Drzewo Anioła

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drzewo Anioła
Drzewo Anioła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,90  57,52 
Drzewo Anioła
Drzewo Anioła
Audiobook
Czyta Katarzyna Traczyńska
38,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

– Kochany chłopcze! Jak wspaniale cię widzieć! Świetnie wyglądasz! – LJ objęła syna i ucałowała go w policzki.

– Ciebie też dobrze widzieć, mamo. Idziemy?

– Tak, ale jesteś pewien, że cię stać? – LJ rozejrzała się po recepcji hotelu Savoy, którą mijali, idąc do restauracji.

– Jak najbardziej. Nieźle mi się powodzi, mamo. Długo na to czekałem – odparł David z szerokim uśmiechem.

LJ nie kryła zaskoczenia, kiedy maître d’hôtel przywitał się ciepło z jej synem, po czym zaprowadził ich do zacisznego stolika w rogu sali.

– Często tu bywasz, Davidzie?

– Leon, mój agent, zawsze zabiera mnie tu na lunch. Napijemy się szampana, mamo?

– Jesteś pewien, Davidzie? Musi być koszmarnie drogi – powiedziała LJ, siadając na krześle.

David przywołał kelnera.

– Proszę o butelkę szampana Veuve Clicquot. Mamy dzisiaj co świętować.

– Co, kochanie?

– BBC, w swej nieskończonej mądrości, postanowiło w końcu dać mi moją własną audycję radiową.

– Och, Davidzie! – LJ z radością klasnęła w dłonie. – Ależ to wspaniale. Tak się cieszę.

– Dzięki, mamo. Będzie nadawana w poniedziałki między osiemnastą a dziewiętnastą. Poprowadzę ją, goszcząc co tydzień różnych komików i piosenkarzy.

– Musi ci się naprawdę dobrze powodzić, jeśli stać cię na fundowanie matce kolacji z szampanem w Savoyu.

– Nie dzięki BBC, dla ścisłości, no, ale nikt, kto tam pracuje, nigdy jeszcze nie stał się bogaczem – odparł David z ironią w głosie. – Chodzi o inne rzeczy, bardziej dochodowe. Leon sądzi, że być może otrzymam niewielką rolę w filmie, który kręcą w wytwórni Shepperton. No i jest Windmill, a także…

– Musisz tam nadal pracować, Davidzie? Tak sobie myślę… Wiesz, że nigdy nie byłam tym zachwycona.

– Chwilowo muszę. Pamiętaj, mamo, że dali mi pracę, kiedy nikt inny nie chciał tego zrobić. Tak czy inaczej, wolę się zabezpieczać, dopóki nie przepracuję sześciu miesięcy, a audycja nie okaże się sukcesem. Choć nie spodoba ci się jej nazwa.

– Tak? A jak brzmi?

Komedianci Taffy’ego.

– Boże! Ten koszmarny pseudonim przylgnął do ciebie na stałe, co? Dla mnie będziesz zawsze Davidem, kochanie.

Kelner przyniósł butelkę szampana i napełnił kieliszki. David podniósł swój.

– Twoje zdrowie, mamo. Za wsparcie, jakie mi okazywałaś.

– Niczego nie zrobiłam, głuptasie! Sam wszystko osiągnąłeś.

– Zrobiłaś bardzo dużo, mamo. Kiedy ci pierwszy raz powiedziałem, że chcę być komikiem, nie zareagowałaś pogardliwie, choć wtedy moja decyzja mogła wydawać się śmieszna. A kiedy po wojnie wyjechałem do Londynu, żeby tu spróbować szczęścia, nie wyrzucałaś mi, że zachowuję się nieodpowiedzialnie.

– No cóż, bardzo się cieszę, że odniosłeś sukces. Twoje zdrowie, kochanie. Do dna, jak to się mówi. – LJ upiła łyk szampana, ale jej twarz zaraz spoważniała. – Muszę cię o coś spytać, Davidzie. Myślałeś o tej historii z Gretą i Owenem? Wiesz równie dobrze jak ja, że ich oszustwo graniczy z przestępstwem. Oboje pozbawili cię twojego prawowitego dziedzictwa. Jestem pewna, że gdybyś oddał sprawę do sądu, miałbyś duże szanse wygranej. Bądź co bądź, te dzieci urodziły się niespełna sześć miesięcy po tym, jak Owen po raz pierwszy zobaczył Gretę na oczy. A doktor Evans musi znać prawdę. W końcu to on przyjmował poród.

– Nie, mamo – odparł zdecydowanym tonem David. – Oboje wiemy, że doktor Evans nigdy nie wystąpi przeciwko Owenowi. Znają się od lat. Poza tym teraz, kiedy moja kariera nabiera rozpędu, taki skandal mógłby ją zniszczyć, zanim jeszcze rozwinęła się na dobre. Zresztą jestem bardzo zadowolony ze swojego życia. To, że opuściłem Marchmont, było najmądrzejszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjąłem. Tutaj mam wszystko, czego mi potrzeba. Naprawdę. A co u nich?

