Siostra Słońca

Tekst
Z serii: Siedem sióstr #6
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostra Słońca
Siostra Słońca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 82,90  66,32 
Siostra Słońca
Siostra Słońca
Audiobook
Czyta Anna Kutkowska, Anna Rusiecka, Małgorzata Lewińska
42,90  30,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Myślisz, że kiedyś wyjdziesz za mąż? – spytałam.

– Nie wiem. Na razie na pewno nie jestem na to gotowa. Albo może nie trafiłam jeszcze na tego swojego „jedynego”. A jeśli mogę cię spytać… Byłaś kiedyś zakochana?

Dla odmiany nie miałam nic przeciwko poruszeniu tego tematu. Tego wieczoru byłyśmy tylko dwiema koleżankami na kolacji i plotkach.

– O tak. I nie sądzę, że chciałabym coś takiego powtórzyć.

– Źle się skończyło?

– Jasne. Złamał mi serce. Kompletnie mnie to rozwaliło, ale w końcu zdarza się, że człowiek wpadnie w gówno, no nie?

– Pojawi się ktoś inny, Elektro, wiem to na pewno.

– Mówisz całkiem jak moja siostra Tiggy. Jest bardzo uduchowioną osobą i stale coś przepowiada.

– No i może ma rację… i ja też. Każdy ma kogoś sobie przeznaczonego, naprawdę w to wierzę.

– Pytanie jednak, czy kiedykolwiek tę osobę znajdziemy? Wiesz, świat jest wielki.

– Fakt – zgodziła się Mariam, po czym stłumiła ziewnięcie. – Wybacz, ostatniej nocy nie spałam dobrze. Jak zwykle źle znoszę zmianę czasu.

– Zaraz zapłacę. – Skinęłam na kelnera, by podszedł. Całkiem mnie zignorował. – Jacy oni potrafią być niegrzeczni – mruknęłam, kiedy po pięciu minutach nadal nie było z jego strony reakcji.

– Jest zajęty, Elektro, podejdzie, jak znajdzie chwilę. Wiesz, cierpliwość to piękna cecha.

– I zawsze mi jej brakowało – przyznałam cicho, starając się opanować złość.

Wreszcie, gdy kelner zdecydował się zaszczycić nas swoją obecnością, mogłyśmy wyjść z restauracji.

– Dziś wieczorem przekonałam się, że nie znosisz, jak ludzie cię ignorują – powiedziała Mariam.

– Święta racja. W rodzinie, gdzie było nas sześć sióstr, trzeba było się mocno drzeć, żeby ktoś cię zauważył. I ja to robiłam. – Zaśmiałam się.

– Spróbujmy złapać taksówkę do hotelu…

Nie dosłyszałam, co mówi, bo moją uwagę zwrócił mężczyzna siedzący samotnie przy jednym ze stolików na zewnątrz. Popijał koniak.

– O mój Boże… – szepnęłam.

– Co się stało?

– Patrz na tego faceta. Znam go. Pracuje dla mojej rodziny.

Podeszłam i stanęłam dosłownie nad nim, aż wreszcie uniósł wzrok.

– Christian?

Gapił się na mnie. W jego twarzy widać było zmieszanie.

– Pardon, mademoiselle, czy my się znamy? – spytał po francusku.

Nachyliłam się, by szepnąć mu do ucha:

– Jasne, idioto! Przecież to ja, Elektra!

– Mon dieu! Rzeczywiście, to ty! A ja…

– Cicho! Przebrałam się, żeby nikt mnie nie poznał!

– Wspaniały kostium, ale teraz już cię poznaję.

Przypomniałam sobie o stojącej za nami Mariam.

– Mariam, to Christian, jest… No, chyba najłatwiej powiedzieć członkiem rodziny. – Uśmiechnęłam się do niego. – Będziemy przeszkadzać, jeśli przysiądziemy się na drinka? Co za przypadek, że się tu spotykamy!

– Jeśli pozwolisz, wrócę już do hotelu – powiedziała Mariam. – Inaczej zasnę tu na stojąco. Miło cię poznać, Christianie. Bonne soirée. – Skinęła nam głową, odwróciła się i znikła w tłumie na ruchliwej uliczce Montmartre’u.

– Mogę się przysiąść? – spytałam.

– Oczywiście, proszę, siadaj. Zamówię ci koniak.

Obserwowałam, jak daje znak młodej kelnerce obsługującej stoliki na zewnątrz. Jako nastolatka strasznie się w nim durzyłam – w końcu był jedynym facetem przed trzydziestką, z którym miałam styczność w Atlantis. Dziesięć lat później niewiele się zmienił i uderzyło mnie, że nie mam pojęcia, ile naprawdę ma lat. A także, co przyznałam w duszy ze skruchą, kim właściwie jest.

– Co ty tu robisz, w Paryżu? – zwróciłam się do niego.

– O… odwiedziłem starego przyjaciela.

