Dom orchidei

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Późne popołudnie zastało Julię w najbardziej zaskakującym miejscu – supermarkecie w pobliskim miasteczku Holt. Po wyjściu Kita przez jakiś czas snuła się po domu, próbując odpocząć. W końcu uznała, że jest głodna. Nie to, żeby miała ochotę wrzucić coś na ząb; po raz pierwszy od tygodni czuła, że umiera z głodu. Świeże powietrze i długi poranny spacer najwyraźniej zrobiły swoje, bo siedząc na parkingu, zjadła paczkę kanapek, dwa krokiety z mięsem i czekoladowy batonik. Przedtem miała bardzo zdrowe podejście do jedzenia. Wysoki metabolizm i intensywny tryb życia sprawiały, że traktowała jedzenie jak paliwo. Jadła, co chciała, i w ogóle nie tyła. Nie miała w domu wagi, ale sądząc po tym, jak wisiały na niej stare dżinsy, potrzebowała znacznie więcej kanapek, by odzyskać utracone kilogramy.

Rzuciwszy opakowanie na siedzenie pasażera, ruszyła w drogę powrotną do domu. Kiedy jednak dotarła do skrzyżowania na przedmieściach Holt, zatrzymała samochód. Teraz, kiedy zawieruszyła w pamięci wspomnienia o tym, co dokładnie robiła przez ostatnich siedem miesięcy, powrót do zimnej, ciemnej małej chaty wydawał się niezbyt zachęcający. Skręciła więc w prawo, kierując się w stronę przytulnego domu Alicii.

*

– Julia, co za wspaniała niespodzianka! – Twarz Alicii pojaśniała, gdy siostra weszła przez kuchenne drzwi. – Dzieciaki, zobaczcie, kto przyjechał! Ciocia Julia!

– Pomyślałam, że… wpadnę. – Nie wiedzieć czemu, nagle poczuła się nieswojo.

Alicia stała przy kuchence, nakładając kolację dla dzieci, które sprzeczając się, siedziały przy stole.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Chcesz trochę? To duszona fasola. – Zanurzyła palec w jednym z talerzy i podniosła go do ust. – Jest lepsza, niż może się wydawać.

– Nie, dzięki, Właśnie zjadłam.

Alicia uniosła brwi i postawiła talerze na stole.

– Naprawdę?

– Tak! – Julia starała się nie okazywać rozdrażnienia. – Właśnie skończyłam jeść. Ale chętnie napiję się herbaty.

– Włącz czajnik i przygotuj dwa kubki. Sama też się napiję. – Alicia usiadła koło marudzącego Freda i zaczęła go karmić.

– Mamusiu, fasola jest paskudna!

– Fred, im szybciej będziesz jadł, tym szybciej zniknie z twojego talerza. – Alicia wstała od stołu i podeszła do kuchenki. – Twoje policzki nabrały rumieńców – zwróciła się do Julii. – Szczerze mówiąc, już nie pamiętam kiedy ostatnio tak dobrze wyglądałaś.

– Dzięki. – Julia w skupieniu nalewała wrzątku do czajniczka. Czuła na sobie wzrok siostry. – Rano poszłam na długi spacer. Dobrze mi zrobił – przyznała.

– Na to wygląda. James, przestań rzucać fasolą we Freda! Każę ci ją pozbierać i zjeść.

Julia podała siostrze filiżankę herbaty.

– I… miałam dziś gościa.

– Masz na myśli Kita Crawforda?

– Tak.

– Miałam ci powiedzieć, że dzwoniła Bella Harper. Chciała twój numer telefonu. O dziwo, była bardzo rozmowna. – Alicia podeszła do stołu, żeby pozbierać talerze i podać dzieciom jogurty. – Myślę, że dowiedziała się, kim jesteś. Najwyraźniej to, że mam słynną siostrę, sprawiło, że zyskałam jej szacunek. – Mówiąc to, uniosła brwi. – Ale dość już o tej głupiutkiej kobiecie. Czego chciał Kit?

– Znalazł coś w starym domu Billa i Elsie i przyjechał mi to oddać. – Julia pociągnęła łyk herbaty.

– Naprawdę? Co?

– Pamiętnik, prawdopodobnie napisany przez dziadka Billa. To zapiski jeńca wojennego z więzienia Changi w Singapurze. Powiem ci więcej, kiedy go przeczytam.

– Niesamowite – jęknęła Alicia. – Ile lat miał dziadek, kiedy go napisał?

