Powrót Anny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

AFTER ANNA

Copyright © 2018 by Smart Blonde, LLC.

All rights reserved.

Projekt okładki

Rob Grom

Zdjęcie na okładce

© Don Spiro/Getty Images;

Catchlight Visual Services/Alamy/Indigo Images;

Francesco Carta/Alamy/Indigo Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-686-2

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Franceski z wyrazami miłości

Trzy osoby mogą dochować tajemnicy, jeśli dwie z nich nie żyją.

Benjamin Franklin

Nie wierzcie ludziom patrzącym prosto w oczy. Musicie wejrzeć głębiej. Zobaczyć, co ich dręczy. Co ukrywają.

Sam Shepard,

Curse of the Starving Class

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NOAH − PO

DZIESIĄTY DZIEŃ PROCESU

Doktor Noah Alderman obserwował sędziów przysięg­łych wchodzących na salę sądową z wyrokiem, który go uwolni albo skaże za morderstwo z premedytacją. Żadne nie spojrzało mu w oczy. Zły znak.

Noah skrywał swoje uczucia. W gruncie rzeczy decyzja przysięgłych nie miała większego znaczenia. Już stracił wszystko, co kochał. Żonę Maggie i syna Caleba. Partnerstwo w prosperującej przychodni lekarskiej. Dom. Życie zadowolonego tatusia z przedmieścia, w sobotnie poranki załatwiającego sprawunki z synem. Jeździli do supermarketów i centrów ogrodniczych po wszystko, czego potrzebowała Maggie. Ziemia do doniczek, środek odstraszający jelenie, mulcz. Noah nigdy nie kupił dość mulczu i zawsze musiał jechać po więcej. Prawdę mówiąc, tęsknił za mulczem.

Sędziowie przysięgli zajęli miejsca, przewodniczący wręczył kartkę z wyrokiem urzędnikowi sądowemu. Noah w końcu pozna swój los, taki lub inny. Niepewność wisiała nad jego głową w każdej minucie procesu i wcześniej przez niemal siedem miesięcy spędzonych w więzieniu hrabstwa Montgomery. To nie był zły czas, przebiegał „gładko”, jak mawiali osadzeni, bo Noah został więziennym lekarzem, badał opuchnięte dziąsła, artretyczne przeguby i uparte zakażenia gronkowcem złocistym. Trzymał głowę schyloną i ukrywał emocje. Dość szybko zaczął je ukrywać także przed sobą, tak jak teraz.

Sędzia Gardner odebrał kartkę od urzędnika sądowego, co wywołało poruszenie na galerii zatłoczonej widzami i dziennikarzami. Sędzia włożył okulary i przebiegł wzrokiem treść wyroku. Jego pobrużdżona zmarszczkami twarz nic nie zdradzała.

Siedzący obok Noaha jego obrońca, Thomas Owusu, poprawił się na krześle. Przygotował solidną obronę i był nie tylko prawnikiem, lecz także przyjacielem. Ale najlepszą przyjaciółką Noaha była jego żona Maggie. To znaczy w przeszłości. Przed.

Obejrzał się, by sprawdzić, czy przyszła na odczytanie wyroku. Widząc to, ludzie na galerii się wzdrygnęli. Nienawidzili go. Znał powód.

Poszukał Maggie w ławach. Nie znalazł jej, więc się odwrócił. Nie miał pretensji o tę nieobecność. Żałował, że nie może jej powiedzieć, jak bardzo mu przykro, chociaż i tak by mu nie uwierzyła. Już nie.

– Oskarżony, proszę wstać. − Sędzia Gardner zdjął okulary i odłożył na bok kartkę.

Noah podniósł się i poczuł, jak nogi się pod nim uginają. W sali zapadła niczym niezmącona cisza, niemal słyszał bicie swojego serca. Zaraz się dowie. Winny czy niewinny. Więzienie czy wolność. Jeśli uznali go za winnego, może dostać wyrok śmierci.

Żałował, że nie da się cofnąć czasu, zmienić swoich decyzji aż do tej chwili. Popełnił wiele błędów. Jego życie eksplodowało niczym fajerwerki rzucone na grill, od czego zapaliły się meble na tarasie i zajął dom, aż w końcu wszystko pochłonął ogień.

