NexusTekst

Z serii: Androma #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Nexus

Copyright © 2016 by Sasha Alsberg & Lindsay Cummings

All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Królak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji na froncie okładki: Karolina Jędrzejak

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Elementy graficzne layoutu: © Julia Waller | Shutterstock

Zdjęcia na okładce: © Zakharchuk | Shutterstock, © sdecoret | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66431-71-3

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

Od Sashy:

Mojej mamie,

która na pewno

spogląda z gwiazd.

Od Lindsay:

Mojemu ojcu, Donowi Cummingsowi.

Dziękuję, że jesteś największym

molem książkowym, jakiego znam.


ROZDZIAŁ 1

DEX

Dextro Arez nigdy naprawdę nie wierzył, by bogowie stanowili namacalne byty.

Dało się ich wyczuć jedynie duszą jako kojącą obecność w sercu, ideę wypełniającą umysł, jakby wykutą z żelaza. Zawsze w pobliżu, a jednak tak daleko jak gwiazdy na nocnym niebie.

Na ciele Dexa zostały wytatuowane białe konstelacje Gwiazd Losu; żywy pomnik dla ich siły i mocy. Na jego lewej ręce wiły się splecione wzory symbolizujące bliźniacze gwiazdy życia i światła. A z tyłu prawej ciągnęły się aż do szyi kanciaste konstelacje tworzące gwiazdy nadziei.

Jednak gdy Dex pochylił się w fotelu, sztywne linie gwiazdy śmierci spozierały na niego z lewej dłoni. Tatuaż rozciągnął się jak zmrużone oko, gdy zacisnął pięść. Odwrócił od niego wzrok, przełknął głośno ślinę. Poczuł, jakby śmierć naprawdę mu towarzyszyła – niczym bestia dysząca w kark – kiedy popatrzył na blade, nieruchome ciało Andromy.

Była nieprzytomna już prawie tydzień. Dex wiedział, że przynajmniej częściowo winę za ten stan ponosił środek przeciwbólowy, który podali jej ze względu na ranę na piersi – prezent pożegnalny od tego zdrajcy Valena Cortasa, który zwrócił ku niej swoje ostrze zaraz po zadaniu śmiertelnego ciosu własnemu ojcu w czasie ataku królowej Nor na Arcardiusa.

Dex zastanawiał się jednak, czy przypadkiem umysł Andi nie był jeszcze gotowy do powrotu do rzeczywistości, zbyt przerażony tym, co się wydarzyło na kilka chwil zanim Valen próbował ją zabić. A jeśli to prawda, to ile czasu będzie musiało minąć, zanim do nich wróci?

Obudź się, prosił cicho, patrząc na nią. Bez ciebie nie damy sobie rady.

Nie do końca wiedział, z czym mieli sobie dać radę. Kiedy Nor Solis przejęła władzę, zmienił się los całej galaktyki, nadzieje i marzenia tak wielu rozproszyły się w mroku. Wszyscy założyli, że Kataklizm na zawsze unieszkodliwił Xen Pterę; że ostateczna bitwa pozbawiła planetę resztek zapasów, a królową oraz jej poddanych chęci do walki. Nikomu by do głowy nie przyszło, że Nor Solis pewnego dnia odzyska siłę i zdoła przejąć kontrolę nad całą Mirabel.

Istniała tylko jedna osoba, być może wystarczająco silna, by uwolnić galaktykę z jej rąk – a jednak w tej chwili nie zdawała sobie zupełnie z tego sprawy.

Obudź się, Andi, pomyślał jeszcze raz.

Wydawała się taka krucha, leżąc na miękkim białym łóżku w ambulatorium, pogrążona we śnie. Dex skrzywił się, wyobrażając sobie, co tam właśnie prawdopodobnie oglądała.

Koszmary. Nigdy dobre sny, już nie.

Ostre światła odbiły się od srebrnych płytek wszczepionych w policzki dziewczyny, gdy Dex odchylił się, rozciągając obolałe mięśnie. Prawie nie ruszał się z tego miejsca, odkąd uciekli z Arcardiusa. Był zdeterminowany, by po przebudzeniu zobaczyła go u swego boku. To on chciał jej opowiedzieć o tym, co się stało… chociaż nie znalazł jeszcze właściwych słów.

Zamknął oczy, wspominając tamtą noc. Wspominając rozpaczliwy głos Cypriana Cortasa, byłego Generała Arcardiusa, gdy leżał w tym samym pomieszczeniu, umierając.

