Diabeł wcielony

Tekst
Z serii: Rozpustnicy #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Nastrój księcia Ainswooda mógłby się poprawić, gdyby wiedział, z jakim trudem kobieta zapanowała nad powozem. Ledwo zmieściła się w zakręcie i w ostatniej chwili wyhamowała przed witryną sklepową.

Udało się jej zatrzymać, lecz zdawała sobie sprawę, jak bliska była upokarzającego wypadku. Nie wspominając o tym, że prawie przejechała dwóch pieszych.

Wynikało to z zaskoczenia. Gdy Lydia rozpoznała potężną sylwetkę księcia, jej mózg przestał funkcjonować. Zupełnie. Nie miała pojęcia, gdzie jest i co robi.

Trwało to tylko chwilę, mimo to było niedopuszczalne! Zwłaszcza że nie mogła do siebie dojść, nawet gdy ocknęła się za rogiem ulicy. Wiedziała, że udało jej się zasalutować i uśmiechnąć, podejrzewała jednak, że jej uśmiech był za szeroki i… głupi, nie przebierając w słowach. Durny uśmiech lunatyczki, zżymała się w duchu, pasujący idealnie do równie durnego łomotania serca. Jakby była trzynastoletnią smarkulą, a nie zaprawioną w bojach dwudziestoośmioletnią starą panną.

Pouczała się surowo przez całą drogę do więzienia Bridewell.

Wchodząc do przybytku grozy i cierpienia, odsunęła na bok swe osobiste problemy.

Udała się do Przechowalni, gdzie nędzarki z rozmaitych prowincji Anglii były przetrzymywane przez cały tydzień, zanim odesłano je do ich parafii. Niskie i wąskie cele, które wysypano słomą, zajmowało około dwudziestu kobiet, niektóre z nich z dziećmi. Na środku sali stał rachityczny piecyk.

Jedne przybyły do Londynu, szukając szczęścia, inne były zrujnowane i kryły się w wielkim mieście przed hańbą, jeszcze inne uciekały przed zwykłymi kłopotami: żalem, biedą, przemocą.

Lydia planowała opisać to miejsce w swoim zwykłym stylu. Proste zdania, klarowne odzwierciedlenie tego, co widzi. Tak samo nakreśli historie tych kobiet, bez moralizowania i sentymentów.

Czytelnicy gazety nie będą wiedzieli, że po wywiadach Lydia rozda wszystkim po półkoronie, napisze dla nich listy uwierzytelniające i uda się na kilka rozmów w sprawie tych nieszczęśnic.

Pannie Grenville pękało serce, gdy rozmawiała z nędzarkami, zżymała się, że tak niewiele może dla nich zrobić, lecz te emocje były jej prywatną sprawą i nie mogły zmącić materiału prasowego.

Na koniec rozmawiała z osadzoną zaledwie wczoraj piętnastoletnią dziewczyną, tulącą do siebie niemowlę, zbyt osłabione, by wierzgało i krzyczało jak inne. Chłopiec leżał w jej ramionach bez ruchu i tylko co jakiś czas wydawał z siebie cichy, bolesny jęk.

– Pozwól mi pomóc – napominała łagodnie Lydia. – Jeśli wiesz, kim jest jego ojciec, Mary, powiedz mi. Pojadę do niego.

Zaciskając wargi, Mary przesuwała nogą w tę i z powrotem brudną wiązkę słomy.

– Byłabyś zdumiona, gdybyś wiedziała, jak wielu ojców decyduje się pomóc swym dzieciom – „kiedy już z nimi skończę”, dopowiedziała w myślach Lydia.

– Czasem lepiej o nich zapomnieć – westchnęła dziewczyna. – Jemmy jest teraz moim jedynym chłopakiem. – Westchnęła jeszcze raz i spojrzała na Lydię. – Pani ma jakieś?

– Dzieci? Nie.

– A chłopa?

– Nie.

– Nikt się pani nie podoba?

– Nie. – Kłamczucha! – No, może trochę. – Uśmiechnęła się.

– Mnie też się podobał może trochę – rzekła Mary. – Powiedziałam sobie, że jestem przecież dobrą dziewczyną i nie trzeba o nim myśleć. Był takim wielkim panem, nie ożeni się przecież z wieśniaczką. Ale tylko moja głowa mówiła „nie”. Reszcie on się strasznie podobał. Więc skończyło się na „tak”, a tu mam dowód na to. Myśli pani, że nie dam rady się nim sama zająć, i to prawda. – Głos jej zadrżał. – O Jezu… Niech będzie. Nie musi pani za mnie pisać, sama umiem. Proszę, niech pani potrzyma.

Wcisnęła Lydii dziecko i wyjęła jej z dłoni kartkę i pióro.