Cały jego świat legł w gruzach.

A zaczęło się od Anny.

ROZDZIAŁ DRUGI

MAGGIE − PRZED

– Anno, to naprawdę ty? − Maggie miała ochotę krzyczeć z radości. Jeszcze nie dowierzała, że to dzieje się w rzeczywistości. Modliła się, by pewnego dnia Anna przysłała wiadomość. To była jej ostatnia myśl przed zaśnięciem, chociaż zachowywała ją dla siebie, nie zdradzała przed nikim tego sekretnego bólu serca.

– Tak, to ja. Hm, cześć…

– O Boże, bardzo się cieszę, że dzwonisz! − Oczy Maggie wypełniły się łzami. Pospiesznie wyjęła serwetkę z szuflady, żeby je wytrzeć, ale tama już puściła. To był sen, który się ziścił. Nie mogła się doczekać, aż powie Noahowi. Był na podwórku z Calebem, sadzili róże.

– Miałam nadzieję, że się ucieszysz z mojego telefonu.

– Oczywiście, że tak! To niesamowite! − Gardło Maggie się zaciskało, z nosa wylatywały bąbelki, czego serdecznie nie cierpiała. Była królową płaczu z gilami, jeszcze brzydszego od zwykłego płaczu.

– Zdaję sobie sprawę, że mój nagły telefon może wydać się dziwny.

– Nieprawda, to cudowne, niesamowite! Jesteś moją córką! Dzwoń, kiedy chcesz! − Maggie przycisnęła serwetkę do oczu. Po raz ostatni widziała Annę jako zaledwie półroczne niemowlę. To się wydarzyło siedemnaście lat temu, w najmroczniejszym okresie życia, który Maggie spędziła w szpitalu. Wszystko zaczęło wracać, posępna przeciwwaga dla jej uniesienia.

Nie mogę spać, chociaż jestem wyczerpana.

– Hm, mamo, nie byłam pewna, jak się do ciebie zwracać. „Mama” będzie w porządku?

– Tak, w porządku! „Mama” jest bardziej niż w porządku! − Maggie miała ochotę skakać, ale się powstrzymała. Mama. Nigdy nie marzyła, że usłyszy to słowo z ust Anny. Nikt dotąd tak jej nie nazywał. Caleb mówił do niej „Mag”.

– To super. Chyba ci nie przeszkadza, że dzwonię w święta.

– Jasne, że nie! − Maggie wydmuchała nos, starając się nie wydawać dziwnych odgłosów do słuchawki. – Jak spędzasz święta? Jesteś u taty? − Zachowała lekki ton, choć nienawidziła swojego byłego męża Floriana. To on stał za decyzją Anny, żeby zerwać kontakt z Maggie, co trwale rozdzieliło matkę i córkę.

– Zostanę w szkole.

– Och. − Maggie zrobiło się żal córki spędzającej święta bez rodziny. − Przygotowali coś specjalnego?

– Nie, prawie wszyscy wyjechali na ferie.

– Rozumiem. − Maggie usiłowała pozbierać myśli, siadając przy kuchennej wyspie. Słońce połyskiwało na granitowym blacie, białym z czarnymi i szarymi cętkami. Wielkanocny koszyk Caleba z jajkami Cadbury i żelkami stał obok niedzielnej gazety, w powietrzu wciąż unosił się zapach bananowych naleśników, które jedli na śniadanie.

Tracę na wadze, choć wcale się nie odchudzam.

– Anno, powiedz, co u ciebie? Jak sobie radzisz? Opowiesz mi o całym swoim życiu?

– No, nie wiem. − Anna zachichotała. – Skoro tego chcesz.

– Chcę, bardzo chcę! − Maggie poprawił się nastrój. − Możemy przecież spróbować, prawda?

– Chyba tak.

– Jasne, że tak. Mów, co u ciebie! − Maggie oddałaby wszystko, żeby odnowić więź z Anną. Walczyła o wspólne prawo do opieki, ale Florian zapisał Annę do snobistycznej francuskiej szkoły z internatem, a francuskie sądy wydawały wyrok na niekorzyść Maggie. Kiedy starała się o prawo do wizyt, Anna przysłała jej list, w którym napisała, że nie chce się z nią spotykać. Maggie uszanowała tę prośbę, chociaż to złamało jej serce.

