tak dziwnie obco zabrzmiało, że ja wcale nie byłam przekonana, czy on się aby na pewno właśnie ze mną ożenił. Ale dość już o mnie. Teraz pani wychodzi za mąż. Ja to zawsze myślałam, że dobrze jest mieć za męża doktora. Jak dzieci chorują na przykład. Mój Tomasz jest wprawdzie murarzem, a nie doktorem, ale to bardzo poczciwy człowiek. Jak ja się zapytałam, czy mogę tu przyjechać, znaczy na to pani wesele, to mu od razu powiedziałam, że tak go pytam z grzeczności. Bo tak czy inaczej, i tak pojadę, choć byłoby mi milej jechać, wiedząc, że to za jego zgodą. A on, ten dobry człowiek, mówi do mnie: „Zrób jak uważasz, Karolinko droga. Jak tobie to odpowiada, to i ja jestem za tym”. I co pani powie, panno Aniu? Skarb, a nie mąż, prawda?

 

W przeddzień ślubu na Zielone Wzgórze dotarła Iza ze swoim wielebnym Jo. Dziewczęta padły sobie w ramiona, jakby się sto lat nie widziały, a potem schowały się na trochę w jakimś ustronnym kącie, żeby się sobie pozwierzać.

– Księżniczko Aniu, jesteś równie piękna jak zawsze – zachwycała się Iza. – Nie to co ja, ale ja schudłam okropnie po urodzeniu dzieciaków. Zostały mi ledwie ślady po dawnej urodzie, ale mój wielebny Jo twierdzi, że jest dokładnie odwrotnie i że dopiero teraz podobam mu się naprawdę. Dobrze robisz, że wychodzisz za Gilberta; on pasuje do ciebie o wiele bardziej niż Robert Gardner, ale musiało upłynąć trochę czasu, żebym to zrozumiała. Wtedy, pamiętam, byłam na ciebie wściekła, że zerwałaś z Robertem.

– Jak słyszałam, szybko uleczył swoje złamane serce – prychnęła Ania.

– Żebyś wiedziała! Ożenił się niedługo potem, zresztą z przemiłą dziewczyną, i mam wrażenie, że są bardzo udaną parą. Tak że wszystko ułożyło się jak należy, jak to ładnie ujmuje Biblia i mój wielebny Jo, a to są moje dwa największe autorytety.

– A co z Alkiem i Alonsem? Ożenili się?

– Alek i owszem, a Alonso ciągle jeszcze nie. Jak tak z tobą rozmawiam, wracają do mnie tamte stare czasy. Boże, jak nam wtedy było wesoło, pamiętasz?

– Oczywiście! Zachodzisz tam czasami, do Ustronia Patty?

– No pewnie! Nic się tam zmieniło, a panna Patty i panna Maria jak zaczarowane siedzą w swoich fotelach przy kominku i tworzą jakieś niesamowite rękodzieła. Żebym nie zapomniała… przywiozłam ci prezent ślubny od nich. Zgadnij, jaki?

– Pojęcia nie mam! A skąd one wiedzą o moim ślubie?

– Ode mnie, rzecz jasna! Byłam u nich w zeszłym tygodniu i powiedziałam, że się do ciebie wybieramy i dlaczego. A przedwczoraj, wyobraź sobie, panna Patty zawiadomiła mnie, że na mnie czekają i że mają ważną sprawę. Okazało się, że postanowiły zrobić wam prezent. No! Jak myślisz? Co to może być? O czym od wyjazdu z Ustronia Patty marzyłaś po nocach i nawet ci do głowy nie przyszło, że twój sen się ziści?

– Nie!!! Nie mówi mi, proszę, że ona… że one podarowały mi swoje porcelanowe psy…?

– Bingo! Chodź do mojego kufra; tam je schowałam. I jeszcze list mam dla ciebie… czekaj… czekaj… gdzie to ja go włożyłam…?

List się znalazł i Ania mogła w nim przeczytać:

Droga panno Shirley!

Dowiedziałyśmy się obie z Marią o Pani zamiarze wstąpienia w związek małżeński. Bardzo się cieszymy i przesyłamy Pani z serca płynące życzenia. Choć my obie – jak Pani wie – tego kroku nie uczyniłyśmy, ale jesteśmy jak najbardziej za tym, by inni to robili. W charakterze podarunku przesyłamy Pani nasze pieski z chińskiej porcelany. I tak były dla Pani przeznaczone, bo zauważyłyśmy, że bardzo się one Pani spodobały. Chciałam je Pani zapisać w testamencie, ale ponieważ nie wybieram się w najbliższym czasie na tamten świat, uznałam, że powinna Pani zacząć się nimi cieszyć już teraz, póki wiek nie pozbawi Pani tej umiejętności.

