Idealna rodzinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

W przytłumionym świetle warsztatu instrumentów muzycznych Lucy obraca w rękach skrzypce.

Układa je pod brodą i szybko wygrywa trzy oktawy w tonacji A-dur oraz arpeggio, sprawdzając jakość dźwięku i nasłuchując wszelkich wilczych tonów.

W końcu uśmiecha się szeroko do monsieur Vincenta.

– Niesamowite. Brzmią jeszcze lepiej niż przedtem – mówi do niego po francusku.

Ciepło wlewa jej się do serca. Przez te okropieństwa spania na ławkach albo pod wiaduktami nie zdawała sobie sprawy, jak ciężko jej się żyło z dala od tego instrumentu i jak wiele gniewu kisiła w sobie jeszcze do tych pijanych kretynów, którzy go zniszczyli. Co więcej, dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo brakowało jej grania.

Odlicza umówioną kwotę i kładzie banknoty na ladzie, a monsieur Vincent wypisuje jej rachunek, odrywa go i podaje. Następnie sięga po dwa lizaki z pojemnika przy kasie i wręcza dzieciom.

– Opiekuj się mamą i siostrą – mówi do Marca.

Po wyjściu przed sklep, gdzie powietrze powoli traci temperaturę, Lucy zdejmuje folię z lizaka Stelli i oddaje go jej. Potem idą w stronę centrum turystycznego, dzieci zajmują się swoimi słodkościami, a pies obwąchuje rozgrzany chodnik w poszukiwaniu porzuconych kości kurczaka albo resztek roztopionych lodów. Lucy nadal nie ma apetytu. Spotkanie z Michaelem zupełnie odebrało jej ochotę na jedzenie.

Przybyli już turyści, którzy jedzą wcześniej niż inni: starsi i ci z małymi dziećmi. Z tymi jest trudniej. Późniejsi goście pili alkohol i nie wstydzą się podejść do kobiety w zwiewnej spódnicy z woalu i koszulce na ramiączkach, z opalonymi i żylastymi rękami, dużymi piersiami, kolczykiem w nosie i bransoletką na kostce, a także dwójką pięknych, zmęczonych dzieci, które siedzą w cieniu za nią na macie do jogi razem z wyliniałym psem rasy Jack Russell terrier. Ich uwagi nie odciągają drażliwe dzieci, które już dawno powinny leżeć w łóżku. Ani też nie zastanawiają się cynicznie, czy wyda pieniądze na alkohol i narkotyki, czy dzieci i pies są tylko dla show, czy pobije je po powrocie do domu, jeśli nie zarobi wystarczająco dużo pieniędzy. Przez lata słyszała już chyba wszystko. Oskarżano ją o każdą z tych rzeczy. Ma teraz bardzo grubą skórę.

Wyciąga z plecaka kapelusz. Marco kiedyś nazywał go „kapeluszem na pieniądze”, ale teraz mówi o nim „kapelusz żebraków”. Nie cierpi go.

Lucy kładzie go na ziemi przed sobą i podnosi wieko futerału. Ogląda się, żeby zobaczyć, czy dzieci zajęły swoje miejsca. Marco ma książkę do czytania. Stella już koloruje obrazki. Marco ze znużeniem podnosi wzrok.

– Jak długo tutaj będziemy?

Tyle ma już w sobie nastoletniego buntu, a przecież jeszcze wiele miesięcy dzieli go od trzynastych urodzin.

– Tak długo, jak trzeba, żebym zarobiła pieniądze na tydzień w Blue House.

– Czyli ile?

– Piętnaście euro za noc.

– Nie rozumiem, dlaczego nie możesz po prostu poprosić mojego taty o pieniądze. Przecież go stać. Mógłby spokojnie dać jeszcze stówę.

– Marco. Przecież wiesz dlaczego. A teraz, proszę, daj mi pracować.

Chłopiec cmoka i unosi brwi, ale zaraz zagląda do książki.

Lucy układa skrzypce, wystawia prawą nogę przed siebie, zamyka oczy, wciąga głęboko powietrze i zaczyna grać.