Na szali znalazł się los całej galaktyki. Przywódcy nie żyją i niedługo z pewnością zginą też ich następcy. Po mojej śmierci Androma zostanie jedyną obywatelką Arcardiusa na tym statku. Jeśli przeżyje… Androma Racella zostanie prawowitym Generałem Arcardiusa.

Generał Arcardiusa. Przywódca planety, który niegdyś pragnął śmierci Andi. Na Gwiazdy Losu, wścieknie się na samą myśl.

Dex westchnął ciężko i przysunął fotel do łóżka, nieśmiało muskając dłoń dziewczyny. Ciepło jej skóry było kojące, ten wątły znak życia potrafił ulżyć jego napiętym nerwom. Przyjrzał się grubej warstwie bandaży na jej piersi, tuż pod obojczykiem. Skrywały ciemne szwy przytrzymujące jej skórę, wspomagające gojenie się ciała, które rozerwało ostrze Valena. Dex sam zadawał wiele ran w swoim życiu, niektóre o wiele gorsze niż ta. Jednak oglądanie Andi w tym stanie przywołało falę wspomnień, przez które jego myśli wymknęły się spod kontroli.

Valen stał przed Andi na Balu Ucatorii, krew ściekała z noża, który przed chwilą wbił jej w pierś. Padła na kolana, drżącymi rękami sięgając ostrza, by wyciągnąć je z rany. Potem zachwiała się, nóż upadł, a ona zaraz za nim, otoczona rosnącą kałużą własnej krwi.

Dex się spóźnił. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że dziewczyna nie żyje. Na sali robiło się coraz ciszej, krzyki zamierały. Pojedynczy strzał. Drugi. Łupnięcie, z jakim ciało pada na podłogę. Stuknięcie kolejnej srebrzystej kuli przesuwanej do komory broni.

Wreszcie dotarł na scenę. Przywódcy układów zbili się w gromadkę na fotelach otoczeni przez ciała martwych Patrolowców. Jednak Dex patrzył tylko na Andi.

– Trzymaj się – powiedział do niej. Jego palce odnalazły jej gardło, wyczuły słaby puls pod skórą. – Wytrzymaj jeszcze chwilę.

Dex zamrugał, słysząc jęk. Zdał sobie sprawę, że za mocno ściskał jej dłoń. Postrzępione od nerwowego obgryzania paznokcie wpijały się w jej bladą skórę. Natychmiast ją puścił, ale i tak się pochylił, nie potrafiąc odwrócić od niej wzroku.

– Andi?

Zatrzepotała powiekami.

Przez moment martwił się, że umiera lub w jej ranę wdała się infekcja albo krew, którą Lon przetoczył jej w ciągu kilku niezwykle ważnych chwil po ucieczce, jednak źle zmieszała się z jej własną, mimo jego zapewnień, że jest uniwersalnym dawcą. Może gwiazda śmierci, której dotkliwą obecność wciąż dało się wyczuć na statku, rechotała, szykując się do zabrania Andi.

Wtedy jednak dziewczyna otworzyła oczy. Szare jak wzburzone morze.

Dex wypuścił gwałtownie powietrze z płuc, chociaż wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymuje oddech.

– Hej – powiedział, czując, jak spływa z niego całe napięcie. – Jak się czujesz?

– Dex? – Przez chwilę tylko się rozglądała, jakby próbowała zrozumieć, gdzie się znajduje. Sprawiała wrażenie spokojnej, jakby po prostu budziła się z długiego snu. Potem natrafiła na spojrzenie Dexa i nie odwracała już wzroku. Zmarszczyła czoło, chyba zaczynała sobie zdawać sprawę ze swojej dezorientacji. – Co się… stało? – zapytała ochrypłym głosem, cichym, lecz próbującym nabrać mocy.

– Żyjesz – powiedział Dex, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu ulgi, który wyciągnął mu usta. – Jesteś bezpieczna.

– Bezpieczna? – Chciała się podnieść, ale tylko stęknęła i zaraz jej dłoń wystrzeliła do białych bandaży przykrywających ranę w piersi.

Minęło kilka dni od czasu, kiedy widział ją przytomną. Wziął głęboki wdech i chwycił jej rękę, wciąż nie wiedząc, jak jej to wszystko wytłumaczyć. Może i została poważnie ranna, jednak nie była dzieckiem. Nie była słaba ani w sercu, ani w duszy. Nie złamią jej żadne wieści.