Panna Grenville widywała dzieci dość często, były bowiem zwykłym dodatkiem do londyńskich nędzarek i ulicznic. Zdarzyło jej się również trzymać kilkoro na kolanach. Ale nigdy wcześniej nie miała na rękach tak małego niemowlęcia. Tak bezbronnego.

Spojrzała na drobną twarzyczkę. Dzieciątko nie było ani ładne, ani zdrowe, ani nawet czyste i Lydii zachciało się płakać nad jego krótkim i pełnym cierpienia losem. I nad jego matką, która wszak sama była jeszcze dzieckiem.

Jednak oczy dziennikarki pozostały suche i choć serce szalało z emocji, Lydia wiedziała, że musi je ukrywać przed skrzywdzonymi kobietami. Musi dać im przykład hartu ducha. Nie jest już piętnastolatką. Jest dojrzałą kobietą i kieruje własnym życiem według własnych zasad. Nawet jeśli nie w pełni panuje nad sercem.

Delikatnie kołysała dziecko i czekała cierpliwie, gdy Mary z trudem kreśliła litery na kartce. Wreszcie liścik był gotowy i Lydia oddała chłopczyka, czując bolesne ukłucie żalu, które wyrzucała sobie jeszcze długo po opuszczeniu ponurych murów Bridewell.

Życie nie było romantyczną bajką. Londyn już dawno zajął miejsce pałacu z jej dziewczęcych marzeń. Opuszczone kobiety i porzucone dzieci były jedyną rodziną, jakiej potrzebowała. I jaką miała.

Nie mogła zostać ich dobrą wróżką i zapewnić szczęśliwego zakończenia każdej bajki, mogła jednak zrobić to wszystko, czego nie zdołała uczynić dla swej matki i siostry. Mogła ogłosić światu ich historie na łamach „Argusa”, wsłuchującego się w głos nędzarzy.

To była jej misja, jej bajka, jej powołanie. Dlatego Bóg uczynił ją mądrą, silną i nieustraszoną.

Nie stworzył jej, by została zabawką w rękach dżentelmena. I z pewnością nie zamierzała ryzykować wszystkiego, co zdołała zbudować, tylko dlatego, że Książę z Bajki poruszył czułą strunę w jej niemądrym sercu.

* * *

Trzy dni później lady Grendel starała się roztrzaskać głowę Adolphusa Crenshawa u drzwi klubu Crockford przy Saint James.

Vere i Bertie przyłączyli się do tłumu dżentelmenów oblepiających okna klubu w chwili, gdy chwyciła Crenshawa za fular i trzasnęła nim o słup latarni.

Otrząsając się z przykrego wrażenia déjà vu, Vere wypadł z budynku i podbiegłszy ku niej, chwycił pannę Grenville w pasie. Zaskoczona wojowniczka puściła fular. Vere obrócił się i odstawił ją delikatnie z dala od dyszącego ciężko Crenshawa.

Gorgona syknęła i chciała wymierzyć bolesny cios łokciem między żebra, Vere jednak był już przygotowany na nieczyste zagrania. Uchylił się i nie puścił swej zdobyczy. Okazało się, że nie przewidział silnego tupnięcia obcasem w śródstopie. Mimo to trzymał ją mocno, choć wściekły ból promieniował aż do kolana.

Panna Grenville zacisnęła pięści, ale Vere prędko złapał ją za ręce i przeniósł dalej, poza zasięg słuchu zaciekawionych dżentelmenów zgromadzonych przy drzwiach klubu.

Szarpała się przez cały ten czas. Książę prawie uległ pokusie rzucenia jej na jezdnię, gdzie jakiś litościwy woźnica mógłby ją po prostu rozjechać. Zmełł tylko w zębach przekleństwo i wezwał dorożkę. Podjechała błyskawicznie.

– Możesz wsiąść sama albo mogę cię wrzucić jak worek ziemniaków, wybieraj – wycedził.

Wymamrotała kilka przekleństw, ale kiedy otworzył drzwiczki, wsiadła bez ociągania. Szkoda. Chętnie by ją klepnął w tyłek, żeby się pośpieszyła.

– Gdzie pani mieszka? – zapytał, rzucając się na ławkę.

– W szpitalu dla obłąkanych, a gdzieżby indziej?

Chwycił ją za ramiona i potrząsnął.

– Gdzie mieszkasz, przeklęta?!

Wymieniła kilka obelżywych części ciała i nieczystych zwierząt, zanim wyznała, że na Firth w Soho.

Vere rzucił polecenie dorożkarzowi i usadowił się obok niej, zajmując znacznie więcej miejsca, niż rzeczywiście potrzebował.