– Był rok tysiąc dziewięćset czterdziesty pierwszy, więc miał niewiele ponad dwadzieścia lat. Wiedziałaś, że trafił do niewoli? – spytała Julia.

Alicia pokręciła głową.

– Nie, ale nie znaczy to, że tak nie było. Trzeba zapytać babcię Elsie. Ona będzie wiedziała.

– Widziałaś się z nią ostatnio?

Alicia wyglądała na zawstydzoną.

– Nie. Przy dzieciakach jakoś nie mogę znaleźć czasu, żeby ją odwiedzić… wiem, że powinnam bardziej się postarać.

– Wciąż mieszka w Southwold? – spytała Julia.

– Mniej więcej rok temu zmarła jej siostra, więc teraz mieszka zupełnie sama. Pamiętasz, jak lubiła się bawić naszymi włosami? Czesała je, plotła warkocze, robiła kucyki, loki… – Alicia zachichotała. – I ta dziwna kolekcja peruk, które trzymała w pokoju na tyłach domu. Godzinami układała fryzury zupełnie jak dziecko, które bawi się lalkami. Zawsze chciała być fryzjerką, prawda?

– Tak i nienawidziła moich włosów, bo były zbyt ciężkie, żeby je podkręcić, nawet jeśli spałam w papilotach. – Julia uśmiechnęła się czule. – Tak czy inaczej odwiedzę ją.

Alicia podeszła do kredensu i otworzyła jedną z szuflad. Wyciągnęła notes na adresy i pospiesznie przerzuciła kartki.

– To numer telefonu Elsie i jej adres. Jedź do niej, Julio – zachęciła siostrę. – Chyba nie byłyśmy wzorowymi wnuczkami: ty, mieszkając we Francji, a ja, mając na głowie dom i dzieci.

– Fakt, nie byłyśmy – przyznała Julia. – Kiedy się z nią spotkam, zdecyduję, czy oddać jej ten pamiętnik. Kit powiedział, że dziadek mógł schować go celowo, bo jego zawartość była zbyt drastyczna.

– Dobra myśl. – Alicia zaczęła sprzątać ze stołu. – Umyjcie ręce i buzie – zwróciła się do dzieci. – Później możecie przez pół godziny pooglądać telewizję, zanim przyjdzie Rose, a potem pójdziecie się kąpać. No już, zmykajcie.

Dzieciakom nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wybiegły z kuchni, a Julia pomogła Alicii załadować zmywarkę.

– Dobrze rozmawiało ci się z Kitem?

– Tak. Oddałam mu Dziecięcą księgę cudów w zamian za pamiętnik – odparła z uśmiechem Julia. – Ostatnie lata spędził gdzieś za granicą. Nie miał pojęcia o tym… co się wydarzyło. Dowiedział się od siostry.

– Może to dobrze – rzuciła Alicia. – Jest bardzo… atrakcyjny. Nie uważasz?

– Nie. Zresztą muszę już iść.

Po wyrazie twarzy Julii Alicia poznała, że posunęła się za daleko, i skarciła się w myślach.

– Poczekaj, zapiszę ci numer telefonu Elsie. – Zanotowała go pospiesznie na skrawku papieru. – Proszę. – Mówiąc to, wręczyła go siostrze. – Daj mi znać, jak potoczyły się sprawy, dobrze?

– Tak. Dzięki za herbatę. – Julia ruszyła w kierunku drzwi. – Cześć.

Chwilę później zatrzasnęła drzwi samochodu znacznie mocniej, niż było to konieczne, i energicznie odjechała sprzed domu Alicii.

Zacisnęła zęby na myśl o starszej siostrze i jej irytującym zachowaniu. Wiedziała, że Alicia stara się jej pomóc; że chce się nią opiekować, tak jak robiła to, kiedy były młodsze. Jednak jej nadopiekuńczość sprawiała, że Julia czuła się mała i głupia.

Odkąd sięgała pamięcią, Alicia doskonale radziła sobie w życiu. Była „złotą dziewczynką”, jak mówił o niej ojciec. Potrafiła robić kilka rzeczy naraz i nie zepsuć żadnej z nich. Wszystko, co robiła, robiła ze spokojem, a do tego zawsze wyglądała perfekcyjnie.

Julia dorastała w cieniu siostry, starając się uporządkować własne życie. Była samotniczką, która nie dbała o swój wygląd. Godzinami ćwicząc na fortepianie, z trudem zdawała kolejne egzaminy. Zawsze wiedziała, że nie może konkurować z doskonałością Alicii. Jakby tego było mało, Alicia była córeczką tatusia, podczas gdy Julia od dziecka trzymała się matczynej spódnicy. Wszyscy zauważali, jak bardzo matka i córka są do siebie podobne. Nie tylko fizycznie; obie lubiły bujać w obłokach i kochały sztukę.

