Upadek OliveraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Porze spania Eugene’a towarzyszył u nich uroczy rytuał. My piliśmy herbatę, a on mleko, i jedliśmy chleb z masłem z krążącego między nami talerza. Potem, kiedy zmyliśmy już naczynia i wyszorowaliśmy stół, nadchodziła pora modlitwy, wszyscy padali na kolana przy kuchennym stole, a gdy odmówiliśmy już różaniec, Alice czytała coś bratu na dobranoc, zwykle bajkę albo dziecięcą rymowankę. Czytała kapitalnie. Potrafiła ożywić bajkowe postacie, podkładając każdej inny głos i akcent. Uwielbiałem jej słuchać niemal tak samo jak Eugene.

Po pewnym czasie mama zaczęła mnie podpytywać. Czy myślę poważnie o Alice? Czy na pewno wiem, co na siebie biorę? Chciała dobrze, ale kilka razy się pokłóciliśmy. Ostatecznie to nie była jej sprawa. Uważała, że kiedy zapraszam Alice na ciastka, wszystko jest cacy, ale chciała mi jednocześnie przypomnieć, że po śmierci ich matki Alice będzie odpowiedzialna za brata i jeśli się z nią ożenię, ożenię się i z nim. Po namyśle doszłem do wniosku, że nie mam nic przeciwko temu. Naprawdę ją kochałem i uznałem, że Eugene będzie tylko miłym dodatkiem.

Chociaż nie zostało to powiedziane wprost, myślałem, że wiąże nas z Alice porozumienie. Chodziliśmy ze sobą od ponad roku. Nie wziąłem pod uwagę Olivera. Gdybym wziął, Alice wciąż byłaby z nami, krzepka i zdrowa.

3

MICHAEL

Minęło chyba pięć lat, odkąd ostatni raz widziałem Olivera Ryana, lepiej znanego jako Vincent Dax. Śledziłem jego sukcesy w mediach, ale wiadomość o jego bestialskim ataku w listopadzie zeszłego roku całkowicie mnie zaskoczyła. Podobno Alice już nigdy nie wróci do zdrowia.

Poznałem go na Uniwersytecie Dublińskim w 1971 roku. Obaj studiowaliśmy na wydziale humanistycznym i chodziliśmy razem na zajęcia z francuskiego i angielskiego. Był poetycko pięknym chłopcem, jednym z tych, którym lubiłem się przyglądać. Oczywiście, zamiast chłopcom, powinienem był przyglądać się dziewczętom z roku, ale ja jestem trochę inny.

Oliver zawsze trzymał się na uboczu, lecz na wykładach z francuskiego siedział tuż za mną i czasem wymienialiśmy się notatkami. Poznałem go na towarzyskiej stopie dopiero pod koniec drugiego roku. Ale tylko powierzchownie, bo nie pamiętam na przykład, żeby kiedykolwiek wspominał o swojej rodzinie. Do dziś nie wiem, czy ma braci albo siostry. Tyle się teraz o nim mówi i pisze, dlatego to dziwne, że dziennikarze tak mało wygrzebali z jego przeszłości. Nigdy nie zapraszał nas do domu i wytwarzał wokół siebie atmosferę, która momentalnie wykluczała możliwość zadawania osobistych pytań. Był tajemniczy i ta tajemniczość, w połączeniu z urodą i nienagannymi manierami, zyskiwała mu intensywną uwagę sporej liczby młodych dam, w tym mojej młodszej siostry Laury.

Laura była gwiazdą swojego roku, tak wielką, że ginąłem w jej cieniu. Naukowo uzdolniona i olśniewająco piękna na ów dziki, zachodnio-irlandzki sposób, odziedziczyła urodę po naszej mamie, potomkini kruczowłosych piękności z West Cork, gdzie hiszpańska krew musiała kiedyś zaciemnić miejscową pulę genów. Natomiast ja odziedziczyłem wygląd po pochodzącym z hrabstwa Laois ojcu, który wywodził się z rodziny od pokoleń związanej z rolnictwem, a konkretnie uprawą ziemniaków. Mówią, że jest się tym, co się je, dlatego przedstawiciele męskiej strony naszej rodziny, bladzi, dziobowaci i o nieregularnych rysach twarzy, przypominają z wyglądu kartofel. Wszyscy kochali Laurę.

