Samotna

Tekst
Z serii: D.D. Warren
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samotna
Samotna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Samotna
Samotna
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KIEDY PODEJMUJESZ DECYZJĘ „ŻYCIE ALBO ŚMIERĆ”, SPRAWA JEST PROSTA.

JEŚLI MASZ WYBÓR „ŻYCIE JEDNEGO CZŁOWIEKA ALBO DRUGIEGO”, WPADASZ W PUŁAPKĘ.

W ekskluzywnej części Bostonu dochodzi do aktu przemocy domowej. Mężczyzna celuje z broni do żony i synka. Bobby Dodge, ściągnięty na miejsce snajper stanowej policji, ma tylko chwilę na podjęcie decyzji, której może żałować do końca życia. Nie waha się, ratując dziecko i jego matkę, Catherine Gagnon… która nie po raz pierwszy cudem unika śmierci.

Dla obojga jednak koszmar dopiero się zaczyna. Teść Catherine, wpływowy sędzia, oskarża ją o sprowokowanie sceny przemocy w celu pozbycia się męża, co stawia Bobby’ego w roli zabójcy.

Nawet detektyw D.D. Warren nie wierzy kobiecie i ma poważne wątpliwości co do reakcji snajpera, z którym jest zaprzyjaźniona.

A tymczasem po mieście grasuje owładnięty żądzą zemsty prześladowca Catherine.


LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło ponad dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de „Elle”. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka w New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

POWIEM TYLKO RAZ

CZYSTE ZŁO

SAMOTNA

Wkrótce

W UKRYCIU

SĄSIAD

Tytuł oryginału:

ALONE

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2005

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Jerzy Żebrowski 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: © Andrej Cosma/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-664-5

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Epilog

Podziękowania

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Rozdział 1

9  Rozdział 2

10  Rozdział 3

11  Rozdział 4

12  Rozdział 5

13  Rozdział 6

14  Rozdział 7

15  Rozdział 8

16  Rozdział 9

17  Rozdział 10

18  Rozdział 11

19  Rozdział 12

 

20  Rozdział 13

21  Rozdział 14

22  Rozdział 15

23  Rozdział 16

24  Rozdział 17

25  Rozdział 18

26  Rozdział 19

27  Rozdział 20

28  Rozdział 21

29  Rozdział 22

30  Rozdział 23

31  Rozdział 24

32  Rozdział 25

33  Rozdział 26

34  Rozdział 27

35  Rozdział 28

36  Rozdział 29

37  Rozdział 30

38  Rozdział 31

39  Rozdział 32

40  Rozdział 33

41  Rozdział 34

42  Rozdział 35

43  Rozdział 36

44  Rozdział 37

45  Rozdział 38

46  Rozdział 39

47  Rozdział 40

48  Epilog

49  Podziękowania

Rozdział 1

TEJ NOCY, GDY NADESZŁO wezwanie, miał za sobą piętnaście godzin służby. Na międzystanowej dziewięćdziesiątcetrójce było zbyt wielu niecierpliwych kierowców, co prowadziło do licznych kolizji. O tej porze roku miasto właśnie tak wyglądało. Drzewa były nagie, szybko zapadał zmierzch i zbliżało się Święto Dziękczynienia. Pogoda była paskudna. Po beztroskim letnim sezonie grillowania na opustoszałych ulicach słyszało się jedynie chrzęst suchych liści na zimnych chodnikach.

Wielu gliniarzy narzekało na krótkie szare dni lutego, ale Bobby Dodge nie lubił właśnie listopada. I ten dzień nie zmienił jego nastawienia.

Zaczął dyżur od drobnej stłuczki, a potem dwóch kolejnych, spowodowanych przez kierowców jadących na północ. Po czterech godzinach papierkowej roboty sądził, że najgorsze już za nim. Potem, wczesnym popołudniem, kiedy ruch powinien być płynny nawet na wiecznie zakorkowanej dziewięćdziesiątcetrójce, doszło do karambolu pięciu samochodów, gdy rozpędzony taksówkarz próbował przeciąć cztery pasy ruchu naraz i grzmotnął w niego z całej siły jadący hummerem zestresowany facet z agencji reklamowej. Hummer przyjął cios jak bokser wagi ciężkiej, a zardzewiała taksówka została znokautowana i przy okazji uderzyła w trzy inne samochody. Bobby musiał wezwać cztery lawety, sporządzić szkic sytuacyjny wypadku, a potem aresztować kierowcę hummera, bo okazało się, że ten wypił do lunchu trzy martini.

