Diabeł wcielony

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trent wrócił, otrzepując dłonie i patrząc z zaciekawieniem na Ainswooda.

– Może znalazłbyś sobie jakieś inne miejsce na szukanie guza? – zapytał wreszcie. – Nie wyglądasz dziś kwitnąco, Ainswood, wybacz mą szczerość.

– Jaynes już mi mówił, jak wyglądam, daruj sobie. – Vere ruszył chodnikiem. – Gdybym nie siedział godzinami u Crockforda, czekając na ciebie, nie musiałbym pić podłego szampana i słuchać, jak dowcipnisie nazywają mnie Beowulfem.

Szczerze mówiąc, Ainswood czekał na Crenshawa, by podjąć walkę w miejscu, w którym porzuciła ją Amazonka.

Będziesz dbał o swe bękarty było odwieczną dewizą Mallorych, podobnie jak nietykanie cudzych żon i niedorostków. Nawet Dain, który nie był Mallorym i nie miał oleju w głowie, za to żył wyłącznie według własnych zasad, utrzymywał swoje nieślubne dzieci.

Przeczytawszy list od Mary, Crenshaw powinien był wypiąć dumnie pierś i powiedzieć: „Ach, więc znów jestem ojcem! Bardzom wdzięczny za informację, panno Grenville. Jutro z samego rana udam się do Bridewell, by się nimi zająć”.

Panna Wojowniczka odeszłaby w glorii chwały, kręcąc swym aroganckim tyłkiem, i Vere nie musiałby jej oglądać, a tym bardziej słuchać jej sarkastycznych uwag i walczyć z własnym instynktem przez całą drogę do jaskini smoka.

Lecz Crenshaw nie zrobił tego, co należało, a potem nie wrócił do klubu po porządne lanie. Niekończące się butelki szampana nie zdołały zatopić wściekłości Ainswooda.

Teraz zaś, jakby nie dość mu było wczorajszych przygód i błyskawic, które przeszywały mu głowę po zerwaniu się o tak nieludzkiej porze, panna Wschodzące Słońce Sprawiedliwości dowie się, że przygalopował do Bridewell, i nie będzie musiała długo się zastanawiać po co. I będzie przekonana, że go pokonała. Znowu.

– Mogłem przekazać ci przez chłopaków, żebyś na mnie nie czekał – zmartwił się Trent. – Nie spodziewałem się jednak, że w ogóle jeszcze pojawisz się w klubie. Miałeś dość przyjemne towarzystwo.

Vere zatrzymał się raptownie.

– Przyjemne towarzystwo? Lady Grendel? Oszalałeś?

Trent wzruszył ramionami.

– Uważam, że jest niezwykle przystojna.

Vere bez słowa ruszył przed siebie. Tylko Bernie Trent mógł sobie wyobrazić, że książę Ainswood uprowadził błękitnookiego smoka w celach erotycznych. Żaden z dżentelmenów, z którymi spędził noc, nie wpadł na taki pomysł. Nie mieli wątpliwości, że z równą przyjemnością mógłby iść do łóżka z krokodylem.

To był po prostu kolejny ponury żart, w jakie obfitowało jego nędzne życie. Że panna Grendel posiadała piękne, smukłe kobiece ciało zamiast garbatego, pokrytego łuską truchła, które pasowałoby do jej charakteru.

To właśnie powtarzał sobie raz po raz, pijąc kolejne butelki, wracając do domu przed świtem i przewracając się bezsennie w łóżku.

To samo powtarzał o poranku, gdy dostrzegł czarnego mastifa i serce zaczęło mu bić jak oszalałe do tego stopnia, że gotów był wziąć nogi za pas, byle tylko nie spotkać jego pani.

I to samo, niestety, powtórzył sobie raz jeszcze, gdy okazało się, że Gorgony nie ma w okolicy, a jego sercem wstrząsnął upokarzający żal i rozczarowanie.

Zaczął więc odtwarzać od początku ponurą mantrę, odganiając emocje, które wyrywały się z głębi duszy, rozsadzając klatkę piersiową i wydzierając się ku kieszonce kamizelki, przez którą parzył go ołówek Lydii.

Rozdział 4

Wchodząc do knajpy Pod Błękitną Sową w ten zimny, wilgotny wieczór, Vere poczuł się, jakby zstępował do piekieł.

Był oswojony z gospodami i tawernami pełnymi pijanych i wrzeszczących mężczyzn, jednak tamci byli… normalni.

Pod Błękitną Sową gromadzili się pisarze i dziennikarze. Ich ryki nie przypominały niczego, co słyszał przez całe życie.