Oliver był u nas kilka razy na kolacji. Matka uwielbiała go do tego stopnia, że szybko mogłaby zniechęcić do niego Laurę, ale moja siostra była już po uszy zakochana, choć zanim w końcu uległa jego czarowi, ukrywała to niezwykle długo i skutecznie. Oboje należeli do ekipy, która lubiła chodzić do pubów albo spędzać weekendy w naszym letnim domu w Wicklow. Laura była z nim naprawdę szczęśliwa. A mną targała zazdrość.

Do tej pory nie rozumiem, co się właściwie stało. Oczywiście nie mogę już jej o to spytać. Oliver najwyraźniej też przeżył potworny wstrząs, tak jak my. Nigdy w to nie wnikaliśmy. Często o niej myślę, o niej i o tym, że to wszystko mogło się potoczyć inaczej. Chodzili ze sobą tylko pięć miesięcy i przestali w to straszne lato, które spędziliśmy, harując w Bordeaux.

Nie pamiętam, kto wpadł na ten pomysł. Możliwe, że Laura. Miała znajomego, który też miał znajomego, a po roku intensywnej nauki i egzaminów wszyscy wypatrywaliśmy okazji do wyjazdu z Dublina i wyrwania się spod nadzoru rodziców. Mieliśmy zasadzić winnicę we Francji. Inni jechali do Niemiec, do wytwórni konserw, jeszcze inni na budowę do Londynu, ale w nas zagrała wyobraźnia. Winnica. Winnica, a więc tani alkohol. Dopiero po przyjeździe na miejsce zrozumieliśmy, co nas czeka. Oliver od razu się do tego zapalił, ku radości Laury. Umowa była taka, że dostaniemy spanie, wyżywienie i bardzo skromne wynagrodzenie. Brzmiało fajnie, lekko, łatwo i przyjemnie, więc przekonaliśmy rodziców, że zamiast nas zniechęcać, powinni się cieszyć, że będziemy mieli możliwość nauki języka i poznania francuskiej kultury.

Przyjechaliśmy pod koniec maja. Pierwsze dwa tygodnie były niesamowite. Mieliśmy przygotować pod sadzonki kilkanaście hektarów ziemi z jednej strony otoczonej dużym sadem brzoskwiniowym, a z drugiej gajem oliwnym. Winnica stanowiła część ogrodzonej rezydencji wiejskiej leżącej w pięknej dolinie godzinę jazdy od Bordeaux.

Domem i posiadłością zarządzała madame Véronique, wdowa pod czterdziestkę. Jedynymi pozostałymi członkami rodziny byli jej sześcioletni syn, uroczy chłopiec imieniem Jean-Luc, i jej stary ojciec, monsieur d’Aigse. Monsieur d’Aigse i Jean-Luc byli nierozłączni. Wszędzie chodzili za rękę, oglądając kwiaty i drzewa, pochylając się i nachylając ku sobie, szepcząc coś ukradkiem i wybuchając gromkim śmiechem. Dłoń chłopca ginęła w sękatej ręce starca, która trzęsła się czasem w niekontrolowany sposób, tak że nigdy nie wiedzieliśmy, kto kogo prowadzi.

Posiadłość należała do d’Aigse’ów od wielu pokoleń, ale podczas wojny zajęli ją Niemcy, wyrzucając ich na bruk. Winnica uległa zniszczeniu i mieszkańcy wioski stracili źródło utrzymania. Rezydencję ograbiono z cennych rzeczy, lecz nie z majestatu. Krążyły pogłoski, że monsieur d’Aigse walczył w ruchu oporu i kierował kilkoma akcjami dywersyjnymi z rozległych piwnic pod tarasem domu. Nie wiem, czy to prawda, ale wspaniale było pomyśleć, że robił to, podczas gdy tuż nad jego głową marszowym krokiem defilowali bezwzględni hitlerowcy. Opowieść ta miała też inną wersję, według której monsieur d’Aigse próbował wywieźć z miasteczka żydowską rodzinę. Podobno Niemcy złapali go i poddali strasznym torturom, lecz nikt go o to nie pytał, bo byłoby to nietaktowne i niestosowne. W tamtych czasach ludzie wciąż żyli wojną, choć w tej części świata większość chętnie by o niej zapomniała.