– Arcardius został zaatakowany. W czasie balu. Pamiętasz? – zaczął, a spojrzenie Andi stężało. – Nor Solis… Przyleciała i… – urwał. Jak miał jej wyjaśnić, co się stało? Jak miał jej powiedzieć, że pełna sala ludzi, których uważał za zmarłych, nagle powstała i przysięgła wierność kobiecie odpowiedzialnej za zamach na ich życie? Kobiecie, której się bali i której nienawidzili przez niemal dekadę? Co najgorsze, jak miał jej przekazać, że pośród tych nieumarłych stających po stronie Nor znalazła się załoga Marudera?

– Gdzie jest Lira? – zapytała nagle. – Gdzie są Breck i Gilly?

Serce Dexa zamarło. Otworzył usta, lecz nie wydostały się z nich żadne słowa.

Potem obserwował zmiany na twarzy dziewczyny, gdy wróciła jej pamięć, wspomnienia uderzyły w nią z siłą, która sprawiła, że Andi odsunęła się od niego.

 

– Moja załoga – wychrypiała. Podał jej kubek wody. Wypiła duszkiem.

– Andromo. Próbowałem. Próbowałem się do nich dostać, ale… Panował taki straszny chaos. Tylu wrogów było dokoła. A ty umierałaś.

Otworzyła szeroko oczy pod wpływem strachu i gniewu. Zaczęła się trząść.

– Gdzie. Jest. Moja. Załoga?

Podniosła się tak szybko, że nie zdążył jej powstrzymać. Tak gwałtownie, że aż zawyła z bólu. Kubek po wodzie spadł na podłogę. Ścisnęła jego dłoń jak w imadle, miażdżąc mu palce. Zacisnęła zęby i przerzuciła nogi przez krawędź łóżka, zwracając się twarzą do Dexa. W jej oczach płonęło cierpienie i jednocześnie po jej białych bandażach rozlała się czerwień.

– Gdzie one są? – dopytywała. – Błagam, Dex. Mów natychmiast, co się z nimi stało.

– One… – Jak miał być źródłem takich wieści? Dopiero co udało mu się zdobyć jej przebaczenie po latach karmienia się nadzieją, że jeszcze kiedyś zagości w jej sercu, a teraz znowu ją zdradził. Był tchórzem. Poległ, bo nie zdołał uratować jej załogi przed Nor. – Na Gwiazdy Losu, tak strasznie mi przykro. Zostały na Arcardiusie. – Znienawidził te słowa, gdy tylko wydostały się z jego ust, ale co innego miał zrobić? Nie mógł przecież ukrywać tego przed nią. I tak zdążyła dostrzec to w jego zdradzieckich oczach, a gdy tylko opuści salę chorych, przekona się, że statek jest pusty i zimny, z Lonem jako ostatnim żywym duchem.

– Nie – mruknęła. Tak cicho, że Dex prawie jej nie słyszał. Pokręciła głową, niedowierzanie spłynęło jej na twarz, cienie pod oczami stały się jeszcze ciemniejsze. – Nie.

– Nie miałem szansy dostać się do nich po ataku – wyjaśnił przez ściśnięte gardło. – Kiedy ostatni raz je widziałem, były żywe, ale… dołączyły do szeregów poddanych królowej Nor.

Tak samo jak wszyscy inni uczestnicy balu. Wszyscy prócz Dexa, Andi i może kilku osób, które zaraz zginęły z rąk żołnierzy Xen Ptery.

Dex nigdy nie zapomni chwili, gdy padła niezłomna załoga Marudera. I tej, gdy wstała, tytułując Nor królową. Pozostawienie ich na Arcardiusie wciąż go dręczyło, wciąż powodowało ból. Te wspomnienia do końca życia będą mu towarzyszyć w pamięci i w sercu.

– Musimy do nich lecieć – nalegała Andi.

Zanim Dex zdążył otworzyć usta, by odpowiedzieć, dziewczyna już skoczyła na równe nogi, a luźne szare spodnie, które miała na sobie, załopotały, gdy rzuciła się do wyjścia.

– Stój! – Pobiegł za nią.

Nacisnęła z całej siły czerwony guzik przy drzwiach, po czym zachwiała się i omal nie przyklękła, dysząc z bólu. Jednak gdy drzwi się rozsunęły, odkrywając przed nią srebrzyste korytarze Marudera, zdążyła już nad sobą zapanować.

Dex skoczył do niej z wyciągniętymi rękami.

– Musisz odpoczywać – powiedział. – Całkiem zerwiesz sobie szwy. Valen prawie dotarł do twojego serca.

Spuściła wzrok na pierś, jakby dopiero teraz zauważyła ranę.