Jej dzieciństwo dobiegło końca w dniu, w którym umarła ich matka.

*

Po powrocie do domu dołożyła do ognia, próbując ożywić płomienie. Wciąż jeszcze była rozdrażniona. Problem polegał na tym, że Alicia była opiekuńcza z natury – Julia nie mogła jej za to winić. Świadomość tego sprawiła, że poczuła jeszcze większe wyrzuty sumienia. Wiedziała, jak bardzo Alicia pragnie zastąpić jej matkę i jak bardzo ona, Julia, jest niewdzięczna. Jednak nikt nie mógł zająć miejsca mamy… nigdy. Chciała tylko, żeby Alicia w końcu zrozumiała, że Julia potrzebuje siostry, z którą mogłaby dzielić swój ból; nie kogoś – jakkolwiek szczere byłyby chęci Alicii – kto nie jest w stanie zastąpić tego, co zostało utracone.

A teraz los po raz kolejny sprzysiągł się przeciwko niej i sprawił, że znów potrzebowała pomocy siostry. I jak zwykle Alicia jej nie zawiodła: wyciągnęła pomocną dłoń i ani razu nie wyrzuciła siostrze tego, że w wieku osiemnastu lat wyfrunęła z gniazda, przeniosła się do Francji i niemal całkowicie zerwała kontakty z rodziną.

Jednak wracając w rodzinne strony – Julia westchnęła ze smutkiem – miała wrażenie, że historia się powtarza. Jej życie legło w gruzach i w niczym nie przypominało wzorowego życia Alicii. Jakby tego było mało, Alicia odczuwała chorą potrzebę, by chronić młodszą siostrę. I – co gorsza – często mówiła głośno o tym, o czym Julia starała się nie myśleć.

Usiadła na sofie i wzięła do rąk pamiętnik z nadzieją, że zajmie czymś myśli. Otworzyła pierwszą stronę, ale nie była w stanie skupić się na słowach. Utkwiła więc wzrok w ogniu.

Jest bardzo atrakcyjny, nie uważasz…?

Julia westchnęła. Komentarz Alicii i jej własna przesadzona reakcja dały jej do myślenia.

Owszem… dziś rano, na cyplu, pogodziła się z tym, że musi żyć dalej i że nie ma wyboru. Jednak najmniejsza nawet wzmianka o tym, że w pewnym momencie „dalszego życia” z pewnością pojawi się jakiś mężczyzna, była kroplą, która przepełniała czarę. Mroczny świat, w którym mieszkała od kilku miesięcy, nie niósł obietnic przyszłości.

Nic dziwnego, skoro przyszłość przepadła.

Julia wstała i poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę pełną rozmaitego jedzenia i wyciągnęła gotowe danie z makaronem, zastanawiając się, czy go nie sfotografować i nie pokazać Alicii; może wtedy przestałaby ją nękać.

Wracając z talerzem do salonu, odkryła, dlaczego tak naprawdę wścieka się na Alicię. Czuła się… winna. Winna ponieważ – wbrew sobie – było jej dobrze w towarzystwie Kita. Ona również uważała, że jest przystojny.

 

Po kolacji sięgnęła po pamiętnik, jednak była zbyt rozkojarzona, by zabrać się do czytania. To był długi dzień pełen emocji. Powlokła się na górę do sypialni. Po raz pierwszy, odkąd jej świat runął siedem miesięcy temu, Julia spała spokojnym snem bez koszmarów.

*

Następnego dnia już o ósmej krzątała się w kuchni. Filiżanka herbaty, tym razem z mlekiem, i miska muesli umocniły ją w przekonaniu, że po raz kolejny musi się zmierzyć z życiem. Wyciągnęła z szuflady telefon komórkowy, włączyła go i wróciła na górę do łazienki – jedynego miejsca w domu, w którym był zasięg.

Miała dziewiętnaście nieodsłuchanych wiadomości głosowych, najstarsze pochodziły sprzed dwóch miesięcy, najnowsze zostawili Alicia, ojciec, Kit i Olav, jej agent.

Jej gosposia z Francji prosiła, by pilnie się z nią skontaktowała. Z tego, co zrozumiała, wynikły jakieś problemy z domem, jednak Agnes tak szybko mówiła po francusku, że Julia nie mogła zrozumieć, co i gdzie właściwie przecieka. Usiadła na brzegu wanny i zrobiła listę pozostałych osób, które próbowały się z nią skontaktować. Na myśl, że będzie zmuszona porozmawiać z dawnymi znajomymi, drżała jej ręka.