Służących mieli niewielu, lecz na terenie posiadłości mieszkało kilku skorych do pomocy robotników. Odniosłem wrażenie, że wszyscy sąsiedzi są wdzięczni tej szlachetnej rodzinie i mają ku temu dobre powody. Był to dom podupadłego ziemianina, jeden z tych, jakie widywaliśmy w owym czasie w Irlandii.

Mieszkaliśmy w kwaterach przypominających sale sypialne w internacie, podobnych do namiotu barakach wzniesionych na lato na łące ciągnącej się poniżej tarasu, nad którym górowało wielkie château. Wraz z pozostałymi pracownikami jedliśmy przy stojącym na dworze wspólnym stole. Pracownicy, bardzo wesoła gromadka, pochodzili z pobliskiego Clochamps i okolic. Byli bardzo mili.

Tego lata przyjechali tam również robotnicy z Afryki Południowej. Nigdy przedtem nie rozmawiałem z czarnoskórymi, nigdy nie widziałem żadnego w Irlandii, lecz ci chłopcy w ogóle się z nami nie zadawali i trzymali się na uboczu. Próbowałem dogadać się z nimi za pomocą przyjaznych gestów, ale oni tylko spuszczali wzrok, jakby się czegoś bali. Przyznaję, że mnie fascynowali. Zastanawiałem się, dlaczego nie mieszkają na terenie posiadłości, tak jak my i ich biały nadzorca. Nie jestem pewien, ale byli chyba jeszcze młodsi od nas. Owszem, poszedłem kiedyś na studencki wiec Irlandzkiego Ruchu Antyapartheidowego, ale nigdy dotąd nie zetknąłem się z okropnościami apartheidu. Słyszałem, że mieli nauczyć się uprawiać winnicę i zabrać do kraju sadzonki; klimat w Western Cape był najwyraźniej podobny. Chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej o nich i ich sytuacji, lecz słabo mówili po francusku i w ogóle nie znali angielskiego, poza tym, tak jak ze wszystkim innym w tamtych latach, nie wypadało o nic pytać. Ich biały nadzorca, niejaki Joost, był totalnym kutasem. Przywiózł tych biedaków do Francji, żeby nauczyli się tego, czego on, zbyt głupi i leniwy, nie potrafił nauczyć się sam. Nie pracował, tylko całymi dniami chlał i wrzaskliwie im rozkazywał, a nawet bił ich, kiedy zrobili coś źle. Próbował zintegrować się z nami, opowiadając ordynarne dowcipy na temat głupoty i koloru skóry swoich rodaków. Francuzi wciąż nie uporali się ze wstydem związanym z tym, że podczas okupacji siedzieli z założonymi rękami, godząc się na segregację i prześladowania Żydów, i miejscowi nie chcieli, żeby sytuacja się powtórzyła. Dlatego poszliśmy wszyscy do madame, żeby stanowczo zaprotestować i musiała ich w końcu wyrzucić.

Warunki mieszkaniowe były dość prymitywne: osobna kwatera dla mężczyzn i osobna dla kobiet, obie z ręczną pompą i wychodkiem na końcu. Dzisiaj byśmy się na to nie zgodzili, ale jako młodzież mieliśmy mniejsze wymagania. Uważaliśmy, że jest zabawnie i egzotycznie.

Praca okazała się jednak ciężka, przynajmniej na początku, zanim się zahartowaliśmy, lecz już pod koniec czerwca skończyliśmy robotę w winnicy i przenieśliśmy się do gaju oliwnego, gdzie było dużo lżej. Pierwszy miesiąc spędziłem, okopując motyką każdą sadzonkę, wyrywając każdy chwast spomiędzy koniczyny, trawy i dzikiego owsa, które porastały przejścia między rzędami winorośli. To niesamowite, jak szybko wtedy rosły, bywało, że nawet cztery, pięć centymetrów dziennie, chociaż madame twierdziła, że na początku wiosny rosną jeszcze szybciej. Olivera i Laurę przydzielono do innego zespołu z ważnym zadaniem épamprage: usuwania zbędnych odrostów. O sadzonki dbano jak o chore dzieci: leczono je, doglądano, zachęcano, kojono i namawiano do tego, żeby jak najszybciej dojrzały i wydały owoce.