– Nie mam zielonego pojęcia. Nie kontaktowałam się z Owenem od czasu, gdy stamtąd wyjechałam. Mary pisze do mnie czasami, ale już od miesięcy nie dostałam od niej żadnej wiadomości. Szczerze mówiąc, Davidzie, nie rozumiem, jak możesz podchodzić do tego tak spokojnie. Ja nie mogę. – LJ wypiła duży łyk szampana.

– Może to dlatego, że nigdy nie oczekiwałem, że właśnie ja odziedziczę Marchmont. Dorastając, uświadomiłem sobie, że Owen mnie nie lubi, choć nigdy nie pojmowałem, z jakiego powodu.

LJ zacisnęła zęby. Nigdy nie powiedziała synowi o swoim związku z Owenem ani nie wyjaśniła mu przyczyn antypatii stryja. Nie zamierzała też robić tego teraz.

– Naprawdę nie wiem, Davidzie. W każdym razie cała ta sytuacja jest koszmarna. Zamówimy coś? Jestem głodna jak wilk.

Ze smakiem zjedli lunch – zupę z homara, żeberka jagnięce i sałatkę owocową – rozmawiając o audycji Davida.

– A jak tam damskie towarzystwo? Przygarnąłeś jakąś zagubioną owieczkę? – spytała LJ.

– Nie, mamo, za bardzo jestem zajęty karierą, żeby się angażować w jakiś związek. Powiedz mi lepiej, jak wygląda życie w Gloucestershire.

– No cóż, nigdy nie byłam miłośniczką brydża ani małomiasteczkowych plotek, ale nie powinnam narzekać.

– Przyznaj, mamo… – David wpatrywał się w nią uważnie. – Tęsknisz za Marchmont, prawda?

– Może. Pamiętaj, że niewiele kobiet w moim wieku powiedziałoby, że tęskni za wstawaniem o piątej rano i dojeniem krów, ale miałam przynajmniej coś sensownego do roboty. A teraz mam tyle wolnego czasu, że dzień dłuży mi się koszmarnie. Lat mi przybywa, owszem, ale nie cierpię jeszcze na starcze zdziecinnienie. Poza tym Dorothy to wspaniała kobieta. – LJ umilkła, po czym westchnęła. – Tak, do diabła! Cholernie tęsknię za starymi śmieciami. Chciałabym obudzić się rano i popatrzeć na wzgórza spowite mgłą, usłyszeć szmer potoku w dole. Tam jest tak pięknie i… – Urwała, a David dojrzał łzy w jej oczach.

– Tak mi przykro, mamo. – Dotknął jej dłoni. – Posłuchaj, mógłbym podjąć pewne kroki, żeby odzyskać Marchmont, jeśli ono tak wiele dla ciebie znaczy. Przepraszam, że zachowałem się egoistycznie. To był bardziej twój dom niż mój, a teraz go straciłaś… I wszystko przez to, że przysłałem tam Gretę.

– Boże, David, nie wiń się za to, że próbowałeś pomóc biednej dziewczynie. Nikt nie mógł przewidzieć, co się stanie. Zresztą – LJ wyjęła chusteczkę i otarła ukradkiem łzy – nie słuchaj mnie, wypiłam za dużo szampana i jestem tylko starą głupią kobietą, która rozwodzi się nad przeszłością.

– Na pewno nie możesz wrócić do Marchmont?

– Nigdy. – LJ popatrzyła na syna, a jej wzrok stał się nagle twardy. – No, muszę się pospieszyć, jeśli mam zdążyć na pociąg. Jest już po trzeciej, a Dorothy wpada w panikę, jak nie zjawiam się w domu o umówionej porze.

– Oczywiście. – David dał znak, że prosi o rachunek. Widok jej udręki sprawiał mu ból. – Tak cudownie było cię zobaczyć – dodał.

Pięć minut później odprowadził ją do taksówki.

– Uważaj na siebie, mamo – poprosił i ucałował ją na pożegnanie.

– Oczywiście. Nie martw się o mnie, jestem nie do zdarcia.

David patrzył w ślad za odjeżdżającą taksówką z pewnym przygnębieniem. Od wielu lat czuł, że za chłodnymi relacjami matki z Owenem coś się kryje.

Tylko nie miał pojęcia co.

10

W trzecie urodziny bliźniąt Greta wyprawiła przyjęcie na tarasie. Ona, Owen, Mary, Jonny i Cheska spędzili tam dwie godziny, jedząc kanapki i ciasto czekoladowe, a potem bawili się w lesie w ciuciubabkę i chowanego.