Proszę łaskawie pamiętać, że Gog patrzy w prawo, a Magog – w lewo.

Ania złożyła list i popatrzyła na Izę. Oczy jej się śmiały.

– Widzisz to? Ten widok? Mój wymarzony dom, mój wymarzony salon i moje wymarzone, porcelanowe psy, leżące przy moim wymarzonym kominku. Całe życie marzyłam o takim prezencie!

Tego dnia stary dom zdawał się nie pamiętać, że zrobiło się późno. Wciąż jeszcze trzeba było przygotować mnóstwo rzeczy przed jutrzejszą uroczystością. Kiedy się ściemniło na dobre, Ania po cichu wymknęła się do ogrodu, nazrywała tam kwiatów i sama poszła tam, gdzie koniecznie chciała być sama. Musiała przecież opowiedzieć Mateuszowi o tym, co się niebawem wydarzy.

Stary, pusty o tej porze, pogrążający się w mroku cmentarz wywołał w niej lawinę wspomnień.

– Ja wiem, że ty byłbyś szczęśliwy, Mateuszu, gdybyś mógł razem ze mną cieszyć się jutrzejszym dniem – szepnęła, kucając obok grobu, na którym ustawiła świeże kwiaty. – Wierzę, że tam, gdzie teraz jesteś, też jesteś szczęśliwy. I że jutro będziesz tam blisko mnie, bo przecież nie umieramy dopóty, dopóki żyjemy w pamięci naszych bliskich. A ty żyjesz w mojej i nie możesz być jutro nigdzie indziej, jak tylko ze mną.

Potem wyszła z cmentarza i ruszyła drogą biegnącą przez wieś. Było pusto, cicho i pięknie… A ona, jak nigdy dotąd, poczuła, że jest tu u siebie, na właściwym miejscu.

– Wiedziałem, że cię tu spotkam, bo historia lubi się powtarzać – powiedział Gilbert, podchodząc do furtki dokładnie w chwili, gdy Ania mijała dom Blythe’ów. – Pamiętasz, jak spotkaliśmy się tu, w tym miejscu, zupełnie przypadkowo?

– Oczywiście, że pamiętam – uśmiechnęła się, wzruszona. – Ja wtedy też wracałam od Mateusza, a ty dokądś się wybierałeś… Spotkaliśmy się tu, przy waszej furtce, i ja wtedy, przełamując straszny opór w sobie, coś do ciebie pierwsza powiedziałam…

– A ja poczułem, jakby rozchyliły się przede mną bramy raju i zaśpiewały anielskie chóry – wszedł jej w słowo Gilbert. – Kiedy tamtego wieczora odprowadziłem cię do domu i wracałem do siebie, miałem wrażenie, że unoszę się nad ziemią. Uwierzyłem, że naprawdę wybaczyłaś mi tamten głupi wyskok i byłem… najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

– To raczej ty mogłeś mi wtedy więcej wybaczyć. Byłam okropną, przewrażliwioną na swoim punkcie, egzaltowaną pannicą, która nic nie rozumiała i nikogo nie chciała słuchać. Pielęgnowałam w sobie złość na ciebie i nawet gdy mnie wyciągnąłeś z tego nieszczęsnego stawu, byłam przede wszystkim wściekła, że w ten sposób zobowiązałeś mnie do jakiejś wdzięczności, a ja nie chciałam niczego ci zawdzięczać. Czasami myślę, że los naprawdę dobrze się ze mną obszedł jak na moje „starania” – śmiała się, uszczęśliwiona, a Gilbert jej zawtórował, tuląc w dłoniach jej szczupłą rękę, na której palcu połyskiwał skromny pierścionek: malutka obrączka z drobnych perełek. To był pierścionek zaręczynowy od niego, bo Ania nie chciała nosić innych, droższych kamieni.

– Od kiedy przekonałam się, że rubiny nie są wcale tak purpurowe, jak sobie to kiedyś jako dziecko wyobrażałam, moja miłość do nich ulotniła się bezpowrotnie – mówiła Ania. – Nie potrzebuję drogich kamieni, bo przypominają mi starą prawdę, że one nigdy nie są aż tak piękne, jak nam się wydaje.