 

Muszę przyznać, że w pełni wykorzystywaliśmy dostęp do darmowego wina po pracy i bladym świtem wpełzaliśmy na łóżko w trupa pijani. Niektórzy nie docierali nawet do swojego i padali na najbliższe. Tak, to były naprawdę upojne czasy.

Mimo to wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak i że muszę to jakoś naprawić. Chciałem jak najszybciej stracić dziewictwo, pozbyć się wreszcie tego ciężaru. Myślałem, że to mnie uleczy. Mieszkanie w baraku pełnym bezwstydnych mężczyzn solidnie dawało mi się we znaki.

Oliver mówił po francusku dużo lepiej niż Laura czy ja i często pertraktował z madame w imieniu „les Paddies”, jak nas nazywano. Właśnie dlatego zainteresował się nim jej ojciec, monsieur d’Aigse. Wypytywał go o angielskie nazwy roślin i kwiatów, a Oliver grzecznie odpowiadał. Bardzo szybko awansował i od tej chwili więcej czasu spędzał w domu, w gabinecie właściciela posiadłości, oficjalnie jako tłumacz starych tekstów i map, które monsieur kolekcjonował. Miał farta, bo praca była naprawdę ciężka. Nie wyprowadził się z baraku, ale nie musiał już zasuwać w winnicy. Pamiętam, że Laura była trochę niezadowolona. Z działki nad dolnym stawem widziałem czasem, jak piją wino na tarasie, on i monsieur d’Aigse, albo jak grają w jakąś zwariowaną grę z psotnie rozdokazywanym Jean-Lukiem. Ich krzyki i śmiech odbijały się od ścian domu i niosły echem po całej dolinie. Oliver wyglądał jak brakujące ogniwo między starcem i chłopcem i wszyscy zauważyliśmy, że idealnie do nich pasuje. Wieczorem wracał do nas jako zupełnie inny człowiek, chyba bardziej zadowolony, a już na pewno szczęśliwszy. Nie tylko Laura była zazdrosna o to, że tyle czasu spędza z rodziną właściciela. Mnie też nie podobało się to, że zamiast pozostać jednym z nas, stał się jednym z nich. Instynktownie wiedziałem, że nigdy mnie nie pokocha, ale kiedy chodził z Laurą, mogłem przynajmniej być w pobliżu, w gronie jego kolegów i znajomych. A teraz nam go zabierano. Codziennie przynosił dziesiątki opowieści o zabawnych rzeczach, które powiedział Jean-Luc, czy o nowej grze, w którą grali. A raz oświadczył, że gdyby kiedyś miał syna, chciałby, żeby był podobny do Jean-Luca. Rzuciłem wtedy lekko, że monsieur d’Aigse też jest chyba niezłym autorytetem, lecz Oliver tylko łypnął na mnie spode łba i odszedł. Nie mam pojęcia, jakie tajemnice kryją się w jego pochodzeniu, ale na pewno jest to jego czuły punkt. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że może być agresywny, lecz wyraźnie czułem, że chce mnie uderzyć.

4

OLIVER

Kiedy ukończyłem szkołę, kobiety były dla mnie całkowitą tajemnicą, przynajmniej do chwili, gdy poznałem Laurę Condell. W internacie przy szkole St Finian’s, gdzie przebywałem od szóstego roku życia, towarzyszyli mi wyłącznie księża i chłopcy, dlatego nie licząc lata, które spędziłem na farmie Stanleya Connolly’ego, gdzie – będę z wami szczery – jego trzy drapieżne siostry wprawiły mnie w przerażenie, nie miałem z kobietami żadnych doświadczeń. Podobno to matka ma uświadomić dziecko i nauczyć je stosownego traktowania płci przeciwnej, a jeśli nie ona, to ojciec. Ja nauczyłem się tego przez osmozę.

Krążące w St Finian’s czasopisma pornograficzne, starannie ukryte w paczkach z herbatnikami czy wełnianymi swetrami, były traktowane jak twarda waluta. Zwykle przysyłał je czyjś angielski kuzyn albo kolega z zagranicy. Niestety, miałem do nich bardzo ograniczony dostęp ze względu na trudną sytuację finansową. A nie dysponując stosownymi mocami przetargowymi, prawie ich nie widywałem. Szczupłe nogi, miękko zarysowane piersi, piękny łuk bioder od pośladków do talii – naturalnie obrazki te bardzo mnie podniecały i ciekawiły.