Kiedy nadeszła pora spania, Greta dotknęła czoła Jonny’ego, bo wydawało jej się, że jest zbyt zaróżowiony. Rozkruszyła pół tabletki aspiryny w odrobinie soku i kazała mu wypić. Zwykle pomagało to obniżyć gorączkę. Chłopiec miał brzydki kaszel, co było pozostałością zapalenia oskrzeli sprzed tygodnia, ale sprawiał tego dnia wrażenie pogodnego.

Wspomniała o swoim niepokoju Owenowi, kiedy Jonny w końcu zasnął i oboje zasiedli do kolacji.

– Za dużo wrażeń – oświadczył Owen z czułym uśmiechem. – Ożywi się, jak tylko posadzę go jutro na jego nowym rowerku. Wyrasta na wspaniałego i krzepkiego młodzieńca. Za kilka miesięcy dosiądzie kucyka.

Pomimo jego zapewnień, Greta, leżąc już w łóżku, nie potrafiła się uspokoić. Choć przywykła do tego, że Jonny często niedomaga, tym razem matczyny alarm w jej głowie wciąż głośno rozbrzmiewał. Poszła do pokoju dziecinnego i zobaczyła, że synek rzuca się w pościeli. Kasłał głęboko i chrapliwie. Przyłożyła mu dłoń do czoła i od razu poczuła, że jest rozpalony. Rozebrała go i delikatnie przetarła mu ciało wilgotną zimną gąbką, ale niewiele to pomogło. Obserwowała go przez chwilę, starając się opanować panikę. W końcu Jonny często miewał gorączkę, więc nie chciała wyolbrzymiać sprawy. Jednak godzinę później, kiedy nachyliła się nad łóżeczkiem, żeby dotknąć jego czoła, nie otworzył oczu. Leżał tylko, pokasłując i coś niezrozumiale mamrocząc.

– Jonny jest naprawdę chory, wiem o tym! – krzyknęła, wpadając do sypialni Owena.

Ocknął się natychmiast, w jego oczach pojawił się strach.

– Co się z nim dzieje?

– Nie jestem pewna – odparła Greta, tłumiąc szloch. – Ale nigdy jeszcze nie było tak źle. Proszę, wezwij doktora Evansa. Natychmiast!

Czterdzieści minut później przybył lekarz. Zmierzył chłopcu temperaturę i uważnie osłuchał go stetoskopem.

– Co się dzieje, doktorze? – spytała Greta.

– To wyjątkowo ostre zapalenie oskrzeli, które może przejść nawet w zapalenie płuc.

– On wyzdrowieje, prawda? – spytał Owen, z twarzą poszarzałą ze strachu.

– Proponuję, żebyśmy zabrali go do szpitala w Abergavenny. Nie podoba mi się to, co wysłuchałem w jego płucach. Podejrzewam, że zbiera się w nich płyn.

 

– O Boże – jęknął Owen, z rozpaczą zaciskając dłonie.

– Nie ulegajmy panice. Po prostu dmucham na zimne. Może pan wziąć swój samochód, panie Marchmont? Będzie szybciej, niż gdybyśmy wezwali karetkę. Zadzwonię do szpitala i uprzedzę, że przywiezie pan Jonny’ego, potem też tam pojadę.

Owen skinął głową, a Greta wzięła syna na ręce i ruszyli pospiesznie do samochodu. W drodze, tuląc w ramionach swoje chore dziecko, widziała, jak jej mężowi drżą dłonie na kierownicy.

*

Stan Jonny’ego pogorszył się znacznie w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin. Pomimo ogromnych wysiłków lekarzy i pielęgniarek Greta mogła tylko bezradnie słuchać, jak jej syn walczy o każdy oddech, słabnąc coraz bardziej. Myślała, że serce pęknie jej z rozpaczy.

Owen siedział w milczeniu po drugiej stronie łóżka; nie potrafili znaleźć dla siebie słów pociechy.

Jonny zmarł o czwartej nad ranem, trzy dni po swych trzecich urodzinach.

Greta trzymała go na rękach po raz ostatni, przyglądając się tej ukochanej twarzyczce, by zapamiętać każdy jej szczegół: cudowne różane usteczka i wysokie kości policzkowe, takie jakie miał jego ojciec.

Wracali do domu w milczeniu, zbyt zdruzgotani, by się odzywać. Greta udała się prosto do pokoju dziecinnego i przytuliła mocno Cheskę, płacząc w jej włosy.

– Och, moje kochanie… moje kochanie, dlaczego on? Dlaczego on?

Później poszła na dół poszukać Owena. Był w bibliotece. Trzymał głowę w dłoniach, obok stała butelka whisky. Płakał; był to głęboki, chrapliwy szloch.

