Między niebem a LouTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

31 PAŹDZIERNIKA

1 LISTOPADA

2 LISTOPADA

DZIESIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ

2 LISTOPADA

3 LISTOPADA

5 LISTOPADA

7 LISTOPADA

9 LISTOPADA

11 LISTOPADA

26 LISTOPADA

30 LISTOPADA

3 GRUDNIA

4 GRUDNIA

5 GRUDNIA

7 GRUDNIA

10 GRUDNIA

11 GRUDNIA

12 GRUDNIA

14 GRUDNIA

15 GRUDNIA

16 GRUDNIA

18 GRUDNIA

24 GRUDNIA

25 GRUDNIA

26 GRUDNIA

27 GRUDNIA

31 GRUDNIA

1 STYCZNIA

2 STYCZNIA

3 STYCZNIA

4 STYCZNIA

5 STYCZNIA

6 STYCZNIA

7 STYCZNIA

9 STYCZNIA

10 STYCZNIA

12 STYCZNIA

22 STYCZNIA

30 STYCZNIA

2 LUTEGO

5 LUTEGO

OSIEM MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

6 LUTEGO

DZIESIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ

11 SIERPNIA

6 LUTEGO

MUZYKA

PRZEPISY

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału ENTRE CIEL ET LOU

Copyright © Éditions Héloïse d’Ormesson – Paris 2016

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o., 2017

Projek logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Ewa Beniak-Haremska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-336-3

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 50 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

Me’zo ganet e kreiz ar mor, Urodziłem się pośród fal

Yann-Ber Kalloc’h

Skąd ona to imię ma? Od wróżki, od czarownicy? Może z piekieł czeluści, czarnych jak ziemia z jej pól. Mówią, że człowiek widzi w niej radość swą, Mówią, że człowiek krzyż swój tu ma, A ja mówię o wyspie Groix.

Gilles Servat, Michelle Le Poder

Wyspa, wyspa odchodzi, drzemała w naszych oczach od najwcześniejszego dzieciństwa.

Jacques Brel

Malarzowi Simone Marini, który sześć miesięcy po śmierci Isabelli Peroni podarował mi zalakowaną butelkę z zamkniętym w niej jej głosem.

Mieszkańcom wyspy Groix – ta ziemia rzucona w ocean należy do nich. Wszystkim tym, którzy tam przyjechali z daleka i zostali. Wszystkim, którym Bretania poplątała losy.


31 PAŹDZIERNIKA
Jo, wyspa Groix

Mam na imię Joseph, ale ty nazywałaś mnie Jo. Stoję teraz z zaczerwienionymi oczyma w pierwszym rzędzie w kościele. Mam na sobie marynarkę i narzucony na ramiona turkusowy sweter. Kiedyś powiedziałaś, że lilie pachną tak pięknie, że mogłyby obudzić umarłego. Powinienem ci kilka kupić. Miałaś ogromne poczucie piękna i miłości, ale twoje poczucie humoru było o wiele gorsze od mojego. Przez całe życie robiłaś mi marne kawały. Nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że tak świetlista istota jak ty po prostu zgasła. To musi być jakaś pułapka i ja w nią wpadnę, nie wiem tylko kiedy.

Nasze dzieci przypłynęły statkiem. Cyrian przyjechał porsche cayenne z Paryża ze swoją żoną Albane, córką Charlotte i psiakiem Hopla. Samochód zostawił na parkingu w Loriencie. Sarah wybrała pociąg. Przyjechała, wspierając się na lasce, bo nie chciała zawracać sobie głowy wózkiem inwalidzkim. Cyrian zajął się wszystkim, tak jak zajmuje się swoją firmą. Wybrał trumnę, napisał nekrologi do gazet i opracował książeczkę z modlitwami, ozdobioną jednym z twoich cudnych zdjęć. Nasz syn nie jest ani sympatyczny, ani zabawny, ani nawet rozczulający, ale niczego nie można mu zarzucić.

Wszystkie ławki w kościele są zajęte, z jednej strony siedzą mieszkańcy wyspy Groix, z drugiej ludzie spoza wyspy. Twoja rodzina usiadła z przodu. W tym kościele pożeniliśmy dzieci naszych przyjaciół, tu pochowaliśmy ich rodziców. Siedzieliśmy zawsze z tyłu, trzymając się za ręce. Dziś siedzę w pierwszym rzędzie jak jakiś uczniak i brakuje mi twojego dotyku.