To dobry wieczór; burza z poprzedniej nocy oczyściła powietrze, nie jest już tak gorąco i ludzie są bardziej zrelaksowani. Bardzo dużo ich przystaje, by popatrzeć na Lucy. Gra The Pogues i Dexys Midnight Runners; w czasie samego tylko Come On Eileen do jej kapelusza, według szacunkowych obliczeń, trafia piętnaście euro. Ludzie tańczą i uśmiechają się; para trzydziestolatków daje jej dziesięć euro, bo właśnie się zaręczyli. Starsza kobieta wrzuca pięć, bo jej ojciec kiedyś grywał na skrzypcach i Lucy przypomniała jej szczęśliwe dzieciństwo. Do dziewiątej trzydzieści ma już na koncie trzy lokalizacje i prawie siedemdziesiąt euro.

Zbiera dzieci, psa, bagaże. Stelli już się zamykają oczy i Lucy tęskni za dniami, kiedy mogła ją po prostu włożyć do wózka na koniec wieczoru, a potem przełożyć prosto do łóżka. Teraz musi ją obudzić, zmusić do marszu i pilnować się, by nie krzyczeć na małą, gdy ta jęczy, że jest zbyt zmęczona.

Blue House znajduje się raptem dziesięć minut drogi stąd, w połowie wysokości wzgórza prowadzącego do Castle Park. To długi i wąski budynek, pierwotnie pomalowany na niemowlęcy niebieski kolor. Niegdyś był to elegancki małomiasteczkowy dom, który stanął tu dla śródziemnomorskich widoków, lecz teraz farba odłaziła i poszarzała, okiennice popękały, a rynny porósł bluszcz. Zbudował go w latach sześćdziesiątych mężczyzna o imieniu Giuseppe, doprowadził do ruiny, po czym sprzedał człowiekowi, który wypełnił wnętrze wędrowcami: po jednej rodzinie na pokój, wspólne łazienki, karaluchy, żadnych udogodnień, płatne tylko gotówką. Nowy właściciel pozwala Giuseppe mieszkać w kawalerce na parterze i wypłaca mu skromną pensję w zamian za zarządzanie i konserwację.

Giuseppe uwielbia Lucy. „Gdybym miał córkę – powtarza ciągle – byłaby taka jak ty. Przysięgam”.

Przez kilka tygodni po tym, jak Lucy musiała oddać skrzypce do naprawy, nie płaciła czynszu i czekała, czekała, aż właściciel każe ją wyrzucić. Potem inny najemca powiedział jej, że Giuseppe płacił za nią. Tego samego dnia spakowała się i wyszła bez pożegnania.

Im bliżej są Blue House, tym jest bardziej podenerwowana; zaczyna panikować. Co, jeśli Giuseppe nie będzie miał dla niej pokoju? Co, jeśli pogniewał się za jej nagłe odejście i teraz zatrzaśnie jej drzwi przed nosem? Co, jeśli wyjechał? Umarł? Co, jeśli dom spłonął?

Wbrew jej obawom mężczyzna podchodzi do drzwi, wygląda przez szparę pozostawioną przez łańcuch i uśmiecha się, pokazując dwa rzędy brązowych zębów spod kępy poprzetykanej siwizną brody. Zauważa jej futerał ze skrzypcami i uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Moja dziewczynka – mówi, odpinając łańcuch i otwierając drzwi. – Moje dzieciaczki. Mój piesek! Wchodźcie!

Pies szaleje z radości, skacze w wyciągnięte ramiona Giuseppe i omal go nie przewraca. Stella obejmuje nogi staruszka, a Marco przysuwa się do niego i daje się pocałować w czubek głowy.

– Mam siedemdziesiąt euro. Wystarczy na kilka dni – odzywa się Lucy.

– Masz swoje skrzypce. Możecie zostać, ile tylko chcecie. Wychudłaś. Wszyscy wychudliście. A ja mam tylko chleb. I trochę szynki. Ale niezbyt smaczna ta szynka, za to masło dobre, więc…

Idą za nim do jego mieszkania na parterze. Pies od razu wskakuje na kanapę i zwija się w kłębek, obrzucając Lucy takim spojrzeniem, jakby chciał powiedzieć: wreszcie. Giuseppe zmierza do swojego maleńkiego aneksu kuchennego, po czym wraca z chlebem, szynką i trzema buteleczkami napoju pomarańczowego. Lucy siada obok psa, głaszcze go po karku i oddycha głęboko, czując, jak jej związane w supeł wnętrzności rozluźniają się. Potem wkłada rękę do plecaka, żeby wymacać telefon. Bateria całkiem się rozładowała. Lucy znajduje ładowarkę i mówi do Giuseppe:

– Mogę podłączyć sobie komórkę?

