Dolina tęczyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Dzieci pastora Mereditha

Nie ulegało wątpliwości, że stara ciotka Jana Mereditha, Marta, nie miała pojęcia o prowadzeniu domu, tak jak było oczywiste, że on sam, wiecznie pogrążony w myślach i roztargniony, rzadko zauważał, co się dookoła niego dzieje. Mimo to na plebanii w Glen St. Mary, dawno niesprzątanej i ogólnie mocno zaniedbanej, panował miły rozgardiasz i serdeczna, rodzinna atmosfera. Ta ciepła aura rozbrajała nawet bardzo krytycznie nastawione do rodziny pastora panie z Glen, które patrząc na niedopilnowaną, ale kochającą się gromadkę, wzdychały rozczulone. Ktoś mógłby pomyśleć, że przyczyniał się do tego niezwykły urok tego miejsca: starych, belkowanych murów plebanii, porośniętych gęsto winoroślą, bujnie kwitnących i oszałamiająco pachnących starych akacji przed domem, rozkrzewioną gdzie się da wszędobylską melisą, wydzielającą woń, od której kręciło się w głowie, i zapierającego dech w piersiach widoku za zatokę i złociste wydmy, rozciągającego się okien na piętrze. To prawda, ale to wszystko było tu, rosło i roztaczało się także za czasów poprzedniego pastora, gdy stara plebania była czysta i wypielęgnowana, a zarazem pusta, głucha i strasznie smutna. Tego się nie dało odmówić nowym jej lokatorom: porządku utrzymać nie potrafili, ale wnieśli w te stare mury radość, śmiech i dużo miłości.

Mieszkańcy Glen uważali, że pastor Meredith pozwalał swoim dzieciom na wszystko. Bardzo możliwe, że tak było naprawdę. Nie potrafił stosować żadnych zakazów ani narzucać im żadnych ograniczeń, nie był konsekwentny i nie egzekwował własnych poleceń. No i zupełnie nie umiał ich karać. „Zawinili, to fakt – myślał bezradnie, gdy wieść o jakimś ich wyjątkowo zuchwałym wybryku przebiła barierę jego zadumania i duchowej nieobecności i dotarła w całości do jego świadomości. – No tak… Ale przecież to dzieci wychowywane bez mamy…”.

O większości spraw, które działy się w życiu jego dzieci, Jan Meredith w ogóle nie wiedział. Gdy pogrążony w marzeniach albo w rozmyślaniach o zbawieniu duszy przechadzał się po swoim gabinecie i od czasu do czasu wyglądał przez okno, które wychodziło na cmentarz, nie dostrzegał, że jego synowie, Jerry i Karol, urządzili tam sobie wesołą zabawę, skacząc po nagrobkach nieboszczyków metodystów. Rzecz jasna, zdarzało się, że patrząc na swoją gromadkę, zauważał ich przybrudzone ubrania, nieumyte buzie i ręce, potargane włosy i przychodziła mu do głowy smutna refleksja, że za życia ich mamy, a jego żony były lepiej zadbane. Dom też wydawał mu się jakiś taki… zapuszczony, a jedzenie mniej smaczne niż wtedy, gdy przygotowywała je Cecylia. Mimo to nie czuł się z tego powodu nieszczęśliwy ani zawstydzony – ten szczupły, przystojny mężczyzna o wąskich, pokrytych niemal przezroczystą skórą dłoniach, pięknie sklepionej głowie i klasycznie regularnych rysach żył w świecie książek, modlitwy i uduchowionej refleksji. A świat ten był bardzo odległy od prawdziwego życia.