Tabliczka wotywna statku, który wisi nad moją głową, sprawia, że dostaję mdłości. Za ołtarzem, pod krzyżem jest kotwica, obok której klęczą dwa niewzruszone anioły.

Nowy kapłan, młody ojciec Dominique sam odprawia mszę. Kiedyś można było tu umierać codziennie, teraz księża nie przyjeżdżają na wyspę w ciągu roku. Odeszłaś w odpowiednim momencie, masz prawo do prawdziwej mszy. Chór z La Kleienn śpiewa Audite Silete Michaela Praetoriusa. To poruszające i mocne.

Jestem głodny jak wilk, jak marynarz, jak wilk morski, czuję głód srogi jak luty, bo Lou to ty. To twoje imię. Pragnę ciebie i naszych naleśników z serem camembert i karmelem na słonym maśle. Ciężko mi na sercu – dziwne uczucie dla kardiologa. Jestem źle ogolony i nie wypastowałem butów. Moja synowa Albane jest zbulwersowana tym, że mam na sobie turkusowy sweter. Dałaś mi go na naszą ostatnią rocznicę ślubu.

To ja tu jestem wdowcem, niech się wszyscy ode mnie odwalą! Zawsze noszę sweter zarzucony na ramiona, to mój znak fabryczny. Moi kumple powiedzieli, że jeżeli umrę przed nimi, przyjdą na mój pogrzeb z tym znakiem, z Josephem narzuconym na ramiona. Nie zobaczysz tego, nie będzie cię tutaj.

Życie jest jak cebula, składa się z warstw, a teraz wszystkie warstwy twojego świata zebrały się w tym kościele. „Banda z siódmego” – nasi przyjaciele z Groix, z którymi spotykaliśmy się na kolacjach w mieście u naszej przyjaciółki Fred, siódmego każdego miesiąca – jest w komplecie. Są wszyscy członkowie SPŻKM – Stowarzyszenia Pomocy Żonom Kiepskich Mężów – które założyliśmy z Jean-Pierre’em. Pomagaliśmy żonom kolegów, którzy tylko w weekendy przyjeżdżali na wyspę, a resztę tygodnia spędzali, pracując na lądzie.

 

Twoja rodzina usiadła z przodu. Siedzą wyprostowani z podniesionymi głowami. Twój ojciec, pan hrabia, zmarł dwa lata temu, twoja matka zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miałaś zaledwie roczek. Twoje starsze siostry, jak bracia Daltonowie, usiadły według wzrostu. Nie widziałem ich od pogrzebu waszego ojca. Pozostały w rodzinnym zamku, ciebie jednak udało mi się porwać. Są podobne do ciebie, ale nie mają w sobie tego blasku, tego lśnienia, szaleństwa i marzeń. Przyjaciółki z dzieciństwa z prywatnej szkoły katolickiej, jak zawsze wierne, przybyły wszystkie. Poznaję je po garsonkach, szalach, mokasynach lub balerinkach. O tej porze roku nasi przyjaciele z Groix noszą raczej ciepłe żakiety, spodnie i ciężkie buty.

Byłaś zaangażowana w Prix Clara – konkursie na opowiadanie dla młodych, nastoletnich jeszcze pisarzy. Publikowano je, by wspomóc badania w dziedzinie kardiologii. Twoi koledzy i młodzi laureaci przyjechali aż z Paryża. Mój dobry kumpel Thierry Serfaty, ordynator oddziału neurologii, jest tu z powodu naszej przyjaźni, a kolega, który teraz kieruje moim oddziałem kardiologicznym, przyjechał z grzeczności. Jakoś nigdy nie byłem w stanie go znieść.