Dziś zadzwoni do gosposi i agenta. Reszta może zaczekać.

Wróciła na dół, opadła na sofę i zamknęła oczy. Niechętnie przywołała obraz porośniętego winoroślą tarasu i uroczego domu przycupniętego na szczycie wzgórza w prastarej wiosce Ramatuelle. Tuż za domem, daleko w dole skrzyły się granatowe wody Morza Śródziemnego.

Westchnęła, wiedząc, że jeśli ma zacząć żyć od nowa, będzie musiała stawić czoło wspomnieniom, od których tak długo i uparcie uciekała. Poza tym może powinna zapamiętać te cenne chwile i zamknąć je w swym umyśle niczym największe skarby, zamiast je z niego wypierać…

*

Patrzę, jak słońce powoli schodzi za horyzont; jego płomienna złotoczerwona tarcza sprawia, że wody wyglądają jak morze ognia. Na tarasie słychać III Koncert fortepianowy Rachmaninowa; jego apogeum przypada na chwilę, gdy słońce z wdziękiem stacza się do morza.

To moja ulubiona pora dnia, kiedy przyroda wstrzymuje oddech i w milczeniu obserwuje ten codzienny spektakl. Kiedy potężna siła, dzięki której wszystko rośnie i rozkwita, kładzie się do snu.

Jesteśmy tu krócej, niżbyśmy chcieli, co czyni te chwile jeszcze bardziej cennymi. Słońce już zaszło, tak więc mogę zamknąć oczy i słuchać, jak Xavier gra. Grałam ten koncert setki razy. Tym bardziej zaskakują mnie drobne różnice, niuanse, które cechują jego interpretację. Jest mocniejsza, bardziej męska, czyli dokładnie taka, jaka powinna być.

Jestem „po służbie”, co znaczy, że aż do połowy przyszłego tygodnia nie mam żadnych zobowiązań. Niestety Xavier koncertuje jutro w Paryżu, więc to nasza ostatnia wspólna noc. Wiem, że kiedy skończy grać, pojawi się na tarasie z kieliszkiem wina rosé z miejscowej winiarni. Będziemy siedzieć, rozmawiać o wszystkim i o niczym i rozkoszować się rzadkimi chwilami spokoju, kiedy jesteśmy zupełnie sami.

Serce naszego domu, energia, która nas łączy, jest wewnątrz domu. Kiedy kąpałam naszego syna Gabriela i kładłam go do snu, uklękłam przy jego łóżeczku, patrząc, jak zasypia i jak napięcie odpływa z jego twarzy.

– Bonne nuit, mon petit ange – szepnęłam, wychodząc na palcach i delikatnie zamykając drzwi.

Cieszę się, że kolejne dni spędzę razem z nim. Niektóre matki mają ten przywilej, że mogą patrzeć na swoje pociechy dwadzieścia cztery godziny na dobę, być świadkiem każdego uśmiechu i każdej nowej umiejętności nabytej w drodze do dorosłego życia. Zazdroszczę im tego, ponieważ nie mam tego luksusu.

Patrząc na ciemniejące niebo, rozmyślam nad pytaniem, które krąży mi po głowie od dnia, w którym przyszedł na świat. Zastanawiam się, czy powinnam odłożyć karierę na później i poświęcić się wychowywaniu syna. Myśli przerywa pojawienie się Xaviera, który wychodzi na taras z obiecanym kieliszkiem rosé i miseczką świeżych oliwek.

– Brawo – mruczę, kiedy całuje mnie w czubek głowy, i podnoszę rękę, żeby pogłaskać go po policzku.

– Merci, ma petite – odpowiada.

Rozmawiamy po francusku. Jego kiepska znajomość angielskich czasowników wydaje się jeszcze gorsza niż mój francuski akcent.

Poza tym francuski to język miłości.

Siada na krześle obok mnie i kładzie na stole swe długie nogi. Jego włosy – jak zwykle, kiedy kończy grać – są nastroszone, przez co wygląda jak olbrzymi dzieciak. Wyciągam rękę, żeby poskromić sterczące kosmyki. Chwyta ją i całuje.

– Jutro wyjeżdżam. Może w przyszłym roku zrobimy sobie wakacje i spędzimy razem całe lato.

– Bardzo bym chciała – odparłam, zerkając kątem oka na wschodzący księżyc, Królową Nocy, która zastępowała na tronie płomiennego Króla Dnia.