Przyłapanie go na jeździe po pijanemu oznaczało więcej papierkowej roboty, wyprawę na komisariat w południowej części Bostonu – w godzinach szczytu, kiedy nikt nie respektuje pierwszeństwa przejazdu, nawet radiowozu – i jeszcze jedno starcie z nadzianym gościem z agencji reklamowej, który odmówi wejścia do celi.

Facet był o dobre dwadzieścia pięć kilogramów cięższy niż Bobby. Jak wielu ludzi mających przed sobą przeciwnika o mniejszej posturze, pomylił wagę z siłą i zignorował ostrzegawcze sygnały, które powinny wyprowadzić go z błędu. Chwycił prawą ręką framugę drzwi i obrócił się raptownie, chcąc zwalić z nóg swym potężnym cielskiem eskortującego go policjanta. Na co liczył? Że ucieknie z komisariatu, gdzie roiło się od uzbrojonych funkcjonariuszy? Bobby zrobił unik, wystawił nogę i patrzył, jak grubas pada z hukiem na podłogę. Kilku policjantów przystanęło, oklaskując darmowe widowisko.

– Zaskarżę cię, kurwa! – krzyknął pijany mężczyzna. – Ciebie, twojego przełożonego i cały pieprzony stan Massachusetts. Wykupię tę melinę, słyszysz? Dobiorę ci się, kurwa, do dupy!

Bobby podźwignął go z podłogi i wepchnął do celi. Ten rzucił kolejną wiązkę przekleństw, pewnie dlatego, że policjant ściskał mu kciuk.

– Jeśli ma pan zamiar rzygać, proszę skorzystać z toalety – poinformował Bobby mężczyznę, który zdążył pozielenieć na twarzy.

Grubas odepchnął go, zgiął się wpół i zwymiotował na podłogę.

Bobby pokręcił głową.

– Nadziany dupek – mruknął, kiedy za zatrzymanym zamknęły się drzwi.

Niektóre dni tak właśnie wyglądały, zwłaszcza w listopadzie.

Było tuż po dziesiątej wieczorem. Grubas został wyciągnięty z aresztu przez swojego przepłacanego prawnika, celę umyto i dyżur Bobby’ego, który rozpoczął się o siódmej rano, dobiegł wreszcie końca. Powinien pojechać do domu. Zadzwonić do Susan. Przespać się trochę, zanim o piątej zadzwoni budzik i cały radosny cykl zacznie się od nowa.

Był jednak dziwnie podenerwowany. Czuł zbyt silny przypływ adrenaliny jak na człowieka, który słynął z opanowania i powściągliwości.

Nie pojechał do domu. Przebrał się w dżinsy i flanelową koszulę i poszedł do miejscowego baru.

W Bostońskim Ogródku Piwnym siedziało wokół prostokątnego baru czternastu facetów; palili papierosy i sączyli beczkowe piwo, gapiąc się bezmyślnie w plazmowy ekran telewizora. Bobby przywitał skinieniem głowy kilku znajomych, pomachał ręką do barmana, Carla, po czym zajął wolne miejsce trochę na uboczu. Carrie podała mu nachos, które zwykle zamawiał, a Carl przyniósł colę.

– Długi dzień, Bobby?

– Jak zwykle, jak zwykle.

– Susan się zjawi?

– Jest na próbie.

– No tak, ma koncert. Za dwa tygodnie, prawda? – Carl pokręcił głową. – Taka piękna i zdolna kobieta. Mówię ci, szczęściarz z ciebie.

– Uważaj, bo usłyszy cię Martha – ostrzegł go Bobby. – Widziałem, jak przetacza beczki. Aż strach pomyśleć, co potrafiłaby zrobić z wałkiem.