Bardzo wcześnie, bo dwa lata temu, odszedłem na emeryturę, żeby razem z tobą móc korzystać wreszcie z życia. Wystawiłaś mnie do wiatru koszmarnie. Odfrunęłaś w nocy z soboty na niedzielę. To stało się tej samej nocy, kiedy zmienialiśmy czas z letniego na zimowy. O trzeciej nad ranem. Francuzi cofali wtedy zegarki o godzinę. Ostatni raz zagrałaś mi na nosie właśnie w ten sposób, dokładnie o tej porze wydałaś ostatnie tchnienie. Pielęgniarka była na obchodzie. Ankou, uosobienie śmierci, u nas w Bretanii przyjeżdża po dusze swoją starą, skrzypiącą furmanką. Co mu powiedziałaś: „Przestaw zegarek, bo zawalisz sprawę?”.

Wychodzimy z kościoła na dziedziniec przez wielkie wrota. Jesienne słońce oświetla tuńczyka, który króluje na iglicy kościoła. W całej Francji na iglicach są koguty, ale tu jesteśmy na wyspie w krainie ludzi morza, a to miejsce to powstały jeszcze na początku XX wieku pierwszy francuski port połowu tuńczyka.

Na wyspie nie mamy domu pogrzebowego, brakuje klienteli, kondukt obchodzi więc kościół, aby na piechotę przejść na cmentarz. Codziennie tędy chodzę, ale dziś wyjątkowo nie zatrzymuję się na kawę w „Triskell” i nie mam ze sobą żadnej gazety. Mam za to roztrzaskane serce i rozdartą duszę.

Wierzyłaś w Boga swoich ojców, ja wierzyłem w Boga marynarzy. Opuścił mnie. Tonę na stałym lądzie, tonę w smutku, choć nawet nie wyszedłem w morze. Bije żałobny dzwon. Samochody się zatrzymują, starcy robią znak krzyża.

Arthur, beagle Fredy, sika na jedno z kół karawanu. Dziękuję mu wzrokiem, tylko on zachowuje się normalnie. Nasze dzieci, załamane, idą o krok za mną. Modlę się, żeby to wszystko było jednym z twoich dziwacznych żartów. Kondukt mija „Le Cinquante”, właściciel Jean-Louis zmienia kartę dań w zależności od tego, co pojawia się na rynku. Ty dziś zamówiłabyś mille feuille z pomidorów, tych ze starych odmian z mięsem z kraba i sorbetem z papryki, ja zupę z wędzonego rdzawca z algami. Dzielnie opierałabyś się zjedzeniu deseru, ja dałbym się skusić na gruszkę Belle-Hélène, a ty oczywiście ukradłabyś mi połowę. Teraz będę się opychał sam. Ta myśl łamie mi serce.

A gdybym tak zostawił połowę dla ciebie, wrócisz?

Przechodzimy koło galerii malarstwa Yannicka, Maurie i Perrine. Wyskoczysz z któregoś z obrazów i przestraszysz mnie na śmierć?

Lou, byłaś tak piękna, że ślepiec zaczynał widzieć jak pilot myśliwca, a paralityk zyskiwał szybkość geparda. Nie chciałem zobaczyć cię martwej. Odmówiłem. Nie chciałem tego obrazu przed oczami, mimo że moi koledzy psychiatrzy utrzymują, że to się przydaje przy pracy nad żałobą. Ja strajkuję, to mój żałobny strajk, zawsze miałem serce po lewej stronie.

W hali krytego targu coś się dzieje, widzę ten ruch, ale niczego nie słyszę. Zamieram. Wszyscy się zatrzymują, wszyscy oprócz czarnego karawanu, który wiezie cię w dal. Przyglądam się. Oni tam tańczą. Dostrzegam afisz naklejony na jeden z filarów: „Cichy bal zorganizowany jako sprzeciw wobec SAiK – Stowarzyszenia Artystów i Kompozytorów – i opodatkowania miejskich handlarzy, którzy słuchają muzyki na straganach”. Opuszczam pochód, podchodzę do zaimprowizowanego parkietu, dziś nikt tutaj nic nie sprzedaje.

– Tato! – szepcze zażenowany Cyrian.

– Drogi teściu! – dorzuca wylewnie jego żona Albane.

Nienawidzę, kiedy tak do mnie mówi, i specjalnie ich wkurzam. Rozkładam ręce, obracam się. Każdy tancerz tańczy po swojemu. Mają wielkie słuchawki, słuchawki nauszne, iPody, telefony komórkowe. Ja poruszam się w rytmie muzyki, którą tylko ja jestem w stanie usłyszeć. W mojej głowie śpiewa Serge Reggiani.