Blada skóra Xaviera w świetle księżyca robi się niemal zupełnie biała. Uwielbiam na niego patrzeć. Jest taki wyjątkowy. Podczas gdy ja jestem istotą dnia – słońca – z moją śniadą cerą i ciemnymi oczami, on jest stworzeniem nocy, dzieckiem księżyca.

Jego drapieżne, orle rysy twarzy odziedziczone po matce Rosjance nie są klasycznie piękne. Ma zbyt długi nos, a oczy – tak niebieskie, że aż zimne – wydają się za blisko osadzone. Pobrużdżone czoło jest wysokie, a gęste włosy przypominają w dotyku sztywną słomę. Jedynie usta ma idealne, pełne i dziewczęce; są jak miękkie różowe poduszki, za którymi kryją się duże, białe zdrowe zęby.

Jego ciało jest nieproporcjonalne: szczudłowate nogi dźwigają zbyt krótki tors, a długie ramiona i smukłe palce wyglądają, jakby przypięto je do niewłaściwego ciała. Jest wyższy ode mnie o jakieś trzydzieści centymetrów. Nie ma ani grama tłuszczu i jestem pewna, że pozostanie taki do końca życia. Nieczysta energia, która nie opuszcza go nawet we śnie, sprawiając, że miota się na łóżku i krzyczy na wyimaginowanych wrogów, spala wszędzie dodatkowe kilogramy.

Kocham każdy milimetr jego ciała i duszy od dnia, kiedy na Konkursie Muzycznym imienia Czajkowskiego w Moskwie usłyszałam w jego wykonaniu Sonatę fortepianową B-dur Schuberta.

Wygrałam.

On był drugi.

Patrzę na tę ukochaną twarz. Znam ją tak dobrze, a mimo to wciąż mnie fascynuje: jest w niej tak wiele nieodkrytych głębin. Jestem znacznie mniej skomplikowana. Ludzie twierdzą, że potrafię doskonale grać na fortepianie. To dla mnie zupełnie naturalne. Po zejściu ze sceny staję się zwykłym człowiekiem. Tymczasem Xavier nie rozstaje się ze swoją muzyką i bezustannie zastanawia się, jak udoskonalić kolejny utwór.

Wierzę, że gdyby ze wszystkich fortepianów na świecie ułożono ogromny stos, Xavier bez wahania rzuciłby się w ogień.

Śmialiśmy się z tego, że z nas dwojga to właśnie ja jestem sławna. Wiemy jednak, że wyglądam na scenie dużo lepiej niż on i że jestem bardziej fotogeniczna… jestem „dziewczyną”, a co za tym idzie, bardziej chodliwym towarem.

Ale to on jest geniuszem; potrafi zagrać Etiudy Chopina i przemycić do nich odrobinę magii, maleńką iskrę, która sprawi, że będzie to wyłącznie jego utwór. Pewnego dnia świat to doceni. Z radością zajmę wówczas drugie miejsce.

Jestem pewna, że to właśnie jemu zawdzięczam swoje sukcesy.

Uwielbiam go.

Jest moim fortepianem. Moim ogniskiem. Gdyby go nie było, sama ochoczo rzuciłabym się w płomienie.

6

Twarz Julii była mokra od łez. Teraz, kiedy postanowiła wrócić wspomnieniami do tamtych dni, wiedziała, że będzie ich jeszcze więcej.

– Xavier. – Po raz pierwszy od dawna wymówiła na głos jego imię. – Xavier, Xavier… – Raz za razem powtarzała to jedno słowo, wiedząc, że na pewno usłyszy je w rozmowie z gosposią i agentem. Chciała nauczyć się panować nad emocjami, gdy inni będą o nim mówić.

Poszła na górę, żeby wziąć prysznic. Usiadła na brzegu wanny i przygotowała się do wybrania numerów, które zwrócą ją światu.

Agnes, gospodyni domowa, nie odebrała telefonu i Julia odetchnęła z ulgą jak skazaniec, który w ostatniej chwili dowiaduje się, że wyrok śmierci został zawieszony. Zostawiła wiadomość i poprosiła gosposię, żeby oddzwoniła.

Następny był jej agent Olav. Sprawdziła godzinę na wyświetlaczu – dochodziła dziesiąta trzydzieści. O tej porze Olav mógł być dosłownie wszędzie; miał biura w Nowym Jorku, Londynie i Paryżu. Wybierając jego numer, miała nadzieję, że połączy się z pocztą głosową, jednak Olav zawsze odbierał telefony, nawet jeśli budziła go w środku nocy.

