Black notice: część 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Black notice: część 1
Black notice: część 1
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98  8,78 
Black notice: część 1
Black notice: część 1
Audiobook
Czyta Maciej Szklarz
5,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lotte Petri

Black notice: część 1

Saga

Black notice: część 1przełożyła Agata Makowiecka tytuł oryginału Black notice: Afsnit 1Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2017, 2019 Lotte Petri i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726209549

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Kwiaty zła

Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety,

Parując i siejąc trucizny,

Niedbała i cyniczna otwarła sekrety

Brzucha pełnego zgnilizny.

Fragment wiersza Padlina Charles’a Baudelaire’a w przekładzie Mieczysława Jastruna

Szpital Krajowy, Kopenhaga

Do uszu Sary doszły nieprzyjemne trzaski, gdy winda ześlizgiwała się w dół, do poziomu piwnicy, gdzie znajdowała się przebieralnia dla personelu. Sara czuła suchość w ustach, a przybierający na sile ból głowy uciskał skronie niczym przyciasny hełm. Była wykończona nocną zmianą na oddziale neurologicznym. Przed oczami nadal przewijał jej się obraz twarzy małego chłopca – miał tak mocno zaciśnięte powieki, że można by sądzić, że wcześniej musiał być świadkiem czegoś nie do zniesienia. Jego ojciec storpedował przydrożne drzewo i poniósł śmierć na miejscu. Sara zauważyła, że ratownicy pogotowia, zwykle pełni werwy, tym razem, gdy dostarczyli dziecko, wydawali się cisi i przygnębieni. Przeczuwała, że chodziło o jeden z tych wypadków, których nie będą potrafili zapomnieć – taki, który wżerał się w świadomość i powodował koszmary. Podobną powagę zachowywał też ordynator, gdy informował personel o stanie zdrowia małego pacjenta. Zaznaczył, że szanse chłopca wynoszą około pięćdziesięciu procent, ale nawet gdyby udało mu się z tego wyjść, istnieje spore prawdopodobieństwo dużych uszkodzeń mózgu.

Dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Sara opuściła windę i podążyła długim piwnicznym korytarzem, cały czas pocierając skronie. Ból pulsował w rytmie bicia serca. Usłyszała odgłos kroków, odwróciła się i zwróciła uwagę na wysoką, ubraną na biało postać. Ta pomachała jej w geście pozdrowienia. Nie bardzo orientowała się, kto to mógł być, ale wydawało jej się, że gdzieś już widziała tego mężczyznę, więc odwzajemniła gest.

Poziom piwnicy tego najważniejszego szpitala przypominał zupełnie inny świat. Światło było przygaszone, a w chłodnym powietrzu w podziemnych korytarzach czuć było woń środków dezynfekcyjnych. Mijała jaskrawe drogowskazy, tworzące skomplikowane graficzne wzory w nasyconych kolorach. Pomimo tych intensywnych barw korytarz piwnicy sprawiał przygnębiające wrażenie i niechętnie przebywała go sama.

Sara wkroczyła do przebieralni i nie przestając ziewać, mechanicznymi ruchami otworzyła swoją szafkę. Niewielkie lustro, zawieszone po wewnętrznej stronie drzwiczek, odzwierciedlało obraz wyczerpanej, bladej kobiety. Ciemne worki pod oczami świadczyły o niewyspaniu. Niektórzy lepiej radzili sobie z przestawieniem się na funkcjonowanie podczas nocnych zmian. Ona sama najczęściej miała problemy, żeby zasnąć po powrocie do domu, gdy wrażenia po pracowitym dyżurze nadal zaprzątały jej myśli. Mimo to i tak najbardziej lubiła właśnie te zmiany, kojarzone z tymczasowym spokojem, który w przypadku oddziału neurochirurgicznego oznaczał po prostu uśpioną gotowość. Za kurtyną jak zwykle czaiła się śmierć, a historie niektórych pacjentów poruszały na tyle mocno, że przebijały się przez pancerz, jak to miało miejsce w przypadku tego chłopca.