– W sumie w porządku. Moje życie… jest dobre. − Anna zachichotała.

– Moje też! Cóż za zbieg okoliczności! − Maggie także się roześmiała. − Jak nowa szkoła?

– Nie tak dobra. I nie jest nowa.

– Jesteś już w liceum, prawda? − Dwa lata temu Florian, zgodnie z nakazem sądowym, poinformował Maggie, że Anna wróciła do Maine, by uczyć się w Congreve, elitarnej szkole z internatem. Do szaleństwa doprowadzała ją myśl, że Florian uzyskał prawo do opieki nad córką po to tylko, by wysłać ją do internatu. Wyczuwała, że nie odwiedzał Anny, bo choć miała ograniczony dostęp do mediów społecznościowych córki, nigdy nie zobaczyła tam wzmianki o Florianie, nawet w Dzień Ojca. Torturując siebie, zawsze też zaglądała na profil Anny w Dzień Matki.

– Tak, ale minęły już trzy lata. Chciałam chodzić do liceum w Stanach.

– Jak ci się podoba Congreve? Widziałam ich stronę, tam jest ślicznie!

– Niewiele jest do powiedzenia. To szkoła. − Anna zamilkła, więc Maggie pospiesznie zmieniła temat.

– Więc został ci tylko rok do matury! Mów, co dalej? College?

– Tu mają na tym punkcie obsesję. Uczennice Congreve dostają się na uniwersytety z Ivy League. A ja mam całkiem dobre oceny i średnią trzy i siedem dziesiątych.

– Bardzo się cieszę! − Maggie do oczu napłynęły świeże łzy wywołane mieszaniną radości i wyrzutów sumienia. Anna zasługiwała na najwspanialszą przyszłość.

Słyszę dźwięki i głosy.

– Jest dobrze, ale nie celująco, wiesz.

– Mimo to! Jestem z ciebie dumna!

Czuję się winna i wstyd mi za siebie.

– Dziękuję. − Głos Anny poweselał. − Podobają mi się twoje listy. To takie staroświeckie, kiedy przychodzą prawdziwe listy, a nie mejle.

– Jestem szczęśliwa, że je czytasz! − Maggie pisała do Anny raz w miesiącu, uznała bowiem, że jednostronna komunikacja jest lepsza niż żadna. Nie miała wyboru, musiała korzystać ze zwykłej poczty, skoro nie znała ani adresu mejlowego, ani numeru komórki Anny.

 

– Przepraszam, że nie odpisywałam. Powinnam była.

Maggie się wzruszyła.

– Wszystko w porządku, nie musiałaś.

– Wręcz przeciwnie. Zachowałam się niegrzecznie.

– Wcale nie, skarbie! − Maggie usłyszała, jak słowo „skarbie” naturalnie wychodzi z jej ust. − Nie przejmuj się tym!

– I dziękuję za kartki na urodziny.

– Wysyłam je z radością. Świętuję twoje urodziny w myślach. To szaleństwo! − Maggie skrzywiła się, słysząc samą siebie. Szaleństwo.

Nie mogę powiedzieć mężowi, jak się czuję.

– Mam wszystkie te kartki.

– Ojej, to bardzo miło z twojej strony. Naprawdę słodko. − Maggie z trudem przełknęła ślinę, myśląc o urodzinach Anny przypadających szóstego marca. Poród był skomplikowany, zakończył się nieplanowaną cesarką, ale Maggie nie wracała myślami do tamtych godzin ani do tego, co wydarzyło się później. Przez całe życie najbardziej pragnęła córeczki.

– Pamiętasz tamten granatowy polar, prezent od ciebie na Boże Narodzenie?

– Jasne! Podobał ci się? Pasował? − Maggie zawsze wysyłała prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. Musiała się domyślać właściwego rozmiaru, kupowała M. Na kontach społecznościowych Anny wiele było nastrojowych zdjęć Congreve, ale strony miały włączone ustawienia prywatności, a z informacji na portalu szkoły wynikało, że dyrekcja nieprzychylnie odnosi się do selfie i innych osobistych fotografii.

– Tak, ciągle go noszę. Kierownik mojego internatu uważa, że ten polar sam chodzi.