Usłyszała znajomy dźwięk i zdenerwowana wstrzymała oddech. Olav odezwał się po trzech sygnałach.

– Julia, skarbie! Cudownie, że dzwonisz! W końcu – dodał uszczypliwie.

– Gdzie jesteś? – spytała.

– W Nowym Jorku – rzucił. – Jeden z moich klientów grał dziś z New York Symphony Orchestra w Carnegie. Chryste, jakie to było przeciętne. Nieważne, porozmawiajmy lepiej o tobie. Na moim biurku leży setka e-maili; ludzie z Mediolanu, Paryża i Londynu domagają się twoich koncertów. Powiedziałem im, że jesteś na urlopie naukowym, ale, Julio, skarbie, oni nie będą prosić wiecznie.

– Wiem, Olavie – odparła przepraszająco.

– Ci ludzie planują wszystko z półtorarocznym, nawet dwuletnim wyprzedzeniem. Jeśli wkrótce nie zgodzimy się na angaż, miną kolejne trzy lata, zanim wrócisz na scenę. Wiesz już, kiedy będziesz gotowa powiedzieć „tak”?

Mimo iż Julia była wdzięczna agentowi, że zamiast rozczulać się nad nią przeszedł do tego, co lubił najbardziej, czyli interesów, nie miała pojęcia, co mu odpowiedzieć.

– Nie. Szczerze mówiąc, niewiele o tym myślałam.

– Masz tam dostęp do Internetu, skarbie? Prześlę ci zaproszenia, przejrzysz je i zdecydujesz, co z nimi zrobić.

– Nie, nie mam. Zresztą zostawiłam laptop w domu, we Francji.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– Wciąż jesteś w Norfolku? – spytał.

– Tak.

– W takim razie, kochana, mam lepszy pomysł. W przyszłym tygodniu lecę do Londynu. Możemy się umówić na lunch w Claridge’s. Dam ci je osobiście.

Chwilę później usłyszała, jak przewraca kartki.

– Co powiesz na przyszły czwartek? – zapytał w końcu. – Dostaniesz też wszystkie czeki z ostatnich kilku miesięcy. Tak jak ci przedstawiłem, to dość znacząca suma. Nie zdeponowałem ich w banku, bo nie wiedziałem, co zdecydujesz zrobić z waszym wspólnym kontem.

– Tak. – Julia przełknęła z trudem. – Przyszły czwartek mi pasuje.

– Świetnie! Dobrze będzie cię zobaczyć, skarbie. A teraz wybacz, w Nowym Jorku jest wpół do piątej rano, jutro wylatuję do Tokio, więc sama rozumiesz, że muszę się trochę zdrzemnąć. Spotkamy się w południe przy barze w hotelowej restauracji. Do zobaczenia, skarbie. Nie mogę się doczekać.

Połączenie zostało przerwane.

Julia odetchnęła z ulgą. Pierwsze koty za płoty, pomyślała. Wiedziała, że w każdej chwili może odwołać czwartkowe spotkanie, ale jej świeżo rozbudzony optymizm nie pozwalał tak po prostu odmówić Olavowi. Poza tym musiała być rozsądna. Żyła z pieniędzy za wynajem domu, które w ciągu ośmiu lat zgromadziła na koncie w Anglii. Ostatnim razem, gdy sprawdzała stan konta – mniej więcej miesiąc temu – zostało na nim zaledwie kilkaset funtów. Nie mogła zdobyć się na rozmowę z francuskim bankiem, gdzie razem z Xavierem mieli wspólne konto, na które wpływała większość jej zarobków. Przerażały ją formularze, które będzie zmuszona wypełnić, by stać się jedyną właścicielką konta. Wciąż jeszcze nie mogła pogodzić się z tym, że Xavier odszedł.

Wiedziała, że musi wrócić do Francji i uporządkować własne życie. Ale rozmowa przez telefon to jedno, a fizyczne zmierzenie się z rzeczywistością to coś zupełnie innego.

Nie chcąc zaprzepaścić postępów, które poczyniła od rana – wszystko po kolei – postanowiła, że wybierze się na spacer. Wkładała kurtkę, kiedy usłyszała pukanie do drzwi.

– Cześć, kochanie, to ja, tata.

Usłyszała znajomy głos i zaskoczona otworzyła drzwi.

– Przepraszam za najście – rzucił George, przestępując przez próg. – Ale Alicia powiedziała, że zazwyczaj siedzisz w domu. Jeśli nie masz czasu, mogę przyjść kiedy indziej.