Inny był też dym przewalający się sinymi kłębami pod powałą, przypominał opary znad Tamizy. Każdy klient tego przybytku miał w zębach fajkę lub papierosa.

Skręcając z korytarza do głównej sali, Vere spodziewał się, że ujrzy na jej środku starego Lucyfera na zwalistym tronie, otoczonego strzelającymi płomieniami. Tymczasem scena była zupełnie ziemska. Kłęby dymu zabarwiły światło lampy na upiorny żółto-zielony kolor. Pod lampą siedziało dwóch chudych młodzieńców, którzy wydzierali się do siebie jak obłąkani.

Z otwartych drzwi za ich plecami wraz z wybuchami szatańskiego śmiechu wypływały jeszcze gęstsze fale dymu. Gdy podszedł, wrzaski stały się ogłuszające. Wyłowił z nich jeden potężny ryk: „Jeszcze! Jeszcze raz!”. Inni podchwycili go i zaczęli skandować chórem.

Wokół kilku stolików stłoczyło się ze trzydziestu mężczyzn, większość siedziała na stołkach i ławkach, inni opierali się o ściany. Choć dym był tu najgęstszy, zobaczył ją wyraźnie. Stała przed wielkim kominkiem. Blask ognia podświetlał surową czarną sylwetkę.

Wcześniej nie zwrócił uwagi na jej charakteryzację. Teraz bardzo rzucała się w oczy. Być może to przez ten dym i płomienie. A może oszałamiał go hałas. A może chodziło o włosy. Zdjęła czepek i wyglądała bez niego jakoś bezbronnie i zbyt… nago. Gęste pukle w kolorze jasnego złota wymykały się z koka na karku i spływały niesfornymi kosmykami. Nieporządna fryzura złagodziła jej piękne, jakby wykute z marmuru rysy. Wyglądała tak młodo! Jak dziewczynka.

Ponad kołnierzykiem.

Poniżej widział dramatyczną czerń jej zwykłej zbroi z linią guzików maszerujących od brody do talii, gotowych odeprzeć wszelkich intruzów.

Rozpinał je w snach, jeden za drugim, noc w noc.

Przez chwilę zastanawiał się, jak wielu mężczyzn w tej sali o tym marzy. Doszedł do wniosku, że wszyscy. Każdy z nich.

Była jedyną kobietą w gospodzie. A jednak paraduje bez wstydu przed tłumem niezbyt lotnych pisarczyków, z których każdy wyobraża ją sobie nagą, w każdej możliwej pozycji znanej gatunkowi ludzkiemu.

Widział, jak podeszła do jednego z siedzących, pochyliła się nad nim, mówiąc coś z bliska, a on gapił się bezczelnie na jej biust. Vere zacisnął pięści.

Odeszła po chwili i wtedy dostrzegł, że w jednej dłoni dzierżyła butelkę wina, a w drugiej cygaro. Zrobiła jeszcze parę chwiejnych kroków i zdał sobie sprawę, że jest pijana. Podeszła do grupki mężczyzn po lewej i zatrzymała się, kołysząc jak stary pijak.

– Jest spora, to fakt, ale nie w mojej wadze – powiedziała dźwięcznie, jej głos z łatwością wybijał się z gwaru. – Ma z metr siedemdziesiąt i jakieś sześćdziesiąt kilo wagi bez fatałaszków. Zapłaciłbym zresztą z pięćdziesiąt gwinei, żeby to zjawisko obejrzeć na ringu.

Vere potrzebował chwili, by przypomnieć sobie te słowa, i kolejnej, by rozpoznać głos, który nie był jej głosem. A ponieważ zebrani ryknęli śmiechem, kolejne chwile strawił na zrozumieniu, co się tu dzieje.

To były jego własne słowa. Wypowiedziane w Vinegar Yard.

Ale to nie był chyba… jego głos?

– Aż pięćdziesiąt, Wasza Wysokość? – zawołał ktoś. – Nie wiedziałem, że potrafisz do tylu zliczyć.

Wetknęła cygaro w kącik ust i przytknęła dłoń do ucha.

– Czyżbym słyszał jakieś mysie piski? Ach, w istocie. To mały Joey Purvis. Sądziłem, że wciąż jesteś w wariatkowie.

Vere czuł, że za chwilę oszaleje. Słyszał własny głos, głęboki, donośny, zachrypnięty od alkoholu, płynący z jej ust. Powtarzała też wiernie jego gesty. Jakby jego dusza oddzieliła się i wpełzła w ciało kobiety.

Stał jak skamieniały, zasłaniając zwalistą sylwetką otwarte drzwi, aż rżący śmiech publiczności zaczął cichnąć w jego głowie, zamierać i zupełnie umilkł. Zepchnął irytujący dźwięk poza granice świadomości.