– Mówi się, że perły to zapowiedź łez… – uprzedzał ją Gilbert.

– Wiesz, że ja się łez nie boję. Bywa przecież, że płaczemy z radości, szczęścia albo wzruszenia. Wszystkim szczególnym chwilom mojego życia towarzyszyły łzy: wtedy, gdy Maryla powiedziała, że mogę z nimi zostać na Zielonym Wzgórzu, gdy dostałam od Matusza swoją pierwszą, piękną sukienkę… I wtedy, gdy dowiedziałam się, że pokonałeś tyfus, że wyzdrowiejesz… Sam widzisz, że nie mam innego wyjścia, jak nosić tę twoją obrączkę z perełek. Z resztą jakoś sobie poradzę.

Mimo tych rozmów o łzach i smutkach, tego wieczora byli jednak oboje bardzo szczęśliwi. To jutro był ten ważny dzień, kiedy powiedzą sobie „tak”. A dalej? Dalej był już ich wymarzony dom, który czekał na nich cierpliwie nieopodal Przystani Czterech Wiatrów.


4. Panna młoda na Zielonym Wzgórzu

Rankiem w dniu ślubu obudziły Anię promienie słońca, przesiewane przez poruszane łagodnym wiatrem firanki w oknie jej pokoju. Wrześniowy dzień zapowiadał się pięknie i uprzytomniła to sobie, zanim jeszcze zaczęła się, wyspana i zadowolona, przeciągać w łóżku.

Wróciły do niej wspomnienia: jej pierwszy poranek na Zielonym Wzgórzu. Był maj, słońce muskało buzię dopiero co obudzonej dziewczynki, a zza okna wlewał się do pokoju oszałamiający zapach kwiatów starej wiśni, którą Ani potem nazwała Królową Śniegu. Choć wtedy nie było to wcale radosne przebudzenie, a zaspana buzia małej Ani nosiła jeszcze ślady zaschniętych łez, bo wieczorem dowiedziała się od Maryli, że znalazła się na Zielonym Wzgórzu przez pomyłkę. Ileż potem jednak spędziła na tym poddaszu szczęśliwych chwil, ile marzeń i dziewczęcych tajemnic poznały ściany tego pokoju! Z jaką radością wracała tu z każdego wyjazdu, jak lubiła spędzać w nim każdą wolną chwilę. To przy tym oknie modliła się późno w nocy, gdy Gilbert omal nie umarł na tyfus, i marzyła, nie mogąc zasnąć, gdy jakiś czas potem poprosił, by została jego żoną. Przeżyła w tym malutkim pokoiku wiele chwil dobrych i trudnych, a teraz nagle dotarło do niej, że przyszła pora, by się z nim pożegnać. Od jutra miał przejść we władanie piętnastoletniej Toli. Ania pomyślała, że to właściwa kolejność: opuści go jedna, dorosła już kobieta, by mogła w nim zamieszkać następna, która wypełni go swoimi ciuszkami, drobiazgami i dziewczyńskimi tęsknotami.

Na dole już panował ruch, było gwarnie i wesoło. Przyjechała Diana z Anią Kordelią i malutkim Fredem. Z lekkim ociąganiem oddała dzieci pod opiekę Toli i Tadzia, sama gotowa do pomocy w kuchni. Maryla, widząc niepokój młodej mamy, uspokoiła ją:

– Komu jak komu, ale naszej Toli możesz swoje maluchy powierzyć bez obaw. Niejedna matka mogłaby się od niej uczyć, jak się opiekować małymi dziećmi. Nie mam pojęcia, kto ją tego nauczył; raczej nie ja, jeśli wziąć pod uwagę moje porażki podczas wychowywania tej tu oto obecnej roztrzepanej panny – przerwała na chwilę siekanie jabłek do sałatki z kurczaka i nożem wskazała na Anię. Czułość, z jaką mówiła o tej „roztrzepanej pannie”, nie pozostawiała wątpliwości, jak bardzo jest przywiązana do Ani.

Pani Małgorzata odczekała, aż Tola i Tadzio zniknęli z dzieciakami w ogrodzie, i dopiero wtedy zdobyła się na pochwałę.

– Rzeczywiście, muszę przyznać, że to miłe i dobre dzieciaki. Tola jest tak na wskroś dziewczyńska, chętna do pomocy, a i Tadzio bardzo ostatnio sporządniał. Już się człowiek nie musi przez cały czas zastanawiać, co tym razem nowego zmaluje.