Kiedy w końcu zobaczyłem kobietę w negliżu, nie byłem zbyt zawiedziony. Te w czasopismach z tamtych czasów nie różniły się zbytnio od ich autentycznych odpowiedników. Myślę, że współczesna pornografia jest główną przyczyną impotencji. Bo jak inaczej ma zareagować biedny nastolatek na widok niewydepilowanego kobiecego ciała, pozbawionego stojących na baczność kształtnych piersi, wąskiej talii i brązowawego, oleistego połysku, który ma – według niego oczywiście – ułatwić penetrację? Rozczarowanie rzeczywistością musi mieć fizyczny skutek. Naturalnie, dzisiaj każdy może połknąć pigułkę, ale ja nigdy nie potrzebowałem tego rodzaju wsparcia.

Oczywiście interesowałem się seksem, ale chłopcy, którzy mieli dziewczyny, zawsze wydawali mi się podejrzani. Bo, nie licząc seksu, po co komu dziewczyna?

Od czerwonego jak burak nauczyciela biologii i z rozpowszechnianych przez chłopców brudnych aluzji wiedziałem, że kobiety regularnie krwawią, co uznałem za obrzydliwe. Obce. Dlatego uczciwie uprzedziłem Alice, że w trakcie naszego małżeństwa nie chcę słyszeć o cyklach, miesiączkach, cystach, upławach oraz innych odrażających parafernaliach przypisanych jej płci i oddając jej sprawiedliwość, przyznaję, że nigdy mnie nimi nie obarczała. Comiesięczne „bóle głowy” mogę jeszcze tolerować, a jeśli od czasu do czasu będzie musiała pójść do szpitala na „mały zabieg”, to co z tego? Kochana Alice.

Na szkolnej potańcówce, zimą ostatniego roku szkoły, udało mi się wepchnąć język do ust dziewczyny. Koledzy mówili, że jeśli postawić jej lemoniadę, pozwoli się przelecieć. Dwóch zastosowało tę metodę, ponoć z dobrym skutkiem. Więc spróbowałem – na masce samochodu Buraczanej Gęby, tego od biologii – i podczas gdy inni tańczyli w sali do All Kinds of Everything Dany, moje ręce po raz pierwszy dotknęły kobiecych piersi, „balonów”, jak nazywano je w uczniowskiej gwarze. Ale dziewczyna bardzo mi to utrudniała. Musiałem ją prosić. Piersi, bez stanika, ciężkie i obwisłe, ciekawie oblegały moje rozgorączkowane palce. Pozwoliła mi je pocałować i nagle wszystko stało się śmiertelnie poważne, więc spróbowałem zapanować nad oddechem, aby zapobiec błyskawicznie zbliżającemu się orgazmowi i nie zabrudzić moich niemodnych spodni, ale kiedy moje ręce powędrowały w dół, dziewczyna pruderyjnie dała im klapsa z, jak podejrzewam, dobrze wyćwiczonym: „Każda dziewczyna musi wyznaczyć sobie granicę, a moja biegnie wokół talii”.

Odepchnęła mnie, poprawiła stanik, bluzkę, sweter i kurtkę (była zima), a ja, zdenerwowany i skonsternowany, spróbowałem pocałować ją w usta i sprawić, by zmieniła zdanie, lecz powiedziała, że jest zimno i wróciła do przesyconej hormonami sali. Chciałem za nią pójść i przeprosić, ale nie byłem pewny, co zrobiłem nie tak, wiedziałem tylko, że to ja czuję się bardzo nie tak, w dodatku przez nią. Zbity z tropu rozpłakałem się, wymłóciłem Ozyrysa, przekląłem tę głupią krowę i poczułem się lepiej. Mój pierwszy kontakt seksualno-przedseksualny. Nie wziąłem pod uwagę tego, że chłopcy lubią się przechwalać. Było oczywiste, że żaden nie pokonał jej drugiej linii obrony, a nawet się do niej nie zbliżył.