Rząd szafek rzucał spokojny cień, a cisza panująca w przebieralni była niemal namacalna. Przerwało ją jedynie przytłumione pstryknięcia rozpinanych zatrzasków, gdy zsuwała z ramion służbowy fartuch, pozwalając mu opaść na podłogę. Zdjęła biustonosz, wieszając go w szafce, i podrapała się w miejscu, gdzie wcześniej nieco uwierały ją ramiączka. Pozbyła się też rajstop i majtek. Zebrała z podłogi bieliznę i wcisnęła ją na dno szafki, po czym zamknęła drzwiczki. Następnie sięgnęła po fartuch i odłożyła go do prania, wpychając do wypełnionego po brzegi żółtego materiałowego worka. Podreptała do niewielkiego stolika, na którym leżał stos ręczników. Uśmiechnęła się na widok jego rozmiarów, bo przypominał stertę prania. Skierowała się do kabiny prysznicowej.

Sara powiesiła ręcznik na haczyku, włączyła wodę i wycisnęła na dłonie porcję mydła z dozownika zawieszonego na ścianie. Zmywała bród z ciała, z przyjemnością wystawiając je na ciepłe, kłujące strugi, by po chwili wyłączyć wodę. Gdy wycierała się szorstkim ręcznikiem, zamarła na moment, gdyż wydawało jej się, że usłyszała jakiś dźwięk. Jakby ktoś zatrzasnął drzwi szafki. Tak mocno, że odbiło się to echem po betonowej posadzce. Opuściła kabinę i skierowała do swojej szafki. Zimno podłogi wdzierało się w jej stopy, a jej nagrzane ciało zaczęło parować.

Zesztywniała, gdy dostrzegła uchylone drzwi swojej szafki. Dałaby sobie głowę uciąć, że je zatrzasnęła, zanim poszła pod prysznic.

– Czy jest tu kto?! – zawołała.

Żadnej odpowiedzi. Teoretycznie ktoś mógłby bez problemu skryć się za rzędem wysokich szafek i byłby nie do zauważenia.

Zaczęła się zastanawiać, jak to właściwie było z tymi drzwiczkami. Pokręciła z niedowierzaniem głową. W zasadzie to nie miała pewności, czy na pewno je zamknęła. Odsunęła od siebie te myśli, bo już zaczęła marznąć. Otworzyła drzwiczki na pełną szerokość i zaczęła szukać majtek i biustonosza na dnie szafki. Wkrótce dotarło do niej, że bielizna zniknęła. Spojrzeniem przeszukała podłogę i wąską ławkę, na której ktoś pozostawił jakiś elektryczny podgrzewacz.

Jednak jej bielizna najwyraźniej przepadła jak kamień w wodę. Zdziwienie przerodziło się w niepokój na myśl, że ktoś musiał ją ukraść. Czerwona satynowa bielizna stanowiła cudowny, tajemniczy kontrast z jej bladą skórą. Celowo wybrała ją tego wieczoru, zanim ruszyła do pracy, na wypadek gdyby ten przystojny, młody rezydent, który już na samym początku otrzymał ksywkę Czaruś, miał pojawić się na oddziale. Dużo lepiej się flirtowało ze świadomością przygotowania się na taką okoliczność, niż gdyby miało się na sobie zwykłe majtki i sprany, bawełniany biustonosz.

„Ale kto miałby wpaść na to, żeby ukraść bieliznę?” – to pytanie przez chwilę kołatało jej się w głowie. Przypuszczała, że to mógłby być jeden z portierów. To było do nich podobne, takie niewybredne żarty, którymi w prymitywny sposób próbowali oczarować kobiecy personel. Mimo to miała wątpliwości, czy posunęliby się tak daleko.

Sara zaczęła już mocno marznąć, więc postanowiła się ubrać. Brak bielizny dziwnie ją nastroił. Włożyła buty sięgające do ud, zarzuciła kurtkę i w pośpiechu opuściła przebieralnię.