– Oczywiście, kochana. Masz tutaj wolne gniazdko.

Wkłada wtyczkę i przytrzymuje guzik, czekając, aż telefon ożyje.

Powiadomienie nie zniknęło.

Dziecko kończy 25 lat.

Siada z dziećmi przy stoliku i patrzy, jak jedzą kanapki. Wszystkie upokorzenia z ostatniego tygodnia zaczynają znikać jak ślady stóp zmyte przez fale. Jej dzieci są bezpieczne. Mają co jeść. Odzyskała skrzypce. Będą spali na łóżku. Jej portfel nie jest pusty.

Giuseppe też obserwuje jedzące dzieci. Zaraz zerka na Lucy i uśmiecha się.

– Martwiłem się o was wszystkich. Gdzieście się podziewali?

– Zatrzymaliśmy się u znajomych – rzuca lekkim tonem.

– N… – zaczyna protestować Marco.

Lucy trąca go łokciem i odwraca się do Giuseppe.

– Doszły mnie słuchy o twoich wybrykach, niedobry panie. Nie mogłam na to pozwolić. Zwyczajnie nie mogłam. A wiedziałam, że jeśli powiem o odejściu, przekonasz mnie, żebym została. Dlatego musiałam się wymknąć i jakoś daliśmy sobie radę. Naprawdę daliśmy radę. No, spójrz na nas! Nic nam nie dolega.

Wciąga psa na kolana i ściska.

– I odzyskałaś skrzypce?

– Tak, odzyskałam. Więc… znajdzie się pokój? Nie musi być ten, co poprzednio. Każdy się nada. Absolutnie każdy.

– Jest wolny pokój. Ale na tyłach, bez widoków. I trochę tam ciemno. No i prysznic nie działa, tylko umywalka. Mogę wam go wynająć za dwanaście euro za noc.

– Tak! Tak, proszę! – Lucy odkłada psa i wstaje, żeby uścisnąć Giuseppe. Mężczyzna pachnie kurzem i starością; jest trochę brudny, ale jej to nie obchodzi. – Dziękuję. Bardzo dziękuję.

Tej nocy śpią we trójkę na małym dwuosobowym łóżku w ciemnym pokoju na tyłach budynku, gdzie szuranie opon samochodów po asfalcie konkuruje z szumem starego plastikowego wiatraka, jazgotem telewizora mieszkańców sąsiedniego pokoju oraz bzyczeniem muchy, która została uwięziona między zasłonami a oknem. Stella wciska piąstkę w twarz Lucy, Marco jęczy cicho przez sen, a pies chrapie. Jednak Lucy pierwszy raz od tygodnia zasypia głębokim snem.

14

CHELSEA, 1988

Tamten dzień – 8 września 1988 roku – powinien być moim drugim dniem w dużej szkole, ale już pewnie domyślasz się, że mimo ogromnych chęci nie dotarłem do miejsca, gdzie miałem poznać swoje bratnie dusze, przyjaciół na lata. Przez całe wakacje regularnie pytałem matkę, kiedy pójdziemy do Harrodsa, żeby kupić mi mundurek. Niezmiennie odpowiadała: „Poczekajmy do końca lata, na wypadek gdybyś miał jeszcze urosnąć”. A potem lato się skończyło, a my nadal nie wybraliśmy się do Harrodsa.

 

Do Niemiec też nie pojechaliśmy. Zazwyczaj lecieliśmy tam na tydzień albo dwa i spędzaliśmy ten czas u babci, w dużym i przestronnym domu pod Schwarzwaldem, z basenem na podwyższeniu i jedwabistym dywanem z sosnowych igieł. Jednak w te wakacje rzekomo nie było nas na to stać, a skoro nie było nas stać na bilety do Niemiec, skąd niby mieliśmy wziąć pieniądze na czesne?

Gdy zbliżał się wrzesień, rodzice zajęli się wysyłaniem podań do miejscowych szkół publicznych i wpisywali nas na listę oczekujących. Nigdy nie powiedzieli wprost, że mamy problemy finansowe, ale było to jasne. Przez wiele dni bolał mnie brzuch, bo martwiłem się, że w takiej szkole będą się nade mną znęcać dzieciaki z marginesu.