– Błagam, Owen, przestań… przestań.

Podeszła i go objęła.

– Tak bardzo… go kochałem. Wiedziałem, że nie jest mój, ale od pierwszej chwili, kiedy wziąłem go na ręce… – Wzruszył bezradnie ramionami. – Uważałem go za syna.

– Był twoim synem. Uwielbiał cię, Owenie. Żaden ojciec nie mógłby być lepszy.

– Kiedy patrzyłem, jak umiera, tak boleśnie… – Ukrył twarz w dłoniach. – Nie mogę uwierzyć, że odszedł. Dlaczego on? Żył tak krótko, a ja mam pięćdziesiąt dziewięć lat. To ja powinienem był umrzeć, Greto! – Spojrzał na nią. – Co mi teraz po życiu?

Greta westchnęła głęboko.

– Masz Cheskę.

*

Greta miała nadzieję, że pogrzeb przyniesie im jakieś ukojenie. Owen wyglądał, jakby w ciągu dziesięciu dni postarzał się o dziesięć lat; musiała podtrzymywać go przy grobie, kiedy patrzyli na małą trumnę opuszczaną do ziemi.

Zaproponowała Owenowi i pastorowi, by pochować Jonny’ego na leśnej polanie, gdzie uwielbiał bawić się z siostrą.

– Wolę myśleć, że spoczywa wśród drzew, a nie pośród starych kości na jakimś cmentarzu – powiedziała.

– Jak chcesz – mruknął Owen. – Odszedł. Nie ma dla mnie znaczenia, gdzie leży po śmierci.

Greta wahała się, czy zabrać na pogrzeb Cheskę. Dziewczynka nie rozumiała, co się stało z bratem. „Gdzie jest Jonny – pytała, a jej duże niebieskie oczy wypełniały się łzami. – Czy wróci niedługo?”.

Greta kręciła po raz setny głową i mówiła, że Jonny poszedł do nieba i że jest teraz aniołkiem, który patrzy na nich z dużej puszystej chmury.

Ostatecznie Cheska nie była na pogrzebie. Greta uznała, że jej córka nie powinna widzieć, jak chowają jej ukochanego brata do ziemi, ale kilka dni później zaprowadziła ją do lasu i pokazała jej mogiłę. Wcześniej zasadziła tam małą jodłę, która znaczyła miejsce pochówku do chwili postawienia nagrobka.

– To szczególne drzewko – wyjaśniła córce. – Jonny uwielbiał las i tu właśnie przychodzi ze swymi przyjaciółmi aniołkami, żeby się bawić.

– Och… – Cheska dotknęła jednej z delikatnych gałązek. – Jonny jest tutaj?

– Tak, kochanie. Ludzie, których kochamy, nigdy nas nie opuszczają.

– Anielskie drzewo – szepnęła nagle Cheska. – On tu jest, mamo. On tu jest. Widzisz go między gałęziami?

Po raz pierwszy od dwóch tygodni Greta zobaczyła na twarzy córki uśmiech.

*

Greta, choć była zdruzgotana, wiedziała, że dla dobra córki musi zachować choć odrobinę normalności. Tymczasem Owen zaczął regularnie pić, i to dużo. Wyczuwała podczas śniadania woń alkoholu w jego oddechu, a przy kolacji z trudem mógł prosto siedzieć. Po pierwszej rozpaczy stał się posępny, zamknięty w sobie, tak że nie dawało się z nim rozmawiać w rozsądny, racjonalny sposób. Greta zaczęła brać kolację na górę, do swojego pokoju, mając nadzieję, że z czasem, gdy smutek złagodnieje, Owen zdoła się pozbierać. Jednak gdy minęły miesiące i nadeszła jesień, stało się jasne, że stan jej męża tylko się pogarsza.

Pewnego ranka usłyszała krzyk z korytarza, a kiedy wybiegła z pokoju, zobaczyła Mary, która stała pod drzwiami sypialni Owena, trzymając się za policzek.

– Co się stało? – spytała przerażona.

– Pan rzucił we mnie książką. Powiedział, że jajko nie jest ugotowane tak, jak sobie tego życzył. Było w porządku, Greto. Przysięgam.

– Przemyj policzek, Mary. Zajrzę do męża.

Zapukała i weszła do pokoju Owena.

– Czego chcesz? – spytał agresywnym tonem.

Siedział na krześle, w piżamie, Morgan przycupnął u jego stóp. Śniadanie na tacy było nietknięte, a on właśnie nalewał sobie whisky z prawie pustej już butelki.

– Nie sądzisz, że trochę na to za wcześnie? – Wskazała szklankę, dostrzegając przy okazji, jaki wydaje się chudy.

– Pilnuj swoich spraw, dobra? Czy człowiek nie może się napić we własnym domu, kiedy ma na to ochotę?

