Klinika pod BoliłapkąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Fotografia na okładce – Eric Isselèe/Istockphoto (pies), urafoc/Istockphoto (tło)

Redakcja – Agata Mikołajczak-Bąk

Korekta – Anna Belter

Opracowanie komputerowe wnętrza – Elżbieta Baranowska, Hanna Polkowska

Realizacja komputerowa okładki – Michał Pańczak

Edycja materiału ilustracyjnego – Marek Nitschke

© Publicat S.A. MMXIV (wydanie elektroniczne)

All rights reserved

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-245-2078-7

Papilon – znak towarowy

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: papilon@publicat.pl

www.publicat.pl

Wykorzystanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie jest zabronione.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

1. Największe marzenie

2. Mordka z plakatu

3. Przerwane urodziny

4. Wyścig z czasem

5. Pod mikroskopem

6. Wyjątkowo długi wieczór

7. Wypracowanie musi poczekać

8. Dyżury w poczekalni

9. Gdzie są rodzice?

10. Czarodziejskie mikstury

11. Kolorowe ogłoszenie

12. Bardzo ładna dwunastka

13. Nowy pracownik

14. Na pikniku

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Filip miał tylko jedno marzenie: bardzo chciał mieć psa. Prosił o niego rodziców, od kiedy zaczął mówić. Nie pragnął nowych zabawek, nie zależało mu na wyprawach do wesołego miasteczka. Nic, tylko pies i pies.


– Jesteś jeszcze za mały, żeby opiekować się zwierzakiem – mówili mama i tata. – To wielka odpowiedzialność.

Filip miał nadzieję, że rodzice czekają, aż pójdzie do szkoły. Ale gdzież tam!

– Teraz musisz myśleć o nauce, masz tyle lekcji do odrabiania – powiedzieli, gdy zapytał o psa na początku pierwszej klasy.

Starał się, jak mógł, przez cały rok. Na jego świadectwie pani wypisała same pochwały. Umiał wszystko, co powinien. Zachowywał się wzorowo. A z angielskiego miał nawet szóstkę! Ale rodzice zamiast psa kupili mu w nagrodę encyklopedię.


W drugiej klasie znów usłyszał, że jest jeszcze za mały.

– Kiedy będę wystarczająco duży? – zapytał mamę z pretensją. – W liceum? Czy może dopiero na studiach?

– Jeszcze troszeczkę, synku! Jeszcze troszeczkę – powiedziała mama, próbując go przytulić.

Filip wyrwał się jednak i pobiegł do swojego pokoju.

W pewien czwartek w połowie listopada w klasie Filipa pojawiło się dwoje nowych dzieci: Kajtek i Dominika. Byli bliźniakami, choć wcale nie wyglądali tak samo. Pani wyjaśniła, że właśnie przeprowadzili się z mamą w tę okolicę, i mieli od tej pory chodzić do IIb. O ich tacie pani nie wspomniała ani słowem. Dopiero na dużej przerwie Filip usłyszał, jak Dominika opowiada dziewczynom, że rodzice się rozwiedli. Tata został w ich dawnym mieszkaniu, a oni musieli poszukać małego domku, w którym mama mogłaby otworzyć klinikę.

– Jest dentystką? – zapytała Gośka.

– Nie, weterynarzem – odpowiedziała Dominika.

Gośka pytała o coś jeszcze, ale Filip nie mógł już tego usłyszeć, bo dzwonek zagłuszył wszystkie rozmowy.

Od tej pory chłopiec starał się trzymać jak najbliżej bliźniaków. Zawsze mieli coś ciekawego do opowiedzenia o pacjentach swojej mamy. Tych małych, jak króliczki, chomiki czy kotki, i tych znacznie większych.

– Nie odrobiliśmy lekcji, bo do północy byliśmy z mamą u pacjentki – mówił Kajtek poważnie w jakąś środę czy czwartek. – Telefon zadzwonił, kiedy mama odbierała nas ze szkoły. Myślała, że jedzie tylko na chwilę, więc wzięła nas ze sobą... Ale to trwało znacznie dłużej. Bo kiedy krowa nie może urodzić cielaczka, trzeba...


– Dość, dość! – Pani zaczęła machać rękami, jakby chciała odpędzić niewidzialne cielaki. – Po prostu uzupełnijcie te zadania na jutro, dobrze?