Przez chwilę jechali w pełnym napięcia milczeniu. Lady Grendel przeciągnęła się nagle i sapnęła:

– Boże jedyny, jakież pan robi sceny!

– Sceny… – powtórzył w zadumie. – Przecież to pani…

– Wszak nie miałam zamiaru skrzywdzić tego idioty – przerwała. – Chciałam tylko, żeby mnie wysłuchał, i musiałam jakoś przyciągnąć jego uwagę.

Przez chwilę Vere wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

– Ta awantura była zupełnie niepotrzebna. I to na Saint James, doprawdy. – Pokręciła z dezaprobatą głową. – Przypuszczam jednak, że nie warto z panem o tym rozmawiać. Wszyscy wiedzą, że uwielbia pan robić z siebie widowisko. Miotał się pan przez ostatni rok po całej Anglii i było nieuniknione, że niebawem znów zaatakuje pan Londyn. Miałam nieuzasadnioną nadzieję, że pan wróci później. Minęły zaledwie trzy miesiące od niesławnego wyścigu, prawda?

Vere odzyskał zdolność mówienia:

– Wiem, co pani próbowała…

– Nie ma pan najmniejszego pojęcia – sprostowała. – Jednak zazwyczaj nie porównuje pan swych założeń z rzeczywistością i bez namysłu wskakuje w środek nie swojej awantury. Kolejny raz wtrącił się pan nieproszony w moje sprawy i spowodował komplikacje i niepotrzebne opóźnienia.

Vere rozumiał jej zachowanie. Najlepszą obroną jest atak, sam wiedział o tym najlepiej. Nie zamierzał dać sobie wmówić jakichś sentymentalnych bredni.

– Niech mi pani pozwoli coś sobie wyjaśnić, panno Babochłopie Grenville – rzekł chłodno. – Nie może pani tłuc się po Londynie i bić każdego dżentelmena, który stanie pani na drodze. Jak dotąd dopisywało pani szczęście, ale pewnego dnia któryś z tych panów postanowi oddać, a wtedy…

– Być może – znów mu przerwała. – To nie jest pańska sprawa.

– Właśnie zaczęła nią być – odparł przez zaciśnięte zęby. – Gdy widzę przyjaciela w niebezpieczeństwie, po prostu…

– Nie jestem pana przyjacielem i nie potrzebuję pana pomocy.

– Crenshaw jest moim przyjacielem – warknął – a skoro jest zbyt dobrze wychowany, by z panią walczyć…

 

– Ale nie na tyle, by nie uwieść i nie porzucić czternastoletniej dziewczynki!

Otworzył usta ze zdumienia, ale prędko się opanował.

– Nie próbuj mi wmawiać, że ta pannica, którą wtedy ratowałaś, twierdzi, że Crenshaw ją uwiódł. W ogóle nie jest w jego typie.

– O, nie, tamta jest za stara – prychnęła wiedźma. – Wręcz antyk, ma już całe dziewiętnaście lat. Crenshaw tymczasem lubi tłuściutkie czternastolatki.

Panna Bezczelna wyszarpnęła z kieszeni jakiś papier i wetknęła mu do ręki. Vere wyprostował kartkę i przeczytał. Dużymi, niezgrabnymi literami ktoś informował Crenshawa, że ten ma dwumiesięcznego syna, który mieszka w tej chwili z matką, Mary Battles, w Bridewell.

– Dziewczyna siedzi w Poczekalni – powiedziała spokojnie panna Grenville. – Widziałam to dziecko. Jemmy jest bardzo podobny do tatusia.

Vere oddał jej liścik.

– Domyślam się, że przekazała pani wieści szczęśliwemu ojcu przy jego znajomych?

– Dałam mu tylko ten list. Przeczytał go, zgniótł i rzucił na chodnik. Trzy dni starałam się o spotkanie, lecz jego służba z uporem twierdziła, że pana Crenshawa nie ma. Za kilka dni odeślą Mary do jej parafii, pewnie do robót publicznych. Jeśli jej nie pomoże, dziecko umrze, a Mary także, z żalu i rozpaczy.

Wiedźma odwróciła się do okna.

– Powiedziała mi, że ma już tylko to dziecko. A jego ojciec co robi? Idzie do Crockforda trwonić fortunę na karty i kości, podczas gdy jego syn jest słaby, chory i umiera. Nikt o niego nie zadba, nie licząc matki, która sama jest jeszcze dzieckiem. Wspaniałych masz przyjaciół, Ainswood.

Tendencję do uwodzenia dziewczynek z prowincji Vere uważał za odrażającą, a reakcję na liścik – niewybaczalną, mimo to nie zamierzał przyznawać racji pannie Lodowiec.