Piwniczny korytarz wydał jej się jeszcze bardziej przygnębiający niż zwykle, więc przyspieszyła. Jej kroki odbijały się stukotem od szarych ścian.

Na zewnątrz niebo przypominało czarną smołę, choć była już prawie siódma rano. W czasie trwania jej dyżuru zdążyło mocno pośnieżyć.

Rozpoznała swoją koleżankę Line, która stała oparta o betonową elewację szpitala i paliła papierosa. Line pracowała w Centrum Traumatologii, mieszczącym się w piwnicy. Sara pomachała do niej i skierowała się w jej stronę.

– Jakiś oszołom ukradł mi bieliznę – odezwała się tuż po przypaleniu papierosa.

– Co takiego?

– Gdy byłam pod prysznicem, jakiś dupek buchnął mi…

– To naprawdę straszne – przerwała jej Line, wydmuchując ustami dym. – To pewnie któryś z portierów, niektórzy mają naprawdę nie po kolei w głowie!

Sara potaknęła, a Line ciągnęła: – To mógł być też któryś z pacjentów psychiatrycznego, z nimi nigdy nic nie wiadomo.

Line spojrzała Sarze w oczy.

– Hej, przepraszam, nie chciałam napędzić ci stracha!

– Jestem zbyt zmęczona, żeby dać się wystraszyć – wymamrotała przygnębiona Sara.

– Właściwie to teraz mi się przypomniało, jak jedna z pielęgniarek mówiła, że z przebieralni znika bielizna. Szczerze mówiąc, wtedy sądziłam, że po prostu próbuje zwrócić na siebie uwagę, bo przysłuchiwał się temu doktor Czaruś… ma przecież w tym tygodniu asystujący dyżur… Słyszałaś, że poderwał już kogoś podczas nocnej zmiany…?

Sara pokręciła przecząco głową, czując jednocześnie ukłucie irytacji. Wczoraj, gdy spotkali się przypadkowo na parterze, wydawał się nią szczerze zainteresowany.

Wpatrywała się w mrok i zaciągnęła ostatni raz. Dopaliła do końca.

– Zmykam do domu, mam cię gdzieś po drodze wysadzić?

– Nie, dzięki przyjechałam rowerem, ale jedź ostrożnie – pożegnała się Line, po czym w ciemnościach pomaszerowała w stronę stojaków na rowery.

Zapach zwietrzałych perfum przez chwilę unosił się w powietrzu.

Sara skierowała się w stronę ulicy Frederika V, gdzie zaparkowała samochód. Miejsca parkingowe dla personelu przed Szpitalem Krajowym nadal pozostawały w sferze marzeń, choć niedawno zbudowano dodatkowy parking.

Kontury jej samochodu zostały rozmyte przez grubą warstwę śniegu. Modliła się, aby auto zapaliło, bo już poprzedniego wieczoru, gdy je uruchomiała, wyraźnie zdychało. Ramieniem starła śnieg z przedniej szyby i zaklęła. Jakby mało było samej warstwy śniegu, pod spodem szyba pokryła się lodem. Sara otworzyła drzwi, usiadła w środku, czując się, jakby znalazła się w zamrażarce, włożyła klucz do stacyjki i przekręciła. Do jej uszu doszedł odgłos przypominający pokaszliwanie przeziębionej osoby i dopiero za czwartym razem udało jej się uruchomić zamarznięty silnik. Kolejną chwilę zajęło jej oskrobanie szyb, a gdy w końcu się z tym uporała, jej palce były z zimna zupełnie pozbawione czucia.

 

Zasiadła w fotelu kierowcy i ostrożnie wycofała. Docierając do końca ulicy Frederika V, usłyszała szmer innego pojazdu i przez zaparowaną tylną szybę dojrzała zarys białej furgonetki. Światło padające z silnych przednich reflektorów sprawiło, że wnętrze jej własnego samochodu zatonęło w białej poświacie. Ostrożnie skręciła kierownicę, czując, że tyłem pojazdu lekko zarzuciło. Sara prowadziła wolno po śliskiej nawierzchni, irytując się, że biała furgonetka nie przestrzegała wymaganej odległości. Próbowała skupić się na czymś innym, ale świadomość czyjejś obecności prześladowała ją niczym upierdliwa osa, podczas gdy odległość między dwoma samochodami coraz bardziej się zmniejszała.