– No tak. – Skinęłam głową, czując wyraźnie, że kłamie. – Wiesz, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam, mama znalazła mi miejsce, gdzie mogłam mieszkać. To było niedaleko stąd. Pracowałam w tej knajpce. Wydaje się, że to było wieki temu.

– To prawda, minęło prawie dziesięć lat. O, jest twój koniak. Santé.

– Santé. – Uniosłam kieliszek w toaście i oboje wypiliśmy po sporym łyku.

– A ja mogę spytać, co robisz w przebraniu na ulicach Montmartre’u?

– Mariam, którą właśnie poznałeś, to moja asystentka. Narzekałam, że nigdzie nie mogę pójść, żeby mnie nie rozpoznano. Ubrała mnie więc w to wszystko i poszłyśmy razem na kolację.

– I co, fajnie jest udawać kogoś innego?

– Jeśli mam być szczera, to nie jestem pewna. Oczywiście są jakieś plusy. Gdybym nie była przebrana, nie moglibyśmy sobie tak tu spokojnie siedzieć i gadać. Zaraz ktoś by mnie zaczepił. Ale irytujące jest to, jak ludzie cię ignorują.

– No tak, pewnie. – Christian pociągnął kolejny łyk koniaku. – A w ogóle jak się masz?

– Dobrze. – Wzruszyłam ramionami. – Lepiej powiedz, co u Mariny? I u Claudii?

– Wszystko w porządku. Są w dobrej formie.

– Często zastanawiam się, czym wypełniają sobie czas, kiedy nas już nie ma i odszedł Pa Salt.

– Tym bym się nie martwił, Elektro. Są stale czymś zajęte.

– A ty?

– Zawsze jest mnóstwo do zrobienia w posiadłości i rzadko zdarza się miesiąc, żeby nie wpadła któraś z twoich sióstr. Teraz w Atlantis jest Ally ze swoim ślicznym synkiem, Bearem.

– Pewnie mama jest w siódmym niebie.

– O, tak! – Christian uśmiechnął się do mnie, co było rzadkie. – To pierwszy reprezentant nowego pokolenia. Marina znów czuje się potrzebna. Aż miło patrzeć, jaka jest szczęśliwa.

– A jak się ma Bear? Mój siostrzeniec – dodałam zaskoczona tym słowem w swoich ustach.

– Jest idealny, jak wszystkie niemowlaki.

– Płacze, krzyczy czasem? – drążyłam.

Christian był w gruncie rzeczy moim – i moich sióstr – pracownikiem, jednak tego wieczoru okazywany mi przez niego szacunek trochę mnie wkurzał.

– Czasami tak, ale które dziecko tego nie robi?

– Pamiętasz czasy, kiedy mieszkałam w domu?

– Oczywiście.

– To znaczy jak byłam niemowlakiem?

– Wtedy miałem tylko dziewięć lat, Elektro.

O! Czyli Christian musi mieć jakieś trzydzieści pięć lat…

– Ale jestem pewna, że pamiętam, jak stałeś za sterem łodzi, kiedy byłam całkiem mała.

– Tak, ale zawsze był przy mnie twój ojciec. Musiałem nabrać wprawy, zanim pozwolił mi nią sterować samemu.

– O Boże… – Uniosłam dłoń do ust, kiedy zaczęły wracać wspomnienia. – Pamiętasz, jak miałam jakieś trzynaście lat i uciekłam ze szkoły do Atlantis? A Pa Salt kazał mi wracać i przynajmniej spróbować tam wytrzymać? Tak bardzo nie chciałam tam jechać, że wyskoczyłam z łodzi na środku Jeziora Genewskiego i próbowałam dopłynąć do brzegu.

Ciepłe spojrzenie ciemnych oczu Christiana powiedziało mi, że pamięta.

– Jak mógłbym zapomnieć? O mało nie utonęłaś, bo nie pomyślałaś, żeby najpierw zrzucić płaszcz, i poszłaś pod wodę. Przez jakiś czas nie mogłem cię znaleźć… – Pokręcił głową. – To była jedna z najgorszych chwil w moim życiu. Gdybym nie zdołał cię wyciągnąć…

– Pa Salt strasznie by się zezłościł, to pewne. – Starałam się rozładować atmosferę, bo Christian wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Nigdy bym sobie nie wybaczył, Elektro.

– Ale przynajmniej tamten mój numer częściowo zadziałał. Pa pozwolił mi zostać w domu jeszcze kilka dni.

– No tak.

– Jak długo będziesz w Paryżu? – spytałam.

– Jutro wyjeżdżam, a ty?

– W niedzielę wieczorem. Zmieniłam dzień wylotu dziś po południu, ale pewien facet wystawił mnie do wiatru. – Wzruszyłam ramionami.

– Więc powinnaś pojechać ze mną do Atlantis i zobaczyć siostrzeńca. Jestem samochodem, mogę cię zabrać. Wszyscy bardzo by się ucieszyli twoją wizytą.

– Myślisz? – Pokręciłam głową. – Nie sądzę.