Lydia wyjęła cygaro z ust i pokiwała nim na chłopaka.

– Chcesz wiedzieć, czy umiem liczyć, tak? Podejdź, chłopcze, a pokażę ci, jak liczę zęby, które będziesz zbierał z podłogi. A może wolałbyś przyjąć ofertę sparingu. To znaczy… Pewnie wiesz, co to znaczy, moje niewiniątko.

Publiczność nie śmiała się już. Vere spojrzał na zebranych z ociąganiem.

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę drzwi, w których stał.

Gdy spojrzał na nią znowu, uchwycił jej wzrok. Nie okazując najlżejszego zaniepokojenia, uniosła butelkę do ust i napiła się wina. Odstawiła trunek na stół, otarła usta wierzchem dłoni i przywitała go lekkim skinieniem głowy i spokojnym: „Wasza Wysokość”.

Zmusił się do uśmiechu. Potem zaczął klaskać. W sali panowała zupełna cisza.

Kobieta wsadziła cygaro do ust, poprawiła wyimaginowany kapelusz i ukłoniła się teatralnie.

Przez chwilę zapomniał, gdzie się znajduje, i jego myśli odbiegły w daleką przeszłość. Było w niej coś znajomego. Coś sprzed wielu lat. Już to widział. Albo tego doświadczył.

Wrażenie znikło jednak równie szybko, jak się pojawiło.

– Doskonałe przedstawienie, moja droga – powiedział. – Bardzo zabawne.

– Nawet w połowie nie tak zabawne jak oryginalna wersja – odparła, śmiało mierząc go wzrokiem.

Ignorując nieznośny żar, jaki spojrzenie to rozpaliło w jego ciele, roześmiał się, zebrał umiarkowanie entuzjastyczną owację od dżentelmenów i podszedł do dziennikarki. Widział, zbliżając się, jak jej rozbawiona twarz tężeje w ironicznym grymasie, a szatańskie wargi układają się w drwiący uśmieszek.

Widywał już tę minę, ale tym razem nie wierzył, że jest szczera. Może to tylko dym i półmrok, ale mógłby przysiąc, że w jej oczach dostrzegł niepewność.

Znów przypominała dziewczynkę ukrytą pod maską potwora. Miał ochotę wziąć ją na ręce i wynieść z tego zaplutego miejsca, z dala od pijanych łajdaków, którzy obmacują ją wzrokiem i biorą w posiadanie w myślach. Skoro panna Grenville ze swej natury musi drwić i naśmiewać się z niego, wolałby, aby robiła to wyłącznie przy nim.

 

biłam kogoś innego, a pan chciałby, abym biła wyłącznie pana.

Otrząsnął się z irytujących wspomnień i z idiotycznego podniecenia, które było ich skutkiem.

– Mógłbym się przyczepić do jednego szczegółu – oznajmił, zatrzymując się o krok od niej.

Uniosła brew.

Vere słyszał narastający powoli gwar. Kaszlnięcia, chichoty. Nie ulegało jednak wątpliwości, że wszyscy panowie słuchają uważnie ich rozmowy. Wszak byli reporterami.

– Cygaro – powiedział. Zmarszczył brwi, spoglądając na resztkę cygara tkwiącą w jej szczupłych, poplamionych atramentem palcach. – Cygaro zupełnie nie pasuje.

– Niemożliwe! – Zmarszczyła się, małpując bezczelnie jego minę. – Ależ to najlepszy towar z Tiruchirapalli!

Z wewnętrznej kieszonki surduta wyjął płaską srebrną papierośnicę. Otworzył ją i wyciągnął ku pannie Grenville.

– Jak pani widzi, moje są cieńsze i dłuższe. Barwa tytoniu świadczy o ich wysokiej jakości. Proszę się poczęstować.

Rzuciła mu prędkie spojrzenie spod rzęs, ale wzruszyła ramionami, rzuciła swój niedopałek do kominka i wzięła jedno cygaro. Przez chwilę rolowała je między palcami. Powąchała.

Vere doceniał to przedstawienie, ale potrafił zauważyć szczegóły, które umykały innym obserwatorom: najlżejszy rumieniec zaznaczający się maleńkimi punkcikami na policzkach lady Grendel, przyśpieszony oddech.

Nie, nie panowała nad sobą tak doskonale, jak to wmówiła wszystkim dookoła. Wcale nie była taka twarda, cyniczna i pewna siebie, jak się zdawało.

Miał ogromną pokusę, aby pochylić się jeszcze bardziej i sprawdzić, czy jej rumieniec się pogłębi. Niestety, przez opary dymu poczuł nagle zapach jej ciała. Zeszłego wieczoru niewiele z nią wskórał, ale nauczył się jednego: ten zapach to ordynarna pułapka na mężczyzn.