– Proszę pozwolić, że wyjaśnię – odezwał się. – Jeśli chce pani wydobyć coś od mężczyzny, to uderzanie nim o latarnię nie jest najlepszą drogą do celu.

Spojrzała mu prosto w oczy.

Przez chwilę zastanawiał się, jakie mroczne siły stworzyły tego pięknego potwora.

Można by sądzić, że półmrok powozu przyćmi nieco jej zdumiewające rysy. Jednak cień otulił ich intymną kurtyną i ukrył przed księciem wszystkie wady panny Grenville. Jeśli jakieś miała. Widywał ją taką w swoich snach, ale sny były bezpieczne. Przebywanie z nią w powozie już nie. Wystarczyłoby podnieść dłoń i dotknąłby jedwabistego policzka. Wystarczyłoby pochylić się odrobinę i dotknąłby ustami jej warg, pełnych i miękkich.

Pragnienie poczucia smaku jej ust było obezwładniające. Vere zwykle poddawał się takim impulsom, jednak zbyt dobrze pamiętał, czym to się skończyło w Vinegar Yard. Nie da się drugi raz nabrać.

– Wystarczyło się ładnie uśmiechnąć – powiedział. – Zatrzepotać rzęsami i podstawić mu biust pod oczy, a Crenshaw dałby wszystko, czego by pani zażądała.

Przez jakiś czas patrzyła na niego, nie mrugając. Potem wyjęła z kieszeni notes i ołówek.

– Muszę to zapisać – zadrwiła. – Nie mogę utracić ani jednej bezcennej sylaby z pana niesłychanej mądrości. – Z rozmachem otworzyła notes i polizała czubek ołówka. – Uśmiech – zapisała, powtarzając na głos. – Rzęsy. Jaka była trzecia rzecz?

– Rzeczy – poprawił ją, pochylając się i patrząc na zapiski. – Liczba mnoga. Pani piersi. Należy je podstawić pod oczy przeciwnika.

Znajdowały się właśnie tuż pod jego nosem. W pobliżu świerzbiących palców.

Zapisała jego wskazówki, udając absolutną koncentrację: oczy zmrużone, końcówka różowego języka przygryziona perłowymi zębami.

– Efekt będzie lepszy, jeśli postawi pani na większe dekolty – dodał. – W innym wypadku facet może podejrzewać, że próbuje pani ukryć jakieś deformacje.

Był ciekaw, czy panna Grenville zdaje sobie sprawę, jaką pokusę stanowi rząd surowych guzików czarnego surduta i jak podniecająca jest wizja jej kobiecych krągłości opiętych niemal męskim strojem.

Z pewnością jakaś wiedźma uwarzyła aromat, który ją otaczał. Niemal nieuchwytna mieszanka dymu, lilii i czegoś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.

Pochylił się niżej.

Podniosła na niego oczy i uśmiechnęła się delikatnie.

– Mam pomysł – szepnęła. – Może weźmie pan notes, ołówek i sam zapisze swoje fantazje? Zachowam stronę zapisaną pańską cenną ręką jako pamiątkę tej cudownej chwili. Chyba że woli pan sapać mi w szyję.

Vere cofnął się bardzo powoli.

– Przydałyby się pani także lekcje anatomii – stwierdził chłodno. – Sapałem w pani ucho. Jeśli życzy sobie pani, bym sapał jej w szyję, nie powinna pani mieć tak wysokiego kołnierzyka.

– Życzyłabym sobie, aby sapał pan na Madagaskarze – odparła słodkim głosem.

– Skoro mnie pani nie lubi, dlaczego mnie pani nie zbije?

Zamknęła notes.

– Rozumiem już, o co chodzi – westchnęła. – Robi pan scenę, bo biłam kogoś innego, a pan chciałby, abym biła wyłącznie pana.

Serce Vere’a potknęło się, a potem ruszyło w szaleńczą galopadę. Zignorował je i spojrzał na nią z litością.

– Biedactwo. Z całej tej skrobaniny wywiązało się zapalenie mózgu.

Ku jego niewymownej uldze dorożka się zatrzymała.

Wciąż z wyrazem współczucia na twarzy otworzył drzwiczki i bardzo delikatnie pomógł jej wysiąść.

– Proszę się wyspać, panno Grenville – powiedział ojcowskim tonem. – Niech pani biedny mózg wreszcie odpocznie. A jeśli nie poprawi się pani do rana, radzę zawołać doktora.

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, popchnął ją lekko w stronę drzwi, rzucił do woźnicy: „Crockford” i szybko zamknął się w dorożce. Widział, że obejrzała się przez ramię. Rzuciła mu drwiący uśmiech i ruszyła ku drzwiom, kołysząc biodrami.