– Szkoda, że mu się nie udało – oznajmiła z szeroko otwartymi oczami, czerwieniąc się od łez, których, jak wiedział Dex, nie przeleje. – Nie chcę żyć bez nich. – Krew już zdążyła przesiąknąć przez bandaże. Andi zachwiała się, oparła o ścianę. Przyjęła zbyt dużo środków przeciwbólowych. Od kilku dni nic nie jadła. Dex dziwił się, że w ogóle jest w stanie utrzymać się na nogach. – Rusz się – warknęła. – Dextro, proszę. Zanim sama cię ruszę.

– Myślisz, że tego nie chcę? Prawie w ogóle nie spałem od chwili, gdy je zostawiliśmy. Prawie nie jadłem, praktycznie nic nie robiłem, siedziałem tylko przy twoim łóżku i na nowo przeżywałem tamtą noc w swoim umyśle.

Gilly. Lira. Breck.

Dla niego również stały się ważne. I zdradził je, zdradził Andi, zostawiając je na Arcardiusie. Nawet Lon, zazwyczaj spokojny i łagodny, obrzucił go morderczym spojrzeniem, kiedy pojawił się na pokładzie Marudera z Andi i generałem, lecz bez jego bliźniaczki, Liry.

Dlaczego to musiało go spotkać? Nie mógł przecież w pojedynkę zmienić losów wojny.

Przełknął głośno ślinę.

– Nic nie możemy zrobić. Nic a nic. Byłaś nieprzytomna. Nie widziałaś, co się z nimi stało. Nie widziałaś, jak się zmieniły.

Wyciągnął ręce, żeby złapać ją za ramiona i łagodnie zaprowadzić z powrotem do łóżka, ale Androma wrzasnęła z wściekłości, uderzając pięścią w ścianę, i uciekła od niego.

– A niech cię, Dextro. Zejdź mi z drogi!

– Proszę. – Już czuł w sobie słabość, ten potworny strach, że znowu ją straci, chociaż dopiero co ją odzyskał. – Proszę, daj sobie pomóc. Nic nie zdołasz dla nich zrobić, dopóki nie odpoczniesz i nie wrócisz do zdrowia.

– Nie możesz mi tego robić – wyszeptała. Głos jej drżał. – Proszę, Dex. Nie możesz mnie tak ranić.

– Próbuję cię chronić. – Bo cię kocham, pomyślał. Jednak odjęło mu mowę, opuścił ręce.

– Nie chcę, żeby ktoś mnie chronił – oznajmiła. – Nie teraz. – Odwróciła się, ramiona jej opadły, gdy z dłonią na piersi wróciła do łóżka, powłócząc nogami i oddychając ciężko.

Dex cierpiał, widząc ją w tym stanie. Cierpiał, ponieważ zdradził jej załogę. Tylko że nie dało się ich uratować. A przynajmniej nie teraz. Może nigdy. Wciąż nie wiedział, w jaki sposób Nor i Xenpterranie przejęli kontrolę albo co było w tych srebrnych kulach, albo czy istniał sposób na odwrócenie tego, co się stało z ich umysłami.

Poza tym nie miał pojęcia, jak daleko dotarły rządy Nor w ciągu tych kilku dni od czasu ich ucieczki z Arcardiusa. Równie dobrze mogła już panować nad całą galaktyką.

– Przysięgam – powiedział, idąc za nią. – Przysięgam na swoje życie, że dowiemy się, co Nor zrobiła twojej załodze. Znajdziemy jakiś sposób, żeby do nich dotrzeć. Musimy tylko…

Obróciła się na pięcie i popatrzyła na niego z bólem, po czym zamachnęła się.

Dex odruchowo umknął, jednak coś go trafiło. Wciągnął gwałtownie powietrze, czując ukłucie w szyi. W następnej chwili zalało go leniwe ciepło, jakby tonął w gorących źródłach na Adhirze. Podniósł powoli rękę, jego palce niezgrabnie wyciągnęły pustą strzykawkę, której igła zatopiona była w jego skórze. Ta sama strzykawka leżała wcześniej na stoliku przy łóżku, pozostawiona tam przez Lona na wypadek, gdyby Andi po przebudzeniu czuła zbyt silny ból. W środku znajdował się soduum, mocny środek przeciwbólowy.

– Dlaczego? – wydyszał, chociaż powinien był się tego spodziewać. Strzykawka upadła z cichym stuknięciem, a on zaraz po niej, prawie nie zdając sobie sprawy, kiedy jego kolana uderzyły o pokład. Wiedział, że miał jeszcze tylko chwilę, zanim soduum odbierze mu świadomość. Ciepło płynęło mu w żyłach, zbyt szybko, by dało się je zignorować. Już przywoływało go, by pogrążył się w głębokim śnie.