Kondukt pogrzebowy czeka na mnie zdezorientowany. Twoi przyjaciele z dzieciństwa szeroko otwierają oczy, twoje siostry patrzą osłupiałe. Cyrian podchodzi, żeby chwycić mnie za ramię, ale brutalnie mu się wyrywam. Wtedy Sarah upuszcza laskę, która upada na ziemię, tancerze się rozsuwają, ona obejmuje mnie i zaczynamy wirować razem.

– Fellini zmarł trzydziestego pierwszego października – szepcze mi do ucha.

Tańczymy drżący, niepewni, niezgrabni, każde w rytmie swojej własnej muzyki. Nasza córka tańczy z pewnością do jednej z melodii Nino Roty.

– Dołączę za chwilę – mówię do Cyriana tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Odchodzi niezadowolony. Jego żona zaciska wąskie usta. Ich córka Charlotte, dziewięć lat, ma to gdzieś. Jej przyrodnia siostra Pomme, która ma dziesięć lat, starsza córka Cyriana, mieszkająca u nas wraz z matką, ma twarz całą we łzach. Ledwie zna swojego ojca. Od kiedy się urodziła, ojciec wpada do niej na Groix jak po ogień, na urodziny, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Przyjeżdżał też do ciebie z okazji Dnia Matki. Nigdy nie spotykał się z Maëlle, swoją „byłą”, mamą Pomme.

Kończę zwrotkę: „Kocham cię, ty, która nigdy nie wydoroślejesz, nie opuszczaj mnie, kocham cię”1. Po raz ostatni mówię do ciebie w dialekcie wyspy Groix, me galon, moje serce, me karet vihan, maleńka moja, ukochana. Potem skłaniam się przed Sarah i podnoszę jej laskę.

– Powinniśmy dołączyć do konduktu – mówię.

Sarah szepcze do Pomme:

Kondukt to także wiersz Préverta, który zaczyna się od słów: „Pozłacany staruszek i zegarek w żałobie, królowa w rozpaczy i mężczyzna Anglii, poławiacze porządku i strażnicy pereł”.

Pomme ma oczy swojego ojca, są niebieskie ze złotymi iskierkami. Jest sprytna, przestawia urywki zdań na swoje miejsca. Dołączamy do ciebie w tempie Sarah.

Żeby być naprawdę stąd, z Groix, trzeba mieć cztery tabliczki na cmentarzu. To cztery wyspiarskie pokolenia, urodzone i zmarłe na tym skrawku ziemi rzuconym w ocean, trzy mile od Lorientu. Tu się urodziłem, jestem potomkiem wielu pokoleń marynarzy rybaków, ty urodziłaś się w zamku swojego ojca jako dumna spadkobierczyni rycerzy i myśliwych. Wychodząc za mnie, straciłaś szlachectwo, ale zyskałaś Groix. Stałem się twoją bratnią duszą, twoim przyjacielem. Twoim „przybracielem”, jak mówiła Pomme, przekręcając słowa, kiedy była malutka, ale to słowo zostało.

Wyspa chroni, ale też izoluje. Ci, którzy ją kochają, przyjeżdżając tu, odnajdują zagubioną duszę. Opuszczając wyspę, zabierają ze sobą jej cień, skazują na wygnanie jej wspomnienie, żyją w oczekiwaniu na spotkanie. Groix – ta żywa, namacalna prawda, osiem kilometrów na cztery – uzależnia. Kiedy statek przepływa między dwoma latarniami wejścia do portu Port-Tudy i przybija do brzegu, człowiek czuje, że zaczyna żyć.

Wyspy i ich wewnętrzne drżenie służą za stawy duszom wyspiarzy, ale nie chodzi o „stawy” w sensie akwenów wodnych, ale o znaki nawigacyjne, stałe obiekty, coś, co służy za punkt odniesienia na wybrzeżu. Tu człowiek nie ma wyboru, tu trzeba być prawdziwym.