* * *

Lydia miała wrodzony talent dostosowywania się błyskawicznie do manier i zachowania innych osób. Ste i Effie twierdzili, że jej ojciec także był obdarzony podobnymi zdolnościami. Jako aktor odniósł jednak porażkę, prawdopodobnie dlatego, że zawód ten wymagał ciężkiej pracy, a jedynymi czynnościami, jakim ojciec był w stanie się poświęcić, były picie, hazard i uganianie się za prostytutkami.

Lydia lepiej wykorzystała swój dar. Umiała wmieszać się w każde towarzystwo i dzięki temu wyraziście opisać je swoim czytelnikom.

Potrafiła także prędko nawiązać znajomości z mężczyznami, kolegami z redakcji. Parę miesięcy temu, po mowie wygłoszonej w Izbie Lordów, otrzymała zaproszenie na wieczorek redaktorów w tawernie Pod Błękitną Sową. Było to w zasadzie picie na umór i chaotyczne wrzaski, lecz cotygodniowe zebrania uznawane były za niepełne, jeśli panna Grenville nie zaszczyciła ich swoją obecnością i nie odegrała jakiejś humorystycznej sceny.

Tego wieczoru rozbawiła do łez Tamsin – której nowe miano Thomasina Price nie przyjęło się jakoś w domu – energicznym przedstawieniem spotkania z Ainswoodem.

Były w sypialni Lydii. Tamsin usiadła w nogach łóżka, obserwując swą patronkę, występującą przy kominku.

Zwykle publiczność Lydii była w stanie całkowitego upojenia, lecz Tamsin, choć trzeźwa, zaśmiewała się równie mocno.

Przynajmniej się śmieje, pomyślała dziennikarka, kłaniając się. Sama powinna się śmiać, ale wciąż była zbyt roztrzęsiona. Czuła się, jakby jej dusza była starym domem, z którego zakamarków zaczęły nagle wypełzać wstrętne rzeczy.

Westchnęła pod nosem, usiadła przy toaletce i zaczęła rozplatać włosy. Tamsin obserwowała ją przez chwilę.

– Mężczyźni to przedziwne stworzenia – odezwała się cicho. – Zaczynam nabierać przekonania, że książę Ainswood jest najdziwniejszy z nich. Zupełnie nie rozumiem, o co mu chodzi.

– To jeden z tych ludzi, którzy nie potrafią znieść spokoju i ciszy – orzekła Lydia. – Jeśli nie ma żadnego zamieszania, sam je tworzy. Ciągle wywołuje bójki, nawet z przyjaciółmi. Myślałam, że ludzie przesadzają, opowiadając o jego awanturnictwie, ale teraz widziałam to na własne oczy. Nikomu nie odpuści. Ani na chwilę się nie uspokaja. Nie mógł mnie na przykład po prostu wsadzić do dorożki i odesłać. Musiał mnie pouczać i zadręczać przez całą drogę do domu. W ogóle mnie nie dziwi, że Dain go stłukł. Ainswood nadwerężyłby nawet cierpliwość świętego.

– Z tego, co słyszałam, lord Dain nie należy do świętych – zachichotała Tamsin. – Ci dwaj są chyba wykuci z tego samego kruszcu.

– To prawdopodobne. Ainswood nie powinien był jednak wszczynać bójki w noc poślubną lorda Daina. – Lydia spojrzała w lustro. – Barbarzyńca, doprawdy. Mógł wziąć pod uwagę choćby uczucia lady Dain.

Nie wiedziała, dlaczego wciąż jest tak wściekła na samą myśl o awanturze w Amesbury.

Dain był dla niej nikim, ot, daleki krewny. Matka pochodziła z niezbyt posażnej gałęzi rodu Ballisterów, którzy zresztą wyrzekli się jej, gdy wyszła za Jonha Grenville’a. Nikt z żyjących nie miał pojęcia o pochodzeniu Lydii, ona zaś miała zamiar utrzymać to w tajemnicy. Problem polegał na tym, że wszystkie afery z udziałem Ballisterów dotykały ją osobiście, choć Dain był, jak mądrze powiedziała Tamsin, takim samym piekielnikiem jak Ainswood.

Lydia wybrała się nawet na ślub Daina do kościoła pod wezwaniem Świętego Jerzego. Przyszła, jak wszyscy dziennikarze, po materiał do wieczornego wydania. Kiedy jednak Dain wyszedł z kościoła ze swą panną młodą, patrzył na nią czarnymi oczami zupełnie niedemonicznie. Ona zaś spoglądała na niego z taką miłością, że Lydia prawie zemdlała. W publicznym miejscu. Otoczona reporterami.

Nie miało to najmniejszego sensu, lecz od tamtej pory zapałała do niego braterską, szczerą, niemal bolesną miłością i jeszcze bardziej absurdalną chęcią zaopiekowania się nim.