Usłyszał ciche kroki i rwany oddech, gdy Andi się do niego zbliżyła. Kiedy podniósł wzrok, jej twarz już się rozmazywała, rysy zacierały. Stała nad nim, z rany na piersi sączyła się jej krew, jasnoczerwona w ostrym blasku świateł. Strużka wydostała się spod bandaża i zaplamiła koszulę, spływając po brzuchu dziewczyny.

– Przepraszam, Dex – powiedziała, jej głos brzmiał jak pieśń żałobna, gdy głowa Dexa uderzyła o podłogę. – Bez nich mnie nie ma.

Kiedy wyszła z ambulatorium, nie była już Andromą Racellą. Na korytarz Marudera wkroczyła Krwawa Baronowa, kapitan, która przemierzy całą galaktykę, by uratować swoją załogę.

ROZDZIAŁ 2

ANDROMA

Bolały ją kości, jej mięśnie wrzeszczały, a rana w klatce piersiowej błagała o przerwę. Jednak w umyśle wciąż pojawiały się obrazy załogi, nieustannie pchając ją przez srebrzyste korytarze statku kosmicznego.

Gdyby tylko zdołała wrócić na Arcardiusa… Wiedziała, że zdoła znaleźć sposób, żeby je uratować.

Lira. Breck. Gilly.

Słowa Dexa odbijały się echem w jej głowie, kiedy chwiejnym krokiem przemierzała wąskie przejście prowadzące na mostek. Rezonowały w czaszce, gdy przyłożyła dłoń do niebieskiego panelu obok drzwi.

Dołączyły do Nor.

Andi pokręciła głową, przepędzając zdradzieckie myśli. Jej załoga nigdy nie stanęłaby po stronie Xen Ptery, bez względu na to, co by im groziło. Jednak Dex wspomniał coś o tym, że… przeszły przemianę?

Drzwi rozsunęły się i wszystkie myśli pierzchły jej z umysłu, gdy wpadła na mostek, szybko skanując dłoń na panelu i wpisując komendę, by przejąć kontrolę nad statkiem. Właz zamknął się za nią i wypuściła wstrzymywane powietrze, chyba pierwszy raz od czasu, kiedy się obudziła. Nie zdoła zatrzymać Dexa na zawsze – w końcu przez lata ten statek należał do niego – ale i tak będzie się musiał nieźle natrudzić, gdy już odzyska przytomność.

Na chwilę przyłożyła czoło do chłodnego metalu – szokująca ulga dla jej rozgrzanej skóry. Zamknęła oczy i wzięła powolny, głęboki wdech, po czym odwróciła się i popatrzyła na rząd foteli, na których kiedyś siedziała jej załoga. Teraz były przerażająco puste.

Jej wzrok, do tej pory zamglony od leków, powoli zaczynał się wyostrzać. Podeszła na przód mostka i jęknęła, gdy wreszcie udało jej się usiąść na fotelu pilota. Czuła się źle, jakby zajmowała miejsce, które zawsze należało do Liry. Miejsce, do którego nie miała żadnych praw po tym, co się przydarzyło Kalee. Jednak odsunęła swój dyskomfort, zastępując go palącym pragnieniem odzyskania przyjaciółek. Jej uczucia względem powrotu do pilotowania statku nie miały znaczenia – nie wtedy, gdy na szali znalazło się ich życie.

O ile, oczywiście, królowa Nor jeszcze ich nie zabiła.

Gdy tylko ta myśl zakiełkowała w jej umyśle, Andi natychmiast ją zdusiła. Żyły. Nie mogło być inaczej. Nie mogła sobie pozwolić na myślenie, że jest inaczej; nie wytrzymałaby takiego bólu – większego, niż zdzieranie skóry na żywca i przypiekanie ciała.

Musiała je uratować, nawet za cenę własnego życia. Lepiej próbować i zginąć, niż nie próbować w ogóle.

Każda sekunda działała na jej niekorzyść. Andi zmusiła swoje obolałe ręce do powolnego, skrupulatnego wpisania współrzędnych Arcardiusa. Holoekran nawigacji uruchomił się przed jej oczami, podświetlony przez wirujące, migoczące chmury za ścianami statku z varillium. Kolorowa gęsta mgła nie pozwalała Andromie spojrzeć na gwiazdy, a jej widok sprawił, że przeszedł ją zimny dreszcz.

– Memory? – zapytała bez tchu.

Z głośników zaczął płynąć kojący kobiecy głos systemu kontroli Marudera:

– W czym mogę pomóc, pani kapitan?

– Gdzie dokładnie się znajdujemy?

Na chwilę zapadła cisza, po czym rozległa się odpowiedź Memory:

– System nawigacyjny jest offline. Nie mogę określić dokładnego położenia statku.

Andi wbiła wzrok w tańczące wstęgi różowej i złotej mgiełki. Nagle naszło ją pewne podejrzenie:

– Memory, jaki był cel ostatniego skoku w hiperprzestrzeń?

– Ostatnie współrzędne wskazywały na lokację tuż za granicą mgławicy Xintra.

Dłonie Andromy zaczęły się trząść z gniewu. Jej statek znajdował się w pieprzonej mgławicy. Ogromnej przestrzeni wypełnionej gazami i szczątkami skał, które czyniły system nawigacyjny Marudera bezużytecznym. Tylko doskonale wyszkolony pilot byłby w stanie wyprowadzić z takiego miejsca statek, nie zbaczając przy tym z kursu. A to nie była zwyczajna mgławica – to była Xintra. Dokładnie naprzeciwko galaktyki od układu Phelexos i Arcardiusa. Tak daleko od załogi Andi, jak tylko się dało.

Dziewczyna zaśmiała się bez radości. Gdy tylko Dex się obudzi, udusi go gołymi rękami.

Zaraz podskoczyła na dźwięk łomotania pięści o drzwi mostka, co przypłaciła falą bólu. Zza grubej warstwy metalu dobiegło:

– Andi, proszę, wpuść mnie!

Nieznajomy głos sprawił, że podniosła się z fotela i instynktownie sięgnęła po miecze. Zaklęła pod nosem, zdając sobie sprawę, że pewnie zostały w ambulatorium. Rozejrzała się w poszukiwaniu innej broni. Była przekonana, że Gilly i Breck ukryły gdzieś pistolet.

Intruz znowu zadudnił w drzwi, tym razem bardziej nagląco.

– Andi, to ja, Lon. Otwórz! Musimy porozmawiać.

Kolana jej zmiękły z ulgi. Lon. Zupełnie zapomniała, że Lira załatwiła przeniesienie go na pokład Marudera w czasie balu, żeby szybciej opuścić Arcardiusa z resztą załogi zaraz po wypełnieniu obowiązków wobec generała Cortasa. Lon musiał już znajdować się na statku, kiedy Dex po ataku zabrał ją na pokład.

A także, co najważniejsze, Lon był jej sojusznikiem. Z pewnością pragnął ocalić siostrę tak samo jak Androma swoją załogę. Wspólnie przekonają Dexa, żeby zasiadł za sterami statku i zabrał ich z powrotem na Arcardiusa.

 

Niemniej gniew i adrenalina, które napędzały ją aż do tego momentu, szybko ulatywały, a odległość do panelu przy włazie wydawała się większa niż wcześniej. Opadła z powrotem na fotel pilota, przeklinając pod nosem stan swojego ciała.

– Memory, odblokuj te przeklęte drzwi, zanim Lon kompletnie je zatłucze.

Metal rozsunął się z syknięciem i wszedł brat Liry. Minę miał nieufną. Andi popatrzyła na niego, unosząc brew, po czym odwróciła się znowu do holoekranu, na którym wyświetlało się ostrzeżenie. Pozbyła się go machnięciem dłoni i włączyła diagram przedstawiający Mirabel.

– Znajdujemy się w mgławicy Xintra – powiedział Lon, pokazując na różowy obłok unoszący się w przestrzeni między Olenem a Taviną.

– Tak, domyśliłam się już – odparła sucho. – Dlaczego właściwie tu jesteśmy, skoro moja załoga i twoja siostra zostały po drugiej stronie galaktyki?

Lon wyglądał na zmęczonego, kiedy opadł na fotel, który zazwyczaj zajmowała Breck.

– Jesteśmy tutaj, ponieważ królowa Nor również znajduje się po drugiej stronie galaktyki. Razem ze swoją armią pozbawionych wolnej woli sługusów.

Zamrugała zaskoczona.

– Że co proszę? Jak to pozbawionych wolnej woli? – Nawet samo wymówienie tych słów wydawało jej się idiotyczne. – O co chodzi, do cholery?

Lon westchnął głośno.

– Serio? Nie dałaś Dexowi powiedzieć ani słowa, zanim pozbawiłaś go przytomności?

Poczuła, jak gniew rośnie i wypływa w postaci rumieńców.

– Zostawił moje przyjaciółki, Lon. Nie miałam ochoty go słuchać.

– Nie miał wyboru. Gdyby próbował je uratować, pewnie już byśmy nie żyli albo wykonywalibyśmy rozkazy Nor. – Lon pokręcił głową i wstał, wyciągając rękę do Andi. – Chodź. Wróćmy do ambulatorium. Krwawisz, a poza tym musimy obudzić Dexa. Był w sali balowej i lepiej wie, co się tam wydarzyło.


Przez lata Andi polegała tylko na sobie i swojej załodze. Nikt inny nie okazał się godny zaufania, a nawet w przypadku Maruderek, zdecydowanie wolała chronić, niż być chronioną.

Dlatego kiedy powoli wracali z Lonem do ambulatorium, z zażenowaniem coraz mocniej wspierała się na jego ramieniu, nie potrafiąc dłużej iść o własnych siłach. Zacisnęła zęby z frustracji i starała się wykrzesać jeszcze trochę energii, jednak wszystko na marne.

– Nie ma wstydu w przyjmowaniu pomocy – powiedział łagodnie Lon. – Prawie umarłaś i niemal cały tydzień znajdowałaś się pod wpływem silnych leków. Dziwię się, że w ogóle udało ci się dostać na mostek.

Zatrzymała się w pół kroku, zszokowana. Odwróciła się, by popatrzeć na brata Liry, czując, że krew odpływa jej z twarzy.

– Byłam nieprzytomna prawie tydzień?

Przytrzymał ją, gdy straciła równowagę, po czym pomógł jej pokonać kilka ostatnich kroków do drzwi ambulatorium.

– Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak poważne były twoje obrażenia i jak wiele krwi straciłaś, zanim Dex zdołał zabrać was z generałem Cortasem na statek.

– Czekaj – rzuciła, zbita z tropu, kiedy Lon uniósł rękę do panelu przy drzwiach. – Generał tu jest? Cyprian Cortas na moim statku? – Na samą myśl, że ten człowiek znalazł się na pokładzie Marudera, a jej załoga nie, aż się w niej zagotowało.

– Był – odparł Lon. Drzwi rozsunęły się, ukazując umięśnione ciało Dexa leżące na podłodze. Lon wszedł dziarsko do środka, uklęknął i potrząsnął mocno ramieniem chłopaka. – Zmarł krótko po opuszczeniu Arcardiusa.

Przytrzymała się ściany, próbując dociec, co właściwie czuje w związku ze śmiercią generała. Cortas był okrutnym karierowiczem, ale też jednym z najlepszych generałów w historii planety. Oprócz tego był ojcem dziewczyny, którą Andi niegdyś kochała jak siostrę – i której nie zdołała uchronić przed śmiercią. Kalee.

Jęk Dexa oderwał ją od tych myśli. Czując lekkie wyrzuty sumienia, patrzyła jak chłopak wierci się i podnosi dłoń do szyi, krzywiąc się, gdy natrafia na miejsce, w które wbiła mu igłę.

Lon pomógł mu wstać, a zamglone brązowe oczy Dexa powoli powędrowały w górę, napotykając wzrok Andromy. Przez chwilę wytrzymywała jego spojrzenie, wahając się, zastanawiając, co też sobie myśli. Potem jego usta wyciągnęły się w półuśmiechu i powiedział:

– Wiem, że potrzebowałem snu, ale mogłaś po prostu zasugerować mi drzemkę.

Mówił to prześmiewczo, ale Andi dostrzegała w jego spojrzeniu smutek i niepokój. Starała się zachować lekki ton, pytając:

– A ty byś mnie oczywiście posłuchał, tak?

Dex pochylił głowę, ale nie dość szybko, żeby nie zdążyła zauważyć jego skrzywionej miny.

– Pewnie nie. Dobrze wiesz, że nigdy nie byłem w tym dobry.

– Ja też – przyznała, czując ukłucie żalu.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem, w jego oczach błysnęła nadzieja. Andi próbowała się do niego uśmiechnąć, ale nie pozwolił jej na to ból. Wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, a Lon pośpieszył z pomocą.

– Oboje potrzebujecie odpoczynku – powiedział twardo, prowadząc ją z powrotem na łóżko, w którym się obudziła. – A ty pewnie jeszcze nowych szwów. Ale wydaje mi się, że możesz próbować potraktować nas czymś gorszym od dawki soduum, jeśli nie otrzymasz wyjaśnień.

– Nie mylisz się – odparła słabym głosem, powoli i z pomocą Lona kładąc się na materac. Dex wstał i podszedł do niej, podczas gdy Lon zaczął zdejmować przesiąknięte krwią bandaże. Spojrzała w dół i syknęła na widok paskudnej rany. – Kolejna blizna do mojej kolekcji, a wszystko dzięki temu sukinsynowi Valenowi – skomentowała ponuro.

– Opisałaś go lepiej, niż ci się wydaje – stwierdził Dex, siadając na krześle obok jej łóżka. W tym czasie Lon popędził po rzeczy niezbędne do ponownego opatrzenia rany. – Zważywszy na fakt, że nie jest synem Merelli i Cypriana Cortasów.

Andi wbiła w niego wzrok, pewna, że źle usłyszała.

– Co proszę?

– No, właściwie to Cyprian jest, a raczej był, jego ojcem – poprawił się Dex. – Ale jego matka… Jego matką była Klaren Solis.

Andromie opadła szczęka.

– Słucham?! Ale to oznacza, że…

Dex pokiwał głową.

– Że jest przyrodnim bratem królowej Nor, tak.

Zanim zdołała w pełni przetrawić tę przerażającą myśl, Lon wrócił z igłą, nicią chirurgiczną i bandażami. Zaczął naprawiać szkody, które wyrządziła swojej ranie.

W tym czasie Dex opowiadał jej resztę historii, powtarzając to, co generał wyjawił w ostatnich chwilach życia. Powiedział o tym, jak Klaren rzuciła na niego czar w czasie lat spędzonych w posiadłości Cortasa, która stała się jej więzieniem. Jak zaszła z nim w ciążę i urodziła mu syna, a generał obawiał się, że chłopak odziedziczy niezwykłe zdolności po matce. Nigdy mu nie ufał, nie mógł uczynić go swoim następcą. Jego syn był w połowie Xenpterrańczykiem, a może potomkiem kogoś zupełnie innego.

– Czyli Valen i Nor posiadają zdolność kontroli umysłów? – zapytała Andi, kiedy Lon skończył opatrywać jej ranę.

– Sądząc po tym, co się wydarzyło na balu, owszem – odparł Dex. – Wszyscy ci ludzie, którzy zostali postrzeleni… Myślałem, że nie żyją. Ale oni nie krwawili, choć sala powinna była spłynąć krwią. A potem… – Zadrżał, jakby przeżywał to wszystko na nowo. – Zaczęli wstawać. I kiedy Valen kazał im uklęknąć przed swoją królową, posłuchali go… bez słowa protestu.

– Dziewczyny też? – Odwróciła wzrok, czując wzbierające łzy, kiedy Dex pokiwał sztywno głową. Zrobiła głęboki wdech, jeden, drugi, próbując powstrzymać się od płaczu. Łzy nie uratują jej załogi. Łzy były oznaką słabości, na którą nie mogła sobie pozwolić. – Musimy tam wrócić. Musimy je uwolnić.

– To nie takie proste – wtrącił Lon. – Nie mamy pojęcia, w jaki sposób Nor czy Valen sprawują nad nimi kontrolę. Nie możemy tak po prostu polecieć na Arcardiusa i liczyć, że jakoś to będzie. Potrzebujemy informacji. Potrzebujemy planu.

– One chcą tam być – dodał Dex, ujmując jej dłoń. – A przynajmniej tak im się wydaje. Prawdopodobnie będą się opierać, gdy spróbujemy je odbić z rąk Nor.

Nie chciała wierzyć w opowieści o tamtym wieczorze. Jednak twarze chłopaków wydawały się udręczone, jakby nie potrafili uciec przed rzeczywistością, nawet jeśli woleliby, żeby to wszystko okazało się tylko snem.

Na samą myśl o pozostawieniu Maruderek w rękach Nor coś ją ściskało w sercu. Valen i Xenpterrańczycy równie dobrze mogli je w tej chwili torturować albo zmuszać do robienia potwornych rzeczy. Jednak Dex i Lon mieli rację – nigdy nie zdołają uratować załogi, jeśli po drodze dadzą się zabić.

Ścisnęła dłoń Dexa i pokiwała z przekonaniem głową.

– Czyli musimy znaleźć sposób na uwolnienie ich umysłów i obmyślić plan na wyciągnięcie ich z Arcardiusa.

– A co potem? – zapytał Lon.

Na twarzy Andi pojawił się lodowaty uśmiech.

– A potem Krwawa Baronowa uda się na polowanie.

Inne książki tego autora