Kiedy Sarah i Cyrian byli mali, powiedziałem im, że serca ludzi stąd są zatopione w morskiej wodzie. Pierwszego dnia każdych wakacji zawsze zabierałem ich na plażę, aby wypili po szklance morskiej wody. Na plażę biegaliśmy zawsze, nieważne jaka była pogoda. Piliśmy, patrząc sobie w oczy. Cyrian, starszy, pierwszy zarzucił ten rytuał. Sarah wytrzymała dłużej, chyba żeby zrobić mi przyjemność. Teraz robię to z Pomme, próbowałem też z Charlotte w tych rzadkich chwilach, kiedy tu przyjeżdżała, ale wypluwała wszystko. Albane za to wydawała piski rozhisteryzowanej mewy. Zrezygnowałem.

Widząc cię otoczoną świecami z każdej strony, z bakburty i sterburty, pomyślałem o „Czuwaniach żałobnych i innych śmiertelnych przyjemnościach” Luciena Gouronga, opowiadacza świata z Groix. Ostatnim razem, kiedy byliśmy go posłuchać, wróciliśmy do domu, śpiewając: „Straciła wianek w dolinie Kerlivio”. Teraz jestem mniej pewny siebie.

Pomme drży, kiedy wpuszczają twoją trumnę do grobu, usiłuje chwycić ojca za rękę, ale on tego nie zauważa. Charlotte pochyla się nad swoim telefonem, wykrzywia twarz. Nie ma zasięgu. Łzy zalewają oczy Pomme. Twoje dwie wnuczki mają wspólnego ojca. Rodzina jest ważna. Rodzina to błogosławieństwo, ale ja dziś po prostu czuję się jak ukrzyżowany.

Zawsze mnie dziwi, kiedy ludzie zapytani w jakimś wywiadzie o najpiękniejszy dzień ich życia, mówią: „Dzień narodzin moich dzieci”. Mój to ten, kiedy po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęłaś. Nasze dzieci to oczywistość, ale to, że mnie pokochałaś, ty, kobieta o czarownym spojrzeniu i fantastycznej urodzie, to był dla mnie cud. Miałaś olśniewający uśmiech, wciąż jeszcze mnie oślepia, ale ciebie już nie ma i brak mi przewodnika w ciemności.

Kiedy twoja siostra, ta najbardziej pobożna, powiedziała mi, że jesteś teraz szczęśliwa blisko Boga i Bożej chwały, odpowiedziałem jej, że to nieprawda. Ty byłaś szczęśliwa z nami. Bóg się pomylił albo wyjechał na weekend, a Jego zastępca skreślił niewłaściwe nazwisko na liście.

Dorastałem na tej wyspie. Były tu dwie szkoły: diabelska i boska, laicka i katolicka. Chodziłem do obu. Potem był internat w liceum Lorient, potem medycyna w Rennes. Harowałem jak wół i zdałem egzaminy konkursowe w Paryżu. Pobraliśmy się. Nie zgodziłem się zamieszkać w zamku twojego ojca tak jak grzeczni mężowie twoich posłusznych sióstr, miał mi to za złe.

Urodziły się nasze dzieci: Cyrian, potem Sarah. Zapożyczyłem się na dwadzieścia lat, żeby kupić mieszkanie na Montparnasse blisko dworca, z którego odchodzą pociągi do Bretanii. Wybrałem karierę w lecznictwie publicznym, a nie w prywatnym, choć tam zarabiałbym sto razy więcej. Na wakacje jeździliśmy na Groix. Wróciliśmy tam na stałe wraz z naszą radosną bandą młodych emerytów. To było cudowne. Znów staliśmy się wolni i swobodni, aż do dnia, kiedy wywinęłaś mi ten numer, ukochana. To było ostatniej wiosny. Miałaś pięćdziesiąt sześć lat, nie byłem przygotowany.