Julia pomyślała, jak niedorzecznie wygląda jej ojciec w tym maleńkim pokoiku. Jak Guliwer w krainie Liliputów.

– Nie, w porządku – odparła, zdejmując kurtkę i patrząc, jak George sadowi się na sofie. – Napijesz się kawy?

– Nie, dzięki, przed chwilą piłem. Byłem na mokradłach w Salthouse. Odcinałem sadzonki niezwykłej rośliny, na którą natknął się jeden z moich doktorantów. Pomyślałem więc, że w drodze powrotnej wpadnę do ciebie. – George przyglądał się jej z uwagą. – Nie będę pytał, jak się czujesz; wiem z doświadczenia, jakie to irytujące. Ale przyznam, że wyglądasz lepiej niż ostatnio. Nie jesteś już taka wymizerowana. Alicia martwi się o ciebie; mówi, że nie jesz. To prawda?

 

Julia się uśmiechnęła.

– Tato, jeśli chcesz, możesz sprawdzić moją lodówkę. Nie dalej jak wczoraj zrobiłam zakupy.

– To wspaniale. Wiesz, ja… naprawdę rozumiem. Sam przez to przechodziłem, kiedy umarła mama, chociaż nie musiałem opłakiwać śmierci żadnego ze swoich dzieci. Gabriel był takim słodkim szkrabem. To musi być nie do zniesienia, skarbie.

– Rzeczywiście było. – Julia czuła, jak głos więźnie jej w gardle.

– Jedyne, co mogę powiedzieć, żeby nie zabrzmieć protekcjonalnie, to to, że z czasem będzie lepiej. Nigdy nie dojdziesz do siebie, bo to zwyczajnie niemożliwe, ale… – urwał, szukając odpowiedniego słowa – przyzwyczaisz się.

Julia patrzyła na niego w milczeniu. Wiedziała, że chce jej powiedzieć coś więcej.

– Pewnego dnia uświadomisz sobie, że najgorsze masz już za sobą – ciągnął. – Obudzisz się i stwierdzisz, że ciemność nie jest już taka ciemna; jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

– Tak – przyznała. – Myślę… cóż, coś wydarzyło się wczoraj, a dziś, to znaczy rano… – Próbowała ubrać w słowa to, co czuła. – Masz rację. Ciemność nie jest już taka mroczna.

Przez chwilę siedzieli w pokrzepiającym milczeniu jak dwoje ludzi, którzy wzajemnie się rozumieją. W końcu Julia postanowiła przerwać ciszę.

– Jest coś, o czym chciałeś ze mną porozmawiać?

– Właściwie tak – odparł George. – Dochodzi pora lunchu. Co powiesz na to, żebyśmy wyrwali się z tej zapomnianej przez Boga chaty i poszli do Białego Konia po drugiej stronie ulicy na kieliszek wina i świeżo złowioną rybę?

Julia zlekceważyła odruchową odpowiedź, która cisnęła się jej na usta.

– Dobry pomysł, tato – odparła.

*

Dziesięć minut później usadowili się przy wygodnym stoliku nieopodal kominka. George zamówił dwa talerze ryby z frytkami i przyniósł z baru dwa kieliszki wina.

– To świetny pub – rzucił. – Na wskroś miejscowy, zwłaszcza zimą, kiedy nie ma w nim turystów. – Wyciągnął rękę i odruchowo uścisnął jej ramię. – Julio, jestem z ciebie taki dumny. Wiem, że dasz radę. Nie poddawaj się, skarbie. Przed tobą dobre i złe dni, ale się nie poddawaj.

– Postaram się, tato. Naprawdę się postaram – odparła, czując, jak coś ściska ją w gardle.

– Chciałem… – George odchrząknął. – Chciałem z tobą porozmawiać o obrazkach orchidei, które podarowałaś mi na urodziny. Porównałem je z innymi akwarelami namalowanymi przez twoją mamę i jestem pewien, że to jej dzieło. Całkiem prawdopodobne, że namalowała je, kiedy była dużo młodsza.

– Tak się cieszę, że je znalazłam, tato – rzuciła Julia. – Najwyraźniej tak miało być.