Odwrócił się gwałtownie w stronę publiczności. Niektórzy odzyskali już mowę i zaczęli dyskutować zawzięcie o cygarach.

– Wybaczcie mi to najście, panowie – powiedział Vere. – Proszę, nie przerywajcie sobie. Stawiam wszystkim.

Nie odwracając się za siebie, jakby zapomniał o istnieniu panny Grenville, energicznie odmaszerował. Przyszedł do tej dziury jedynie po to, by zatrzeć ewentualne nieprawdziwe wrażenie, jakie można było odnieść po jego porannej wizycie w Bridewell.

Miał zamiar zrobić wielką ceremonię z oddawania ołówka przed tak okazałą męską publicznością, sugerując półsłówkami, że kobieta straciła w dorożce coś więcej niż narzędzie pracy.

Zanim skończyłby występ, byłaby już przekonana, że ma do czynienia z najgorszym łotrem w mieście, obrzydliwym i bez honoru, hulaką bez najmniejszego trudu dorastającym do wszystkich legend, jakie słyszała na jego temat. Kilka dodatkowych słówek dałoby jej do zrozumienia, że gdy natknął się na pannę Price, wracał właśnie z burdelu i nie pamiętał już nawet o istnieniu Mary Bartles.

Bynajmniej zatem nie biegł do więzienia z odsieczą, nie zamierzał uwalniać dziewczyny i wysyłać jej do swego rządcy, by umieścił matkę i dziecko na prowincji, zadbał o ich wygodę i bezpieczeństwo.

Gdyby nawet wyszły na jaw jakieś dobre uczynki, miał zamiar zapewnić ją, że była to inwencja Bertiego Trenta.

Plan był świetny, choć Vere wymyślił go w stanie przypominającym śmierć kliniczną, wywołaną obmierzłym szampanem i dwiema zaledwie godzinami snu.

Jednak w chwili, gdy stanął w drzwiach i ujrzał nieco rozczochraną złotowłosą dziewczynę, zapomniał o wszystkich planach. Widząc zaś jej rumieniec i prędko unoszący się biust, posłał plany do diabła.

Pomylił się co do niej. Wcale nie była taka, jak wmówiła to światu. Wcale nie była wobec niego obojętna. Ta forteca nie była nie do zdobycia. Zdołał nadkruszyć solidne na pozór mury. A jako najgorszy łotr w mieście, obrzydliwy i bez honoru, et cetera, et cetera, miał obowiązek dostać się do środka, choćby miał rozbierać tę cholerną budowlę kamień po kamieniu.

Czy też raczej, uśmiechnął się pod nosem, guzik po guziku.

Blakesleigh, Bedfordshire

W poniedziałek po niefortunnym spotkaniu lady Grendel i Ainswooda w knajpie Pod Błękitną Sową, panny Elizabeth i Emily Mallory, liczące sobie odpowiednio siedemnaście i piętnaście wiosen, przeczytały o tym ze szczegółami w „Plotkarzu”.

Nie powinny były czytać brukowca. Nie wolno im było nawet przeglądać szanowanych periodyków leżących w bibliotece w Blakesleigh. Ich wuj, lord Mars, czytał im na głos jedynie te ustępy z gazet, które uznał za stosowne dla ich niewinnych uszu.

Jego oczy i uszy nie były w żadnej mierze niewinne, gdyż przez całe swe życie był politykiem i w związku z tym czytał wszystko, włącznie ze szmatławcami.

Gazeta, którą panny potajemnie pożerały wzrokiem w zaciszu swej sypialni, została zwędzona ze sterty makulatury czekającej na wycieraczce na handlarza starzyzną.

Jak wszystkie poprzednie brukowce, i ten miał trafić do kominka. Oczywiście, po gruntownym przestudiowaniu i sprawdzeniu, co aktualnie porabia ich prawny opiekun, siódmy książę Ainswood.

Były to córki Charlesa, siostry nieszczęsnego Robina.

Blask kominka malował ogniste pasemka na rudych głowach pochylonych nisko nad gazetą. Po kilkakrotnej lekturze szczegółowego sprawozdania ze spotkania opiekuna z panną Grenville zielone spojrzenia dziewcząt spotkały się na chwilę, a ich twarze wyrażały rozbawienie i palącą ciekawość.

– Bez wątpienia coś zaszło w dorożce, gdy „odwoził pannę Grenville do domu” – zacytowała Emily. – Mówiłam ci, że Vinegar Yard to dopiero początek. Powaliła go na glebę! To musiało przykuć jego uwagę.

Elizabeth pokiwała głową.