– Dlaczego? Marina i Claudia stale o tobie mówią. Mają album z wycinkami ze wszystkich twoich sesji.

– Naprawdę? To miło. Może… innym razem.

– Jeśli zmieniłabyś zdanie, znasz mój numer.

– No pewnie. – Uśmiechnęłam się. – Jest zapisany w mojej pamięci na zawsze. Kiedy zaczynały się kłopoty w szkole, wiedziałam, że przybędziesz mi na ratunek.

– Muszę się pomału zbierać. Wyjeżdżam z samego rana. – Christian dał znak kelnerce, że chce zapłacić.

– Gdzie się zatrzymałeś? – spytałam.

– W tym samym budynku, w którym kiedyś mieszkałaś. Należy do przyjaciółki Mariny.

– Naprawdę? Nie wiedziałam.

Wróciło ulotne wspomnienie mojej paryskiej gospodyni – wiekowej pani, której twarz naznaczyły papierosy, absynt i upływ czasu.

– W każdym razie – Christian wstał – gdybyś zmieniła zdanie, daj mi znać. Wyjeżdżam o siódmej rano. A teraz pozwól, że zawołam ci taksówkę.

Kiedy szliśmy, było mi przyjemnie, że Christian jest przynajmniej mojego wzrostu. Był też w niesamowitej formie. Pod białą koszulą odznaczał się rzeźbiony tors. Gdy zatrzymał taksówkę, z jakiegoś idiotycznego powodu znów poczułam to co zawsze, kiedy zostawiał mnie w szkole i odjeżdżał, a ja tak strasznie żałowałam, że nie zabiera mnie z sobą.

– A ty gdzie się zatrzymałaś, Elektro?

– W Ritzu – powiedziałam, wsiadając do tyłu samochodu.

– Miło było cię zobaczyć. Uważaj na siebie, dobrze?

– Jasne! – zawołałam, kiedy taksówka szybko ruszała.

Kładąc się do łóżka pół godziny później, zdałam sobie nagle sprawę, że od popołudnia z Maxime’em nie wciągnęłam nawet jednej kreski, i to bardzo poprawiło mi humor.

*

Następnego dnia, o zgrozo, obudziłam się o piątej nad ranem i choć wzięłam pigułkę nasenną, mój umysł za nic nie chciał się wyłączyć. Leżałam więc, myśląc o perspektywie jałowego weekendu w Paryżu, a jednocześnie przerzucając listę telefonów na komórce, żeby znaleźć jakichś znajomych, którzy dotrzymaliby mi towarzystwa. Uświadomiłam sobie, że właściwie nie mam ochoty zobaczyć się z żadnym z nich, bo znów musiałabym się zmusić do bycia Elektrą supermodelką, a marzyła mi się od tego przerwa.

Tylko że niekoniecznie spędzona samotnie, przemknęło mi przez głowę, gdy obserwowałam świecące cyferki na zegarze przy łóżku, które boleśnie wolno zmierzały do szóstej rano.

 

I pomyślałam o Atlantis, z mamą i Claudią, i o tym, jak mogłabym połazić po domu i posiadłości w starych dresach, które trzymałam w dolnej szufladzie komody w sypialni, i że nie musiałabym się silić na bycie nikim innym, mogłabym być tylko sobą…

Zanim zdołałam się rozmyślić, zadzwoniłam na komórkę Christiana.

– Dzień dobry, Elektro.

– Cześć, Christian. Zastanawiam się, że może rzeczywiście pojechałabym z tobą do Atlantis.

– Świetnie! Marina i Claudia bardzo się ucieszą. To zabrać cię z Ritza za godzinę?

– Dobrze, dzięki.

Wysłałam SMS-a do Mariam.

Obudziłaś się już?

Tak. Potrzebujesz czegoś?

Zadzwoń.

Od razu się odezwała. Wyjaśniłam jej, że muszę lecieć do Stanów z Genewy, a nie Paryża.

– Nie ma problemu. Mam zamówić ci hotel?

– Nie, jadę do domu zobaczyć się z rodziną.

– Cudownie! – Zareagowała z takim entuzjazmem, że aż czułam, jak się uśmiecha. – Zaraz oddzwonię i wszystko ci potwierdzę.

– A co z tobą, Mariam? – Nagle uświadomiłam sobie, że zostawiam ją samą. – Dasz sobie radę w Paryżu? Może kupisz dla siebie bilet powrotny na dziś. Jak wolisz?

– Nie, Elektro. Chętnie zostanę. Planowałam, że po południu zobaczę się z Bardinem, jeśli nie miałabyś nic przeciw temu. Więc wszystko pozałatwiam i spotkamy się na lotnisku w Genewie jutro wieczorem.