Cyrian i jego rodzina mieszkają w Le Vésinet, Sarah mieszka w Paryżu w dzielnicy Marais. Wiedzie im się zawodowo. Opuścili nas po królewsku, kiedy oświadczyłaś, że chcesz zamieszkać w domu opieki. Z krwawiącym sercem musiałem zgodzić się na twoją decyzję, nikomu nie powiedziałem dlaczego. Obowiązywała mnie tajemnica lekarska, zresztą to dotyczyło tylko nas samych, a ty nie chciałaś, żeby wiedzieli. Przyjaciele nie byli w stanie zrozumieć. Dzieci czuły się źle, wiedząc, gdzie jesteś, ale żadne nie wyraziło chęci pomocy. Cyrian uciekł w pracę i zaproponował, że opłaci kogoś do opieki w domu, Sarah poszła w picie i jednodniowych narzeczonych. Kilka razy przyjechali, żeby cię zobaczyć. Zasługiwałaś na więcej. Potem przyjechali za późno. Od roku nie widziałaś Charlotte.

Jestem szczęściarzem. Wygrywam w monopoly z Pomme, bez problemu znajduję miejsce do parkowania w Paryżu, kasy w supermarketach są otwarte, dopóki ja nie zrobię zakupów. Spotkałem ciebie i ty mnie pokochałaś. Urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, ale zabrałaś ją ze sobą i teraz dookoła mnie trwa atramentowa noc. Całe życie spóźniałaś się na samoloty, pociągi, na przedstawienia, na filmy w kinie. Po raz pierwszy zrobiłaś coś przed czasem, przede mną. Gotów jestem wybuchnąć śmiechem z powodu kawału, jaki mi wywinęłaś. To o której się pośmiejemy?

Nie płaczę. Za każdym razem, kiedy chowaliśmy kogoś ze znajomych, cytowałaś powiedzenie Stana Laurela: „Nigdy więcej nie odezwę się do tego, kto zapłacze na moim pogrzebie”. Znów myślę o wierszu Sarah. Jestem turkusowym wdowcem w niepocieszonym swetrze. Turkusowym „przybracielem” z bezbrzeżnie samotnym swetrem.

 

Et puis, piosenka, którą w latach sześćdziesiątych XX wieku śpiewał Serge Reggiani. (Przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]


1 LISTOPADA
Pomme, wyspa Groix

Na wieszaku przy drzwiach wciąż wisi twój żakiet, Lou. Nikt nie ośmiela się go zdjąć. Tata, jego żona i moja przyrodnia siostra Charlotte wczoraj wieczorem przyjechali z Paryża ze swoim psem, szczeniakiem labradora wabiącym się Hopla. Przed wyjściem do kościoła Albane wyszła z nim do ogrodu i powiedziała:

– Hopla, number one!

Przysięgam ci, ten psiak zrobił siku. Potem powiedziała:

– Hopla, number two!

Hopla posłusznie przykucnął, ona wyjęła z kieszeni łapkę i zieloną, plastikową torebkę, żeby zebrać jego kupkę. Kazała mu wstać. To wariatka. Zaraz potem powiedziała do Charlotte:

– Zabezpiecz się, idź tam, gdzie król chodzi piechotą!

I Charlotte poszła do ubikacji. Kiedy wróciła, nie mogłam się powstrzymać, więc szepnęłam do niej:

– Kiedyś twoja mama się pomyli i powie: „Charlotte, number two!”, a potem wyjmie z kieszeni torebkę.

Moja przyrodnia siostra nie była zachwycona, ale spojrzenie Jo wyraźnie na chwilę się ożywiło.

*

Mam oczy taty, Charlotte ma jego usta. Jest ruda i ma proste włosy jak jej mama. Ja jestem brunetką i mam kręcone włosy jak moja mama. Dziś są moje dziesiąte urodziny. Ponieważ umarłaś, w tym roku nie dostanę tortu. Mama, po cichutku, rano dała mi prezent. Nienawidzę różu w stylu Hello Kitty, więc mój nowy zegarek jest czarny, to żałobny zegarek jak w poemacie cioci Sarah. Lubię czerń, lubię odklejające się tapety, rury, w których coś bulgocze, oszalałe z wściekłości morze, meduzy i komary.

Wyspa Groix nie oderwała się od kontynentu, ona wyłoniła się z głębin oceanu miliony lat temu – dowiedziałam się tego w szkole. Często mam taki koszmar senny, że wyspa pogrąża się w wodzie i wszyscy toniemy. Budzę się wtedy z płaczem, ale nikomu o tym nie mówię.