– Domyślam się, że jest śliczna. Nie próbowałby jej pocałować, gdyby była brzydka.

– I bystra. Żałuję, że nie widziałam tej sztuczki. Rozumiem tę część z udawanym omdleniem, ale nie potrafię sobie wyobrazić, jak przeszła od tego do powalenia go na łopatki.

– Uda nam się – pocieszyła ją Elizabeth. – Musimy dalej próbować.

– Ja na pewno nie zamierzam palić cygar – zastrzegła Emily. – A zwłaszcza śmierdzieli wuja Johna. Zrobiłam to jeden jedyny raz i obawiałam się, że już nigdy nic nie zjem. Nie pojmuję, jak zdołała to zrobić, nie wymiotując na kuzyna Vere’a.

– Jest dziennikarką. Pomyśl tylko, w jakie obrzydliwe miejsca musi chodzić, żeby mieć o czym pisać. Może równie dobrze palić cygara, po prostu ma mocny żołądek. Gdybyś też taki miała, nie chodziłabyś ciągle zielona.

– Pewnie teraz o nim napisze, nie uważasz?

Elizabeth wzruszyła ramionami.

– Będziemy musiały zaczekać, żeby się przekonać. Następny „Argus” wychodzi pojutrze.

Do Blakesleigh gazeta miała szansę dotrzeć najwcześniej w czwartek. Potem przejdzie przez kilkanaście par rąk, wliczając w to służbę, zanim trafi na makulaturę.

Wiedziały obie, że przyjdzie im czekać co najmniej tydzień. Wuj John nigdy nie czytał im „Argusa”, nawet powieści w odcinkach. Jej, delikatnie mówiąc, frywolna bohaterka mogłaby zasiać nieodpowiednie koncepty w podatnych umysłach młodych dam.

Byłby zdumiony, odkrywając, jak dalece młodziutkie córki brata jego żony identyfikują się z Mirandą. A wiedząc, jak bardzo uwielbiają szalonego lorda Diablo, uznałby, że ich serca zostały całkowicie zniszczone przez żałobę, że potrzebują leków, i posłałby po doktora.

Elizabeth i Emily nauczyły się jednak bardzo wcześnie, jak żyć z dnia na dzień, ignorując tępy ból serca. Z każdą stratą rozpaczały równie mocno i czuły ogromny gniew, gdyż ojciec nauczył je, że wszystkie emocje są naturalne.

Z czasem gniew mijał i piekący żal zamieniał się w cichy smutek. Dziś, dwa lata po śmierci ukochanego ojca i prawie osiemnaście miesięcy od odejścia młodszego brata, wracały do nich zwykła radość i ciekawość życia.

Świat nie był już czarny i ponury. Miał swoje ciemne strony, bez wątpienia, ale i słońce litowało się czasem nad padołem łez. Jednym ze słonecznych promieni był opiekun prawny dziewcząt, którego niekończące się szalone wybryki były najznakomitszą rozrywką w dość monotonnym życiu Blakesleigh.

– Założę się o co chcesz, że połowa listów, jakie ciotka Dorothea dostaje od przyjaciółek, dotyczy jego szaleństw – powiedziała Elizabeth.

– Wątpię, że jej znajomi wiedzą cokolwiek więcej niż „Plotkarz”. Wszak znają te historie z drugiej ręki. Albo i z trzeciej. – Emily spojrzała na siostrę. – Jestem pewna, że tacie nie podobałoby się grzebanie w listach ciotki. Nie powinnyśmy nawet o tym myśleć.

– Ja nie jestem pewna, czy pochwalałby zatajanie przed nami wszystkiego, co dotyczy naszego opiekuna – odparła Elizabeth. – Wszak sam go nim ustanowił, nieprawdaż? Pamiętasz, jak czytał listy od swoich przyjaciół, śmiał się i mówił: „Posłuchajcie, co tym razem zrobił ten łotr, kuzyn Vere”.

Emily się uśmiechnęła.

– Ostatni diabeł wcielony, tak o nim mawiał. Prawdziwy demon Mallorych, jak nasz dziadek i jego bracia.

– Ostatni z prawdziwych, diabelskie nasienie – przypomniała sobie Elizabeth. – Vere, jak veritas, sama prawda.

– Aylwin, potężny przyjaciel. Był także przyjacielem Robina, prawda?

– Równie potężnym. – Oczy Elizabeth zalśniły nagle. – Nie mogli go powstrzymać, pamiętasz? Nas trzymali z daleka i sami nie wchodzili do niego, ale kuzyn Vere się nie bał. – Ujęła siostrę za rękę. – Był z nim szczery.

– A my będziemy szczere z nim.