Kajtek i Dominika zawsze uzupełniali, oczywiście. A Filip na przerwie wypytywał ich o tego cielaczka, czy w końcu szczęśliwie się urodził, i jakie imię nadał mu właściciel. I o pieska, który wpadł w lesie w sidła zastawione przez kłusowników. I o papugę, która bała się muchy latającej po pokoju, i z tego strachu wyskubała sobie wszystkie pióra. Ach, jak on zazdrościł Dominice i Kajtkowi tych wszystkich zwierząt, które widywali codziennie u mamy w Klinice pod Boliłapką.

Filip, jak co roku, miał nadzieję, że znajdzie psa pod choinką. I, jak co roku, bardzo się rozczarował. Wmawiał sobie, że to nic takiego, że wcale nie jest mu aż tak smutno. Naprawdę podobała mu się ciężarówka sterowana radiem i dwie książki o rycerzach. Wśród prezentów leżała też gra, która tak bardzo zachwyciła go w czasie wakacji u kuzyna z Gdańska. Ale psa nie dostał...

– Mikołaj wiedział, co ci przynieść – uśmiechnął się tata.

– Wcale nie wiedział. – Filip nie chciał być niegrzeczny, ale nagle poczuł, ze zbiera mu się na płacz.

Gdyby Święty Mikołaj naprawdę istniał, podarowałby mu psa już bardzo dawno temu!



Tuż po feriach świątecznych Kajtek i Dominika przynieśli do szkoły plakaty i poprosili dyrektora o zgodę na ich rozwieszenie.

– To od naszej mamy, miała do pana dzwonić – tłumaczyła Dominika.

– Dzwoniła, dzwoniła – uśmiechnął się dyrektor. – Powieście je na korytarzu i w każdej klasie. Jeśli dzięki tej akcji choć jeden zwierzak znajdzie dom, będę bardzo szczęśliwy.

Z plakatów patrzyły psie i kocie mordki. Wesołe i smutne, duże i małe, kudłate i całkiem gładkie. A hasło, wypisane na górze czerwonymi literami, wołało: „Szukamy kogoś, kto nas pokocha”.

„To ja! – pomyślał Filip. – Pokocham każdego psa, który do mnie trafi. Byle tylko był!”.


I od razu wypatrzył sobie najsmutniejszego i najbardziej kudłatego. A potem poszedł do Kajtka, żeby zapytać, gdzie jest schronisko, w którym mieszka ten piesek.

– Maks? – upewnił się Kajtek. – Jest u nas w klinice. Mama zabrała go na trzy dni ze schroniska, żeby podleczyć jego złamaną łapkę.

– Mogę przyjść i go zobaczyć? – Filipowi aż zabrakło tchu z wrażenia.

– Jasne, wpadnij do nas dzisiaj zaraz po lekcjach.

Kajtek naprawdę się ucieszył. Od kiedy się przeprowadzili, prawie nikt ich nie odwiedzał, a mama cały czas siedziała w klinice albo jeździła na wizyty domowe. W końcu, ile można rozmawiać z własną siostrą, choćby była najfajniejsza na świecie?

Rodzice Filipa zgodzili się na odwiedziny. Gdy tata przyjechał odebrać syna o 19.00, w progu powitała go doktor Magda, mama bliźniaków.

– Cieszę się, że Filip ma dwoje nowych przyjaciół – uśmiechnął się tata.

– Chyba troje? – odpowiedziała doktor Magda i zaprowadziła go w głąb domu, do drzwi łączących prywatną część z kliniką.

W korytarzu na podłodze leżał Filip. A na nim siedział wielki, kudłaty pies z obandażowaną łapą i lizał go po twarzy.

 

– Co tu się dzieje? – zapytał zdenerwowany tata. W pierwszej chwili miał wrażenie, że pies zaatakował jego synka i robi mu krzywdę.

– To jest Maksio – oświadczył Filip. – Nie wyjdę bez niego...

Tata naradzał się z mamą przez telefon chyba przez dziesięć minut. To było najdłuższe dziesięć minut w życiu Filipa.


Potem szeptał o czymś z doktor Magdą, na którą czekały już w klinice dwie panie: jedna z białym pudlem na smyczy, a druga z kotem w zielonym transporterze. Pani doktor przeprosiła je bardzo i wyjaśniła, że ma w gabinecie naprawdę szczególny przypadek.