– Mary jest bardzo poruszona. Rzuciłeś w nią książką, będzie miała sińca na policzku.

Owen, nie zwracając uwagi na jej słowa, patrzył w przestrzeń.

– Nie uważasz, że powinniśmy porozmawiać, Owenie? Nie czujesz się dobrze.

– Oczywiście, że czuję się dobrze! – ryknął, po czym opróżnił szklankę i sięgnął po butelkę.

– Myślę, że masz dosyć na dzisiaj – odezwała się cicho, podchodząc do niego.

– Naprawdę? A kto dał ci prawo mnie oceniać?

– Nikt. Ja… nie lubię widzieć cię w takim stanie, to wszystko.

– No cóż, to twoja wina. – Owen odchylił się na oparcie krzesła. – Gdybym się z tobą nie ożenił i nie przyjął pod swój dach dwójki bękartów, nie musiałbym pić, prawda?

– Owenie, błagam! – Greta była wstrząśnięta. – Nie nazywaj Jonny’ego bękartem! Kochałeś go.

– Czyżby? – Nachylił się do przodu i chwycił ją za nadgarstki. – Niby dlaczego miałbym kochać jakiegoś jankeskiego szczeniaka z nieprawego łoża? Hę?

Zaczął potrząsać Gretą, najpierw lekko, potem coraz mocniej. Morgan zawarczał.

– Przestań! To boli. Przestań!

– Niby dlaczego?! – wrzasnął. Puścił nadgarstek Grety i wymierzył jej siarczysty policzek. – Jesteś tylko małą głupią dziwką, prawda? Prawda?!

– Przestań! – Greta zdołała mu się wyrwać i czym prędzej ruszyła w stronę drzwi, a po jej twarzy płynęły łzy przerażenia.

Owen popatrzył na nią – wzrok miał zamglony od alkoholu. I nagle zaczął się śmiać. Był to chrapliwy, okrutny dźwięk, który kazał jej uciec do sypialni. Rzuciła się na łóżko i zrozpaczona ukryła twarz w dłoniach.

*

Zachowanie Owena nieustannie się pogarszało. Coraz rzadziej miewał chwile przytomności umysłu. Wydawało się, że obecność Grety wręcz rozpala w nim ogień wściekłości; jedyną osobą, którą do siebie dopuszczał, była Mary.

Po kilku atakach fizycznych ze strony męża Greta wezwała doktora Evansa. Czuła, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Lekarz wybiegł z pokoju Owena pod gradem książek, szklanek i wszystkiego, co jej pijanemu mężowi wpadło w ręce.

– On potrzebuje pomocy, pani Marchmont – oznajmił doktor, kiedy Greta zaproponowała mu filiżankę kawy. – Śmierć Jonny’ego wpędziła go w depresję i teraz szuka pociechy w alkoholu. Omal nie zginął podczas pierwszej wojny światowej. Po powrocie do Anglii, zanim wyjechał do Kenii, cierpiał na nerwicę frontową. Zastanawiam się, czy żałoba po stracie Jonny’ego nie otworzyła w nim dawnych ran.

– Ale co ja mogę zrobić? – Greta potarła czoło w geście bezradności. – Rzuca się na mnie za każdym razem, kiedy mnie widzi, i zaczynam się już obawiać o bezpieczeństwo Cheski. Owen nic nie je, pije tylko whisky, butelka za butelką.

– Czy mogłaby pani wyjechać na pewien czas? Może do krewnych? Gdyby pani stąd zniknęła, może zdołałby się pozbierać…

– Nie mam dokąd jechać. Poza tym nie powinnam go tak zostawiać, prawda?

– Mary świetnie sobie radzi. Chyba tylko ona potrafi nad nim zapanować. Oczywiście, należałoby go odesłać tam, gdzie mu pomogą, ale…

– Nie opuści Marchmont za żadne skarby świata.

– No cóż, w ostateczności należałoby go oddać pod opiekę odpowiedniej instytucji, ale musielibyśmy załatwić sprawę na drodze prawnej i uzyskać zgodę sędziego. Uważam jednak, że Owen nie jest obłąkany… to tylko pijak cierpiący na depresję. Naprawdę chciałbym zrobić więcej. Obawiam się o bezpieczeństwo was dwojga i waszej córki. Niech się pani zastanowi, dokąd mogłaby pani pojechać, i proszę bez wahania dzwonić do mnie, gdyby potrzebowała pani mojej pomocy albo rady.

– Dobrze, doktorze. Dziękuję.

*

Każdej nocy, kiedy Greta słyszała głośne chrapanie dobiegające z sypialni Owena, przysięgała sobie, że rano spakuje walizki i wyjedzie z Cheską. O świcie jednak powracała bolesna rzeczywistość. Dokąd mogłaby się udać? Nie miała nic: ani pieniędzy, ani własnego domu. Wszystko należało do Owena.