Och, jakie to były trywialne zmartwienia. Takie drobnostki zaprzątały mi głowę. Przypominam sobie siebie w wieku jedenastu lat: nieco dziwny, zadzierający nosa chłopiec średniego wzrostu, drobnej budowy, z błękitnymi oczami po matce, kasztanowymi włosami po ojcu, kolanami przypominającymi ziemniaki wbite na patyczki, wiecznie niezadowolonym grymasem wąskich ust. Wspominam tego nieco rozpuszczonego dzieciaka, który był przekonany, że jego życie potoczy się zgodnie z rozpisanym wcześniej planem, i mam ochotę zdzielić go w ten głupi, wyniosły i naiwny łeb.

Justin kucał w ogrodzie i dotykał palcami nasadzone przez siebie rośliny.

– Zioła lecznicze, ich uprawa i wykorzystanie – wyjaśnił otępiałym, niemal sennym głosem. – Koncerny farmaceutyczne do końca skorumpują naszą planetę. Za dwadzieścia lat państwowa służba zdrowia padnie na kolana, próbując zapłacić za pigułki dla przewlekle chorego społeczeństwa. Chcę cofnąć zegar i wykorzystać to, co daje nam natura, żeby leczyć codzienne dolegliwości. Nie potrzebujesz ośmiu różnych substancji chemicznych, żeby wyleczyć ból głowy. Twoja matka mówi, że chciałaby przestać brać tabletki i zamiast tego korzystać z moich mikstur.

Patrzyłem na niego oniemiały. Byliśmy rodziną nałogowych połykaczy tabletek. Tabletki na katar sienny, tabletki na przeziębienie, tabletki na ból brzucha i głowy, na kaca i nieżyt żołądka. Mama miała nawet tabletki na swoje, jak to mawiała, „gorsze dni”. Tata łykał jedne na serce, drugie na wypadające włosy. W domu tabletki były wszędzie. A teraz niby mieliśmy uprawiać zioła i szykować własne leki. To przechodziło ludzkie pojęcie.

W czasie wakacji ojciec dostał lekkiego wylewu. Z tego powodu trochę utykał, trochę seplenił i w pewien bliżej nieokreślony sposób przestał być do końca sobą. Gdy patrzyłem na niego w tym stanie, czułem się dziwnie bezbronny, jakby w murze ochronnym rodziny powstała nieduża, lecz istotna wyrwa.

Jego lekarz, doktor Broughton, niezwykle oschły mężczyzna w nieokreślonym wieku, który mieszkał i prowadził swój gabinet w sześciokondygnacyjnym budynku za rogiem, przyszedł do nas pewnego dnia po tym, jak ojciec wrócił ze szpitala. Zapalili cygara w ogrodzie i rozmawiali o prognozach. „Moim zdaniem, Henry, powinieneś zgłosić się do naprawdę dobrego fizjoterapeuty. Niestety wszyscy, których znam, są absolutnie fatalni”.

Zaśmiali się, po czym mój ojciec stwierdził: „Nie jestem już pewien, niczego nie jestem pewien. Ale chętnie spróbuję. Właściwie wszystkiego jestem gotów spróbować, byle tylko dojść do siebie”.

W tym czasie Birdie doglądała ogródka Justina. Było gorąco i miała na sobie muślinową koszulkę, spod której prześwitywały jej sutki. Zdjęła płócienny kapelusz i stanęła przed moim ojcem i jego lekarzem.

– Znam kogoś takiego – powiedziała, trzymając ręce na biodrach. – Jest niesamowity. Potrafi dokonywać cudów. Wykorzystuje energię. Umie przesuwać chi w ciałach ludzi. Wyleczył niejedne bolące plecy. Migreny. Poproszę go, żeby przyszedł.

Usłyszałem, jak ojciec zaczyna protestować, ale Birdie rzuciła tylko:

– Nie, naprawdę, Henry. Przynajmniej tyle mogę pomóc. Przynajmniej tyle. Zaraz do niego zadzwonię. Nazywa się David. David Thomsen.

Tamtego ranka siedziałem w kuchni i patrzyłem, jak matka robi bułeczki z serem, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Wytarła ręce o fartuch, nerwowo poprawiła końcówki suchego i potraktowanego trwałą boba, mówiąc:

– Ach, to pewnie Thomsenowie.