Rok później, gdy zacząłem uprawiać seks z dziewczynami z uniwersytetu, odnosiłem dużo większe sukcesy. Chociaż „rewolucja seksualna” z lat sześćdziesiątych dziwnym trafem ominęła Irlandię, w 1971 roku na kampusie było mnóstwo dziewcząt wykształconych i dociekliwych na tyle, by wiedzieć, że one też mają prawo do orgazmu i gotowych zrobić to, o czym czytały. Kultywowałem amerykańską tradycję zaliczania wszystkich czterech baz po kolei. Niezwykłe było chyba to, że niemal zawsze udawało mi się dotrzeć do czwartej, co szybko podniosło moją pewność siebie. Niektórzy koledzy prosili mnie delikatnie o radę, maskując prośbę żartobliwymi przekomarzankami, ale nie było w tym żadnej tajemnicy.

Z biegiem lat nauczyłem się je oczarowywać. Dla kogoś przystojnego i obdarzonego sarkastycznym poczuciem humoru nie jest to zbyt trudne. Zachowuj się tak, jakbyś w ogóle jej nie dostrzegał. A potem stopniowo zacznij okazywać zainteresowanie, jak ciekawemu okazowi w laboratorium. Trzymając się w bezpiecznej odległości, podźgaj ją trochę długim patykiem. Długo ją ignoruj, najlepiej z przerwami, aby zbadać, jak zareaguje, a potem porządnie nią potrząśnij. To niemal zawsze skutkuje.

Na uniwersytecie chodziłem z dziewczynami, dopóki mi nie uległy, ale zwykle rzucałem je, kiedy zaczynały wypytywać mnie o pochodzenie i rodzinę. Zdobyłem reputację tajemniczego samotnika i kobiety, z natury ciekawskie, sądziły, że uda im się tę tajemnicę rozwikłać. Nie wiem, może myślały, że mogą mi matkować? Ale ponieważ nie miałem matki, rzecz była bez znaczenia. Szybko wpadłem w rutynę: podejść, osaczyć, zdobyć, iść dalej. To zdumiewające, ile z nich próbowało mnie zawłaszczyć, kiedy tylko lądowaliśmy w łóżku; prawdopodobnie uważały, że jestem im winien jakąś część siebie. A ponieważ w moim życiu nigdy nie było kobiet, po prostu nie miałem pojęcia, co z nimi robić. Pewna dziewczyna, którą zostawiłem nad ranem chlipiącą w poduszkę, rzuciła we mnie kubkiem i nazwała mnie „sukinsynem”. Zemściłem się na niej już następnego wieczoru, idąc do łóżka z jej bliźniaczą siostrą.

Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Na pewno ich nie nienawidziłem, choć nie mogę powiedzieć, żeby z którąś łączyła mnie więź emocjonalna. Bo nie łączyła z żadną oprócz Laury.

Laura była nie lada wyzwaniem i to od samego początku. Kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz, szła przez kampus z dwiema koleżankami. Był zimny dzień, więc śmiały się i rozmawiały w delikatnej mgiełce oddechów. W zrobionym na drutach czerwonym wełnianym szaliku i długim trenczu, uśmiechnęła się i pomachała do mnie. Skonfundowany jej żywym temperamentem nie wiedziałem, jak zareagować, lecz nagle zareagował Michael Condell, z którym akurat szedłem. Zawołał do niej i gdy zdałem sobie sprawę, że machała do niego, poczułem się jak idiota.

Przedstawił mi ją jako swoją siostrę i przyznaję, że zaskoczyło mnie to, iż rodzeństwo może się tak bardzo różnić.

Nie ma to jak ironia losu. Prawda?

Potem próbowałem ją odszukać, lecz w przeciwieństwie do innych dziewcząt nie okazywała mi prawie żadnego zainteresowania. Mrocznie piękna, uparta, impulsywna, odważna i pełna życia, była rok niżej i studiowała francuski, filozofię i politykę. Umawiała się z rugbistami, bogatymi chłopakami, którzy jeździli własnymi samochodami. Nie miałem do nich startu, lecz im dłużej próbowałem ją zdobyć, tym częściej – przynajmniej na obrzeżach podświadomości – docierało do mnie, że nie chcę się z nią tylko przespać. Chciałem, aby zagościła w moim życiu na stałe i miałem nadzieję, że otaczająca ją złocista aura spłynie na mnie i dźwignie mnie na piedestał, na którym stała. Nawet teraz nie potrafię dokładnie powiedzieć, co ją wyróżniało. Chodziłem z wieloma pięknymi dziewczynami, ale żadna nie poruszyła we mnie owej hipotetycznej czułej struny. Może zafascynował mnie sposób, w jaki skrzyły się jej niebieskie oczy, kiedy się śmiała lub jej zdecydowany chód. A może jej pewność siebie, to, że znała swoje miejsce w świecie, podczas gdy my tylko udawaliśmy, że już je znamy.