Uśmiechnęły się do siebie.

Elizabeth wrzuciła „Plotkarza” do ognia.

– A teraz porozmawiajmy o listach – powiedziała.

* * *

– Nie tak mocno, do licha! – warknęła Lydia. – Trudno się ruszyć w tej uprzęży. Poza tym muszę przecież oddychać.

Wzmiankowana uprząż była czymś w rodzaju gorsetu, który w tajemniczy sposób zmieniał kobiecą sylwetkę w męską. Helena Martin poluzowała lekko wstążkę.

Przed laty, gdy bawiły się razem w londyńskich slumsach, Helena odnosiła znaczne sukcesy jako złodziejka, teraz zaś jeszcze znaczniejsze w roli kurtyzany. Ich przyjaźń przetrwała lata rozłąki i obranie zgoła odmiennych dróg kariery.

Przebywały właśnie w eleganckiej, choć nieco zatłoczonej garderobie Heleny w rezydencji w Kensington.

– Ależ to musi być dobrze zasznurowane – odezwała się Helena. – Chyba że chcesz, aby jedna część twego męskiego torsu szła pod zupełnie innym kątem niż druga.

Na nowo zaciągnęła wstążkę jednym brutalnym szarpnięciem i się odsunęła.

Lydia obejrzała się w lustrze. Dzięki uprzęży miała teraz dumnie wypiętą pierś, jak u gołębia. Wyglądała bardzo dostojnie i modnie. Wielu dżentelmenów wypychało sobie torsy i ramiona, używając podobnych gorsetów. Z wyjątkiem Ainswooda. Jego sylwetka nie wymagała wspomagania.

Po raz tysięczny od spotkania w tawernie Lydia odepchnęła od siebie jego obraz.

Odeszła od lustra i się ubrała. Po dobrym dopasowaniu uprzęży reszta męskiego stroju pasowała doskonale.

Parę miesięcy temu Helena przebrała się za mężczyznę na bal maskowy i oszukała wszystkich gości. Po kilku niezbędnych modyfikacjach kostiumu – Helena była znacznie niższa – Lydia miała nadzieję osiągnąć zbliżony rezultat. Choć nie wybierała się na maskaradę.

Jej celem była sala gier Jerrimera, modna ostatnio dziura w małej uliczce odchodzącej od Saint James. Lydia wyjaśniła Macgowanowi, że chce napisać materiał, jakiego najbardziej pragną jej czytelniczki, zajrzeć do miejsca, do którego kobiety nie mogą wchodzić pod żadnym pozorem.

To była szczera prawda, choć lady Grendel wybrała Jerrimera z jeszcze jednego powodu. Plotki głosiły, że jaskinia hazardu prowadzi także handel skradzionymi dobrami. Jako że żaden z jej informatorów nie trafił dotąd na ślad skarbów Tamsin, warto było chwycić się innych sposobów.

Tamsin uważała, że to nie ma sensu.

– Straciłaś już dwa tygodnie na poszukiwanie mojej biżuterii – napadła na Lydię tego wieczoru. – Masz znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia i osoby, którym naprawdę trzeba pomóc. Kiedy pomyślę o Mary Bartles, wstydzę się okropnie łez, jakie wylałam nad tymi kamykami i kawałkami metalu.

Lydia zapewniła ją, że głównym celem jest materiał o sali gier. Jeśli przy okazji uda się trafić na ślad klejnotów, tym lepiej. Jednak nie ma zamiaru śledzić ich ze zbędnym zaangażowaniem.

Zresztą niczego nie mogłaby robić z zaangażowaniem, uwięziona w klatce z fiszbinów, pomyślała, oglądając się w lustrze.

– Jeśli odkryją, że nie jesteś mężczyzną, będziesz miała nie lada kłopoty – martwiła się Helena.

Lydia podeszła do toaletki.

 

– To jaskinia hazardu. Klienci patrzą jedynie na karty, kości albo ruletkę. A właściciele i pracownicy będą zajęci pilnowaniem pieniędzy. – Spomiędzy kosmetyków, perfum i biżuterii wydobyła cygaro od Ainswooda i włożyła je do wewnętrznej kieszonki. Spojrzała w zatroskane oczy Heleny. – Byłam w większym niebezpieczeństwie, robiąc wywiady z prostytutkami na Radcliffe Highway, a wtedy tak nie jęczałaś.

– To było, zanim zaczęłaś się dziwnie zachowywać. – Helena podeszła do szafki, na której pokojówka ustawiła tacę z karafką brandy i dwiema szklankami. – Do niedawna znacznie lepiej kontrolowałaś swój temperament. I miałaś nieco więcej umiaru w przekonywaniu tych, którzy ośmielili się mieć inne zdanie niż ty. – Nalała brandy. – Awantura, jaką rozpętałaś z Crenshawem, przypomniała mi o bójce, którą wszczęłaś z jakimś ulicznikiem przezywającym Sarę. Miałaś wtedy osiem lat.