Cmentarze nie są zwykle szczególnie urokliwymi miejscami, ale jeśli już jakiś za takie można by było uznać, byłby to niewątpliwie stary cmentarz metodystów w Glen st. Mary. W odróżnieniu od nowego cmentarza, nieustannie porządkowanego przez gorliwe parafianki i w związku z tym bezosobowego i nudnego, ten stary, zarośnięty drzewami-samosiejkami i bujnie krzewiącymi się, kwitnącymi na potęgę krzewami, miał charakter i osobowość, a przy tym był swojski i przytulny. Poczucie bezpieczeństwa tych, którzy tam zaglądali, zwiększał wał ziemny, otaczający go z trzech stron i zwieńczony nieco rozchwierutanym, palisadowym ogrodzeniem. Zaraz za wałem posadzono kiedyś ścianę jodeł, które zdążyły się od tamtej pory mocno rozrosnąć. Cmentarny mur, równie stary jak nekropolia, którą otaczał, rozsadzały i kruszyły płożące się po nim chwasty i zielska, zaś u jego stóp wiosną zakwitały niebieskoliliowe fiołki, a jesienią pyszniły się żółtopomarańczowe dzikie astry. Z wysokiej trawy między grobowcami wychylały się śmiało wysokie krzaki młodych paproci.

Z jednej strony, od wschodu, cmentarza nie ograniczał żaden płot, mur ani wzniesienie, tylko młody, jodłowy lasek, który, im głębiej się w niego wchodziło, tym bardziej rósł, gęstniał i ciemniał, osłonięty przez potężne, rozłożyste jodły. W lesie było magicznie: panowała tam cisza, podkreślana przez docierający z daleka szum fal, a o świcie rozpraszana ptasim świergotem. Tu i ówdzie baczne oko mogło wypatrzyć stareńkie nagrobki, wyłaniające się spod grubego kobierca zieleni, utkanego z powoju, obsypanego błękitnymi kwiatkami, i dzikiej, obłędnie pachnącej mięty.

Groby na cmentarzu miały różne nagrobki i od razu było widać, że się różnią wiekiem. Te najstarsze były zwyczajne; były to zwykle płaskie płyty, wycięte z czerwonego piaskowca, a ich prostota zdawała się wiernie oddawać prostotę niewyszukanego życia nieboszczyków. Potem przyszła moda na nagrobki wyrażające eksplozję uczyć pozostawionej w nieutulonym żalu rodziny i na cmentarzu jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać pomniki w kształcie płaczących wierzb z rozwianym włosem i splecionych w błagalnym, modlitewnym geście dłoni. Ale najbrzydsze były nagrobki postawione na najmłodszych grobach. Nierzadko przybierały kształt katakumb, dodatkowo ozdobionych różnego typu urnami.

Jednym z najszpetniejszych obelisków na tym cmentarzu był nagrobek ustawiony na mogole śp. Aleksandra Davisa; niewiele o nim było wiadomo poza tym, co dało się odczytać z niemal niewidocznego napisu: że jego rodzice byli metodystami, ale on sam wżenił się w prezbiteriańską rodzinę Douglasów. Najwidoczniej gdy umarł, wdowa po nim albo jego bliscy nie chcieli, by leżał samotnie na prezbiteriańskim cmentarzu, i pochowali go tu, wśród przyjaciół i znajomych jego dawnego wyznania. Postanowili też najwyraźniej uczcić nieboszczyka Aleksandra pomnikiem, jakiego dotąd na tym cmentarzu nie było. Dzieciom z plebanii ten wystylizowany nagrobek wcale się nie podobał. Drażnił je nadmiar ozdób i dekoracji; zdecydowanie wolały te starsze groby z płaskimi płytami, na których można było usiąść wygodnie jak na obrośniętych trawami ławeczkach.

I właśnie na jednym z takich nagrobków siedziała cała kompania młodych Meredithów. Jerry miał już dość skakania po grobach, ale że bezczynności nie lubił, wyjął z kieszeni małą harmonijkę i zaczął na niej grać. Karol z zaciekawieniem obserwował niezwykłego żuka, którego przed chwilą znalazł i położył sobie na przedramieniu, pozwalając mu spacerować po swojej opalonej ręce. Una ubierała przyniesioną z domu lalkę, a Faith zwyczajnie leniuchowała, wyciągnięta na nagrobnej płycie, i ruszała szczupłą, niezbyt czystą stopą w rytm melodii wygrywanej przez Jerry’ego.