Tak czy inaczej, moja taktyka nie przynosiła żadnego rezultatu. Laura po prostu mnie nie dostrzegała. Zdawałem sobie sprawę, że ubrania z lumpeksu i nędzna kawalerka, w której mieszkam, mi nie pomagają. Wiedziałem, że aby mieć jakiekolwiek szanse, muszę szybko coś zmienić, dlatego zaprzyjaźniłem się z Michaelem i zacząłem ją podrywać za jego pośrednictwem. Michael zapraszał mnie do domu na kolację, a wtedy siadałem naprzeciwko Laury i ignorując jej obecność, udawałem, że pochłania mnie rozmowa z jej matką albo z zafascynowaniem słuchałem jej ojca przynudzającego o rododendronach. Gdy w zawoalowany sposób zapytano mnie o rodziców, odparłem, że ojciec często wyjeżdża za granicę w bliżej niesprecyzowanych ważnych sprawach i że mamy dom na wsi, który kiedyś odziedziczę. Odpowiedź była na tyle enigmatyczna i wymijająca, że więcej tego nie drążono. A Laura wciąż na mnie nie zważała.

Dlatego zmieniłem taktykę i zacząłem zwracać na Laurę uwagę, uwzględniając ją w planach naszej paczki, interesując się jej studiami, oferując pomoc przy pisaniu esejów i zapraszając ją na drinka w gronie kumpli. Czasem ostrożnie wypytywałem o nią Michaela, ale zawsze reagował z obrazą w głosie. Pewnie był o nią zazdrosny. Nie znałem bardziej oczywistego geja, choć nigdy głośno nie mówiono o jego orientacji. Potem, we Francji, próbowałem pomóc mu przejść na stronę heteryków, bo naprawdę wierzyliśmy wtedy, że to możliwe. A może nie wierzyliśmy, tylko nie chcieliśmy się z tym pogodzić. Podobałem mu się. Co zupełnie mi nie przeszkadzało. Był pożyteczny. Ja też go lubiłem, lecz nie tak, jak by chciał. Dzięki braterskiej trosce, jaką otaczał siostrę, mogłem zbliżyć się do Laury, chociaż wciąż stawiała opór wszystkim moim uwodzicielskim sztuczkom.

 

W końcu, zainspirowany lekturą Cyrano de Bergeraca, którego akurat przerabialiśmy, postanowiłem napisać do niej list miłosny. Spłodziłem więcej szkiców tego listu niż którejkolwiek z moich książek. Były wersje kwieciste, była koszmarna rymowanka, którą zerżnąłem z Keatsa, była wersja z Szekspirowskim sonetem, ale w końcu napisałem po prostu, co do niej czuję, jaka jest piękna, że przywodzi uśmiech na moje usta i mam nadzieję, że kiedyś pozwoli się zaprosić na kolację. Ze wszystkiego, co kiedykolwiek wyszło spod mojego pióra, z tego tekstu jestem najbardziej dumny. Był szczery i uczciwy.

Wysłałem list i gdy dwa dni później wychodziłem z audytorium, zobaczyłem, że Laura na mnie czeka. Wzięła mnie pod rękę, owinęła nasze szyje czerwonym szalikiem i cmoknęła mnie w policzek. Jeśli to przyprawiające o zawrót głowy ciepłe uczucie jest oznaką miłości, to ją wtedy pokochałem.