Lydia przyjęła szklankę.

– Być może nieco przesadziłam z Crenshawem.

– Niezaspokojona żądza bardzo wpływa na emocje – zasugerowała Helena z uśmiechem. – Ja także byłam poirytowana przez ostatnie kilka tygodni. Zawsze jestem w takim stanie pomiędzy kochankami.

– Moja żądza zamordowania kogoś jest niemożliwa do zaspokojenia z uwagi na panujące prawo.

– Miałam na myśli żądzę ciała, jak doskonale wiesz – sprostowała Helena. – Instynkt połączenia się z wybrankiem. I rozmnażania.

Lydia napiła się, spoglądając na przyjaciółkę ponad brzegiem szklanki.

– Ainswood jest bardzo przystojny – ciągnęła Helena. – I bystry, a to rzadko chodzi w parze. Jego uśmiech mógłby skłonić róże do zakwitania w środku zimy. Niestety, z niewiadomych przyczyn nie znosi kobiet. Mają dla niego jedno tylko zastosowanie, a raz użyte stają się bezwartościowe. Jeśli wzbudził w tobie pragnienie zejścia ze ścieżki cnoty, Lyddy, szczerze ci radzę znaleźć jakieś zastępstwo. Możesz rozważyć Sellowby’ego. Nie gardzi damami i ma na ciebie oko. Wystarczy, że kiwniesz palcem.

Spośród wszystkich luksusowych kurtyzan w Londynie Helena była najdroższa i zasługiwała na to. Potrafiła ocenić mężczyznę jednym spojrzeniem i natychmiast wcielić się w rolę kochanki z jego najdzikszych fantazji. Jej rady nie wolno było lekceważyć.

Lydia nie wzięłaby jednak pod uwagę lorda Sellowby’ego, bo wiedziała, dlaczego ten „ma na nią oko”.

Największy londyński plotkarz uchwycił ją w tłumie dziennikarzy na ślubie Daina. Kilka dni później opowiedział Helenie o prześlicznej kobiecie, która żywcem chyba zeszła z portretu w galerii w Athcourt. Wiekowe domostwo w Athcourt było gniazdem rodzinnym markizów Dain. Od tamtej pory Lydia omijała Sellowby’ego szerokim łukiem. Zbyt bliska zażyłość mogłaby skłonić go do grzebania w jej przeszłości i odkopania spraw, których duma nie pozwalała jej odkrywać.

– Sellowby jest poza dyskusją – powiedziała Helenie. – Plotkarze i dziennikarze są naturalną konkurencją. Poza tym nie mam teraz czasu na romanse. Choć skandale dobrze sprzedają gazety, najmniejsza nawet plamka na honorze podważyłaby całą moją pracę i reputację jako redaktora.

– Może znajdź sobie jakieś inne zajęcie? – zasugerowała Helena. – Nie robisz się młodsza i byłaby to ogromna strata…

– Skarbie, wiem, że próbujesz mi pomóc, ale czy możemy podyskutować o stratach i żądzach następnym razem? – Lydia osuszyła szklankę i odstawiła ją stanowczym gestem. – Robi się późno, muszę wracać do miasta.

Założyła kapelusz, jeszcze raz obejrzała się w lustrze, wzięła laskę i ruszyła ku drzwiom.

– Będę czekała! – zawołała za nią Helena. – Więc wróć tutaj, a nie…

– Wrócę, wrócę! – Lydia otworzyła drzwi. – Chyba nie sądzisz, że sąsiedzi nie zauważyliby obcego mężczyzny wkradającego się do mojego mieszkania nad ranem. Nie chcę też budzić panny Price ani służących, a sama nie wydostanę się z tego gorsetu. Wątpliwa ta przyjemność będzie należała do ciebie. Przygotuj dla mnie koszulę nocną i czepek.

– Uważaj na siebie, Lyddy.

– Pewnie, pewnie. – Odwróciła się i posłała przyjaciółce figlarny uśmieszek. – Niech cię licho, kobieto! Musisz wciąż jęczeć i zatruwać życie uczciwemu facetowi?

I wyszła, ścigana cichym śmiechem Heleny.

* * *

Tej środy cotygodniowe zebranie dziennikarzy Pod Błękitną Sową było wyjątkowo nudne z powodu nieobecności Grenville z „Argusa”. Był za to Joe Purvis i wracał właśnie z ustępu, gdy natknął się w korytarzu na księcia Ainswooda.