Jerry był ciemnowłosy i ciemnooki jak ojciec, ale jego spojrzeniu brakowało tej łagodnej zadumy, jaką miał w oczach pastor Meredith. Faith sprawiała wrażenie, jakby jej własna uroda nie interesowała jej ani trochę. Była śliczna w sposób absolutnie naturalny, ani trochę wymuszony czy poprawiany. Jej piwne oczy miały odcień ciemnego miodu, a kasztanowe włosy słońce wyzłociło tak, że wydawały się jaśniejsze, niż były w rzeczywistości. Cerę miała gładką, zaróżowioną zdrowym rumieńcem dziecka, które dużo przebywa na świeżym powietrzu. Lubiła się śmiać i śmiała się, gdy tylko nadarzyła się po temu okazja, a i bez niej było jej wesoło. Gorszyło to co poniektórych parafian, którzy dopatrywali się w tym płochości i lekkomyślności, a nie zwyczajnej, dziecięcej beztroski. Faith zszokowała kiedyś panią Taylor, osobę dość posępną, która zdążyła za swojego życia pochować kilku własnych mężów, bo gdy ta zwróciła jej uwagę na niestosowne zachowanie, dziewczynka uśmiechnęła się do niej rozbrajająco i powiedziała:

– Ale ja wolę śmiać się i cieszyć, zamiast płakać, pani Taylor!

Una, mała marzycielka, nie miała w sobie radości i optymizmu swojej siostry. Wyglądała też zupełnie inaczej: proste, czarne włosy zaplatała w dwa długie warkocze, a w jej ładnych, trochę kocich, ciemnoniebieskich oczach czaiło się coś smutnego, jakby zasnuwała je mgiełka nie najweselszej refleksji nad życiem. Una uśmiechała się rzadko i ostrożnie, jakby sama sobie się dziwiła, że jej się coś takiego jak powód do uśmiechu przydarzyło. Inaczej niż Faith, młodsza z sióstr Meredith obawiała się ludzkich języków i w głębi duszy sądziła, że jej rodzina nie żyje i nie zachowuje się tak, jak powinna. Una chętnie by coś z tym zrobiła, ale nie miała pojęcia, jak się do tego zabrać. Próbowała zacząć od rzeczy najprostszych, a za taką uznała odkurzenie mebli raz na jakiś czas, ale bywało to trudne, bo ścierka do kurzu nigdy nie leżała tam, gdzie należało się jej spodziewać. Za to gdy natykała się na szczotkę do ubrań, skwapliwie korzystała z okazji, by odkurzyć niedzielne ubranie ojca; raz nawet uzupełniła w nim oderwany guzik, przyszywając go białą, grubą nitką, bo tylko taką udało się jej znaleźć. Tę krawiecką nieporadność bystre oczy pań obecnych w kościele natychmiast zauważyły, a usta – stosownie skomentowały jako jeszcze jeden dowód na to, że „na naszej plebanii źle się dzieje”. Karol też miał niebieskie oczy po swojej zmarłej mamie, miał też jej spojrzenie: jasne, szczere i otwarte, oraz włosy przypominające barwo świeżo wyłuskanego, jasnobrązowego kasztana. Był specjalistą od wszelkiego rodzaju żyjątek: od różnego rodzaju robali i gąsienic, przez żuki, chrząszcze i chrabąszcze, a na muchach, pszczołach i motylach kończąc. Una na wszelki wypadek siadała z dala od Karola, nauczona doświadczeniem, że on zawsze ma w kieszeniach jakieś paskudztwa. Jerry też nie chciał z nim dłużej dzielić łóżka, gdy okazało się pewnej nocy, że brat zabrał sobie tam dla towarzystwa młodego węża. Karol został wyeksmitowany do swojego starego łóżeczka z dzieciństwa; wprawdzie nie mógł w nim swobodnie wyprostować nóg, ale za to nikt stamtąd nie wypraszał jego kosmatych, beznogich albo skrzydlatych przyjaciół. Na szczęście ciotka Marta niedowidziała, toteż obecność tych „szkaradzieństw” – jakie je nazywała Una – umykała jej uwadze.