Gdy dowiedziała się, że Ainswood zrujnował ich noc poślubną, niemal wpadła w szał. Wbrew rozsądkowi ten gniew w niej pozostał. I się jątrzył.

– Ale książę był pijany, prawda? – głos Tamsin przerwał jej rozmyślania.

– Nawet pijany w sztok wciąż potrafi stać prosto na nogach i prawić nieprzyzwoitości. Nie masz pojęcia, jak mężczyźni jego pokroju są odporni na działanie alkoholu, zwłaszcza tacy łajdacy jak Ainswood. – Zmrużyła oczy. – Tylko udawał pijanego. Podobnie jak udawał głupca.

– Oczywiście. To właśnie mam na myśli, mówiąc, że zachowuje się dziwnie. – Tamsin pokiwała głową. – Musi być naprawdę bystry. Werbalny sparing z tobą, Lydio, wymaga nie lada zdolności. Gdybyś jechała dorożką z głupcem, pod koniec drogi płakałby z upokorzenia. Tymczasem… – Zmarszczyła brwi. – Cóż, trudno orzec, kto wygrał dziś bitwę na słowa.

– To była tylko mała potyczka. – Lydia chwyciła szczotkę i zaczęła gwałtownie rozczesywać włosy. – Miał dziś ostatnie słowo tylko dlatego, że popchnął mnie i nie zdążyłam się odciąć. Zresztą to popchnięcie było tak dziecinne, że prawie wybuchnęłam śmiechem. Może i dobrze, że nic nie powiedziałam, bo mogłabym go opluć.

– Co ty wyprawiasz? – krzyknęła nagle Tamsin. – Wyrywasz całe kłęby włosów! Przestań natychmiast! – Poderwała się i podbiegła do toaletki. – Daj szczotkę.

– Nie jesteś moją pokojówką.

Tamsin wyjęła szczotkę z dłoni Lydii.

– Rozumiem, że jesteś wściekła na Jego Wysokość, ale nie wyżywaj się na włosach.

– Przez niego Crenshaw mi zwiał – wycedziła Lydia. – Teraz będzie mnie już unikał, a biedną Mary odeślą do domu i będą tam traktować jak popychadło. Ona jest inna niż upadłe dziewczęta…

– Wiem, mówiłaś mi – potwierdziła uspokajającym tonem Tamsin.

– Nie przywykła do przemocy – ciągnęła gniewnie Lydia. – Mężczyźni są odrażający. Wszystko ujdzie im na sucho.

– Może książę z nim porozmawia? – podsunęła Tamsin.

Lydia potrząsnęła głową.

– A cóż go to obchodzi?! – krzyknęła. – Słyszałaś, co powiedział, gdy przeczytał list Mary? Była to dla niego jedynie dobra okazja do prowokowania mnie.

– Może duma nie pozwalała mu…

– Wiem wszystko o jego męskiej dumie. – Lydia wstała i podeszła do kominka. – Chciał tylko policzyć się ze mną za Vinegar Yard. Sądzę, że do tej pory wypił już trzy beczki szampana, celebrując swe wielkie zwycięstwo nad lady Grendel. Zależało mu tylko na jednym: chciał pokazać znajomym, że zdoła mnie przenieść przez pół ulicy i wrzucić do dorożki, jakbym nic nie ważyła. Szarpałam się cały czas, a on się nawet nie spocił! Niech go piekło pochłonie…

Tymczasem jej głupie serce całkiem się rozpłynęło, a mózg przestał funkcjonować, bo Ainswood okazał się tak wielki i silny. Miała już tego serdecznie dość. Musiała zapanować nad własnym życiem.

– A kiedy już opróżni piwniczki Crockforda i rzuci lekką ręką parę tysięcy funtów na stoliki karciane – zżymała się – pójdzie prosto do jakiegoś drogiego burdelu.

 

Weźmie dziwkę w swoje silne ramiona, będzie głaskał jej szyję i…

Przestań! – napomniała się w duchu Lydia.

– Zapomni o mnie, choć jestem wielka i bezczelna – grzmiała, miotając się po sypialni. – Tym bardziej zapomni o pogniecionym liściku od dziewczyny, która jego zdaniem zapewne sama się o to prosiła. Jakby to biedne dziecko miało jakiekolwiek pojęcie o mężczyznach.

– To rzeczywiście niesprawiedliwe. Kobieta zawsze jest karana, a mężczyzna uwielbiany za swe podboje – przyznała Tamsin. – Nie możemy na to pozwolić. Wiem, że musisz być jutro na kweście, ale ja mogę pojechać do Bridewell i…

Lydia stanęła jak wryta.

– Nie ma mowy.