– Pomyślałam: Maine, no nie? Jest zimno. − Maggie się zastanawiała, kim jest kierownik internatu Anny, jak wygląda jej pokój, lekcje, przyjaciele. Straszne jest to odcięcie od życia córki. Jakby amputowano jej kończynę, ale nikt nie miał o tym pojęcia. Z pozoru Maggie sprawiała wrażenie kompletnej, w duchu wiedziała jednak, że to nieprawda.

Nigdy nie przypuszczałam, że tak będę się czuła.

– No i gratulacje z okazji ślubu.

– Dziękuję. − Maggie zakładała, że Anna wie o tym z listów od niej. Może Annie powtórny ślub matki się nie podobał, choć ton jej głosu na to nie wskazywał. − Noah jest rewelacyjnym facetem, pediatrą alergologiem. Pracuję na godziny w jego gabinecie, zajmuję się rozliczeniami i mam dziesięcioletniego pasierba Caleba.

– Brzmi super.

– I jest super. − Maggie mówiła szczerze. Była szczęśliwa z Noahem, mężczyzną serdecznym, błyskotliwym i godnym zaufania. Od śmierci żony, która cztery lata temu zmarła na raka jajników, sam wychowywał syna. Maggie poznała go na siłowni, zakochali się w sobie i dwa lata temu pobrali. Uwielbiała dziesięcioletniego Caleba. Był inteligentnym chłopcem, ale nieśmiałym, bo cierpiał na apraksję, zaburzenia mowy.

– Caleb jest przesłodki i… uch, sama się wkopałam. − Anna się zaśmiała. − Śledzę cię na Facebooku.

– Ha! Ja ciebie też śledzę. − Zachwycona Maggie wybuchnęła śmiechem. Wiele razy chciała wysłać córce zaproszenie do grona przyjaciół, ale nie miała pojęcia, co Anna powiedziała znajomym o matce.

Mojemu maleństwu będzie lepiej beze mnie.

Anna odchrząknęła.

– Powinnam przejść do rzeczy. Zastanawiałam się, czy miałabyś może ochotę spotkać się ze mną. Na przykład na kolacji? Tutaj albo w Pensylwanii?

– Z radością! − Maggie wytarła oczy. To było więcej, niż mogłaby marzyć. − Przyjadę do ciebie, tak będzie łatwiej! W każdym miejscu i o każdej porze, ty decyduj.

– Dobrze. Co powiesz o kolacji w piątek?

– W tym tygodniu? − Maggie z emocji skoczyła na równe nogi. − Jasne, oczywiście! Tak się cieszę!

– Super! − W głosie Anny brzmiało zadowolenie. − Nie miałam pojęcia, czy będziesz chciała. Tata powiedział, że się nie zgodzisz.

– Oczywiście, że chcę! − Maggie powstrzymała się od obrzucenia obelgami Floriana. Usiłowała być lepsza, nie poddawać się rozgoryczeniu, jak radził jej dawny terapeuta. Zresztą teraz, po latach, nic by jej to nie dało. Florian wykorzystał jej chorobę, by ukraść Annę.

Miewam myśli o zrobieniu sobie krzywdy.

– Cieszę się, że zapytałam. Bo właściwie chciałabym się dowiedzieć, co się stało. Z tobą.

– Jasne. − Maggie się zarumieniła. Wstyd zawsze palił ją pod skórą. − Anno, powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Na pewno masz mnóstwo pytań i zasługujesz na odpowiedzi.

– Dobrze. W mieście jest wegetariańska knajpka, może być?

– Super! − Maggie poprawił się nastrój. − Anno, doceniam, że zadzwoniłaś. To musiało być trudne. Jesteś bardzo odważna.

– Ach, dziękuję. Prześlę esemesem adres restauracji. Dobrze, do zobaczenia, mamo.

„Mamo”. Serce Maggie znowu wypełniła radość.

– Do zobaczenia, skarbie.

Miewam myśli o zrobieniu krzywdy mojemu dziecku.

Rozłączyła się i wydała triumfalny okrzyk.

– Noah! − krzyknęła, biegnąc do kuchennych drzwi.

ROZDZIAŁ TRZECI

NOAH − PO

DZIEWIĄTY DZIEŃ PROCESU

Noah był sam na parterze sądu w jednym ze strzeżonych pomieszczeń. Ława przysięgłych obradowała od dwóch dni i czekanie zżerało go żywcem. Na początku Thomas przypuszczał, że obrady potrwają najwyżej dzień, i teraz od czasu do czasu wpadał do Noaha, co ten doceniał, nie wiedząc, jak długo jeszcze będzie mógł przebywać w kulturalnym towarzystwie. Może utraci taką szansę na zawsze. Jeśli go skażą, nie wróci do „łatwego” więzienia hrabstwa Montgomery. Trafi do więzienia o zaostrzonym rygorze, takiego jak Graterford. O ile nie dostanie kary śmierci.

Starał się teraz o tym nie myśleć. Musiał mieć nadzieję. Nie wiedział, co postanowi ława przysięgłych. Może uznają go za niewinnego. To się zdarzało. Ludzie codziennie wychodzili wolni z sądu. Nie mógł kontrolować ławy przysięgłych, usiłował więc znaleźć się w miejscu akceptacji, co było ulubionym zwrotem przytłoczonego nadmiarem obowiązków pracownika socjalnego w więzieniu, który prowadził badania medyczne i psychoterapię grupową. Noah dostał „zestaw narzędzi do radzenia sobie”, mających mu pomóc w dotarciu do „miejsca akceptacji”. Problem polegał na tym, że te narzędzia teraz nie działały.

Nagle drzwi się otworzyły i urzędnik sądowy wpuścił Thomasa. Adwokat wypełnił małą salkę swoją potężną postacią. Miał sto dziewięćdziesiąt sześć centymetrów wzrostu i był zbudowany jak zaliniowy, na której to pozycji grał na studiach w Cheney; jego postura i osobowość nakazywały uwagę zebranym w każdej sali sądowej. Teraz wyraziste rysy Thomasa: okrągłe oczy, wielki nos i uśmiech od ucha do ucha, tryskały optymizmem. Klasnął mięsistymi dłońmi.

– Wspaniała wiadomość, stary!

– Jaka? − Noah poprawił się na metalowej ławie przymocowanej do ściany.

– Urocza Linda bardzo się denerwuje. Zapytaj dlaczego. Odpowiedź? Bo wygłosiłem miażdżącą mowę końcową. − Thomas uśmiechał się szeroko, a kiedy rozpostarł ręce, na potężnej klatce piersiowej napięły się szwy doskonale uszytej grafitowej marynarki.

– I co? − Noah poczuł ukłucie nadziei. „Urocza Linda” była przezwiskiem, które Thomas nadał zastępczyni prokuratora okręgowego, Lindzie Swain-Pettit. Wszystkim w sali sądowej nadał przezwiska, także członkom ławy przysięgłych.

– Martwi się, że obrady trwają tak długo. Chce zawrzeć ugodę.

– Żadnych ugód, już mówiłem. − Noah nie wiedział, czego się spodziewać. Kawalerii?

– Nie, tym razem posłuchaj uważnie. Wymusiłem atrakcyjniejszą ofertę. − Thomas usiadł obok Noaha. Przestał się uśmiechać i przymrużył z natężeniem oczy jak mikroskop skupiający się na obiekcie.

– Żadnych ugód.

– Czekaj. − Thomas uniósł rękę. − Jesteś oskarżony o zabójstwo z premedytacją. Grozi ci dożywocie bez albo kara śmierci. To możliwe.

– Wiem. − Noah przywykł do tego slangu. Dożywocie bez oznaczało „bez możliwości zwolnienia warunkowego”.

– Jeśli jednak przyznasz się do zabójstwa trzeciego stopnia, Urocza Linda zgadza się na dwadzieścia lat.

– Nie.

W oczach Thomasa błysnęło niedowierzanie.

– Noah, skłoniłem ją, żeby zrezygnowała z czterdziestu lat, kary maksymalnej.

– Nie. − Noah nawet nie musiał się zastanawiać. Wiedział, co czuje.

– Noah, nie słuchasz. Jasne, wygłosiłem rewelacyjną mowę końcową, ale nie trać zdrowego rozsądku, cholera jasna. To, że przysięgli wciąż obradują, nie znaczy, że są po twojej stronie. Może któremuś z nich nie chce się wracać do pracy. Pada śnieg, może inny nie ma ochoty iść do domu i machać łopatą na podjeździe. Nie wiesz tego. Nie możesz ryzykować. Przyjmij ugodę.