 

Dzieciaki z plebanii, choć tak różne od siebie, stanowiły zgraną i wesołą paczkę. Ich mamie musiało być okropnie smutno, gdy stało się jasne, że nie wygra z chorobą i będzie zmuszona zostawić swoje dzieci.

– Słuchajcie, słuchajcie! – zawołała nagle Faith. – Gdybyście byli metodystami, to gdzie chcielibyście być pogrzebani?

Kwestia okazała się bardzo interesująca, a dyskusja ujawniła, że każde z nich ma do tego inne podejście.

– Miejsca tu już za dużo nie ma – zauważył Jerry, rozglądając się dookoła. – Jeśli o mnie chodzi, to ja poproszę tam w rogu, niedaleko drogi. Raźniej by mi było, bo słyszałbym ludzi jadących i idących obok cmentarza.

– Ja wolałabym tak trochę na uboczu – odezwała się Una. – Może tam, pod tą płaczącą wierzbą? Tyle tam mieszka ptaków; śpiewałyby mi od samego rana.

– Ja zamawiam grobowiec Porterów. Tam leży mnóstwo dzieciaków; byłoby nam wesoło – zadeklarowała Faith.

– Karol? A ty?

– Ja nie za bardzo życzę sobie bycia zakopanym w ziemi – stwierdził Karol rzeczowo. – No, ale gdyby coś… to poproszę w mrowisku. Tam to dopiero byłoby ciekawie.

Una odczytywała właśnie epitafia na pobliskich grobach. Była pod wrażeniem.

– Ależ ci wszyscy ludzie musieli być wspaniali! – westchnęła.

– To by oznaczało, że nie pochowano tu ani jednego drania albo łobuza. Może metodyści są lepszymi ludźmi niż prezbiterianie?

– Albo i nie – zauważył Karol. – Może oni tych swoich złych ludzi chowają gdzie indziej? Poza cmentarzem?

– Głupstwa mówicie! – zaprotestowała Faith. – Ci tutaj – wskazała brodą dookoła – byli tacy sami jak ci z naszej parafii. Chodzi o to, Uno, że jak człowiek umarł, to nie wolno mówić o nim źle, bo będzie cię odwiedzał i straszył. Ciocia Marta mi o tym mówiła. Chciałam się jeszcze upewnić i zapytałam tatę, a on spojrzał na mnie tak, jakby się bał, że ktoś tam za mną stoi, i powiedział: „Prawda? Czy to prawda? A czymże jest prawda, biedny, rozdarty Piłacie?”. Skoro nie powiedział, że to nieprawda, to musi być prawda – orzekła stanowczo dziewczynka.

Jerry’ emu nasunęło to pewną myśl.

– Czyli jakbym tak walnął kamieniem w ten wazon na pomniku Aleksandra Davisa, to jego duch zacząłby mnie nawiedzać? – rozważał głośno.

– Czy jego duch, to nie wiem, ale pani Davis przybiegłaby tu na pewno – zaczęła się śmiać Faith. – Czuję, jak mi się przygląda w kościele; ma wzrok kota śledzącego mysz. W zeszłą niedzielę była na mszy razem ze swoim siostrzeńcem. No i ja wykrzywiłam się do niego, wiecie, tak żartem. I on po chwili też zrobił głupią minę. No, takie wygłupy, z nudów. Jak ona na nas spojrzała! Głowę dam, że po wyjściu z kościoła zwymyślała go od najgorszych, a może i przyłożyła mu w ucho. Najchętniej pokazałabym jej język, ale pani Elliot powiedziała, żebyśmy uważali i byli grzeczni wobec niej.

– Podobno jak Jim Blythe kiedyś pokazał jej język, to ona za karę zaczęła traktować ich jak powietrze, a pana doktora nie wezwała nawet wtedy, jak jej mąż umierał – przypomniał Jerry. – A swoją drogą ciekawe, jacy oni są, ci Blythe’owie.

– Ładnie są ubrani. I czysto – poinformowała wszystkich Faith, która była na stacji tego dnia, kiedy dzieciaki ze Złotego Brzegu wróciły do domu. – Ale najfajniejszy z nich jest Jim.

– A ja słyszałem, że ten Walter to straszna ciamajda – zauważył Jerry.

– Wcale w to nie wierzę – powiedziała na wszelki wypadek Una. Jej Walter od razu się spodobał. – Bertie Szekspir Drew mówił mi, że on pisze wiersze. Wyobrażacie sobie?! Podobno w zeszłym roku wygrał jakiś konkurs poetycki i dostał nagrodę. Pani Drew uważa, że to Bertie Szekspir powinien otrzymać tę nagrodę, choćby za swoje imię. Ale Bertie mówi, że ten Szekspir wcale mu nie pomaga w układaniu rymów, więc to się w ogóle nie liczy.

– Pewnie poznamy ich w szkole – pokiwała głową Faith. – Może te ich bliźniaczki okażą się fajne? Bo inne dziewczyny tutaj są… jakieś takie… Nawet miłe, tylko chyba nie za mądre. A te ze Złotego Brzegu wyglądają tak, jakby lubiły się śmiać. A zauważyliście, że one wcale nie są do siebie podobne? Ja zawsze myślałam, że bliźniaki to muszą być identyczne, a tu proszę. A najładniejsza jest ta ruda.

– A mnie się podoba ich mama – szepnęła nieśmiało Una.

Unie podobały się wszystkie mamy jej koleżanek, bo po prostu były. Ona swojej mamy właściwie nie zdążyła poznać; miała tylko sześć lat, kiedy zmarła, ale w jej pamięci zachowały się malutkie strzępki wspomnień: śmiech mamy, jej ciepły, miły dotyk, pocałunki i przytulenia.

– Ludzie mówią, że ich mama jest jakaś inna – zauważył sobie Jerry.

– No! A pani Elliot to uważa, że ona nie zdążyła dorosnąć – przypomniała sobie Faith.

– Jak to nie dorosła? – zdziwił się Karol. – Przecież pani Blythe jest większa od pani Elliot.

– Nie większa, tylko wyższa – poprawiła go Faith. – To znaczy, że nie dorosła wewnątrz. I że ciągle jest taką młodą dziewczyną.

– Czujecie? – Karol przestał interesować się „dorosłością” pani Blythe. – Coś pachnie…

Umilkli, wciągając nosami powietrze. Rzeczywiście, coś pachniało smakowicie, a ten zapach docierał od strony niewielkiej, porośniętej lasem doliny, znajdującej się u stóp wzgórza, na którym wznosiła się plebania.

– Tak pachnie, że aż mi się jeść zachciało… – westchnął Jerry.

– Bo dziś znowu na kolację był chleb i „to-i-owo” – zauważyła Una.

Ciocia Marta nie lubiła gotować i jak mogła, starała się ułatwiać sobie życie. Zwykle w poniedziałek gotowała wielki kawał mięsa, a potem przez cały tydzień serwowała im je po trochu na kolacje, mieszając je z jakimiś resztkami ze śniadań i kolacji. Tę niesmaczną mamałygę Faith pewnego dnia ochrzciła mianem „to-i-owo” i od tej pory dzieciaki tak nazywały to codzienne, mało wyszukane danie.

– Mam pomysł! – zawołał Jerry. – Pobiegnijmy poszukać, co tak ładnie pachnie.

Nie trzeba było im dwa razy tego powtarzać. W okamgnieniu cała czwórka pobiegła do cmentarnego ogrodzenia, pokonała je w dwóch susach i jak stado wygłodzonych psiaków pognała na dół, zboczem trawiastego pagórka. Wiodła ich apetyczna woń, która z każdym krokiem i podskokiem stawała się coraz wyraźniejsza. I tacy rozpędzeni, nie wiedząc jak i którędy, znaleźli się nagle na środku widywanej dotąd tylko z góry doliny, gdzie czwórka dzieciaków ze Złotego Brzegu szykowała się właśnie do spałaszowania upieczonych na palenisku ryb.

Jerry, Faith, Una i Karol zatrzymali równie gwałtownie, jak gwałtownie wpadli na polanę. Byli wyraźnie spłoszeni faktem, że kogoś tam zastali. Mali Blythe’owie też znieruchomieli, zaskoczeni wizytą niespodziewanych gości.

Pierwsza ocknęła się Di. Podeszła do przybyszów z uśmiechem.

– Hej! – przywitała ich serdecznie. – Wy jesteście z tej plebanii na górze, prawda?

Faith odwzajemniła jej uśmiech. A gdy się uśmiechała, na jej buzi pojawiały się dwa małe dołeczki. Rzadko kto umiał się im oprzeć.

– Tak ładnie pachniało… Przybiegliśmy zobaczyć, co to takiego. To chyba ryby, no nie?

– Ryby – potwierdziła Di. – Pstrągi. Poczęstujcie się.

– E… nie… – Jerry nie mógł oderwać oczu od blaszanki z usmażonymi rybami. – Sami pewnie macie mało.

– Wystarczy dla wszystkich – uspokoił go Jim. – Siadajcie i jedzcie.

Nie dali się długo prosić i usadowili się na porośniętych mchem głazach, których było tam sporo. Szybko znaleźli wspólny język. Nan i Di na szczęście nie wiedziały o „szkaradzieństwach”, które Karol miał w kieszeniach, a pyszne ryby, jedzone palcami i zagryzane chlebem, pod gołym niebem przy ognisku sprawiły, że błyskawicznie poczuli się tak, jakby się znali od urodzenia. Dzieci bowiem mają nieomylny dar rozpoznawania bratnich dusz.

W ciągu godziny zdążyli opowiedzieć sobie całe swoje dość krótkie życie. Mali Meredithowie usłyszały o Avonlea i Zielonym Wzgórzu, posłuchali o historii Doliny Tęczy i o Wymarzonym Domku, gdzie urodził się Jim. Potem sami, na wyścigi, opowiadały swoim nowym przyjaciołom o Majowych Wodach, gdzie mieszkali przed przyjazdem do Glen, o lalce Uny, która miała tylko jedno oko, ale była najpiękniejsza na świecie, i o ukochanym kogucie Faith. Faith wprawdzie dawno już przestała się przejmować tymi, którzy jej miłość do kogucika kwitowali rysowaniem kółka na czole, ale doceniła fakt, że dzieciaki ze Złotego Brzegu przyjęli jej opowieść o Adamie jak rzecz najnaturalniejszą w świecie.

– Ludzie są dziwni – stwierdziła, wzruszając ramionami. – Jak by to był kanarek, to wszystko byłoby w porządku. Ale Adam nie jest kanarkiem. Jest kogutem, którego wychowałam od takiego maciupkiego pisklaka. Dostałam go od pani Johnson, jeszcze w Majowych Wodach. Dałam mu imię męża pani Johnson, żeby jej zrobić przyjemność. Co ja poradzę na to, że nie lubię kotków ani lalek? Uważam, że koty są samolubne, a lalki nieżywe.

– Słuchajcie, a kto mieszka tam na górze? – zmienił temat Jerry, którego rozmowa o lalkach i kogutach wyraźnie nudziła.

– Tam? To dom panny Heleny West i jej siostry Róży. Di i ja będziemy się już niedługo uczyły muzyki u panny Róży – wyjaśniła Nan.

Una westchnęła niedosłyszalnie. Tylko ona wiedziała, że nauczyć się grać na jakimś instrumencie to było jej wielkie i pewnie nigdy niespełnione marzenie.

– Panna Róża jest bardzo ładna i ładnie się ubiera – dodała Di. – A jakie ma piękne włosy! Jakbyście mnie zapytały, w jakim są kolorze, to wam powiem tak: widziałyście, jaki kolor mają toffi-ciągutki? No to taki.

Di nie bez powodu zwracała uwagę na włosy znajomych kobiet. Tak jak kiedyś jej mama, miała wielki kompleks na tle swoich rudych loków.

– Ta druga, panna Helena, też jest w porządku – mówiła dalej Nan. – Poczęstowała nas kiedyś cukierkami. Nie wiem, dlaczego Di się jej boi.

– Bo ona ma takie grube brwi – wyjaśniła Di. – Jak baba-jaga. I głos ma taki jak z pieca. Dudniący.

– Nawet Krzyś Ford się kiedyś przeraził, jak ją zobaczył. Mama nam opowiadała, że jak pani Ford takiego malutkiego Krzysia przyniosła kiedyś do kościoła i usiadła obok panny Heleny West, a ona do niego zagadała tym swoim grubym głosem, to maluch dostał histerii! Tak okropnie płakał i krzyczał, że musieli go wynieść z kościoła.

– A kto to jest Krzyś Ford? – zainteresowała się Una.

– To tacy nasi znajomi. Nie są stąd, tylko przyjeżdżają czasami na wakacje i wtedy mieszkają w takim domku nad morzem; no, w tym Wymarzonym Domku, gdzie kiedyś mieszkali nasi rodzice. Ale w tym roku nie przyjadą, bo wyjeżdżają gdzieś. Szkoda, bo nie poznacie Poli Ford. Jakaż ona jest piękna!

– O, to ja już pamiętam! – ożywiła się Faith. – Bertie mi opowiadał, że pani Ford przez wiele lat była żoną jakiegoś nieżywego człowieka, który potem ożył.

– Ależ głupoty opowiada ten Bertie! – żachnęła się Nan. – On wszystko potrafi przekręcić. Kiedyś wam opowiem, jak to było naprawdę, ale teraz musimy już wracać do domu. Mama się pewnie martwi, że nas jeszcze nie ma.

Dzieci z plebani pomyślały sobie, że o nie się nikt nie martwi. Ciocia Marta już dawno spała, a pastor rozwiązywał zagadkę nieśmiertelnej duszy; śmiertelne ciała niespecjalnie go w tej chwili zajmowały. Ale i tak Meredithowie wracali do siebie w dobrych nastrojach.

– W tej ich Dolinie Tęczy jest jeszcze ładniej niż na naszym cmentarzu – orzekła Una. – A oni są tacy… kochani. Cieszę się, że ich poznaliśmy, bo bez tego nie wiedziałabym, że można kogoś poznać i go tak polubić, że aż pokochać – tłumaczyła trochę zawile. – Bo tata zawsze powtarza, że trzeba kochać każdego człowieka. Jak to każdego? Jak ja mam pokochać panią Davis?

– Tata tak mówi, bo musi – rozstrzygnęła jej wątpliwości Faith. – Przecież jest za mądry, żeby tak naprawdę myśleć.

A Jim, zanim wrócili do domu, zdążył jeszcze zebrać dla mamy bukiecik białych zawilców; miał taki zwyczaj, że wiosną zawsze zbierał dla niej w Dolinie Tęczy jakieś kwiatki.