Wzięłam kreskę z paczuszki, którą zostawił mi Maxime, a potem powrzucałam rzeczy do walizki i torby i zamówiłam sobie francuskie ciastka oraz – żeby mieć czystsze sumienie w związku z węglowodanami – owoce. Po śniadaniu zawołałam boya, żeby zabrał moje rzeczy na dół. Założyłam ogromne czarne okulary (CeCe powiedziała kiedyś, że wyglądam w nich jak mucha plujka) i ruszyłam za swoim bagażem do Christiana, czekającego w wygodnym mercedesie. Przywitał mnie i otworzył mi tylne drzwi, ale pokręciłam głową.

– Pojadę z przodu, jeśli ci to nie przeszkadza.

– Ależ skąd – powiedział i pomógł mi wsiąść.

Kiedy się mościłam, poczułam kojący zapach skórzanych siedzeń, odświeżacza powietrza i ten dobrze mi znany cytrynowy aromat wody kolońskiej Pa Salta. Wsiadałam do różnych aut taty, odkąd byłam mała, a ten zapach nigdy się nie zmieniał, nawet teraz, kiedy jego już nie było. Kojarzył się z domem i bezpieczeństwem. Gdybym umiała zamknąć go w buteleczce i nosić przy sobie, na pewno bym to zrobiła.

– Masz wszystko, czego potrzebujesz, Elektro? – zapytał Christian, uruchomiając silnik.

– Tak.

– Podróż zwykle trwa około pięciu godzin – powiedział, kiedy ruszyliśmy gładko spod Ritza.

– Mówiłeś mamie, że przyjadę?

– Tak. Pytała, czy masz jakieś szczególne wymogi dietetyczne.

– O…

Zdałam sobie sprawę, że ostatni raz byłam w domu, kiedy starałam się robić sobie detoks i piłam hektolitry zielonej herbaty. Przyjechałam z Mitchem, który był czysty jak łza. Ja miałam na wszelki wypadek butelkę wódki, gdybym jednak pękła. Co zresztą się stało, ale nic dziwnego, bo to był pierwszy raz w Atlantis bez Pa Salta. Żałoba bez pogrzebu.

– Wygodnie ci, Elektro?

– Jasne, dziękuję. Christian?

– Tak?

– Czy woziłeś Pa Salta w wiele miejsc?

– Nie, niespecjalnie. Zwykle na lotnisko w Genewie, kiedy miał lecieć swoim prywatnym odrzutowcem.

– Wiedziałeś dokąd?

– Czasami tak.

– No to dokąd?

– O, w różne miejsca na świecie.

– Wiesz, czym się konkretnie zajmował?

– Nie mam pojęcia, Elektro. Był bardzo skryty.

– Mało powiedziane. – Westchnęłam. – Nie sądzisz, że to dziwaczne, że nikt z nas się nie orientował, co robi? Większość dzieci przecież mówi: „Mój tata jest sklepikarzem albo prawnikiem”, a ja nic nie mogłam powiedzieć, bo nic nie wiedziałam.

Christian milczał, nie odrywając wzroku od drogi. Trudno było uwierzyć, że jako rodzinny kierowca, prowadzący zarówno auta, jak i łodzie, nie jest bardziej zorientowany.

– Wiesz co? – rzuciłam.

– Nie, póki mi nie powiesz. – Przez jego usta przemknął uśmiech.

– Kiedy miałam wszystkie te kłopoty w szkole i po mnie przyjeżdżałeś, ty i twój samochód byliście dla mnie strefą bezpieczeństwa.

– A co to takiego?

– O, na terapii tak się nazywa miejsce, gdzie można uciec w wyobraźni albo wspomnieniami. Tam gdzie człowiek jest szczęśliwy. Często marzyłam, żebyś po mnie przyjechał. Wyobrażałam sobie, że czekasz na dole, by mnie zabrać.

– Czuję się zaszczycony. – Tym razem naprawdę się do mnie uśmiechnął.

– Czy ty sam zgłosiłeś się do pracy dla Pa Salta?

– Twój ojciec znał mnie od dziecka. Mieszkałem… blisko, a on bardzo mi pomagał. I mojej matce.

– Chcesz powiedzieć, że był dla ciebie kimś w rodzaju ojca?

– Tak – przyznał po chwili milczenia. – Był.

– To może ty jesteś tą tajemniczą siódmą siostrą! – Zachichotałam.

– Twój ojciec był bardzo dobrym człowiekiem i wszyscy głęboko przeżywamy jego stratę.

Czy Pa Salt był dobry, czy apodyktyczny? Czy też jedno i drugie?zastanawiałam się, gdy mijaliśmy przedmieścia Paryża i wjeżdżaliśmy na autostradę. Odchyliłam trochę siedzenie i zamknęłam oczy.

3

– Elektro, jesteśmy na przystani – usłyszałam łagodny szept.

Oprzytomniałam, zamrugałam w jasnym świetle i zdałam sobie sprawę, że to blask słońca odbijającego się od lustra wód Jeziora Genewskiego.

– Przespałam dobre cztery godziny – powiedziałam zaskoczona, wysiadając z auta. – Mówiłam, że z tobą czuję się bezpiecznie. – Uśmiechnęłam się do niego, kiedy otwierał bagażnik. – Potrzebuję tylko torby, resztę możesz zostawić do jutra.