Mam tak samo dużo przyjaciół po stronie Primetur co po stronie Piwizi. Dawniej wyspa była podzielona na dwie części: wschodnia to Primetur, a zachodnia Piwizi. Teraz można zawierać małżeństwa i mieć przyjaciół po każdej stronie granicy. Mama i ja w czasie roku szkolnego mieszkamy w miasteczku w dużym domu u moich dziadków.

Latem wyprowadzamy się do Locmarii, do małego rybackiego domku, który mama odziedziczyła po rodzicach. Wynajmujemy pokoje gościnne, jest ruch i to sprawia, że stać nas na masło do szpinaku, choć ja szpinaku nienawidzę. Co rano jeżdżę sama na rowerze i przywożę świeże pieczywo na śniadanie dla naszych klientów. Mama zajmuje się sprzątaniem, praniem, kawą i konfiturami. Ponieważ w domku nie ma ogrzewania, zimą nie przyjmujemy gości.

Widziałam już całe mnóstwo zmarłych. Królicze maleństwa, rozjechane na drodze przez kretynów, którzy nocą przesadzają z prędkością, ptaki schwytane przez wiejskie koty i jednego topielca, którego morze wyrzuciło na plażę. Ciebie nie chciałam zobaczyć martwej, Lou. Wolę pamiętać cię w chwili, kiedy jak zwykle nie udaje ci się ciasto czekoladowe według przepisu twojej przyjaciółki Martine. Moi przyjaciele mają babcie, które im dogadzają, piekąc far breton i tchumpôt. Ty byłaś taka koszmarnie nieporadna w kuchni, że nie umiałaś nawet zrobić omleta, ale szykowałaś go z taką miłością, że go zjadałam.

Mama i tata są pokłóceni od mojego urodzenia. Mama mówi, że to nie moja wina, ale kłamie. Moje pojawienie się rozpieprzyło wszystko, moja przyrodnia siostra Charlotte mi o tym powiedziała ze złośliwym, zadowolonym uśmieszkiem.

Tata chciał, żeby mama zamieszkała z nim w Paryżu, ale ona nie chciała opuścić Groix, bo gdzie indziej oddycha się źle. Nie wiem, czy to prawda, nigdy nie byłam dalej niż w Loriencie. Charlotte mówi, że on zaproponował mamie, żeby mnie usunęła, ale ona odmówiła. Tata mnie nie chciał, jestem wypadkiem losowym. Za każdym razem kiedy on przyjeżdża na wyspę, mama ucieka do Locmarii, żeby go nie spotkać. Jem z nim obiad w miasteczku, ale mało rozmawiamy, a tyle mam mu do powiedzenia, że aż mnie to dławi. Tata całuje mnie, ale nie przytula. Ja mówię per ty do taty, mamy i moich dziadków. Charlotte mówi per wy do naszego taty, swojej mamy i do dziadków.

Ja zwracam się do dziadków po imieniu: Jo i Lou, Charlotte mówi: babciu i dziadku. Tata nosi ciemne garnitury i krawaty, nigdy nie wkłada dżinsów jak inni ojcowie z Groix. Wciąż wyrzeka na żądania związkowe swoich pracowników, kryzys i podatki. Jego żona Albane nigdy nie jest zadowolona. Nie lubi Bretanii, woli południe, gdzie morze jest cieplejsze. Ciocia Sarah nazywa ich córkę Charlotte „nieznośnym dzieciakiem”. Ciocia Sarah jest zachwycająca, często zmienia chłopaków. Cierpi na chorobę neurogéné, neurodégé – skomplikowana nazwa. Jest rzadka i nie da się jej leczyć. Ciocia chodzi o lasce. Jak ma kryzys, to jeździ na specjalnym wózku inwalidzkim. Na przedramionach ma tatuaże: na lewym jest z profilu Federico Fellini w wielkim kapeluszu i w szaliku, na prawym jego żona Giulietta Masina w kapelusiku i sweterku w paski z filmu La Strada. Mówi, że nie ma czasu do stracenia, więc korzysta z życia. Jest bardzo zdolna, skończyła École Polytechnique1. Tata też chciał tam studiować, ale oblał egzaminy wstępne. Wydaje się, że do teraz nie może strawić tego, że jego młodsza siostra była od niego lepsza. Ja kiedyś zostanę lekarzem jak Jo. Będę zmuszona wyjechać stąd na studia, ale wrócę na Groix i tu otworzę swój gabinet.