– Wezmę ze sobą Susan. Powiedz mi tylko, jak mam wydostać Mary i dziecko. Jeśli trzeba coś zapłacić, proszę, potrąć to z mojej wypłaty.

Tamsin podeszła do Lydii, wzięła ją za rękę i zaprowadziła do toaletki.

– Mogą mieszkać ze mną w pokoju, zanim zorganizujemy coś właściwego. Jednak przede wszystkim trzeba ich stamtąd wydostać. Jej tydzień kończy się w czwartek, prawda? A jutro już środa. – Popchnęła oniemiałą Lydię na krzesło. – Zapisz wszystko, co mam zrobić, ruszam o świcie. Gdzie twój notes?

– Na Boga, ależ z ciebie organizatorka – otrząsnęła się Lydia. Sięgnęła jednak do kieszeni, rozbawiona własnym posłuszeństwem wobec dziewczynki dwa razy od niej mniejszej i dziesięć lat młodszej.

Znalazła notes, ale ołówek przepadł. Pewnie upuściła go w dorożce.

– Podaj mi ołówek z szuflady nocnego stolika.

Tamsin prędko spełniła jej prośbę.

Lydia spojrzała jej w oczy.

– Jesteś pewna, moja droga?

– Dałam radę dotrzeć do Londynu z drugiego końca Anglii i wpadłam w kłopoty tylko dlatego, że przez chwilę nic nie widziałam. Tym razem ani na chwilę nie zdejmę okularów. Będę pod opieką Susan. I będę taka szczęśliwa – dodała z pasją – mogąc zrobić coś pożytecznego!

Odkąd pojawiła się w domu Lydii, Tamsin nieraz już udowodniła, że lubi być użyteczna. I że nie jest głupia.

Jaka szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o sobie, westchnęła w duchu Lydia i zaczęła pisać.

* * *

Wczesnym rankiem w środę Mary Bartles z Jemmym na kolanach odjechała z więzienia w Bridewell w powozie Adolphusa Crenshawa.

Bertie Trent także miał odjechać, lecz zamyślił się tak głęboko, że zaczął mamrotać pod nosem:

– Nie Karol II, ale coś, co mi się z nim kojarzy… Tylko co? Oto jest pytanie!

Urwany kobiecy krzyk przerwał jego rozmyślania. Mężczyzna podniósł oczy i ujrzał pędzącego ku niemu ogromnego czarnego psa z uczepioną na smyczy drobniutką dziewczyną w okularach.

Panna usiłowała powściągnąć zwierzę, ale z równym powodzeniem mogła próbować zatrzymać słonia. Jako że z ledwością utrzymywała się na nogach, Bertie bez namysłu rzucił się jej na pomoc. Chwycił psa za obrożę. Ten odwrócił łeb, warcząc i obnażając kły.

Bertie popatrzył nań srogo.

– I co ja ci takiego zrobiłem? Chcesz mi odgryźć głowę? Nie dali ci śniadania?

Suka warczała, cofając się ku dziewczynie.

Bertie powoli, ostrożnie puścił obrożę.

– Ach, więc o to ci chodzi? Nie mam zamiaru skrzywdzić twojej pani. Ale ciągnęłaś ją za mocno. Nie doceniasz swoich sił, mała.

Mastif parsknął i wpatrywał się w niego przenikliwie. Obrzucając psa identycznym spojrzeniem, Bertie wyciągnął dłoń w rękawiczce. Pies powąchał ją, prychnął coś do siebie i usiadł.

Trent podniósł oczy i napotkał zdumiony wzrok dziewczyny. Za niewielkimi szkłami na małym, zadartym nosku lśniły wielkie brązowe oczy.

– Ach, wszak to pani była wtedy w Vinegar Yard, czyż nie? – wykrzyknął Bertie. – Tylko nie miała pani wtedy okularów. Mam nadzieję, że ta wysoka nie wpakowała pani w kłopoty? Miałyście wypadek? Coś się pani stało w oczy?

Dziewczyna wpatrywała się w niego przez chwilę.

– Jestem krótkowidzem – wycedziła. – Nie miałam ich na sobie, bo się stłukły. Panna Grenville zaopiekowała się mną i oddała je do naprawy. – Milczała przez chwilę. – Więc był pan przy tym, jak mnie uratowała. Rzeczywiście, wygląda pan znajomo, ale nie byłam pewna. Bez okularów niewiele szczegółów potrafię rozróżnić.

– A więc zatrzymała panią u siebie? – Bertie pokiwał głową z uznaniem. – O wilku mowa. Właśnie przed chwilą o niej myślałem. Widziałem ją wczoraj wieczorem i z kimś mi się kojarzy, ale nie mogę sobie uświadomić z kim. Ciągle przychodzi mi na myśl Karol II, ale nie wiem dlaczego.