Zamknął samochód i poszedł przodem do miejsca, gdzie była zacumowana szybka łódź motorowa. Podał mi rękę, żebym wsiadła, po czym zajął się przygotowaniami, by ruszyć, a ja umościłam się wygodnie na miękkiej skórzanej kanapie blisko steru. Myślałam o tym, z jaką radością zawsze wracałam do Atlantis. Ale wyjeżdżając stąd, zwykle czułam ulgę.

Może tym razem będzie inaczej, powiedziałam i westchnęłam, bo ta wieczna nadzieja jakoś nigdy się nie spełniała.

Christian odpalił silnik i popłynęliśmy do domu mojego dzieciństwa. Jak na koniec marca było ciepło. Przyjemnie. Czułam promienie słońca na twarzy, we włosach – wiatr.

Kiedy zbliżaliśmy się do półwyspu, na którym stał nasz dom, wyciągałam szyję, żeby jak najszybciej dostrzec zza drzew Atlantis. Dom był niezwykły – tak śliczny, że przypominał trochę disnejowski zamek. Kompletnie nie pasował do Pa Salta, pomyślałam. Ojciec miał bardzo mało ubrań. Z tego, co pamiętam, na okrągło nosił te same trzy marynarki – lnianą latem, tweedową zimą i jeszcze jedną, z niezidentyfikowanej bliżej tkaniny, w okresach przejściowych. W jego pokoju było tak mało sprzętów jak w klasztornej celi. Zastanawiałam się zawsze, czy nie zadaje sobie jakiejś tajemnej pokuty za popełnione w przeszłości zbrodnie, ale tak czy inaczej… Kiedy podpływaliśmy do Atlantis, przyszło mi do głowy, że garderoba i sypialnia ojca były istnym paradoksem w zestawieniu z naszym domem.

Mama wyszła już mnie witać. Machała uradowana. Jak zwykle była bardzo elegancka. Zauważyłam, że ma na sobie spódnicę z bouclé, którą podebrałam dla niej z wieszaka z próbkami modeli Chanel, bo wiedziałam, że się nią zachwyci.

– Elektra! Chérie, co za niespodzianka! – Wspięła się na palce, a ja nachyliłam się, żeby mogła ucałować mnie w oba policzki i uściskać.

Po chwili cofnęła się, żeby mi się przyjrzeć.

– Jesteś śliczna jak zawsze, ale moim zdaniem za chuda. Nie martw się, Claudia ma wszystkie składniki, żeby usmażyć ci twoje ulubione naleśniki z jagodami, jeśli zechcesz. Wiesz, że jest tu Ally ze swoim dzidziusiem?

– Tak, Christian mi mówił. Nie mogę się doczekać, żeby poznać siostrzeńca.

Ruszyłam za nią ścieżką i przez ogród przed domem, ciągnący się aż do jeziora. Zapach trawy i budzących się do życia roślin był uderzająco świeży w porównaniu z nowojorskim zaduchem. Nabrałam głęboko w płuca tego cudownego powietrza.

– Chodź do kuchni – powiedziała Ma. – Claudia już szykuje brunch.

Obejrzałam się na Christiana. Kiedy stawiał przy schodach moją torbę, podeszłam do niego.

– Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. Cieszę się, że przyjechałam.

– Zawsze do usług, Elektro. O której musimy jutro ruszyć na lotnisko?

– Około dziesiątej wieczorem. Moja asystentka zamówiła odrzutowiec. Wylatujemy o północy.

– Dobrze. Gdyby coś się zmieniło, powiedz Marinie, ona da mi znać.

– Oczywiście. Miłego weekendu.

– Nawzajem. – Skinął mi głową i znikł we frontowych drzwiach.

– Elektra!

Odwróciłam się i zobaczyłam idąca do mnie z kuchni Ally. Wyciągnęła ręce, żeby mnie uściskać.

– Cześć, młoda mamo – powiedziałam, kiedy mnie przytuliła. – Gratulacje.

– Dzięki. Nadal trudno mi uwierzyć, że jestem matką.

Z ukłuciem zazdrości pomyślałam, że wygląda świetnie. Jej ostre rysy trochę złagodniały, bo w ciąży zrobiła się ciut pulchniejsza, a bajeczne złocistorude włosy świeciły niczym aureola wokół twarzy o porcelanowej cerze.

– Wyglądasz pięknie – pochwaliłam ją.

– Nie, wcale nie. Przytyłam osiem kilo i jakoś nie mogę tego zrzucić, a w nocy śpię może dwie godziny, nie więcej. Mam w łóżku nienasyconego faceta. – Roześmiała się.

– Gdzie on jest?

– Odsypia noc, oczywiście. – Ally wzniosła oczy do nieba, jakby miała to synowi za złe, ale robiła wrażenie tak szczęśliwej jak nigdy dotąd. – Przynajmniej będziemy mogły trochę porozmawiać – dodała, gdy szłyśmy do kuchni. – Dziś uświadomiłam sobie, że nie widziałam cię od czerwca, kiedy zjechałyśmy się tu po śmierci Pa Salta.