– Nie.

– Zniszczyła cię, gdy składałeś zeznania. To było tak, jakby miotacz z pierwszej ligi wziął zamach na twoją głowę. Nie wierzyłem, że wciąż trzymasz się na nogach. Chciałem ci posłać nosze.

– Mimo to nie. − Noah nie docenił, czym będzie krzyżowy ogień pytań ze strony doświadczonej prokuratorki. Myślał, że po prostu opowie swoją historię.

– To tak, jakbyś pragnął śmierci. Pragniesz śmierci, Noah?

– Nie − zaprzeczył Noah, choć prawda brzmiała „tak”, a przynajmniej „może”.

– Noah. − Thomas zaczerpnął powietrza, jego podobna do beczki klatka piersiowa się rozszerzyła; próbował się uspokoić. − Błagam cię, przyjmij ugodę.

– Nie mogę.

– Dlaczego? Bo się przyznasz? A kogo to obchodzi? Już ci mówiłem, twoja wina czy jej brak nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to, czy Linda zdołała przekonać ławę przysięgłych, że to zrobiłeś, a zapewniam cię, że zdołała.

– Mimo to. − Noah już wcześniej słyszał ten wykład. − Thomasie, w plutonie egzekucyjnym w jednej broni jest ślepy nabój. Wiesz dlaczego? Żeby wszyscy żołnierze z tego plutonu mogli spać spokojnie, mówiąc sobie: „Istnieje możliwość, że tego nie zrobiłem”.

– Do czego zmierzasz?

– Jeśli się przyznam, Maggie nigdy nie będzie w stanie zasnąć. To zniszczy jej życie. Nie mogę jej tego zrobić.

– Ale musisz myśleć o sobie. Ona o tobie nie myśli. Ty musisz myśleć o sobie.

– Nie byłbym w stanie zasnąć ze świadomością, co jej zrobiłem.

– Człowieku, oni cię skażą!

– Przynajmniej będzie mogła sobie mówić, że tego nie zrobiłem. Nie usłyszy ode mnie przyznania się do winy. To samo dotyczy Caleba. Jemu też nie mogę tego zrobić. Już i tak go prześladują.

– Ale jeśli to oznacza, że wyjdziesz wcześniej? Ile lat ma teraz Caleb?

– Dlaczego myślisz, że będzie chciał mnie widzieć, kiedy przyznam się do popełnienia morderstwa?

– I tak może nie będzie chciał! − Thomas wyrzucił w górę umięśnione ramiona.

– Jeśli się przyznam, mam to jak w banku. Cóż, mówiłem już o skutkach. Nie zrobię tego.

– To twoje życie.

– Muszę brać pod uwagę nie tylko swoje życie, ale także życie Maggie i Caleba.

– Jesteś szlachetny.

– Jestem mężem i ojcem.

– Właśnie dlatego wolę zostać singlem. − Thomas prychnął. − Noah, postępujesz wbrew zaleceniom własnego prawnika. Jakie zdanie miałbyś o pacjentach, którzy tak się zachowują?

– Moi pacjenci mają osiem lat. A gdyby ojciec albo matka nie skorzystali z moich zaleceń, uznałbym, że mają ku temu powody. − Noah zachęcał rodziców, żeby starali się o drugą opinię. Sam doskonale to rozumiał. Caleb późno zaczął gaworzyć, a mając półtora roku, z trudem powtarzał słowa w rodzaju „mama” i „tata”. Noah podejrzewał, że to dziecięca apraksja mowy, choć trudno ją rozpoznać u dzieci w wieku przedszkolnym. Pediatra się z nim nie zgadzał, ale okazało się, że to Noah miał rację.

– Gdyby to wyszło w trakcie apelacji, uznano by, że zaniedbałem swoje obowiązki.

– Nie martw się. Nie zamierzam składać apelacji. Dzięki za starania. Doceniam.

– Cholera jasna, twardziel z ciebie. − Thomas skrzyżował ręce.

– Musisz dotrzeć do miejsca akceptacji − odparł Noah, niczego nie wyjaśniając.