– Tak, ale jest w tych obrazkach, a przynajmniej w jednym z nich, coś ciekawego. – George upił łyk wina. – Wiem, że będąc dzieckiem, twoja mama przesiadywała w szklarniach długimi godzinami; zupełnie jak ty kiedyś. Żeby zabić czas, siedziała i malowała kwiaty. Chodzi o to, że rozpoznałem trzy z nich. Są powszechnie hodowane w Anglii i z pewnością mogły rosnąć w szklarni twojego dziadka; wszystkie trzy to odmiany Cattleya. William Cattley, mężczyzna, o którym można powiedzieć, że był ojcem angielskich orchidei, to pierwszy ogrodnik, który w dziewiętnastym wieku z powodzeniem uprawiał epifityczne orchidee. Większość dzisiejszych orchidei pochodzi właśnie od nich. Ale czwarty kwiat namalowany przez mamę, cóż… to zupełnie inna historia.

– Naprawdę? – zdziwiła się Julia, kiedy na stoliku pojawił się ich lunch.

– Tak. Jeśli obrazek jest dokładny, a po piętnastu latach pracy z mamą wiem, że tak jest, zakładam, że orchidea, którą przedstawia, to Dendrobium nigum. – George dźgnął widelcem grubą panierkę na rybie. – Albo więc twoja mama skopiowała rysunek z jakiejś książki, co jest najbardziej możliwym scenariuszem, albo – dodał między kolejnymi kęsami – kwiat rósł w cieplarni twojego dziadka.

Julia włożyła do ust kawałek ryby.

– A jeśli rzeczywiście rósł w szklarni…?

– Powiem tak, ostatni okaz Dendrobium nigum został sprzedany na aukcji za pięćdziesiąt tysięcy funtów. To niesamowity kwiat. Zaledwie kilka z nich znaleziono w okolicach wzgórz Chiang Mai w Tajlandii. To gatunek najbardziej zbliżony do czarnej orchidei, choć tak naprawdę jest purpurowo-różowy. Botanikom nie udało się wyhodować go w innych warunkach niż naturalne, przez co okaz ten jest niezwykle cenny. Byłbym zaskoczony, gdyby ta roślina rosła w szklarniach Wharton Park w połowie dwudziestego wieku.

– Czy dziadek Bill nie kazał mamie przepisywać na maszynie wszystkich swoich notatek, które po jego śmierci trafiły w twoje ręce? – spytała Julia. – Może wspomniał coś na ten temat?

– Też o tym pomyślałem – przyznał George. – Od niedzieli przeglądam jego notatki, ale do tej pory nie znalazłem ani słowa na temat Dendrobium nigum. – Odłożył nóż i widelec z boku pustego talerza. – Twój dziadek hodował w szklarniach przeszło dwieście gatunków orchidei. Wciąż nie dotarłem do zapisków na temat tej konkretnej odmiany, ale zamierzam szukać dalej.

– Przepraszam, że przerywam – wtrąciła Julia. – Ale czy Alicia mówiła ci o pamiętniku, który Kit Crawford znalazł pod podłogą w starym domu dziadków?

– Tak, wspomniała coś na ten temat. Podobno są to zapiski jeńca wojennego z więzienia Changi. Jeśli chcesz wiedzieć, czy w czasie wojny Bill trafił do Changi, to muszę cię rozczarować: nie mam pojęcia – odparł George. – Jedyną osobą, która może coś wiedzieć, jest twoja babka Elsie. Dostałem od niej życzenia na Boże Narodzenie. Ma osiemdziesiąt siedem lat, ale wciąż czuje się dobrze. Może wpadniesz do niej z wizytą?

– Mam taki zamiar. Alicia dała mi jej numer telefonu, więc najpierw zadzwonię.

– Dobry pomysł. A co poza tym? Zastanów się, czy naprawdę chcesz mieszkać w tym przygnębiającym domu.

– Wiem – rzuciła. – Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak bardzo jest upiorny.

– I nie ma w nim miejsca na fortepian – dodał łagodnie George.

– Nie brakuje mi fortepianu – odparła gwałtownie – ale jeśli zostanę tu przez jakiś czas, poproszę Agnes, żeby przesłała mi z Francji trochę rzeczy.

– Dobry pomysł, kochanie. Świetnie. – George uderzył dłonią w stół. – Na mnie już czas. Do jutra rana muszę odpowiedzieć na stos e-maili i napisać wykład.

Kiedy regulował rachunek, Julia czekała na niego przed wejściem do pubu. Chwilę później oboje przeszli na drugą stronę ulicy i pokonując wzgórze, wrócili do domu.

– Kochanie, to była niespodziewana przyjemność. – George otoczył Julię ramieniem i przytulił ją. – Uważaj na siebie i daj znać, jeśli się czegoś dowiesz od Elsie.

– Dobrze, obiecuję.

Ojciec pokiwał głową i niespiesznie ruszył w kierunku samochodu.