– Kto? – zapytałem, nie pamiętając o człowieku poleconym przez Birdie tydzień wcześniej.

– Przyjaciele Birdie i Justina – powiedziała radośnie matka. – David jest fizjoterapeutą. Zajmie się rehabilitacją twojego taty, spróbuje przywrócić mu pełną sprawność. A jego żona jest wykwalifikowaną nauczycielką i przez jakiś czas będzie was uczyć. Czy to nie cudownie?

Nie miałem szansy na dopytanie matki o szczegóły tej niespodziewanej i przedstawionej mi nagle zmiany, bo zaraz otworzyła drzwi.

Z nieco rozchylonymi z szoku ustami patrzyłem, jak wmaszerowują do środka.

Najpierw dziewczynka, na oko w wieku dziewięciu, może dziesięciu lat. Czarne włosy ścięte na boba, skrócone ogrodniczki, pozdzierane kolana, plama czekolady na policzku i niewyraźna aura tłumionej energii. Na imię miała Clemency.

Potem wszedł chłopiec, mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy, wysoki, jasnowłosy. Miał długie i ciemne rzęsy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, jak wycięte ze stali, ręce trzymał w kieszeniach eleganckich granatowych spodenek. Płynnym ruchem dłoni i nieco zawadiacko odgarnął grzywkę z czoła. Nazywał się Phineas, w skrócie Phin.

Za nimi szła matka. Grubokoścista, blada, płaska blondynka z nieco nerwowym usposobieniem. Jak się okazało, była to Sally Thomsen.

A na samym końcu kroczył ojciec – wysoki, barczysty, szczupły, opalony, z krótkimi ciemnymi włosami, błękitnymi oczami o przenikliwym spojrzeniu i pełnych ustach. David Thomsen. Chwycił obiema dłońmi moją dłoń i uścisnął mocno.

– Miło cię poznać, młody człowieku – powiedział niskim, łagodnym głosem. Potem puścił mnie i rozłożył ręce. – Miło was wszystkich poznać – rzucił, uśmiechając się do każdego po kolei.

David uparł się, że tego wieczoru zabierze nas wszystkich na kolację. Był czwartek, ciepło dnia jeszcze się do końca nie ulotniło. Spędziłem całkiem sporo czasu, by doprowadzić się do jak najlepszego porządku, wykraczając przy tym daleko poza czyste ubrania, równy przedziałek i wyprostowane mankiety. Ten cały Phineas mnie fascynował, nie tylko swą wspaniałą urodą, ale też stylem ubierania się. Do wspomnianych granatowych spodenek założył czerwoną koszulkę polo z białymi paskami na kołnierzyku oraz śnieżnobiałe adidasy ze skarpetkami do kostek. Przekopałem swoją garderobę w poszukiwaniu czegoś równie swobodnego. Wszystkie moje skarpetki sięgały łydek, tylko siostra miała takie do kostek. Wszystkie spodenki były wełniane, a zamiast koszulek polo miałem rozpinane koszule. Przez chwilę nawet rozważałem strój na WF, ale szybko porzuciłem ten pomysł, ponieważ zdałem sobie sprawę, że wciąż leży zmięty w torbie sportowej po ostatniej lekcji. W końcu postanowiłem założyć zwykłą niebieską podkoszulkę i dżinsy, a do tego tenisówki. Próbowałem sprawić, żeby włosy opadały mi na brew, tak jak u Phineasa, ale za nic nie chciały dać się ułożyć. Gapiłem się na swoje odbicie w lustrze przez dobre dwadzieścia sekund, po czym wyszedłem z pokoju, nie mogąc znieść widoku swojej głupiej twarzy, beznadziejnie zwykłej podkoszulki i chłopięcego kroju dżinsów od Johna Lewisa. Wydałem zduszone stęknięcie, kopnąłem w ścianę i ruszyłem na dół.