– Karol II? – Wzrok dziewczyny był chłodny i odpychający.

– Nie ten, którego ścięli, tylko następny. Ten od pożaru.

Patrzyła jeszcze przez chwilę.

– Ach, król Karol II. Może dlatego, że panna Grenville jest taka majestatyczna.

– Hau – wtrąciła suka.

Bertie odruchowo poklepał ją po łbie.

– Wabi się Susan – powiedziała panna.

Trent nagle przypomniał sobie o dobrych manierach i przedstawił się. Wtedy dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Thomasina Price i została zatrudniona przez pannę Grenville.

Panna Price zmierzyła wzrokiem ponury budynek. Zmarszczyła brwi.

– Nie wygląda zachęcająco, prawda?

– Owszem, to nie jest najmilsze miejsce, w jakim przebywałem – przyznał Bertie.

Jednak musiało być znacznie bardziej przykre dla dziewczyny, którą Crenshaw porzucił wraz z dzieckiem. Bertie wyjaśnił mu to drobiazgowo poprzedniego wieczoru.

Gdy Ainswood wdał się w zapasy z panną Grenville, Bertie zabrał Crenshawa na drinka do gospody, tłumacząc mu, że taka napaść ze strony płci pięknej źle wpływa na nerwy.

Znalazłszy współczującego słuchacza, Crenshaw zwierzył mu się ze wszystkiego. Bertie wysłuchał cierpliwie, jednak na koniec oświadczył, że choć czuje do Crenshawa jedynie sympatię, to fakty są faktami, a wynika z nich, że oskarżają lorda o porzucenie bękarta na pastwę losu. Chyba warto się tym zająć, nieprawdaż?

Bertie przyjechał z nim rano do Bridewell, gdzie potwierdzono oskarżenia. Dzieciak w istocie do złudzenia przypominał swego ojca. Potem nastąpiły nieznośne godziny ględzenia i wreszcie Crenshaw uznał, że zabierze Mary i dziecko. I na tym koniec.

Choć nikt by się tego nie spodziewał, Bertie zdołał dodać dwa do dwóch. Jedno to panna Price, towarzyszka panny Grenville, która napadła wczoraj na Crenshawa. Drugie to fakt, iż najwyraźniej udawała się do Bridewell.

– Nie przyjechała pani może po dziewczynę z dzieckiem? – zapytał. – Bo jeśli chodzi o tę, o którą wczoraj panna Grenville toczyła boje, to może jej panienka przekazać, że została już odebrana przez Crenshawa. Byłem tu z nimi, odjechali jakiś kwadrans temu, cała trójka, a… Och, na Jupitera! A cóż on robi na dworze o tej godzinie?

Dziewczyna odwróciła się i ujrzała nadchodzącego księcia Ainswooda. Był w istocie na nogach, choć pijany w sztok. A ponieważ była to pora, o której zwykle spał, nic dziwnego, że wyglądał jak nadciągający sztorm.

* * *

Choć chwilę zajęło mu rozpoznanie dziewczyny, Vere od razu zorientował się, co to za pies. Powinien był odwrócić się na pięcie i odejść. Skoro piekielny pies jest tutaj, to pewnie i Gorgona. Jednak mastif wlepiał w niego ślepia i warczał głucho, obnażając kły. Gdyby książę powędrował teraz w inną stronę, można by przypuszczać, że się przestraszył.

Podszedł więc nonszalanckim krokiem, chłodno wpatrując się w warczącą bestię. Była wspaniale umięśniona pod lśniącą czarną sierścią i niebywale wielka jak na sukę.

– Widzę, że to nie była najsłabsza sztuka z miotu – powiedział. – A jaki ma czarujący charakter.

Susan szarpnęła się na smyczy. Trent chwycił obrożę i przytrzymał ją.

– Wrrrr! – stwierdziła Susan.

– Równie urocza jak jej pani – odparł Vere z westchnieniem. – Zresztą nie powinna była zostawiać pieseczka pod opieką dziewczęcia, które najwyraźniej sobie z nim nie radzi. Ale to typowe. Panna Grenville nie jest odpowiedzialna, a tym bardziej…

– Panno Price, oto książę Ainswood – wtrącił się Trent. – Ainswood, to panna Price. A panna, która usiłuje mi wyrwać ramię ze stawu, wabi się Susan. Piękny poranek, nieprawdaż? Panno Price, może zawołam dla pani dorożkę, aby mogła pani przekazać dobre wieści pannie Grenville?

Trent odciągnął warczącego psa na chodnik i machnął ręką. Panna Price pośpiesznie dygnęła i pobiegła za nim. Po chwili wsiadła do powozu.