– Mojej żonie też nic nie mogę zarzucić – zapewnił go Carl. – Głównie dlatego, że zależy mi na życiu.

Zostawił Bobby’ego z colą i nachos. W telewizji podawano właśnie wiadomości na temat tego, co działo się w Revere. Uzbrojony po zęby mężczyzna po oddaniu kilku strzałów do sąsiadów zabarykadował się w swoim domu. Bostońska policja przysłała brygadę antyterrorystyczną i „sprawę traktowano bardzo poważnie”.

Tak, listopad to dziwny miesiąc. Ludzie chodzą rozdrażnieni, ubywa im odporności przed nadchodzącą ponurą zimą. Nawet tacy faceci jak Bobby musieli uważać, by nie dać się wyprowadzić z równowagi.

Skończył nachos i dopił colę. Uregulował rachunek i kiedy nabrał już przekonania, że powrót do domu jest naprawdę dobrym pomysłem, zabrzęczał nagle jego przypięty do paska biper. Gdy tylko Bobby spojrzał na ekranik, natychmiast rzucił się do drzwi.

To był tego rodzaju dzień. A teraz zaczynała się jedna z tych nocy.

CATHERINE ROSE GAGNON RÓWNIEŻ nie lubiła zbytnio listopada, choć jej problemy zaczęły się tak naprawdę w październiku. Dokładnie dwudziestego drugiego października 1980 roku. Kiedy wracała ze szkoły do domu, było ciepło i gorące promienie słońca muskały jej twarz. Niosła książki i miała na sobie swój ulubiony szkolny strój: brązowe podkolanówki, ciemnobrązową sztruksową spódniczkę i złocistą bluzkę z długimi rękawami.

Podjechał do niej od tyłu jakiś samochód. Początkowo go nie zauważyła, ale w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że niebieski chevrolet, mijając ją, zwalnia. Usłyszała głos mężczyzny. „Hej, kochanie. Możesz mi pomóc? Zginął mi pies”.

Potem były stłumione krzyki protestu, ból i krew. Łzy spływające po policzkach. Zęby zagryzające dolną wargę.

Później ciemność i jej nieśmiały, głuchy krzyk: „Jest tam ktoś?!”.

A potem przez długi czas nie było nic.

Powiedziano jej, że trwało to dwadzieścia osiem dni. Catherine nie mogła tego wiedzieć. W ciemności nie istniał czas, była tylko samotność, która wlokła się bez końca. Był chłód i cisza, a czasami wracał on. Wtedy coś się chociaż działo. Ale ta bezdenna nicość doprowadzała ją do obłędu.

Znaleźli ją myśliwi. Osiemnastego listopada. Zobaczyli drewnianą pokrywę, postukali w nią kolbami strzelb i byli zaskoczeni, gdy usłyszeli ze środka ciche krzyki. Ocalili ją triumfalnie, odkrywając niewielką wykopaną w ziemi jamę i wypuszczając Catherine na rześkie jesienne powietrze. Potem zobaczyła swoje zdjęcia w gazetach. Otwarte szeroko ciemnoniebieskie oczy, wychudła twarz, skulone ciało. Przypominała brązowego nietoperza wyciągniętego brutalnie na słońce.

Gazety nazwały ją Cudem Święta Dziękczynienia. Rodzice zabrali ją do domu. Sąsiedzi i krewni wchodzili gromadnie przez frontowe drzwi z okrzykami: „Och, dzięki Bogu!”, „Wróciłaś akurat na Święto Dziękczynienia!” albo „Och, aż trudno uwierzyć w to, co się stało!…”.

Catherine siedziała i pozwalała mówić otaczającym ją ludziom. Podbierała jedzenie z przepełnionych tac i chowała je do kieszeni. Miała opuszczoną głowę i skulone ramiona. Była wciąż małym nietoperzem i z powodów, których nie potrafiła wyjaśnić, raziło ją światło.

Przyjechali kolejni policjanci. Opowiedziała im o mężczyźnie, o samochodzie. Kiedy pokazali jej zdjęcia, wybrała jedno z nich. Później, po paru dniach czy tygodniach – co za różnica? – przyjechała na komisariat i wskazała uroczyście jednego z ustawionych w szeregu mężczyzn.

Richard Umbrio stanął przed sądem sześć miesięcy później. A po upływie trzech tygodni Catherine składała zeznania, ubrana w niebieską prostą sukienkę i lśniące baleriny, po raz ostatni znów wskazując sprawcę. Richard Umbrio dostał dożywocie.

A Catherine Rose wróciła z rodziną do domu.

Niewiele jadła. Lubiła chować jedzenie do kieszeni albo trzymać je po prostu w dłoni. Mało też spała. Leżała w ciemnościach, a jej niewidzące oczy nietoperza szukały czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Często nieruchomiała, żeby sprawdzić, czy potrafi oddychać, nie wydając żadnego dźwięku.

Jej matka stawała czasem w drzwiach, krzyżując nerwowo na piersiach ręce z bladymi dłońmi. Catherine słyszała potem, jak ojciec krzyczy z przedpokoju: „Wracaj do łóżka, Louise! Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna”.

Ale Catherine nigdy nie wołała.

Mijały lata. Catherine dorastała, chodziła dumnie wyprostowana, zapuściła długie włosy i odkryła w sobie urzekającą mroczną urodę, która zniewalała mężczyzn. Miała białą jak śnieg skórę, lśniące czarne włosy i ogromne granatowe oczy. Mężczyźni rozpaczliwie jej pożądali. Więc wykorzystywała ich wszystkich. To nie była jej wina. Ani żadnego z nich. Po prostu była pozbawiona wszelkich uczuć.

Matka zmarła w 1994 roku. Na raka. Catherine stała przy jej trumnie i próbowała płakać. Łzy nie chciały jednak płynąć, a suchy szloch brzmiał nieszczerze.

Wróciła do pustego domu i starała się już o tym nie myśleć, choć czasami, ni stąd, ni zowąd, przypominała sobie matkę stojącą w drzwiach jej pokoju. Wracaj do łóżka, Louise. Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna.

Hej, kochanie… Zginął mi pies…

Listopad 1998 roku. Dziewczyna, którą nazwano kiedyś Cudem Święta Dziękczynienia, leżała skulona w białej porcelanowej wannie, a jej nagie wychudzone ciało drżało z zimna, gdy ściskała w dłoni żyletkę. Miało wydarzyć się coś złego. Widziała bezdenną otchłań. Zakopaną skrzynię, z której nie będzie już powrotu.

Wracaj do łóżka, Louise. Zawoła cię, jak będziesz jej potrzebna.

 

Hej, kochanie… Zginął mi pies…

Żyletka, tak cienka i lekka w jej dłoni. Muskająca ostrzem jej nadgarstek. Abstrakcyjne wyobrażenie ciepłej czerwonej krwi płynącej strużką po skórze.

Zadzwonił telefon. Catherine otrząsnęła się z letargu na tyle, by go odebrać. I ten telefon ocalił jej życie. Cud Święta Dziękczynienia zdarzył się ponownie.

Myślała o tym teraz. Kiedy telewizor ryczał na cały głos: „Uzbrojony mężczyzna zabarykadował się w swoim domu po oddaniu wielu strzałów do sąsiadów. Według bostońskich antyterrorystów, sytuacja jest bardzo dynamiczna i niebezpieczna”, syn szlochał w jej ramionach, wołając: „Mamusiu… mamusiu… mamusiu”, a jej mąż wrzeszczał z parteru: „Wiem, co robisz, Cat! Masz mnie za głupka? To ci się nie uda! Za cholerę się nie wywiniesz! Nie tym razem!”.

Jimmy pędził po schodach do sypialni.

Telefon już raz ocalił Catherine życie. Modliła się teraz, by znów tak się stało.

– Halo? Halo? Dziewięćset jedenaście? Słyszycie mnie? Chodzi o mojego męża. Chyba ma broń.

Rozdział 2

BOBBY NALEŻAŁ OD SZEŚCIU lat do Specjalnej Grupy Taktyczno-Operacyjnej (STOP) policji stanu Massachusetts. Wzywany co najmniej trzy razy w miesiącu – zwykle w każde cholerne święto – sądził, że niewiele może go jeszcze zaskoczyć. Tej nocy okazało się, że jednak może.

Pędząc radiowozem ulicami Bostonu, skręcił z piskiem opon w prawo, w Park Street, w kierunku zwieńczonej złotą kopułą siedziby parlamentu, po czym zjechał w lewo, w Beacon Street, i przemknął obok parku Boston Common. W ostatniej chwili omal się nie zbłaźnił, bo chciał odbić z Arlington wprost na Marlborough Street, która była jednokierunkowa. Wdepnął hamulec jak pirat drogowy, zacisnął ręce na kierownicy i wciskając klakson, przeciął trzy pasy ruchu, żeby pozostać na Beacon Street. Miał teraz problem ze znalezieniem właściwej ulicy prowadzącej do Marlborough Street. W końcu skierował się po prostu tam, gdzie zobaczył białą łunę reflektorów i pulsujące czerwone światła karetki.

Dotarłszy do rogu Marlborough i Gloucester Street, dostrzegł wiele szczegółów naraz. Niebieskie barierki i radiowozy bostońskiej policji otaczały już niewielki kwartał ulic w sercu dzielnicy Back Bay. Żółte taśmy policyjne były rozciągnięte wzdłuż kilku domów z piaskowca, a mundurowi zajmowali pozycje na rogach. Była już na miejscu karetka pogotowia i kilka furgonetek lokalnych mediów.

Coś zaczynało się dziać.

Bobby zaparkował forda crown victoria obok niebieskiej barierki, wyskoczył z auta i pospieszył do bagażnika. Miał tam wszystko, czego może potrzebować do akcji dobrze wyszkolony policyjny snajper. Karabin, celownik optyczny, amunicję, dwa polowe mundury – czarny i moro – maskujący kaptur, kamizelkę kuloodporną, ubranie na zmianę, przekąski, wodę, podręczną poduszkę, noktowizor, lornetkę, dalmierz, farbę do malowania twarzy, szwajcarski scyzoryk i latarkę. Miejscowi policjanci trzymali zapewne w bagażnikach również zapasowe opony, ale stanowi czasami miesiącami nie oddalali się od samochodu.

Bobby wyjął plecak i natychmiast zaczął oceniać sytuację.

W odróżnieniu od innych oddziałów antyterrorystycznych, jego grupa taktyczna nigdy nie przyjeżdżała na miejsce jako zespół. Składała się z trzydziestu dwóch mężczyzn, rozlokowanych po całym stanie Massachusetts, od krańca przylądka Cape Cod po zbocza Berkshire Mountains. Centrala mieściła się w Adams, w zachodniej części stanu Massachusetts, i właśnie tam dowódca Bobby’ego odebrał telefon z Framingham Communications i zarządził alarm.

W tym przypadku, gdy sprawca zabarykadował się w domu z zakładnikami, wezwano trzydziestu dwóch ludzi i wszyscy mieli przyjechać. Niektórzy potrzebowali na to trzech, czterech godzin. Inni, jak Bobby, zjawili się w niecały kwadrans. Tak czy inaczej, ich dowódca szczycił się tym, że w ciągu godziny może sprowadzić w dowolne miejsce na terenie stanu co najmniej pięciu swoich ludzi.

Rozglądając się, Bobby stwierdził, że jest jednym z tych pierwszych pięciu przybyłych. Co oznaczało, że musi się spieszyć.

Większość oddziałów antyterrorystycznych składała się z trzech zespołów: grupy szturmowej, zabezpieczającej i snajperów. Głównym zadaniem grupy zabezpieczającej było kontrolowanie obszaru działania. Snajperzy zajmowali pozycje poza tym obszarem i odpowiadali za rekonesans: obserwowali wszystko przez celowniki lub lornetki i meldowali, co dzieje się w budynku. Na koniec – jeśli policyjny negocjator nie zdołał przekonać sprawców, by się poddali – wkraczała do akcji grupa szturmowa. Zwykle kończyło się to krwawo i każdy chciał tego uniknąć, ale czasami nie było innego wyjścia.

Członkowie grupy Bobby’ego potrafili wykonać każde zadanie, ale żaden nie miał określonej specjalizacji. Ponieważ przyjeżdżali indywidualnie, byli wszechstronnie wyszkoleni, tak by mogli włączyć się do akcji natychmiast po przybyciu na miejsce. Choć więc Bobby był jednym z ośmiu snajperów w zespole, nie zajął jeszcze pozycji.

Pierwszym zadaniem było właściwe wytyczenie obszaru działania. Rozwiązywało to dziewięćdziesiąt procent problemów. Chodziło o to, by mieć nad wszystkim kontrolę. Potrzebni byli co najmniej dwaj ludzie, ustawieni na przeciwległych narożnikach i obserwujący teren.

Bobby był jednym z nich. Rozglądał się za drugim. Zauważył trzy radiowozy policji stanowej, zaparkowane po drugiej stronie ulicy, jego koledzy byli więc w pobliżu. Potem spostrzegł białą furgonetkę, w której mieściło się stanowisko dowodzenia. Podbiegł w jej kierunku.

– Funkcjonariusz Bobby Dodge – zameldował się pięć sekund później, wsiadając do pojazdu. Odłożył swój ekwipunek i wyciągnął rękę.

– Porucznik Jachrimo. – Dowódca, mężczyzna o szczupłej twarzy, uścisnął mu dłoń, ale szybko ją puścił. Był z policji miejskiej, nie stanowej. Nie zdziwiło to Bobby’ego. To miejsce formalnie im podlegało, a poza tym oficer z policji stanowej pewnie miał przed sobą jeszcze ze dwie godziny drogi. Bobby wolałby wypełniać rozkazy własnego dowódcy, ale wyszkolono go, by okazywał posłuszeństwo także innym – oczywiście w rozsądnych granicach.

Jachrimo miał przed sobą białą tablicę i rysował diagram Gantta w jej lewym górnym rogu.

– Pańska funkcja? – spytał Bobby’ego.

– Snajper.

– Może pan zabezpieczać teren?

– Tak, panie poruczniku.

– Świetnie, świetnie. – Jachrimo oderwał się od białej tablicy na dość długo, by wystawić głowę z furgonetki i wrzasnąć do bostońskiego policjanta: – Hej, ty! Skontaktuj mnie z firmą telefoniczną! Rozumiesz? Połącz się z centralą i niech im przekażą, do cholery, że w tej furgonetce nic nie działa, więc jak mam stąd dowodzić? Jasne?!

Mundurowy pospiesznie się oddalił, a Jachrimo zwrócił się znów do Bobby’ego:

– W porządku, więc co pan wie?

– Mężczyzna, prawdopodobnie uzbrojony, zabarykadował się w swoim domu z żoną i dzieckiem. – Bobby powtórzył wiadomość, którą otrzymał na pager.

– Podejrzany nazywa się Jimmy Gagnon. Coś to panu mówi?

Bobby pokręcił głową.

– Nieważne. – Jachrimo skończył rysować diagram, a potem zaczął szkicować pod nim ogólny plan okolicy. – A więc sytuacja wygląda tak. Tuż po jedenastej trzydzieści na policję zadzwoniła kobieta. Przedstawiła się jako Catherine Gagnon, żona Jimmy’ego. Powiedziała, że mąż jest pijany i grozi pistoletem jej i ich synowi. Dyspozytor z centrali próbował kontynuować rozmowę, ale pojawiły się jakieś zakłócenia i połączenie zostało przerwane. Jakąś minutę później jeden z sąsiadów zgłosił, że słyszał strzały. Dzwonił do centrali, ale nasi ludzie zostali wysłani do Revere, więc przekazałem meldunek Framingham Communications, a oni skontaktowali się z waszym dowódcą. Wasza jednostka ma iść na pierwszy ogień, może do końca akcji, a może do czasu, aż nasi załatwią sprawę w Revere. Jeszcze nie wiem. Na razie teren obstawili mundurowi. Zajęli stanowiska tutaj, tutaj i tutaj, a tu i tu zaparkowane są samochody blokujące sąsiednie ulice.

Jachrimo zaznaczył na szkicu serię krzyżyków i cały kwartał domów został odizolowany od reszty dzielnicy.

– Gagnonowie zajmują cztery górne piętra budynku pod numerem czterysta piętnaście – ciągnął. – Policjanci ewakuowali już lokatorów z niższych pięter i sąsiednich domów. Nie nawiązaliśmy jeszcze kontaktu z nikim w mieszkaniu, co szczerze mówiąc, bardzo mnie martwi. Moim zdaniem już od dziesięciu minut powinniśmy mieć zabezpieczony teren, a negocjator powinien się zjawić osiem minut temu. Ale widać tylko ja tak uważam…

– Ilu mamy ludzi?

– Są już na miejscu Fusilli, Adams i Maroni. Obserwują dom, zabezpieczają teren i może spróbują dostać się do środka. Jeden z moich ludzi szuka planów budynku, a drugi… mam nadzieję… połączy mnie zaraz z tą pieprzoną firmą telefoniczną.

– Jakieś informacje od sąsiadów?

– Według lokatora z parteru, w ciągu ostatnich pięciu lat Gagnonowie solidnie przebudowali swoje mieszkanie. Podwyższyli kosztem strychu pomieszczenia na trzecim piętrze, gdzie mają ogromną sypialnię z balkonem. Na parterze jest niewielka kawalerka i hol, z którego dojeżdża się windą na pierwsze piętro do drzwi Gagnonów. Są tam także schody prowadzące na wszystkie piętra. Suterenę przerobiono na dwupokojowe mieszkanie. Ewakuowaliśmy parę, która tam mieszka. Nic nie byli w stanie nam powiedzieć. Nie mają pojęcia, gdzie są instalacje elektryczne czy wyjścia awaryjne. Zero informacji. To stary budynek, więc czeka nas pewnie trochę niespodzianek. Zdaje się, że Gagnonowie nie są zbyt towarzyscy i nawet jeśli urządzali przyjęcia, to nie zapraszali na nie sąsiadów. Wciąż się kłócą, wzywano nas już do nich z powodu małżeńskich awantur. Ale pierwszy raz któreś z nich sięgnęło po broń, więc to coś nowego. Ona czy on? Cholera wie. Szkoda tylko dzieciaka. No więc tak to wygląda.

Porucznik skończył akurat w chwili, gdy zjawił się ktoś z firmy telefonicznej. A także jeden z kolegów Bobby’ego.

– Doskonale – rzucił Jachrimo. – Pan – wycelował palec w nowo przybyłego policjanta – zabezpiecza teren. A pan – wskazał na Bobby’ego – niech zajmie stanowisko obserwacyjne. Chcę informacji na temat tego domu. Gdzie jest mąż, gdzie żona, gdzie dziecko. A przede wszystkim czy jeszcze żyją. Bo minęło już ponad pół godziny, a nic nie wiemy.

OPUŚCIWSZY STANOWISKO DOWODZENIA, BOBBY ruszył szybkim krokiem. Przydzielono mu zadanie i miał do wyboru parę opcji. Szybko je przeanalizował.

Po pierwsze, odpowiedni ekwipunek. Wybrał polowy mundur moro w szarych odcieniach. W czarnym byłby zbyt widoczny. Dzięki kamuflażowi nie rzucał się w oczy, mógł wtopić się w otoczenie.

Na wierzch założył lekką kamizelkę kuloodporną. Reszta zespołu będzie miała kamizelki z kevlaru, z płytami borowymi, ale dla snajpera są za ciężkie. Bobby musiał być w stanie szybko się poruszać, ale także zajmować czasem przez wiele godzin niewygodną pozycję. Wystarczała mu lekka kamizelka i hełm.

Następna sprawa: karabin, celownik optyczny i amunicja. Zawiesił sobie na ramieniu sig sauera 3000, a potem wybrał lunetę celowniczą Leupold 3-9X 50 mm. Była już nastawiona na sto metrów, standardową odległość dla policyjnych snajperów, w odróżnieniu od wojskowych, którzy nastawiali ją na pięćset metrów. No ale ci biegają w swoich siatkach maskujących i czołgają się po bagnach. Praca Bobby’ego rzadko była aż tak interesująca.