W korytarzu natknąłem się na Phina, siedział na jednym z dwóch dużych drewnianych foteli, które stały po obu stronach schodów. Czytał książkę. Przez chwilę gapiłem się na niego spomiędzy szczebelków balustrady. Naprawdę nigdy wcześniej nie widziałem nikogo tak pięknego. Przyjrzałem mu się dokładniej, czując, jak czerwienieją mi policzki: delikatnie zarysowane usta, które wyglądały jak wyrzeźbione w mięciutkiej czerwonej glinie, jakby najlżejszy nacisk palca miał zostawić w nich ślad. Jego skóra wyglądała, jakby ktoś rozciągnął na jego czaszce irchę, a kości policzkowe mogły ją zaraz rozerwać. Pod nosem dostrzegałem fascynującą sugestię zarostu.

Raz jeszcze zgarnął grzywkę, a potem obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem, gdy schodziłem na dół, i od razu wrócił do lektury. Chciałem zapytać go, co czyta, ale nie zrobiłem tego. Czułem się niezręcznie, nie wiedziałem, gdzie podziać ręce, jak stanąć. Zaraz jednak zaczęli się pojawiać pozostali: najpierw matka i ojciec, potem dziewczynka o imieniu Clemency, która podeszła do brata i ucięła sobie z nim pogawędkę, później Sally, po niej Justin i Birdie. Na sam koniec w plamie światła na szczycie schodów stanął David Thomsen.

Co mogę wam powiedzieć o Davidzie Thomsenie z perspektywy tamtego chłopca, którym wtedy byłem? Cóż, na pewno był bardzo przystojny. Nie w taki miękki, niemal kobiecy sposób, jak jego syn, lecz bardziej tradycyjnie. Miał gęsty, krótki zarost, który wyglądał jak namalowany, do tego wyraziste brwi, emanował zwierzęcą energią i siłą. Potrafił sprawić, że każda osoba, która stanęła obok niego, wydawała się od niego słabsza, nawet jeśli to nie była prawda. Mogę powiedzieć, że napawał mnie lękiem i fascynował w równych proporcjach. Mogę też dodać, że matka dziwnie się zachowywała w jego obecności; nie zalotnie, lecz ostrożnie, jakby nie do końca sobie ufała. David był jednocześnie wyniosły i przyziemny, ciepły i zimny. Nienawidziłem go, ale rozumiałem, dlaczego inni go kochają. Jednak tamtego dnia to wszystko było dopiero pieśnią przyszłości. Na samym początku była ta pierwsza kolacja pierwszego dnia i wszyscy starali się pokazać z jak najlepszej strony.

Usiedliśmy ciasno przy długim stole w Chelsea Kitchen. Właściwie był przeznaczony dla ośmiorga gości. Wszystkie dzieci zostały stłoczone przy jednym końcu, co oznaczało, że znalazłem się łokieć w łokieć z Phineasem. Jego bliskość naładowała mnie taką energią, że czułem się jak zwierzyna gotowa do skoku, a ponieważ byłem jeszcze zbyt młody, żeby zrozumieć, czego moje ciało tak bardzo pragnie, nie miałem innego wyjścia, jak odwrócić się do niego plecami.

Podążyłem wzrokiem na drugi koniec stołu, gdzie siedział mój ojciec.

Na jego widok poczułem, jak gdyby coś we mnie upadło, jakby jakiś ciężar zerwał się z linki i runął gwałtownie w dół szybu. Nie do końca potrafiłem nazwać swoje emocje, ale teraz mogę powiedzieć, że doświadczyłem przerażającego momentu prekognicji. Zobaczyłem ojca nagle skarłowaciałego w obecności niezwykle wysokiego Davida Thomsena, a jego niegdyś niekwestionowana pozycja na szczycie wydawała się chwiejna. Nawet bez zniszczeń, jakich udar dokonał w jego umyśle, był głupszy od wszystkich, którzy siedzieli przy stole, w tym mnie. Źle się ubrał, założył zbyt ciasną marynarkę, a ciemnoróżowa poszetka w kieszeni gryzła się z rudością jego włosów. Widziałem, jak wierci się nerwowo na krześle, jakby myślami był daleko stąd. Widziałem, jak przygląda się menu o wiele za długo. Widziałem, jak David Thomsen nachyla się w stronę mojej matki i dzieli się z nią jakąś uwagą, a potem znowu się prostuje, by obserwować jej reakcję.

Widziałem to wszystko i podświadomie, z niesamowitym dyskomfortem, rozumiałem, że oto pod moim nosem rozpoczęła się walka o wpływy, a mój ojciec już tego pierwszego dnia zaczął przegrywać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora