Ania ze Złotego BrzeguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ania ze Złotego Brzegu
Ania ze Złotego Brzegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Ania ze Złotego Brzegu
Audio
Ania ze Złotego Brzegu
Audiobook
Czyta Krystyna Kozanecka-Kołakowska
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Czerwcowy wieczór przyniósł odrobinę chłodu. Ania wyszła do ogrodu, żeby naścinać trochę kwiatów. Z irysów zrobiła smukły bukiet dla siebie, a teraz układała wiązankę z peonii do gabinetu Gilberta. Były dorodne, kremowobiałe, tylko środek miały zaróżowiony tajemniczo, jakby spłynęła tam kropelka krwi.

Wyprostowała się znad krzewu peonii i popatrzyła na zatokę, której wody srebrzyły się między drzewami.

– Zanosi się dziś na piękny zachód słońca – rzuciła w stronę otwartego okna kuchennego, za którym krzątała się Zuzanna.

– Jak zdążę tu pozmywać i pochować naczynia, to go sobie pooglądam – odkrzyknęła Zuzanna.

– Wtedy nie będzie już po nim śladu – upierała się Ania. – Zostaw te talerze i chodź do ogrodu. Widzisz tam, nad doliną, tę wielką, puchatą chmurę? Wyobraź sobie, że się na niej układasz wygodnie i płyniesz nad naszą doliną…

Zuzanna bez trudu wyobraziła sobie, jak powiewając ścierką do naczyń, unosi się w powietrze i ten obraz wcale jej się nie spodobał. Pani doktorowa niby dorosła kobieta, a czasami ma pomysły jak mała dziewczynka.

– Jakieś robale zauważyłam na naszych różach – Ania oderwała wzrok od obłoków i wróciła na ziemię. – Trzeba będzie je jutro spryskać. W taki wieczór jak dziś nie chce się wracać do domu. Bardzo liczę na to, że po tej drugiej stronie też są ogrody. Jak myślisz, Zuzanno? Żebyśmy mogły tam chodzić wokół naszych róż…

– Róże jak róże, ale mam nadzieję, że nie będzie tam żadnego robactwa. – Zuzanna jak zwykle podchodziła do sprawy praktycznie.

– Pewnie nie, ale przecież wiesz, że jeśli wszystko w tym ogrodzie byłoby takie… doskonałe, to co my byśmy tam robiły? Nic do roboty? Żadnego pielenia, przesadzania, podcinania gałęzi? Boże! Może jeszcze żadnych kwiatów, tych które kocham? Tylko jakieś orchidee i cyprysy… Ja chcę moje bratki!

– No, to skoro pani i tak siedzi w tym ogrodzie, to czemu tych róż już dziś nie spryska? – Zuzanna miała wrażenie, że ostatnio nie nadąża za potokiem myśli pani doktorowej.

– Bo pan doktor nalega, żebym pojechała z nim do starej pani Paxton. Bardzo jest już chora, umiera właściwie, i on nic już nie może na to poradzić; jeździ tam właściwie tylko po to, żeby dotrzymać jej towarzystwa, bo ona lubi jego wizyty.

– Tu akurat wcale jej się nie dziwię. W naszym Glen tak się porobiło, że każdy, i ten, kto się rodzi, i ten, kto umiera, chce mieć pana doktora w pobliżu. A wieczór ładny, więc niech pani jedzie, pooddycha sobie przed snem. Ja zaraz pójdę do wsi z jedną sprawą, a jak wrócę, to położę dziewczynki i Shirleya spać, posprzątam trochę w spiżarni i pójdę rzucić okiem na naszą Lady Patrycję. Nie kwitła w tym roku tak jak zwykle. Na szczęście panna Blythe poszła już do siebie. Szła po schodach dobry kwadrans, a na każdym stopniu oznajmiała, wzdychając ciężko, jaka jest chora i że przeczuwa atak migreny. A to oznacza, że przez jakiś czas powinno być miło i cicho.

– Przypilnuj też Jima, proszę, żeby nie kładł się zbyt późno – poprosiła jeszcze Ania, sadowiąc się w bryczce obok Gilberta. – Za długo urzęduje wieczorami, a potem przez cały dzień jest zmęczony i niewyspany. A Walter nocuje dziś w Wymarzonym Domku, Ewa go zaprosiła.

Tymczasem Jim przysiadł na schodach pod drzwiami do kuchni. Założył nogę na nogę, splótł ręce na piersiach, i taki odęty i naburmuszony spoglądał na otaczający go świat. Nawet księżyc, którego ogromna, biała głowa jaśniała na niebie dokładnie przy wieży kościoła, budził jego irytację.

– Żeby ci ta mina nie została na zawsze! – rzuciła ciotka Mary Maria, mijając go na schodach.

„No i niech zostanie! – pomyślał rozdrażniony. – Co to kogo obchodzi!”.

– Czego się mnie uczepiłaś jak rzep psiego ogona? Jazda do swoich lalek! – burknął do Nan, która szła w jego kierunku.

– Tylko się awanturować umiesz! – prychnęła dziewczynka urażona, ale zanim poszła w swoją stronę, od niechcenia położyła na stopniu obok brata małego, czerwonego lizaka w kształcie lwa, którego dla niego kupiła.

Jim przyjął podarek obojętnie, kwitując go lekceważącym wzruszeniem ramion. Był zły. Wszyscy sprzysięgli się, żeby mu dokuczyć. Przecież to Nan śmiała się z niego dziś rano, wypominając mu, że jako jedyny z rodzeństwa nie urodził się tu, w Złotym Brzegu. Di zabrała jego zająca z czekolady i go zjadła! Niby przez pomyłkę. Akurat! Nawet Waltera, na którego zawsze mógł liczyć, nie było, bo wolał się bawić z dziećmi Fordów, Krzysiem i Polą. Wielka mi zabawa: kopanie dziury w piasku, żeby się dokopać do wody. A on tak bardzo chciał być tam, gdzie Bertie: w porcie. Zobaczyć, jak się robi tatuaż. Obejrzeć sobie ten model statku na kominku u kapitana Billa; ten, o którym chłopaki takie cuda opowiadają. A oni mu nie pozwolili! Z jakiej racji?! No, jakim prawem?!!

Usłyszał kroki za plecami. To Zuzanna zmierzała w jego kierunku; na talerzyku niosła spory kawałek babki orzechowej. Odmówił zdecydowanie. Wolałby kawałek piernika, przekładanego powidłami, ale piernika pewnie już nie było. Jasne! Wszystko musieli pożreć. Żarłoki przebrzydłe! – myślał mściwie o reszcie domowników. A chłopaki już pewnie idą do portu… Nagle ogarnęła go przemożna chęć ukarania ich wszystkich, zrobienia czegoś w odwecie za tę niezasłużoną krzywdę, która go spotkała. Mógłby na przykład rozpruć scyzorykiem tę wypchaną żyrafę Di, a trociny z jej brzucha wysypać na dywan. Ależ by się Zuzanna wściekła! I dobrze jej tak! Po co mu przynosiła tę babkę obrzydliwą? Nie pamięta, że on, Jim, nie znosi orzechów? A gdyby tak pójść do jej pokoju i temu tłustemu aniołkowi w kalendarzu domalować wąsy? Nie cierpiał go, bo był podobny do Basi Flagg, a jej nienawidził za plotki i wymysły: łaziła po szkole i opowiadała wszystkim, że ona i Jim są parą, że on jej nosi książki do domu… Kłamczucha! Bezczelna w dodatku – on, Jim Blythe, miałby się zalecać do takiej głupiej gęsi jak Basia Flagg! Niedoczekanie! Zdaniem Zuzanny, ten jej aniołek był ab-so-lut-nie prze-ślicz-ny. Basia pewnie też.

Niby dlaczego ma kłaść się do łóżka każdego wieczoru i przesypiać część swojego życia? Kto to wymyślił? Nie znalazł odpowiedzi na te pytania, więc jeszcze bardziej się nadął i najeżył. Takim go zobaczyła Zuzanna, wybierająca się z jakąś sprawą do Glen. Uśmiechnęła się do niego z nieskrywaną czułością.

– Jeśli chcesz, poczekaj ze spaniem, aż wrócę – zaproponowała mu wspaniałomyślnie, widząc, jaki jest rozdrażniony.

– Wcale nie zamierzam się dziś kłaść! – warknął w odpowiedzi. – I nie wiem, czy tu będę, gdy wrócisz. Ucieknę. Albo utopię się w stawie. Więc nie zawracaj mi głowy, stara kobieto!

Zuzanna poczuła się głęboko dotkniętą tonem swojego wychowanka, ale jeszcze bardziej tym, że nazwał ją s t a r ą kobietą. Przeżuwając w milczeniu doznaną zniewagę, wyminęła chłopca i poszła do wsi, nie oglądając się za siebie. Mary Maria Blythe ma trochę racji, gdy mówi, że niektórym z dzieci państwa doktorostwa należałoby zwiększyć dawkę dyscypliny.

Z ogrodu wyłonił się Okruszek, najwyraźniej mający dość samotności i poszukujący kompana do zabawy. Przysiadł nieopodal schodów i patrzył na Jima wyczekująco.

– Co się tak gapisz, głupi kocie? – krzyknął do niego mały złośnik. – Jakbym widział tę głupią ciotkę Mary Marię. Jazda stąd! Ale już! – fuknął na kota, a widząc, że ten nie ruszył się ani o centymetr, sam poderwał się z miejsca. – Myślisz, że możesz sobie nic nie robić z moich poleceń? Zobaczymy! – Schwycił stojącą przy schodach plastikową taczkę-zabawkę Shirleya i z całej sił pchnął ją w stronę Okruszka. Ten, potrącony wielkim dla niego pojazdem, odskoczył do tyłu i wylądował w pobliskim krzaku róż.

Jim bez emocji patrzył, jak kot próbuje wydostać się z kolczastej pułapki. Dobrze mu tak! Mógł posłuchać, a nie gapić się na niego, jakby i on się na niego uwziął.

Jim sięgnął po leżącego na stopniu lizaka. Nan zdążyła mu już odgryźć to i owo, zanim podzieliła się z bratem, ale lew wciąż jeszcze przypominał lwa. Dało się go jeszcze polizać, a potem pogryźć. Może to już ostatni lwi lizak, którego może zjeść?

Pogryzając słodki cukierek, Jim podjął decyzję. Była tylko jedna rzecz, jaką mógł zrobić ktoś, kogo zniewolono zakazami. I on postanowił to właśnie zrobić.


Rozdział 6

Kiedy przed północą państwo Blythe wrócili do domu, Anię zaniepokoiło rzęsiste oświetlenie budynku.

– A któż to pozapalał te wszystkie światła? – zdumiała się głośno. – Czyżby ktoś przyjechał do nas w odwiedziny?

Zdenerwowana szybko weszła do środka, ale nikogo tam nie zauważyła. Wszędzie za to paliły się lampy, lampki i żyrandole. I żywego ducha.

– Myślisz, że…? – zapytała Ania Gilberta, ale zanim skończyła zdanie, rozległ się dźwięk telefonu. Gilbert odebrał, słuchał przez krótką chwilę, po czym jęknąwszy cicho, rzucił słuchawkę obok aparatu i wybiegł w pośpiechu z domu. Wyglądało na to, że wiadomość, którą usłyszał, nie była pomyślna. Ania, która przez lata swojego małżeństwa przyzwyczaiła się do takich sytuacji, westchnęła tylko i zaczęła rozbierać się z płaszcza i kapelusza. Poirytowana myślała, że to niezbyt odpowiedzialnie ze strony Zuzanny zostawić dom otwarty i nie pogasiwszy nawet świateł, zniknąć nie wiadomo gdzie.

Nagle w tych otwartych drzwiach zamajaczyła jakaś postać.

− Pani… Aniu… − głos, który wypowiedział to urywane zdanie, żadną miarą nie mógł należeć do Zuzanny. A jednak należał.

Ania była skonsternowana. Z niewypowiedzianym zdumieniem przyglądała się osobie, która stała w drzwiach kuchni: potargana sukienka, zmierzwione włosy, dygocące ręce… I jeszcze to przerażenie malujące się w oczach…

 

− Boże drogi, Zuzanno! Co się dzieje?

− Jim… − wyjąkała Zuzanna. – On… zniknął!

− Jak to zniknął?! Co ty opowiadasz?

− No… zniknął. Nie wiem, jak. Gdy wychodziłam do Glen, jeszcze tu był; siedział na schodkach przy ganku. A jak wróciłam do domu, już go tam nie było. Nie od razu to zauważyłam, ale gdy go zawołałam, a on nie odpowiadał, zaniepokoiłam się. Zaczęłam go szukać… wszędzie… ale on… Pani Aniu, on przecież zapowiadał, że ucieknie.

− Nie opowiadaj głupstw, Zuzanno. Przecież Jim nigdy nie zrobiłby czegoś tak niemądrego. Zasnął pewnie gdzieś, w jakimś kącie, a ty od razu wpadłaś w panikę. Zaraz go znajdziemy – Ania zdawała się panować nad sytuacją.

− Ale ja już wszędzie zaglądałam! Nie ma żadnego miejsca w domu i na podwórzu, którego bym nie przejrzała. Naprawdę! Proszę na mnie popatrzeć! – rozłożyła desperacko ramiona, by zademonstrować uszarganie swojej wprawdzie domowej, codziennej, ale zawsze schludnej sukienki. – Przypomniało mi się, że Jim kiedyś marzył, żeby spać w stodole, na sianie. No to poszłam tam, wlazłam na górę, ale zaraz przez tę obluzowaną deskę spadłam na dół, prosto na jajka. Dobrze, że nogi nie złamałam, ale co to za pociecha w obliczu tego nieszczęścia… − Zuzanna znowu zaczęła płakać.

Ania postanowiła za wszelką cenę zachować zimną krew.

− A może on… − zawahała się. – A może on jednak postanowił pójść z chłopakami do portu? Wprawdzie nigdy do tej pory nie łamał żadnych naszych zakazów, ale podobno zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz…

− Nie, nie…! Pani Aniu, Jim nie poszedł do portu. Wiem, bo gdy okazało się, że tu go nie ma, od razu pobiegłam do Drewów. Akurat Bertie wrócił z portu, ale przysięgał, że Jim z nimi nie poszedł. Myślałam, że umrę, gdy to usłyszałam. Jak ja się podle czuję! Boże, matka zostawiła swoje dziecko pod moją opieką, a ja dopuściłam do tego, że zaginęło! Zaraz potem zadzwoniłam do domu państwa Patton, ale okazało się, że pan doktor już pojechał. A oni nie wiedzieli, dokąd pojechaliście… – Zuzanna wyrzuciła z siebie tę skargę na jednym wydechu, po drodze rwąc zdania na strzępki.

− Wybraliśmy się do Lowbridge, żeby się zobaczyć z Parkerami.

− Najpierw obdzwoniłam kogo się dało. Nic. A potem wróciłam do wsi i zaalarmowałam ludzi. Zaczęliśmy szukać go wszyscy razem…

− Ależ Zuzanno! Nie mogłaś poczekać, aż wrócimy?

− Nie mogłam! – łkała Zuzanna. Tu przeszukałam każdą szparkę, każdy schowek i zakątek. I nic. Myślałam, że zwariuję ze strachu. Pamięta pani, co on wygadywał wieczorem? Że wskoczy do stawu?

Mimo całego opanowania, jakie sobie narzuciła siłą woli, Ani poczuła, że robi jej się zimno. Jej Jim? Do stawu? Przecież nie zrobiłby czegoś równie idiotycznego! Tyle że tam, na brzegu, Carter Flagg trzymał swoją łódkę, którą wypływał ryby. Może Jim wskoczył do niej i wypłynął na środek bajora; często opowiadał, że jak będzie starszy, zrobi to, nikogo nie pytając o pozwolenie. A jeśli potknął się albo poślizgnął przy spychaniu łodzi do wody?

Spokój Ani, z takim trudem wypracowany, zniknął momentalnie, w tej samej chwili, gdy w ruch poszła jej bujna wyobraźnia. Poczuła paraliżujący strach. I bezradność, bo nie miała pojęcia, dokąd pojechał Gilbert.

− A cóż to za harmider?! – na szczycie schodów pojawiła się niespodziewanie ciotka Mary Maria. Owinęła się szczelniej szlafrokiem wyszywanym w smoki i potrząsnęła z niezadowoleniem głową przystrojoną papilotami. – Co za dom! Żeby człowiek nie mógł w nocy zasnąć spokojnie, jak Pan Bóg przykazał! – sarkała z góry.

Normalnie Zuzanna dałaby starszej pani odczuć, co myśli o przemawianiu do niej takim wyniosłym tonem, ale teraz była zbyt znękana i przerażona, by wdawać się w dyskusję.

− Jim zaginął – obwieściła po raz kolejny płaczliwie. – Miałam go pilnować, opiekować się nim, a ja…

Ania nie czekała; postanowiła jeszcze raz sama przeszukać dom. „Przecież Jim nie rozpłynął się w powietrzu, musi gdzieś tu być!” – myślała rozpaczliwie. Zajrzała najpierw do pokoju chłopców, potem do dziewczynek; wbiegła też do sypialni. Nic. Ani śladu. Kiedy nie znalazła Jima także na strychu i w piwnicy, poczuła, że ogarnia ją najprawdziwsza w świecie panika.

– Moja droga Andziu – odezwała się ciotka Mary Maria z wielką powagą. – Zapewne zdenerwuje cię to, co powiem, ja jednak muszę to powiedzieć: co ze zbiornikiem na deszczówkę? Zaglądałaś tam? Pamiętacie tego małego Jacka MacGregora? To przecież on w zeszłym roku wpadł do beczki z deszczówką i było po chłopaku.

Ania zmartwiała, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Zuzanna po raz nie wiadomo który załamała ręce.

– Ja sprawdzałam ten zbiornik – wykrztusiła. – Takim długim drągiem tam zaglądałam.

Ania dopiero teraz powoli wypuściła powietrze z płuc; nawet nie zauważyła, że na chwilę przestała oddychać. A Zuzanna przypomniała sobie, że pani doktorowej nie wolno się denerwować i postanowiła wziąć się w garść.

– Pomyślmy – zaproponowała, próbując opanować drżenie głosu. – Pani Ania ma rację: Jim musi tu gdzieś być. Przecież nie mógł zniknąć jak duch.

– Zaglądałyście do drewutni? I do piwnicy? – dopytywała ciotka. – A do tego dużego zegara?

Zuzanna przyznała, że do drewutni i do piwnicy zajrzała, ale do zegara – nie. Nawet jej przez myśl nie przeszło, żeby go tam poszukiwać, choć rzeczywiście, zegar jest tak obszerny, że niewysoki chłopiec mógłby się tam bez trudu zmieścić. Choć prawdopodobieństwo, że dzieciak mógłby w takim schowku wytrzymać cztery godziny, było znikome, Ania poszła sprawdzić wnętrze zegara. Ale Jima tam nie znalazła.

Ciotka Mary Maria objęła rękami skołataną głową.

– Kiedy szłam do siebie, na górę, przeczuwałam, że zanosi się na coś niedobrego. A potem przeczytałam w Biblii te słowa: „Nie znacie dnia ani godziny…”. To była przepowiednia. Musisz być silna, Aniu. On… mógł pójść na bagna. Szkoda, że nie mamy psów tropiących.

Mimo że nikomu nie było do śmiechu, Ania zdobyła się na wysiłek i uśmiechnęła się blado.

– No, nie mamy… Pewnie na całej wyspie nikt nie ma psa myśliwskiego. O, gdyby żył Reks, pies Gilberta, już dawno znalazłby Jima. Mam… mam takie wrażenie, że wszystko dobrze się skończy i że Jim się znajdzie.

– Czterdzieści lat temu w Carmody zniknął bez wieści Tomek Spencer. I o ile mi wiadomo, nikt go nigdy nie odnalazł. A jeśli, to co najwyżej jakieś smętne szczątki doczesne. I z czego ty się śmiejesz, kobieto? – poirytowana fuknęła na Anię. – Zachowujesz się tak, jakby to nie ciebie dotyczyło… – przerwał jej dzwonek telefonu.

Ania i Zuzanna popatrzyły na siebie z trwogą.

– Zuzanno, proszę… Nie mogę… nie potrafię podnieść tej słuchawki – szepnęła Ania spanikowana.

– Ja tym bardziej…. – odszepnęła Zuzanna i popatrzyła błagalnie na ciotkę Mary Marię, wyrzucając sobie własną słabość i to okazywaną w obecności złośliwej starszej pani.

Ciotka podeszła do aparatu telefonicznego krokiem dostojnym, a w każdym razie nie nadto pospiesznym. Upstrzona papierowymi papilotami kiwała się miarowo w różne strony, upodabniając ją do starej czarownicy.

– To Carter Flagg. Powiedział, że przeszukali najbliższą okolicę – oznajmiła chłodno. – Nie znaleźli Jima, ale jest jeszcze łódka, którą widać na środku stawu. Chyba jest pusta. Mówi, że trzeba będzie przeszukać dno stawu.

Ania miała wrażenie, że podłoga usuwa się spod jej nóg, gdy poczuła, że podtrzymuje ją mocne ramię Zuzanny.

– Już dobrze, Zuzanno. Dziękuję. Pomóż mi tylko usiąść na fotelu – poprosiła cicho, z trudem formułując słowa suchymi wargami. – Trzeba znaleźć Gilberta.

Ciotce najwyraźniej żal się zrobiło znękanej lękiem Ani.

– Jedyna pociecha w tym – postanowiła ją wesprzeć dobrym słowem – że jeśli się utopił, to już nie będzie się musiał borykać z kłopotami, których w życiu nie brak.

Ania z trudem dźwignęła się z fotela.

– Wezmę jakąś latarkę i jeszcze raz go poszukam w ogrodzie i na podwórzu – oznajmiła. – Tak, wiem, że już szukałaś, Zuzanno, ale ja muszę jeszcze raz… Nie mogę tu tak siedzieć i czekać… nie wiadomo na co.

– Niech pani przynajmniej włoży coś ciepłego. Już noc, zrobiło się chłodno i mokro. Pójdę po ten długi, szary sweter; widziałam go w pokoju chłopców. Proszę tu na mnie zaczekać.

Zuzanna wspięła się po schodach na piętro, a po chwili z góry dobiegł jej mrożący krew w żyłach krzyk. Ania i ciotka Mary Maria pobiegły w jego kierunku.

Zuzannę zastały na korytarzu. Opierała się o ścianę, to płacząc, to zanosząc się histerycznym śmiechem. Wyglądała, jakby postradała zmysły. Ania nigdy nie widziała jej w takim stanie.

– O niebiosa! Jest! Jest nasz chłopczyk! Śpi, tam, na parapecie okiennym, za drzwiami. Wszędzie szukałam, ale tam nie zajrzałam – przyznała. – Zobaczyłam, że nie ma go w łóżku i tyle.

Rzeczywiście, na szerokim parapecie niskiego okna leżał pogrążony w głębokim śnie Jim. W jednej ręce ściskał kurczowo swojego starego misia, drugą przytrzymywał zdjęty z łóżka kraciasty kocyk, którym się nakrył. W zgięciu jego kolan ułożył się Okruszek. Chłopiec miał spokojną, pogodną buzię, jakby śniło mu się coś miłego.

Ania postanowiła go nie budzić, ale on sam nagle otworzył oczy i popatrzył na zebrane nad jego głową kobiety trochę nieprzytomnie.

– Synku, dlaczego nie położyłeś się do łóżka? Zaglądałyśmy do ciebie, nie było cię, więc zaczęłyśmy się martwić. Do głowy nam nie przyszło, że postanowiłeś się przespać na oknie… – głaskała czule brązowe loki chłopca, szczęśliwa, że znowu ma go przy sobie.

– Było mi źle, więc chciałem być sam. A potem pomyślałem, że usiądę na oknie, żeby widzieć, jak ty i tata wracacie do domu – szepnął Jim. – I… chyba zasnąłem.

Ania wzięła malca na ręce i przeniosła go do łóżka. Otuliła go dokładnie, a potem dała słodkiego całusa na dobranoc. Jim pomyślał, że to było znacznie lepsze niż oglądanie tatuaży. Nawet tych z wężami, które wyglądały jak żywe. Miał mamę tylko dla siebie! I to jaką mamę! Najlepszą na świecie! Jim wiedział, co mówi, bo przecież wiadomo było, że mamy bywają różne. Taki Bertie na przykład. Fakt, teraz był sobie w porcie i oglądał tatuaże, ale wszyscy wiedzieli, że jego mama jest okropnie oszczędna, no, skąpa po prostu, i że często spuszczała Bertiemu i jego rodzeństwu lanie. Za byle co tłukła ich, gdzie popadnie.

– Już niedługo nazbieram dla ciebie konwalii – szepnął sennie Jim. – Obiecuję!

– Przecież wiem, skarbie – mama pocałowała go delikatnie w czoło.

Ciotka Mary Maria przyjęła odnalezienie się Jima z wielką ulgą.

– Myślę, że najwyższa pora, żebyśmy znalazły się tam, gdzie od dawna powinnyśmy być, to znaczy w łóżkach – zakomenderowała.

– Jak ja mogłam zapomnieć o tym parapecie? – dziwiła się tymczasem Ania. – Niepotrzebnie postawiłyśmy na nogi pół wsi. Ależ Gilbert będzie miał używanie! Ach, Zuzanno, zapomniałabym! Zadzwoń jak najszybciej do pana Flagga i powiedz mu, że nasza zguba się znalazła.

– Ale będzie ze mnie kpił! – cieszyła się Zuzanna. – No i niech sobie kpi. Co mi tam! Najważniejsze, że nasz chłopaczek się odnalazł.

Ciotka Mary Maria uznała, że i tak nie zaśnie.

– Napiłabym się herbaty – napomknęła nieśmiało, poprawiając szlafrok i przygładzając nastroszone papiloty na głowie.

– Zaraz zrobię – obiecała Zuzanna, energicznie potrząsając kokiem. Jej fryzura też była nieco „nastroszona”, ale Zuzanna miała w tej chwili inne sprawy na głowie.

Po chwili wróciła od telefonu i oznajmiła:

– Pan Carter Flagg został poinformowany, że Jim jest bezpieczny w domu. Powiedział tylko: „Dzięki Bogu!”. Porządny człowiek! Od dziś nie dam złego słowa na niego powiedzieć, choć czasami ceny w jego sklepie wołają o pomstę do nieba; takie są wysokie. Co pani na to, pani Aniu, żeby jutro upiec na obiad kurczaka? W końcu mamy święto, prawda? A święto trzeba uczcić. A Jimowi upiekę z samego rana jego ulubione bułeczki.

Niedługo potem zadzwonił Gilbert: że wróci dopiero rano, bo musi zawieźć do szpitala dziecko, które się strasznie poparzyło.

W sypialni Ania jeszcze na chwilę otworzyła szeroko okno i wychyliła się w granatową noc. Silny wiatr od morza przeganiał po niebie puszyste kłębki chmur, które co rusz zasłaniały okrągłą tarczę księżyca.

„Niepotrzebnie od razu wpadłam w taką panikę – pomyślała, patrząc na oblane księżycowym światłem wierzchołki drzew w dolinie. – Idiotyczne były te przepowiednie ciotki Mary Marii. Ale może to wszystko było potrzebne, żebym znowu poczuła, jaka jestem szczęśliwa?”.

 

Na dole spokojnie pochrapywała Zuzanna, niepomna, że jeszcze godzinę temu chciała umrzeć ze wstydu i poczucia winy.

Ta noc była łaskawa dla wszystkich mieszkańców Złotego Brzegu.