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zabrać noktowizora, ale ponieważ cały teren był oświetlony jak w Dzień Niepodległości, dał sobie spokój.

Pozostawała jeszcze amunicja. Wybrał dwa rodzaje nabojów do remingtona kalibru .308: zwykłe i ze wzmocnionymi czubkami. Te pierwsze były standardowymi pociskami, te drugie nadawały się lepiej do przestrzeliwania szkła. Zważywszy, że tej zimnej nocy wszystkie okna mieszkania były pozamykane, zamierzał włożyć do komory nabój drugiego typu. Jeśli można oddać tylko jeden strzał, trzeba ryzykować.

Następnie Bobby zredukował zawartość plecaka do trzech butelek wody, dwóch batonów energetycznych, podręcznej poduszki, lornetki i dalmierza. Zamknął bagażnik i skręcił od razu w ulicę.

Miał już sprzęt, teraz musiał zająć pozycję.

Back Bay była starą, bogatą dzielnicą Bostonu. Wysokie, wąskie budynki z piaskowca chełpiły się granitowymi łukami, wymyślnymi balkonami z kutego żelaza i dużymi wykuszowymi oknami. Rozłożyste drzewa, piękne latem, lecz teraz pozbawione liści, rozpościerały nagie gałęzie nad stojącymi pod nimi bmw, saabami i mercedesami, a szare zwoje bezlistnego bluszczu pięły się w świetle policyjnych reflektorów po ceglanych ścianach, oplatając zdobne futryny okien. Była to piękna dzielnica, dystyngowana, hermetyczna, nieco arogancka.

Choćby Bobby pracował całe lata, nie byłoby go stać, żeby parkować na tej ulicy samochód, a co dopiero tu zamieszkać. To zabawne, że ludzie, którzy niby wszystko mają, potrafili tak spieprzyć sobie życie.

Uznał, że odległość nie stanowi problemu. Budynki stały obok siebie, a ulica miała tylko pięćdziesiąt metrów szerokości. Gorzej było z kątem strzału. Żeby uniknąć kłopotów, nie powinien przekraczać czterdziestu pięciu stopni. Kamienica, o którą chodziło, miała pięć kondygnacji i suterenę. Dowódca wspomniał jednak, że poddasze właściwie zlikwidowano, tworząc sklepiony sufit w ogromnej sypialni na trzecim piętrze.

To zgadzałoby się z tym, co Bobby teraz widział: właśnie tam, za balkonem z kunsztowną balustradą z kutego żelaza, paliły się światła.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, by mieć lepszy widok. Słupki żelaznej balustrady były oddalone od siebie o jakieś osiem centymetrów. Żaden problem, zważywszy, że trenował co miesiąc strzały z dokładnością do trzech centymetrów. Kąt strzału pozostawał jednak problematyczną sprawą. Strzelając na wprost, trafiłby w szczelinę o szerokości ośmiu centymetrów bez najmniejszego trudu. Ale gdyby miał oddać strzał w górę lub w dół pod kątem większym niż trzydzieści stopni…

Musiał zdecydowanie zająć stanowisko gdzieś wyżej.

Spojrzał na trzypiętrową kamienicę, stojącą dokładnie na wprost domu Gagnonów i chwilę później dobijał się do jej starych drewnianych drzwi. Chociaż porucznik Jachrimo powiedział mu, że policja ewakuowała już okolicznych mieszkańców, Bobby wcale nie był zaskoczony, gdy otworzył mu starszy jasnooki mężczyzna w ciemnozielonym szlafroku. To zdumiewające, jak wielu ludzi nie chce opuścić swoich domów, nawet kiedy otaczają ich uzbrojeni po zęby antyterroryści.

– Hej! – odezwał się staruszek. – Pan z policji? Bo powiedziałem już jednemu z waszych, że nie wychodzę.

– Muszę dostać się na najwyższe piętro – oznajmił Bobby.