Po chwili postanowiła zatrzymać się na poboczu i przepuścić furgonetkę. Zmniejszyła prędkość i poczuła, że amortyzatory zaprotestowały piskiem, gdy uderzyła o krawężnik ukryty pod śniegiem, po czym niezdarnie zaparkowała pojazd. W tej samym momencie niczym pług śnieżny minęła ją furgonetka, a rozjechany śnieg opryskał jej boczne szyby, uderzając w nie z ciężkim, donośnym pluskiem. Sypało coraz intensywniej, w ciągu paru sekund zasłaniając widok i dopiero ciężko pracujące wycieraczki, przypominające wolno poruszające się batuty, starły śnieżną pokrywę na boki, odsłaniając wąską strugę czerwonych świateł pozycyjnych furgonetki. Sądząc po ostrości, musiała mieć włączone światła przeciwmgielne. Raziły ją w oczy. W świetle ulicznych latarni dostrzegła, że biała furgonetka błyszczała, jakby dopiero co wyjechała z myjni, w przeciwieństwie do jej własnego pojazdu, na którym jakiś wesołek dzień wcześniej napisał: „Umyj mnie brudną wodą”. Furgonetka musiała stać w jakimś garażu, skoro nie była pokryta śniegiem. Sarze przeszło przez myśl, że pojazd przypominał policyjne wozy z fotoradarem, używane do ścigania piratów drogowych.

Wolno wytoczyła się na jezdnię, kierując się brązowymi, rozjechanymi śladami, i głęboko oddychała przeponą, starając się uspokoić puls. Nieznacznie odkręciła boczną szybę, aby pozbyć się wilgoci w środku, a zapach padającego śniegu wypełnił jej świadomość.

Szczypały ją palce, a rozchodzące się po wnętrzu ciepło sprawiło, że zaczęła ogarniać ją senność.

Minęła miejskie jeziora, których woda połyskiwała w mroku, a upudrowane na biało korony kasztanów tworzyły subtelny kontrast z tą ciemną taflą, w której odbijały się dobrze znane neony we wszystkich kolorach tęczy. Całościowy obraz sprawiał piękne wrażenie i wtedy poczuła, że zaczyna ogarniać ją spokój.

Włączyła radio i napawała się muzyką, pozwalając swobodnie płynąć myślom. Gdyby chodziło o zwykły dzień, prawdopodobnie utknęłaby w korku, ale tego niedzielnego poranka miała drogi tylko dla siebie.

Gdy już prawie dotarła do domu, do swojego mieszkania na Amager, spostrzegła coś kątem oka. Jakiś kwadratowy kontur w jednej z bocznych uliczek, gdzie nagle zaświeciły się mocne lampy przypominające reflektory, oświetlając płatki śniegu wirujące jak szalone po okręgach. Po chwili do jej świadomości przebił się donośny odgłos zapalanego silnika, a kierowca brutalnie przygazował.

Zza tylnej szyby ponownie wyłonił się kwadratowy kontur, odległość między nimi szybko się zmniejszała. Duszące uczucie paniki wtargnęło do jej ciała niczym szybko działająca trucizna i wtedy nacisnęła gaz, kurczowo trzymając kierownicę. Silnik reagował dość wolno, a przednie reflektory furgonetki znajdowały się teraz tak blisko, że kolizja musiała być kwestią ułamka sekundy.