– No, tak, byłam bardzo zajęta.

– Staram się śledzić w gazetach i magazynach, co u ciebie, ale…

– Cześć, Elektro – powitała mnie po francusku Claudia z tym swoim mocnym niemieckim akcentem. – Jak się masz?

Właśnie wlewała na patelnię ciasto na naleśniki. Usłyszałam apetyczne skwierczenie.

– Świetnie, dziękuję.

– Chodź. – Ally wskazała mi krzesło przy długim stole. – Siadaj i opowiedz mi wszystko, co się z tobą działo od czasu, kiedy tu byłaś.

– Dobrze, ale najpierw skoczę na górę się odświeżyć.

Obróciłam się na pięcie i wyszłam z kuchni. Nagle ogarnęła mnie panika. Wiedziałam, jak Ally lubi przepytywać wszystkie siostry, a nie byłam pewna, czy jestem na coś takiego gotowa.

Złapałam torbę, po czym wspięłam się na mansardę – która zresztą wcale nie przypominała mansardy, ale przestronne piętro, gdzie miałyśmy pokoje – i otworzyłam drzwi swojej sypialni. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak wtedy, kiedy wyjeżdżałam do Paryża jako nastolatka. Ściany były nadal pomalowane na łagodny kremowy beż. Usiadłam na łóżku. W porównaniu z pokojami pozostałych sióstr, które ozdobiły je rzeczami oddającymi ich osobowość, to wnętrze wydawało się gołe. Nie zdradzało wiele na temat osoby, która mieszkała tu przez pierwsze szesnaście lat swojego życia. Żadnych plakatów z modelkami czy gwiazdami popu, sportu albo tancerkami… Nic, co by wskazywało, kim jestem.

Sięgnęłam do torby, złapałam butelkę wódki zawiniętą w kaszmirowe dresowe spodnie i upiłam dobry haust. Ta sypialnia wyrażała wszystko, co można o mnie powiedzieć – byłam jak pusta skorupa. Nie miałam – nigdy – żadnych pasji. I nie wiedziałam, kim jestem, ani wtedy, ani teraz, pomyślałam, wtykając butelkę z powrotem do jej gniazdka, po czym sięgnęłam po mały pakiecik upchany do przedniej kieszonki torby, żeby wziąć kreskę.

*

Nim ruszyłam na dół, wódka mnie uspokoiła, a po koce zrobiłam się trochę weselsza. Kiedy rozkoszując się przysmakami Claudii, siedziałam z mamą i Ally, zgodnie z ich oczekiwaniami opowiadałam o fantastycznych przyjęciach, na jakich bywam, celebrytach, których spotykam, i wtajemniczałam je w krążące w środowisku ploteczki.

– A co z tobą i Mitchem? Czytałam w gazetach, że się rozstaliście. To prawda?

Czekałam na to pytanie. Ally była zagorzałą zwolenniczką nieowijania niczego w bawełnę.

– Tak. Od kilku miesięcy nie jesteśmy już razem.

– Co się stało?

– O, wiesz… – Wzruszyłam ramionami i wypiłam łyk gorącej mocnej kawy, żałując, że nikt nie dolał do niej bourbona. – On mieszkał w LA, ja w Nowym Jorku, oboje stale podróżujemy…

– Więc to nie był ten twój jedyny? – drążyła Ally.

W kuchni nagle coś zazgrzytało. Rozejrzałam się.

– Monitor małego. Bear się obudził. – Ally westchnęła.

– Zajrzę do niego – zaoferowała mama, ale Ally już stała i delikatnie przytrzymała ją na krześle.

– Miałaś dyżur od piątej rano, kochana, teraz moja kolej.

Jeszcze nie widziałam siostrzeńca, ale już mi się spodobał. Zuch. Wybawił mnie z ognia pytań inkwizytorki Ally.

 

– A jak tam twoje nowe mieszkanie? – zagadnęła mama, zmieniając temat. Jeśli takt ma jakąś postać fizyczną, to moja Marina jest jego uosobieniem.

– W porządku – odparłam. – Wynajęłam je jednak tylko na rok, więc prawdopodobnie niedługo poszukam innego lokum.

– Pewnie niezbyt często tam bywasz, przy tych wszystkich wyjazdach.

– Racja, ale mam przynajmniej gdzie trzymać rzeczy. O, patrzcie, kto tu jest!

Do stołu zbliżała się Ally. Miała na rękach dziecko o ogromnych ciemnych oczach, które popatrywały ciekawie. Ciemnorude włosy zaczynały się już skręcać w ciasne loczki na czubku głowy.

– To Bear – przedstawiła syna Ally z matczyną dumą.

Czemu nie miałaby być dumna? Każda kobieta, która odważyła się rodzić, była dla mnie bohaterką.