– Co ja przeżyłam przez pierwsze pół roku, gdy je tu przywiozłam, to tylko ja wiem – pokiwała głową Maryla. – Potem jakoś przywykłam do tych jego nieustannych psot. Czego on nie potrafił wymyślić! Ale ostatnio widzę, że coraz bardziej interesuje go praca na farmie; widać, że ma do tego smykałkę, a niedawno zapytał mnie, czy miałabym coś przeciwko temu, żeby w przyszłym roku sam poprowadził gospodarstwo. Pewnie się zgodzę, bo pan Barry wspominał ostatnio, że trudno mu już pracować u siebie i jeszcze dzierżawić naszą ziemię, więc trzeba będzie pomyśleć, żeby to wszystko na nowo poustawiać.

Diana zawiązała fartuch, by chronić swoją odświętną sukienkę.

– Ależ masz piękny dzień na swój ślub – uśmiechnęła się do Ani. – Ładniejszego nie mogłabyś sobie zamówić nawet w katalogu Eatona[3].

Ta niewinna uwaga sprowokowała panią Linde do kąśliwej uwagi:

– A ja uważam, że ten cały Eaton tylko wysysa pieniądze z naszej Wyspy – powiedziała z głęboką dezaprobatą. Nigdy nie kryła swojej niechęci do wszelkich tego typu „wynalazków”, a katalogi były dla niej czymś w rodzaju drapieżnych ośmiornic, starających się swoimi lepkimi mackami wyciągać ostatni grosz od ludzi, których na takie ekstrawagancje wcale nie było stać. – Najgorzej, że wszystkie te panny z pretensjami nic innego nie robią, tylko siedzą z nosem w tych katalogach i myślą, co by się im jeszcze przydało. Ale na poczytanie Biblii to czasu nie mają!

– Za to świetnie się nadają do tego, żeby zająć nimi małe dzieci – wystąpiła w obronie katalogów Diana. – Ania i Fred mogą je oglądać przez pół dnia i wcale się nie nudzą.

– Ja potrafiłam zająć swoje dzieci bez żadnych tam katalogów – żachnęła się pani Małgorzata. – A miałam ich, chwała Bogu, sześcioro.

– Dajcie już spokój! – zawołała pojednawczo Ania. – Nie zamierzacie chyba kłócić się z powodu jakiegoś katalogu akurat dzisiaj?! Bo dziś jest mój ślub i ja jestem bardzo szczęśliwa. Czy to dziwne, że chciałabym, żebyście wy wszyscy też byli szczęśliwi?

– Jeśli o mnie chodzi, to ja jestem przekonana, że będziesz szczęśliwa, Aniu – odezwała się wzruszona pani Linde, trochę wbrew sobie, bo jako osoba dość przesądna, uważała, że takie hałaśliwe deklaracje mogą niepotrzebnie sprowokować Opatrzność, która zechce „szczęściarzowi” udzielić lekcji pokory. Niepokoiła ją trochę spontaniczna radość Ani i starała się cokolwiek okiełznać, co nie było łatwe, bo Ania, na przekór tym przesądom i obawom, była naprawdę szczęśliwa.

 

I nikt z zebranych nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, gdy tak patrzyli, jak schodziła powoli po skrzypiących schodach starego domu na Zielonym Wzgórzu, smukła i piękna, otulona delikatną mgiełką welonu, ściskając w dłoniach bukiecik róż. Pierwsza panna młoda w tych progach. Czekający na nią u stóp schodów Gilbert wpatrywał się w nią jak zaczarowany. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że ona schodzi do niego, wolniutko i niepewnie, jakby wciąż się wahała, czy dobrze zrobiła, przyjmując jego oświadczyny. I gdy ta jego wymarzona, nieuchwytna, tak długo zdobywana Ania szła do niego po tych schodach, on nagle poczuł niepokój. Czy na pewno zasługuje na tę mądrą, wrażliwą, piękną dziewczynę? Czy będzie w stanie dać jej to wszystko, czego była warta? A jeśli nie? Jeśli zawiedzie jej oczekiwania, okaże się nie taki, jakim ona chciałaby go widzieć? I wtedy zobaczył, że Ania wyciągnęła do niego obie ręce, a on zajrzał jej głęboko w oczy i nagle całe to irracjonalne zwątpienie, ten lęk i poczucie winy zniknęły, jakby ktoś je zdmuchnął. Oboje czuli i wiedzieli, że byli sobie pisani i nic, także to, co się może zdarzyć w przyszłości, nie jest w stanie tego zmienić. Dopóki byli razem, żadne czające się za węgłem przeciwności nie wydawały się im groźne na tyle, by się nimi teraz zajmować.