W tej samej chwili oślepiające światła zniknęły. Zaskoczona zerknęła przez boczną szybę i skonstatowała, że pojazd właśnie ją mijał. Szybko nabierał prędkości, a ona jakby w zwolnionym tempie zarejestrowała, że ryzykowny manewr kierowcy oznaczał jeszcze bardziej przerażającą wizję, gdyż ten ponownie skręcił na jej pas ruchu, zajeżdżając jej drogę. Ulica była stosunkowo wąska, od prawej strony zablokowana nieprzerwanym rzędem zaparkowanych samochodów. Nie miała innego wyboru, niż ostro zahamować.

Sara zwolniła nogę z gazu i zdecydowanie nacisnęła na hamulec, czując, jak jej pojazd traci przyczepność i zaczyna się zataczać. Biała furgonetka stała spokojnie, ale jej sylwetka rosła z każdą sekundą, gdy się do niej zbliżała. Sarze udało się zatrzymać zaledwie parę metrów od samochodu.

Wokół panowała niczym niezakłócana cisza, przerywana jedynie warkotem silnika. Przyglądała się zbielałym kłykciom palców, zaciśniętym niczym sznur na kierownicy. W bocznej szybie furgonetki odbijał się jakiś ciemny kształt. Po chwili zniknął, jednak zaraz potem wyłonił się ponownie, tworząc kontrast z otaczającą bielą.

Poczuła, jak paraliż ogarnia całe jej ciało, jakby przeczuwało, że za chwilę zdarzy się coś strasznego. W tej samej chwili uliczne lampy odsłoniły znaną jej twarz. Dotarło do niej, że to przecież jej kolega, który machał do niej w piwnicy Szpitala Krajowego. Jego owal twarzy świecił się jasno, gdy mężczyzna znalazł się na wysokości jej reflektorów i powoli zmierzał w jej stronę. Oczy, wyłaniające się spod ciemnej czapki, wydawały się zimne, spojrzenie ponure, podobnie jak uśmiech będący niczym innym jak automatycznym grymasem. Gdy zbliżył się do jej samochodu, zauważyła, że jedno oko miał czarne i puste jak u węża.

Nie zdołała pomyśleć nic więcej, gdyż przez otwarte szarpnięciem drzwi wtargnął do wnętrza zapach nasyconego śniegiem powietrza wymieszanego z gazami spalinowymi. Pierwsze uderzenie dosięgło twarzy. Drugie skierowało się do przełyku i odebrało jej oddech, chociaż próbowała się bronić. Niczym w transie poczuła, że ma wybite przednie zęby, a w ustach pulsującą krew. Dopiero po kilku sekundach doznała nieprawdopodobnego bólu i uczucia duszności przeszywających jej ciało.

Chwycił ją za włosy i przekręcił głowę, a wtedy poczuła ukłucie za uchem. Niczym w jakimś koszmarze poczuła się cała oszołomiona. Jakby znajdowała się na wykolejonej diabelskiej ślizgawce, która prowadziła prosto do ciemnej otchłani.

Sara wciągała powietrze wolnym, pulsującym oddechem. W pomieszczeniu panowała całkowita cisza, a mrok wydawał się gęsty niczym ciężki materiał, przesiąknięty wonią farb i chemikaliów.

Mimo że miała szeroko otwarte oczy, nie potrafiła niczego dostrzec. Odczuwała dokuczliwy ból, który tylko czaił się, aby przybrać na sile. Nie potrafiła sobie niczego przypomnieć ani ustalić, jak się tutaj znalazła. Jej serce mocno biło w piersi, a oddech był szybki i płytki, a do tego dudniło jej boleśnie w głowie. Mózg bił na alarm – serce nie zwalniało rytmu, choć próbowała się uspokoić. Miała wrażenie, jakby jej własne ciało skrywało jakąś mroczną tajemnicę.

Zmęczenie przypominało ołowiane odważniki, które przyciągały każdą komórkę jej ciała do podłoża. Zamrugała – oczy wydały jej się zupełnie suche.

Wokół panowały egipskie ciemności.

Bolały ją dziąsła, a w gardle czuła smak zakrzepłej krwi. To koszmarne wrażenie poluzowanych zębów okazało się prawdą, gdy próbowała wnętrze buzi wymacać językiem. Ugryzła się w policzek, czując, jak łzy zatryumfowały nad bólem spowodowanym licznymi zadrapaniami na twarzy.