– O mój Boże! Słodki… można go zjeść! Ile teraz ma? – spytałam, kiedy Ally siadała z małym na kolanach.

– Siedem tygodni.

– Oj, a taki z niego olbrzym!

– Bo ma niesamowity apetyt. – Ally uśmiechnęła się, odpięła bluzkę i przystawiła dziecko do piersi.

Bear zaczął głośno ssać. Skrzywiłam się.

– To cię nie boli?

– Z początku trochę bolało, ale już się przyzwyczailiśmy, co, kochanie? – odparła, popatrując na niego z góry, jak pewnie ja czasem patrzyłam na Mitcha. Innymi słowy, z miłością.

– No, to teraz zostawimy was, dziewczynki, żebyście się nagadały – odezwała się Claudia, kiedy sprzątnęła ze stołu. – Do zobaczenia później.

Razem z Ma wyszły z kuchni.

– Tak mi przykro z powodu taty Beara, Ally, naprawdę – powiedziałam.

– Dziękuję, Elektro.

– Czy on… ojciec…

– Miał na imię Theo.

– Czy Theo wiedział o dziecku?

– Nie, i ja też, dopiero kilka tygodni po jego śmierci się zorientowałam. W tamtym czasie myślałam, że mój świat się wali. Ale teraz – Ally uśmiechnęła się do mnie pogodnie – nie wyobrażam sobie życia bez niego.

– Brałaś pod uwagę…?

– Aborcję? Przemknęło mi coś takiego przez myśl, tak. Wiesz, jestem żeglarką, tata Beara nie żył, a ja nawet nie miałam wtedy domu. Ale nigdy bym się potem z tym nie pogodziła. Uważam, że Bear to dar. Czasami, kiedy karmię go przed świtem, naprawdę czuję, że Theo jest przy mnie.

– To znaczy jego duch?

– Tak.

– Nie sądziłam, że wierzysz w te bzdury. – Uniosłam brwi.

– Ja też nie, ale wieczorem przed narodzinami Beara zdarzyło się coś zdumiewającego.

– Co?

– Byłam wtedy w Hiszpanii. Poleciałam tam szukać Tiggy, u której właśnie stwierdzono chorobę serca, tyle że ona zamiast się leczyć, wyruszyła na poszukiwanie swoich krewnych. I powiedziała mi coś, co mógł wiedzieć tylko Theo. – Dłoń Ally powędrowała do wisiorka, który miała na szyi.

– Co takiego?

– Kupił mi go Theo. – Ally uniosła malutkie turkusowe oczko. – Kilka tygodni wcześniej zerwał się łańcuszek i Tiggy twierdziła, że Theo chce wiedzieć, dlaczego go nie noszę. A potem dodała, że podoba mu się imię Bear. I wiesz co? On rzeczywiście lubił to imię! – W oczach Ally zabłysły łzy. – Byłam sceptyczna, ale obawiam się, że zostałam nawrócona. I wiem już, że Theo nad nami czuwa.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie lekko.

– Trochę ci zazdroszczę – przyznałam. – Problem w tym, że ja właściwie w nic nie wierzę. A jak jest teraz z sercem Tiggy?

– Najwyraźniej bardzo jej się poprawiło. Wróciła do Szkocji i szczęśliwie związała się z lekarzem, który opiekował się nią, kiedy chorowała. A przy okazji jest to właściciel posiadłości, na której ona pracuje.

– To trzeba się wkrótce spodziewać kościelnych dzwonów?

– Wątpię. Charlie formalnie nadal ma żonę. Z tego, co wiem od Tiggy, jest w trakcie trudnego rozwodu.

– A co u reszty sióstr?

– Maja dalej jest w Brazylii z tym swoim uroczym Florianem i jego córką. Star pomaga swojemu chłopakowi, którego z jakiegoś powodu nazywają Mouse, odnawiać jego dom w Kent w Anglii. A CeCe mieszka z dziadkiem i przyjaciółką, Chrissie, w australijskim interiorze. Widziałam zdjęcia niektórych jej obrazów. Są fantastyczne. Ma wielki talent.

– Więc wszystkie siostry urządziły sobie od nowa życie? – spytałam.

– Na to wygląda.

– I zrobiły to, odkrywając swoje korzenie?

– No, tak. Nawet ze mną tak było. Pisałam ci w mailu, że mam brata bliźniaka?

– Hm…

– Oj, Elektro, na pewno pisałam. I że poznałam biologicznego ojca, który jest muzycznym geniuszem, ale też skończonym pijakiem.

Patrzyłam, jak na jego wspomnienie Ally się rozpromienia, jednocześnie wprawnie przystawiając synka do drugiej piersi.

– A ty? – rzuciła. – Zrobiłaś coś w związku z listem, który zostawił ci tata?

– Szczerze mówiąc, nawet go nie otworzyłam, w dodatku nie pamiętam, gdzie jest. Możliwe, że zginął.

– Och, Elektro! – Popatrzyła na mnie z wyrzutem. – Chyba żartujesz?