Rozwiązanie jego języka powinno wymagać znacznie więcej niż szklaneczki ginu, jednak biedny ilustrator „Argusa” był już trochę pijany, a zatem wrażliwy na wszelkie przejawy zainteresowania i serdeczności.

Najpierw skarżył się, że od ostatniego tygodnia, odkąd Grenville wytknęła mu ton wypowiedzi, koledzy mówią na niego Piskwa. Potem narzekał, że jak zwykle zagarnęła dla siebie najlepszy temat.

– Powinienem być z nią u Jerrimera! – burczał. – To ma być materiał okładkowy, a ja nie będę miał pojęcia, co narysować. Ale Jej Miłość uważa, że w każdej norze znają moją twarz, i spaliłbym jej przykrywkę. Jakby ktokolwiek chciał patrzeć na taką tyczkę, gdy karty są na stole!

Karty kartami, ale Vere zdecydowanie chciałby na nią popatrzeć. Tymczasem prawie ją przeoczył. Dopiero cygaro przykuło jego uwagę.

Gdyby nie ono, przeszedłby obok młodzieńca, rzuciwszy mu zaledwie nieuważne spojrzenie. Zauważyłby skromny i czysty strój, uznałby zapewne, że to jakiś sprzedawca aspirujący do bycia dandysem swojego światka i całkiem nieźle radzący sobie z ruletką. Ale mijając chłopaka, Vere poczuł charakterystyczny zapach i stanął jak wryty.

Tylko jeden sklep oferował te cygara. Jak Vere wskazał pannie Aktorce w poprzednią środę, były one niespotykanie długie i cienkie. Mógł jej także powiedzieć, że jest to wyjątkowa mieszanka tytoniu i są sprowadzane do Londynu wyłącznie dla niego. Vere dzielił się nimi z wybranymi przyjaciółmi przy wyjątkowych okazjach.

Taka okazja nie przydarzyła mu się od paru miesięcy.

A Joe Purvis powiedział jasno, że Grenville tu będzie.

Ukrywając uśmiech, Vere podszedł do stolika.

* * *

Ruletka była ostatnim krzykiem mody w całej Anglii, więc także i u Jerrimera. Salka pękała w szwach, napchana niezbyt dokładnie umytymi ciałami. Ale powietrze bywało znacznie bardziej odpychające w więzieniach czy innych miejscach, jakie odwiedzała, a wonny dym z cygara zagłuszał najgorszy smród. Żucie go przynosiło niejaką ulgę, gdy trzęsąc się z wściekłości, udawała, że wpatruje się w wirującą tarczę.

Miała świadomość, że sterta żetonów pomiędzy jej dłońmi powoli rośnie, lecz nie miały one żadnego znaczenia w obliczu prawdziwego skarbu znajdującego się na wyciągnięcie ręki.

Coralie Brees stała po drugiej stronie stolika.

Rubinowe krople kołysały się u jej uszu, rubinowy naszyjnik otaczał szyję, a bransoletka podzwaniała na nadgarstku. Komplet idealnie odzwierciedlał szkic Tamsin.

Sala była przepełniona i duszna. W ogólnym ścisku i gwarze madame Brees na pewno nie poczułaby kilku muśnięć, które obrałyby ją ze skradzionych klejnotów.

Niestety, tak wykwalifikowane muśnięcia znacznie wykraczały poza umiejętności Lydii. Tu potrzebny był wyrafinowany złodziej pokroju Heleny, która została daleko w Kensington.

W zasięgu Lydii znajdowało się natomiast powalenie wiedźmy na ziemię, obicie i brutalne obdarcie z kosztowności, i zrobiłaby to z prawdziwą przyjemnością, zdawała sobie jednak sprawę, że to nie czas ani miejsce na taki spektakl.

Nawet gdyby nie miała na sobie konstrukcji utrudniającej poruszanie się, potrafiłaby wymienić kilka powodów, dla których warto było ćwiczyć świętą cierpliwość: salka była ciemna i zatłoczona, a ona nie miała ze sobą nikogo bliskiego, za to mogła liczyć na wielu potencjalnych wrogów, zwłaszcza gdyby się zdemaskowała, co mogło się z łatwością zdarzyć w zamieszaniu. Samo odkrycie tożsamości dziennikarki skończyłoby się w najlepszym wypadku upokorzeniem, w najgorszym: poważnymi ranami.

Owszem, dostawała furii na widok klejnotów Tamsin upiększających największą zbrodniarkę w Londynie. Owszem, nie mogła przestać myśleć o tej silnej i jednocześnie delikatnej dziewczynie, jej zmarłej ciotce i wszystkim, co symbolizował rubinowy komplet.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?