Przysięgę małżeńską złożyli w ogrodzie, zalanym światłem wrześniowego słońca, ciepłym i miękkim, w obecności ludzi, którzy ich kochali i dobrze im życzyli. Ślubu udzielił im pastor Allan, a wielebny Jo wygłosił zaraz potem przemowę ślubną, którą pani Linde uznała za najbardziej wzruszającą spośród wszystkich, jakich dane jej było wysłuchać, a wysłuchała ich niemało. I choć to był już wrzesień, a we wrześniu już ptaki raczej nie śpiewają, im jeden zaśpiewał, łamiąc tradycje i procedury Matki Natury.

Wsłuchiwali się wszyscy, zaskoczeni, w ten niesubordynowany, ptasi trel, który Jaś uwiecznił potem w pięknym wierszu, uznanym za jeden z najlepszych w jego pierwszym tomiku poezji. A Karolina Czwarta z powagą, a nawet nabożeństwem ogłosiła, że taki ptasi śpiew na ślubie to dobry znak i zapowiedź wszelkiej pomyślności w życiu młodej pary.

Bardzo było tego dnia radośnie i wesoło na Zielonym Wzgórzu. Stary dom nie pamiętał tylu gości naraz, tylu dobrych myśli, życzeń, obietnic, śmiechów i przekomarzań. Wszyscy bawili się wyśmienicie, wspominając różne zdarzenia z przeszłości i opowiadając sobie dowcipy, które – choć były stare jak świat, a może nawet jeszcze starsze – bawiły ich do łez. Gdy wreszcie Ania i Gilbert zaczęli szykować się do wyjazdu na stację, by tam złapać pociąg do Carmody, całe towarzystwo zebrało się przed gankiem. Przewodzili mu Tola i Tadzio, zaopatrzeni w niezbędne w takiej chwili akcesoria, to znaczy woreczki z ryżem i stare, znoszone buty. W rzucaniu tym ostatnimi za oddalającą się młodą parą wzięli czynny udział pan Harrisom i Karolina Czwarta, zanosząc się niepohamowanym śmiechem.

Gdy goście weszli do domu, przy furtce została tylko Maryla. Długo patrzyła za oddalającą się bryczką, którą Ania odjeżdżała z domu i ze swojego dotychczasowego życia. Zanim powóz zniknął za zakrętem, Maryla zdążyła jeszcze zauważyć, że Ania macha jej ręką na pożegnanie. A potem odjechała i dom na Zielonym Wzgórzu przestał już być jej domem, tym najważniejszym miejscem na świecie. Będzie tu wracała, ale to swoje najważniejsze miejsce zbuduje gdzie indziej. Idąc powoli w stronę domu, Maryla myślała, ileż energii, radości i życia wnosiła Ania w te progi przez czternaście lat, które spędziła na Zielonym Wzgórzu. I jak pusto i smutno będzie tu teraz bez niej.

Gdy młodzi małżonkowie odjechali, część gości rozeszła się do domów. Została tylko Diana z dzieciakami, panna Lawenda z mężem i Jasiem oraz pastor Allan z żoną. Maryla i pani Małgorzata były im wdzięczne, bo ich obecność umiliła im te pierwsze, trudne chwile nieobecności Ani. Zasiedli do stołu, zastawionego tak gorączkowo poprzedniego dnia przygotowywanymi smakołykami, i gawędzili o tym wyjątkowym wydarzeniu, którego wszyscy byli niedawno świadkami.

A Ania i Gilbert zdążyli w tym czasie dojechać tam, dokąd zmierzali. Do Glen St. Mary.


3 Katalog Domu Wysyłkowego Eaton był jednym z pierwszych katalogów na rynku kanadyjskim, oferującym odbiorcom różne produkty w ramach sprzedaży detalicznej. Dystrybuowany w latach 1884–1976, adresowany był przede wszystkich do abonentów zamieszkujących na obszarach wiejskich, oddalonych od centrów handlowych. Początkowo katalog oferował jedynie odzież, ale stopniowo poszerzał swoją ofertę o lekarstwa i środki parafarmaceutyczne, książki, meble, porcelanę, artykuły gospodarstwa domowego i narzędzia rolnicze, a nawet surowce i prefabrykaty do budowy i urządzenia domów. W wielu domach katalog Eatona traktowany był jak swego rodzaju „rodzinna Biblia”.