– Musi gdzieś być, ale nie zawracałam sobie głowy szukaniem.

– Naprawdę nie chcesz wiedzieć, skąd pochodzisz?

– Nie. Nie widzę w tym sensu. Jakie to ma znaczenie? Jestem, kim jestem teraz.

– Mnie to na pewno pomogło. Zresztą nawet jeśli nie chcesz iść tym tropem, to to, co Pa Salt pisał w tych listach, było jego ostatnim darem dla nas wszystkich.

– O Chryste! – Miałam już dość. – Ty i pozostałe dziewczyny traktujecie Pa Salta jak jakiegoś cholernego świętego! A to był tylko facet, który nas adoptował z jakiegoś dziwnego powodu, nieznanego żadnej z nas!

– Proszę, nie krzycz. Denerwujesz dziecko. Przykro mi, jeśli…

– Idę się przejść.

Wstałam od stołu, pomaszerowałam do wyjścia, otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je z hukiem za sobą. Szłam po trawie w kierunku przystani, żałując, jak to zwykle po kilku godzinach w Atlantis, że tu w ogóle przyjechałam.

– Co to jest z tymi moimi siostrami i Pa Saltem? Nawet nie był naszym biologicznym ojcem, na Boga!

Burcząc pod nosem dalej, usiadłam na pomoście. Machając opuszczonymi nad wodę nogami, starałam się wziąć kilka głębokich wdechów. Nie zadziałało. Może uratuje mnie kolejna kreska. Wstałam i ruszyłam po swoich śladach z powrotem do domu. Weszłam na górę na palcach, żeby nikt mnie nie usłyszał. Zamknęłam drzwi pokoju na klucz i wyciągnęłam to, czego potrzebowałam.

Kilka minut później byłam już spokojniejsza. Położyłam się na łóżku i wyobraziłam sobie po kolei wszystkie siostry. Z jakichś powodów pojawiły mi się przed oczami jako disnejowskie księżniczki, co było całkiem zabawne. W tej postaci wcale nie wydawały się wkurzające; kochałam je. Wszystkie, poza CeCe (ona przybrała nagle postać czarownicy z Królewny Śnieżki). Zachichotałam i doszłam do wniosku, że to okrutne, nawet w stosunku do CeCe. Wiem, ludzie mówią, że rodziny się nie wybiera, jednak Pa Salt wybrał nas sobie i dlatego byłyśmy na siebie skazane. Może nie dogadywałam się z CeCe, bo ona nie dawała sobie wciskać kitu jak inne. I umiała pyskować głośniej ode mnie. Pozostałe za wszelką cenę starały się żyć w zgodzie, a jej na tym nie zależało. Trochę jak mnie…

Cztery moje starsze siostry pewnie nigdy nie pomyślały, że mają siebie nawzajem: Ally – Maję; Star – CeCe… A mnie została Tiggy. To z nią musiałam się trzymać, kiedy dorastałyśmy – między nami było tylko kilka miesięcy różnicy. Naprawdę ją kochałam, ale byłyśmy kompletnie różne, jak dwie strony medalu. I nie pomagało też to, że starsze siostry nie kryły, że wolą się bawić z malutką Tiggy niż ze mną. Ona nie awanturowała się, nie wrzeszczała, nie miała stale napadów wściekłości. Siadała na kolanach, ssała palec i była grzeczna. Kiedy byłyśmy starsze, próbowałam się z nią przyjaźnić, bo czułam się samotna, ale to jej bajanie o duchowości doprowadzało mnie do białej gorączki.

Kiedy koka ze mnie wyparowała, siostry przestały być księżniczkami i znów stały się sobą. Zresztą jakie to ma znaczenie? Pa Salt odszedł, byłyśmy tylko grupką kobiet zupełnie do siebie niepodobnych, które zostały zebrane w jednym miejscu w dzieciństwie, ale teraz każda poszła w swoją stronę. Starałam się oddychać wolno i robić to, co zalecała mi terapeutka, czyli analizować, czemu się tak strasznie zezłościłam. I dla odmiany, wydało mi się, że wiem. Ally powiedziała, że pozostałe siostry są szczęśliwe. Ułożyły sobie życie z tymi, którzy je kochali. Nawet CeCe, która zawsze wydawała mi się podobnie trudna do pokochania jak ja. Zdołała jakoś skończyć z tą dziwaczną obsesją na punkcie Star i pójść naprzód. Co więcej, odnalazła powołanie w sztuce, którą zawsze uwielbiała.

A ja? Jak zwykle zostałam bez pary. Odkąd umarł Pa Salt, nie udało mi się znaleźć nic. Może tylko czasem trafił mi się jakiś nowy i bardziej odpowiedzialny diler. Choć w sensie finansowym zdecydowanie odniosłam największy sukces – z tego, co mówił mój księgowy, mogłabym już dziś przestać pracować i nigdy nie martwić się o pieniądze. Tylko na co mi to, skoro nie miałam pojęcia, co innego chciałabym robić?