W końcu to nie przemoc fizyczna czy psychiczna ze strony męża skłoniła Gretę do podjęcia decyzji.

Pewnego popołudnia, kiedy zajrzała do pokoju dziecinnego, żeby sprawdzić, czy Cheska jeszcze śpi, zobaczyła puste łóżko.

– Chesko! Chesko! – zawołała.

Nie doczekała się odpowiedzi, więc pobiegła przez korytarz i już miała zapukać do pokoju Owena, gdy usłyszała dochodzący ze środka chichot. Starając się zachowywać jak najciszej, ostrożnie obróciła gałkę w drzwiach i lekko je uchyliła.

To, co ujrzała przez szparę, przyprawiło ją o dreszcz przerażenia. Owen siedział z Cheską na kolanach i czytał jej jakąś bajkę.

Scena na pierwszy rzut oka idylliczna.

Tyle tylko, że dziewczynka miała na sobie ubranko zmarłego braciszka.

11

Greta wróciła z Cheską do Londynu w zimny i mglisty październikowy wieczór, uświadamiając sobie, że upłynęły już cztery lata od chwili, gdy stąd wyjechała. Jej całym dobytkiem była walizka z ubraniami i pięćdziesiąt funtów w gotówce – pieniądze, które dał jej David, kiedy opuszczała Londyn, oraz dwadzieścia, które wzięła z portfela Owena.

Ujrzawszy córkę przebraną za Jonny’ego, zrozumiała, że nie pozostaje jej nic innego, jak tylko uciec. W końcu, po kilku dniach udręki, zwierzyła się Mary, co zamierza zrobić. Czuła wyrzuty sumienia, że pozostawia dziewczynę samą z Owenem, ale wiedziała, że nie ma wyboru.

– Musisz jechać ze względu na Cheskę, jeśli już nie na siebie. Poradzę sobie z panem. Jak czymś we mnie rzuci, po prostu się uchylę! – Mary uśmiechnęła się dzielnie. – A do doktora Evansa wystarczy tylko zadzwonić, prawda?

Owen siedział jak zwykle w swojej sypialni, zmierzając prostą drogą do pijackiego zapomnienia. Greta zapukała do drzwi i oznajmiła mężowi, że zabiera Cheskę do Abergavenny na zakupy i że może spędzą tam cały dzień. Popatrzył na nią zamglonym wzrokiem; podejrzewała, że nie słyszy nawet, co ona do niego mówi. Huw, chłopak Mary, zgodził się zawieźć je na stację kolejową. Greta podziękowała mu serdecznie, kupiła dwa bilety do Londynu i wsiadła do pociągu.

Oddalała się od Walii i ruin swojego małżeństwa, patrząc tępym wzrokiem w okno. Choć nie miała pojęcia, gdzie tej nocy będą spały, wszystko wydawało się lepsze niż życie w bezustannym strachu przed coraz bardziej niezrównoważonym mężem. Pomimo druzgocącej straty nie mogła wracać do przeszłości. Cheska wtuliła się w nią, ściskając pod pachą swoją szmacianą lalkę. Greta objęła czule swoje jedyne już dziecko. I choć wiedziała, że wraca do Londynu, mając niewiele więcej niż wówczas, gdy stąd wyjeżdżała, czuła się zdumiewająco silna i dziwnie wolna od strachu.

Pociąg wjechał wreszcie na dworzec Paddington i Greta wysiadła, z trudem niosąc śpiącą Cheskę i walizkę z ich rzeczami. Poszła na postój taksówek i poprosiła kierowcę, żeby zawiózł ją do hotelu przy Basil Street w Knightsbridge. Odwiedziła go kiedyś z Maxem i wiedziała, że jest tam elegancko, nawet jeśli drogo.

Kiedy płaciła taksówkarzowi i wchodziła do hotelu, w jej uszach, nawykłych do ciszy i spokoju Marchmont, łomotał zgiełk ulic londyńskich. Staroświecki charakter wnętrza przyniósł jej ukojenie. Zaprowadzono je do pokoju z dwoma pojedynczymi łóżkami i od razu zamówiła kanapki i herbatę.

 

– Proszę, kochanie. – Posadziła Cheskę przy małym stoliku. – Ser i pomidory. Twoje ulubione.

– Nie chcę, nie chcę! – Cheska pokręciła głową i zaczęła płakać.

Greta szybko przestała namawiać córkę do jedzenia, tylko rozpakowała walizkę i przebrała małą w koszulkę nocną.

– No, kochanie. Czy to nie wspaniałe? Nocować w londyńskim hotelu i dzielić pokój z mamą?

Dziewczynka pokręciła głową.

– Cheska chce do domu – oznajmiła płaczliwie.