Ostrożnie poruszyła palcami stóp, ale wtedy wolno do niej dotarło, że została związana. Panika zdominowała wszystkie inne myśli. Sara spróbowała się podnieść, ale okazało się, że miała również skrępowane ramiona czymś, co uwierało w nadgarstki. W myślach leniwie pojawiły się fragmenty ostatnich wspomnień, przewijające się w przypadkowej kolejności.

Miała w głowie obraz nieprzytomnego chłopca, gdy weszła do jego sali, aby sprawdzić parametry.

Matka siedziała apatycznie przy jego łóżku, wpatrując się pełnym zwątpienia wzrokiem w syna.

Sara starała się uporządkować myśli. Miała nocną zmianę, ale co zdarzyło się potem? Nagle przypomniała sobie, jak stała przed wejściem do Szpitala Krajowego i paliła papierosa w towarzystwie Line. Potem pojawił się obraz umytego pojazdu, który mignął w tylnym lusterku. Policja – radiowóz z radarem – pomyślała w pierwszej chwili. Ale to nie była policja.

Zrozumienie tego, co się właściwie stało, nagle przebiło się do jej świadomości. Rytm serca zbliżał się do zawrotnego tempa. Poczuła nieznośne nudności, gdy kwasy żołądkowe podeszły jej do przełyku. Już miała zwymiotować, ale w ostatniej chwili udało jej się powtrzymać odruch.

Sara uświadomiła sobie, że groziło jej skrajne niebezpieczeństwo. „A może już za późno” – odezwał się nieprzyjemny głos z tyłu głowy.

Nagle zarejestrowała słabe światło, które ktoś włączył. Nasłuchiwała kroków, ale wokół panowała cisza.

Po pewnym czasie oczy przyzwyczaiły się do światła. Dostrzegła kontury wysokich, cienkich szklanych pojemników stojących na półce. Miały czarne pokrywki i przypominały eksponaty w muzeum medycyny – stare, ustnie dmuchane szkło, które w przytłumionym świetle zniekształcało zawartość, ukazując ją w dziwnych proporcjach. Próbowała ustalić zawartość szklanych pojemników, które wyglądały jak… kwiaty. Eleganckie na cienkich łodygach. Coś, co przypominało płatki, zwrócone było w jedną stronę, jakby targane wiatrem. „Lilie w kształcie trąbki” – pomyślała. Jednak coś się tu nie zgadzało… coś było nie tak. Kolor. Jakiś dziwny… taki blady i jakby cielisty…

Naliczyła w sumie pięć pojemników, z czego cztery zawierały przedmioty przypominające kwiaty. Piąty był pusty. Uniosła nieco głowę i skupiła wzrok na szklanych naczyniach. Powoli docierało do niej, co to za kwiaty, i wtedy krzyknęła…

W tej samej chwili w otoczeniu nastąpiła wyczuwalna zmiana, doszły ją odgłosy stąpania, które zaraz potem zmieniły się w ciężkie kroki. Otworzyły się drzwi i w słabym oświetleniu ujrzała jakąś sylwetkę. Zauważyła, że postać miała na sobie kombinezon, a dolną część twarzy przykrywała papierowa maska. Sara przeczuwała, że to ten sam mężczyzna, którego spotkała w piwnicy Szpitala Krajowego i który ją potem śledził i zagrodził jej drogę. Przyglądał się jej głodnym spojrzeniem swych dziwnych oczu. Tych samych, które ujrzała, tuż zanim wszystko rozpłynęło się w migoczących ciemnościach.

Ciało poddało się strachowi i poczuła ciepło rozlewające się między nogami. Osobnik zabrał jej przykrycie. Jego wzrok lustrował jej ciało, a spojrzenie zatrzymało się na wysokości brzucha. Usłyszała brzęk metalu, a po chwili poczuła coś zimnego w okolicy pępka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?