Czuję wielki smutek z powodu twojej śmierci, Lou, ale mniejszy niż wtedy w lipcu, tego dnia, kiedy zdarzyło się to, o czym przyrzekłam nikomu nie powiedzieć. Okłamałam wszystkich, nawet mamę, powiedziałam, że to wina tego rudego kota Triborda. Dawno temu marynarzy z Groix nazywano Greks. Kiedy łowili na tuńczykowcach, wielkich dundees2, statkach rybackich o płaskim dnie, ustrojonych w brunatne żagle i płynących hatoup (na pełnych żaglach), mieli wysokie emaliowane kafetery, które nazywano „greks”.

Tego dnia, o którym mówię, obie poparzyłyśmy się wrzącą kawą z naszej kafeterki. Natychmiast włożyłam twoje ręce i moją twarz pod zimną wodę. Miałyśmy bąble, ty na palcach, ja tuż przy kąciku oka, to zostanie mi już na całe życie. Zachowam twój sekret. Obiecuję.

Potem przeprowadziłaś się do domu opieki. Najpierw myślałam, że to tylko na chwilę, ale nie wróciłaś już do domu. Śmierć jest na całe życie, na wieki wieków amen. Dziś rano w kościele w kazaniu ojciec Dominik powiedział, że jesteśmy rodziną bardzo ze sobą zżytą. Prawdę mówiąc, tylko udajemy. Ty jedna kochałaś nas wszystkich. Tata już pewnie nogi nie postawi na Groix, przyjeżdżał tu tylko dla ciebie. Na cmentarzu wzięłam go za rękę, ale on cały zesztywniał. Zrobiło mi się wstyd, więc się odsunęłam. Chciałam go tylko pocieszyć i przestać się bać. Jestem dla niego ciężarem.

Mama pracuje w Księgarni głównej ze swoimi koleżankami Marie-Christine i Céline. Zarabia na nasze życie, nie chce pieniędzy od taty. Charlotte mówi, że jestem mu ciężarem, ale nie kosztuję go złamanego grosza i jestem chuda, podczas gdy ona jest okrąglutka. Może sobie być moją półsiostrą, ale jest dwa razy cięższa ode mnie.

Podczas mszy wnuk jednej z twoich sióstr, ten, który jest sopranem, solistą w jednym z paryskich chórów, zaśpiewał coś tak pięknego, że aż zadrżałam. To się nazywało Pie Jesu. Słabo znam swoich kuzynów. Jak mieszkasz na wyspie, przegapiasz rodzinne spotkania. Jo, tata, Albane i Sarah popłyną jutro do Lorientu do notariusza. Po raz pierwszy będę sama z Charlotte.

Kilka dni przed dniem, kiedy zdarzyło się to, o czym nie mogę mówić, bo obiecałam milczeć, Jo i ty nauczyliście mnie robić masaż serca. Ależ się uśmialiśmy! Jo pożyczył gdzieś fantoma, który służy do szkolenia ratowników. Położyłam prawą dłoń u dołu mostka fantoma, a lewą na niej, miałam wyprostowane ręce, Jo powiedział mi, żebym naciskała regularnie z szybkością sto ucisków na minutę. Miałam problemy z liczeniem, a wtedy ty wzięłaś swój telefon i na cały regulator puściłaś piosenkę, radząc, bym skoncentrowała się na rytmie. Będę ją już zawsze słyszała w głowie. To piosenka z zeszłego wieku Staying Alive zespołu, który nazywał się Bee coś tam. Ryczeliśmy razem: „And we’re stayin’ alive, stayin’ alive! Ah ha ha ha, stayin’ alive, stayin’ alive! Ah ha ha ha, stayin’ aliiiiive!”. To znaczy: „pozostać żywym”. Zapytałam Jo, czy w domu opieki, kiedy twoje serce przestało bić, robili ci masaż przy tej piosence. Powiedział, że spałaś spokojnie i że czasem pozostać żywym, to nie jest najlepsze wyjście.