Zaloty były niespieszne, słodkie i delikatne. Pozwoliłem jej dyktować tempo. Z powodów praktycznych musiałem ostudzić jej ewentualne zainteresowanie moją rodziną, powiedziałem więc, że mieszkam u surowej ciotki, co wykluczało możliwość spotkań w moim domu, ale jej nie interesował ani mój dom, ani moja przeszłość, ani rodzice. Uznawszy, że ze sobą chodzimy, interesowała się wyłącznie mną. Mną. W ciągu kilku krótkich miesięcy staliśmy się złotą parą, a ja pławiłem się w jej blasku. Nie byłem już niechlujem w używanej kurtce próbującym załapać się czasem na seks.

Gdy w końcu wylądowaliśmy w łóżku, wszystkie moje dotychczasowe przeżycia seksualne poszły w niepamięć. Początek marca, popołudnie w domu jej rodziców, zimne słońce, cienie na wyłożonej płytkami podłodze, herbata w porcelanowych filiżankach i my, ramię w ramię oparci o kuchenkę. Rozmawialiśmy o wakacyjnych planach i zasugerowała, żebyśmy wyjechali z Dublina, żeby „mieć odrobinę prywatności”. Powiedziała to, przeszyła mnie wzrokiem i szybko spuściła oczy. Wiedziałem, o co chodzi, lecz postanowiłem się z nią podroczyć. „Prywatności? – spytałem. – Po co?”, i odgarnąwszy kosmyk włosów z jej oczu, delikatnie pocałowałem ją w usta. Zareagowała dość anemicznie, ale tylko w pierwszej chwili, bo zaraz odwróciła się na pięcie i stanęła twarzą do mnie. „Wracają dopiero o czwartej”, rzuciła, po czym wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do mieszczącej się na piętrze sypialni. Tam szybko się rozebraliśmy, po czym zanurkowaliśmy pod kołdrę, wstydliwi i nieśmiali. Nie wychodziliśmy spod niej dwie godziny, dotykając się czule i wzajemnie smakując, a kiedy w nią wszedłem, jak ostatni idiota pomyślałem, że życie jest piękne i wszystko będzie dobrze.

Pewnie się oszukiwałem. Myślałem, że ją kocham, a ona kocha mnie, że jesteśmy prawdziwymi, porządnymi, dorosłymi ludźmi dzielącymi prawdziwe uczucia, i chociaż wcześniej cieszyłem się, że wszyscy nam zazdroszczą, teraz po prostu żałowałem, że nie było im dane zaznać tego, czego zaznaliśmy my. Dzięki niej stałem się dobry i nie wyobrażałem sobie, żeby kiedykolwiek pojawił się ktoś, kogo mógłbym pokochać tak jak ją. Byłem okropnie niedojrzały.

Gdybyśmy tylko nie pojechali do Francji latem 1973 roku...

Dziewięć lat później poznałem Alice. Nie umywała się do Laury, ale wtedy już wiedziałem, że nigdy nie zasługiwałem na kogoś takiego jak ona. Alice była prosta, lojalna, dyskretna i życzliwa. Była schronieniem przed dręczącymi mnie koszmarami. Nie wzbudzała we mnie takich namiętności jak Laura, lecz jeszcze trzy miesiące temu dobrze nam się żyło. Ona uzupełniała mnie, a ja ją.

Odbicie Alice Barneyowi Dwyerowi nie stanowiło żadnego problemu. Barney należał do oferm życiowych i chodząc z Alice, grał nie w swojej lidze. Wciąż zdumiewa mnie, co ona w nim widziała. Czy miałem wyrzuty sumienia? Raczej nie. Na wojnie i w miłości wszystkie chwyty są dozwolone, wszystko jest sprawiedliwe. Prawda? Otóż nie, nieprawda. To największe, najbardziej szkodliwe kłamstwo, jakie kiedykolwiek wymyślono. Co za absurd. W życiu i miłości nic nie jest sprawiedliwe i zmarnowałem mnóstwo czasu, pragnąc, żeby było inaczej.

Alice nie miała zbyt wielkich oczekiwań, dlatego bez żadnego trudu oczarowałem ją, uwiodłem i poślubiłem. Łatwo uległa. Barney nie miał żadnych szans. Po prostu byłem lepszy. A on dobrze o tym wiedział.

Naturalnie wszyscy myśleli, że ożenię się z kobietą bardziej towarzyską, „rozrywkową”, kimś takim jak Laura, ale mnie nie znali. Nikt mnie nie zna. Wybrałem Alice.