– Może położysz się do łóżeczka, a mama ci poczyta?

Mała uspokoiła się trochę i Greta przeczytała jej jedną bajkę z Baśni braci Grimm – ulubionej książki jej córki i do niedawna jeszcze jej synka, jak uświadomiła sobie ze smutkiem; powieki zaczęły małej z wolna opadać, aż w końcu się zamknęły. Greta siedziała długo na brzegu łóżka, przyglądając się córeczce. Wysokie kości policzkowe, zadarty nosek i różane usteczka, owal twarzy w kształcie serca. Na noc nie trzeba było związywać naturalnych miękkich loków o złotej barwie – i teraz opadały jej swobodnie na ramiona. Długie ciemne rzęsy spoczywały na nieskazitelnej skórze pod oczami. Dziewczynka, pogrążona we śnie, przypominała anioła.

Greta poczuła, jak zalewa ją fala miłości. Cheska nigdy niczego dla siebie nie żądała i jakby bez zastrzeżeń godziła się z tym, iż Owen faworyzuje Jonny’ego, a ją ignoruje. Choć Greta każdego dnia zmagała się z żalem po śmierci synka, nienawidziła siebie za to, że gdzieś w głębi ducha czuła niemal wdzięczność, iż los zabrał właśnie jego, a nie jej ukochaną córeczkę.

Rozebrała się i delikatnie pocałowała dziewczynkę w policzek.

– Dobranoc, moje kochanie. Śpij spokojnie.

Położyła się do łóżka i zgasiła światło.

*

Pierwsze dni w Londynie okazały się trudne. Najważniejsze było znalezienie jakiegoś lokum, ale Cheska, ciągnięta przez matkę od mieszkania do mieszkania, szybko się męczyła, robiła się marudna i kapryśna. Greta zauważyła podejrzliwość w oczach właścicielek, kiedy wyjaśniała, że jest wdową. Sądziła, że prędzej czy później będzie musiała zaakceptować piętno samotnej matki.

Po trzech dniach poszukiwań znalazła czyste i widne mieszkanie na piętrze jednopiętrowego domu, blisko miejsca, w którym mieszkała przed wyjazdem do Walii. Kendal Street znajdowała się tuż przy Edgware Road i przeprowadzka w znane rejony dawała jej poczucie bezpieczeństwa. W dodatku właścicielka okazała głębokie współczucie, kiedy Greta wyjaśniła, że ojciec Cheski umarł tuż po wojnie.

– Ja straciłam męża i syna… Koszmarna sprawa. – Westchnęła. – Tak wielu młodych dorasta bez ojców. Na szczęście mój zostawił mi ten dom, więc mam z czego żyć. Jest tu spokojnie. Ja mieszkam w suterenie, a na parterze są dwie starsze panie. Ta mała jest grzeczną dziewczynką, prawda?

– O, bardzo grzeczną. Prawda, Chesko?

Cheska skinęła głową i uśmiechnęła się szeroko do właścicielki.

– Ma pani słodką córeczkę. Kiedy chciałaby się pani wprowadzić? – spytała kobieta, najwyraźniej oczarowana.

– Jak najszybciej.

Greta zapłaciła kaucję i czynsz za pierwszy miesiąc. Przeniosły się dwa dni później do dwupokojowego mieszkanka i Greta przesunęła jedno łóżko do salonu, żeby Cheska miała własną sypialnię i spokój w nocy.

Pierwszego wieczoru w nowym miejscu Greta położyła córeczkę spać, po czym przeszła do drugiego pokoju, swojej sypialni, i opadła na fotel. Po kilku latach spędzonych w wielkim, przestronnym domu czuła się teraz niemal klaustrofobicznie. Chwilowo jednak na nic innego nie było jej stać. Pieniądze, które przywiozła, zaczynały się kończyć i zdawała sobie sprawę, że musi jak najszybciej znaleźć pracę.

Wzięła kupiony wcześniej egzemplarz „Evening News” i zaczęła przeglądać oferty pracy, zaznaczając ołówkiem te, które mogłyby wchodzić w rachubę. W końcu, przygnębiona brakiem odpowiednich ofert i swoim brakiem kwalifikacji, poszła do kuchni, zaparzyła sobie herbatę i zapaliła papierosa. Wiedziała, że nie powinna mówić potencjalnemu pracodawcy o swojej karierze w teatrze Windmill, do którego zresztą nie chciała wracać, bo musiałaby wtedy zostawiać Cheskę samą na długie wieczory. Najlepsza byłaby jakaś biurowa posada w City albo na West Endzie. A kiedy już znajdzie pracę, da ogłoszenie w sprawie opiekunki, która zajmowałaby się Cheską.

Następnego dnia kupiła córce batona czekoladowego, po czym zaciągnęła ją do budki telefonicznej i zaczęła dzwonić. Kłamała jak z nut, zapewniając pracodawców, że owszem, potrafi pisać na maszynie, i że tak, ma doświadczenie w pracy biurowej. Umówiwszy się na dwie rozmowy nazajutrz rano, miała teraz problem, co zrobić z Cheską. Wracała zniechęcona do domu, ciągnąc za sobą córkę. Jakaś starsza pani zamiatała w holu liście, które wtargnęły do środka z ulicy.

– Witaj, kochanie. Nowa lokatorka?

– Tak, właśnie wprowadziłyśmy się tu na górę. Jestem Greta Simpson, a to moja córka, Cheska.

Starsza pani skierowała wzrok na dziewczynkę.

– Jadłaś czekoladę, moja kochana?

Cheska nieśmiało skinęła głową.

– No. – Kobieta wyjęła z rękawa chusteczkę i wytarła małej buzię. O dziwo, dziewczynka nie zaprotestowała. – Proszę, teraz lepiej. Tak przy okazji, nazywam się Mabel Brierley. Mieszkam pod dwójką. Mąż w pracy?

– Jestem wdową.

– To tak jak ja, kochanie. Zginął na wojnie, co?

– No cóż, umarł zaraz potem. Został ranny podczas lądowania w Normandii i nigdy już nie wrócił do zdrowia. Odszedł tuż po Dniu Zwycięstwa.

– Och, tak mi przykro. Ja swojego straciłam w pierwszej wojnie. Żyjemy w tragicznych czasach, co, moja kochana?

– Tak – przyznała posępnie Greta.

– Jak kiedyś będziesz miała ochotę na filiżankę kawy i odrobinę towarzystwa, to zawsze jestem na miejscu. Miło mieć w domu takie maleństwo. I takie ładne, prawda? – Nachyliła się i ujęła Cheskę pod brodę.

Greta zauważyła, że jej córka odpowiedziała Mabel uśmiechem, i postanowiła wykorzystać sytuację.

– Tak się właśnie zastanawiałam… zna pani może kogoś, kto mógłby jutro rano zająć się przez kilka godzin Cheską? Jestem umówiona na rozmowę o pracę.

– Niech pomyślę. – Mabel podrapała się po głowie. – Nie, raczej nie. Chyba że… – Popatrzyła na małą. – Pewnie mogłabym jej popilnować, jeśli to nie będzie trwało za długo.

– Och, naprawdę? Byłabym taka wdzięczna. Wrócę przed lunchem. Oczywiście zapłacę pani.

– W porządku, kochana. My, wdowy, musimy sobie pomagać. O której ją pani przyprowadzi?

– Może być o dziewiątej?

– Jak najbardziej. Do zobaczenia.

Greta, z uczuciem ulgi, zaniosła Cheskę na górę.

*

Następnego ranka, ubrana w najlepsze rzeczy, jakie ze sobą przywiozła, Greta zaprowadziła Cheskę do mieszkania Mabel. Dziewczynka zaczęła popłakiwać, kiedy mama powiedziała jej, że wychodzi na jakiś czas, ale wróci przed lunchem.

– Niech się pani nic nie martwi. Damy sobie radę – zapewniła Gretę Mabel.

Greta wyszła szybko, by nie widzieć łez w oczach córki, i wsiadła do autobusu jadącego na Old Street. Czekała ją pierwsza rozmowa o pracę.

Chodziło o posadę w banku: obowiązki sprowadzały się do ewidencji dokumentów i pisania na maszynie. Greta była zdenerwowana, zwłaszcza że nie przećwiczyła wcześniej swoich kłamstw. Wyszła ze spotkania z kierownikiem biura przekonana, że w ogóle się do niej nie odezwie.

Następna rozmowa dotyczyła posady sprzedawczyni w dziale perfum domu towarowego Swan & Edgar przy Piccadilly. Jej szefową miała być czterdziestokilkuletnia kobieta o ostrych rysach, ubrana w elegancki garnitur. Kiedy spytała Gretę, czy ma jakieś osoby na swoim utrzymaniu, ta skłamała już z większą wprawą, ale wychodząc ze sklepu, wiedziała, że byłoby cudem, gdyby zaoferowano jej tę posadę. Przygnębiona, ruszyła w stronę kiosku z gazetami.

Przez cały tydzień, codziennie, Greta zostawiała Cheskę pod opieką Mabel i spędzała ranki na rozmowach o pracę. Z wolna zaczęła sobie uświadamiać, że powojenne bezrobocie – problem, który wydawał się odległy i niezwiązany z nią, kiedy mieszkała w Marchmont – znacznie ogranicza jej szanse znalezienia pracy. Jednak nadal uparcie szukała, a myśl o powrocie do Walii i Owena tylko wzmacniała jej determinację.