„Dlaczego mój tata jest taki szczególny?” – zastanawiał się Filip, trzęsąc się z niecierpliwości.


Ale zanim zdążył wymyślić jakieś wyjaśnienie, mama bliźniaków otworzyła drzwi i zaprosiła chłopca do gabinetu.

– Weź ze sobą Maksia – powiedziała.

– Czy to... czy to znaczy, że... – Filip aż bał się powiedzieć to głośno.

– Tak. – Doktor Magda uśmiechnęła się i pokiwała głową. – Twoi rodzice dali się przekonać, że będziesz dobrym opiekunem dla Maksia. Możesz go zabrać do domu. Oczywiście, jeśli chcesz...

Czy ona żartowała? Jak mogła pytać, czy chce? Przecież marzył właśnie o tym przez całe życie!

Dwie panie w poczekalni musiały zatkać uszy, gdy z gardła Filipa wydobył się potężny, ogłuszający ryk. Wrzask radości i zwycięstwa. Spełniło się jego największe marzenie!

Chłopiec nie tylko krzyczał, ale też odtańczył na środku gabinetu dziki taniec, aż ampułki z lekami trzęsły się na półkach.

– Tylko pamiętaj, musisz się nim zajmować – upominał syna tata, wsiadając do samochodu. – Mam nadzieję, że ci się to nie znudzi po tygodniu...



Filip uwielbiał swojego psa. Jak mógłby się nim znudzić?! Zmieniał mu opatrunki na łapce, czesał jego kudłatą, poplątaną sierść, a nawet opowiadał mu psie bajki na dobranoc. Mijały tygodnie, stopniały ostatnie śniegi, bociany wróciły z ciepłych krajów, na drzewach pojawiły się listki, a on wciąż nie widział świata poza Maksiem. Słyszał nawet, jak mama opowiadała kiedyś swoim koleżankom:


– Mój syn całkowicie oszalał na punkcie tego zwierzaka. Zamartwia się o niego cały czas. Wybłagał nawet ode mnie starą komórkę i dzwoni w czasie długiej przerwy do babci, żeby upewnić się, czy Maksio jest w dobrej formie. Wyobrażacie sobie?

Odpowiedział jej zgodny śmiech trzech pań, no i oczywiście taty.

W połowie kwietnia mama Filipa obchodziła urodziny. W piątek zjedli z tej okazji uroczysty obiad z obydwoma babciami i dziadkiem, a w sobotę mamę odwiedziła ciocia Lusia z wujkiem Leszkiem.


Filip wiedział, że nie powinien przeszkadzać rodzicom, kiedy przyjmują gości. I wcale nie miał takiego zamiaru. Chciał zamknąć się w pokoju i przez cały wieczór uczyć Maksia podawania łapy. W dni powszednie nie starczało mu czasu na treningi.

Maks jednak nawet nie spojrzał na swojego pana ani na chrupki, które były przygotowane na biurku jako nagroda za udane próby. Po prostu leżał na swoim posłaniu pod oknem i tylko na moment podniósł głowę, wołany po imieniu. Filip od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Znał przecież doskonale swojego psa. Znał też rodziców. Wiedział, że nie będą zachwyceni. Nie mógł jednak czekać.


– Mamo... – szepnął przez uchylone drzwi nad głową wujka Leszka.

Mama posłała mu piorunujące spojrzenie.

– Dzień dobry, wujku, dzień dobry, ciociu – poprawił się szybko. – Mamo, muszę ci coś powiedzieć. Maks...

– Znowu ten pies. – Mama przewróciła oczami. – Zwariowałeś na jego punkcie.

– Mamo, jemu coś jest! Naprawdę! Nic sobie nie wymyśliłem!

– Kochanie, wracaj do pokoju, pobaw się, porysuj, a potem myj się i idź spać. Porozmawiamy jutro. – Mama była wyraźnie zniecierpliwiona. Chciała, żeby synek dał już jej spokój.

– Widzisz, że mamy gości – włączył się tata. – Zmykaj do siebie. Możesz sobie poczytać...

Poczytać! Oczywiście, że musiał poczytać, i to jak najszybciej!

– Dzięki, tato. – Filip uśmiechnął się i pobiegł prosto do półki z książkami.

Wyciągnął z niej poradnik małego hodowcy psów, który dała mu doktor Magda, kiedy zabierał od niej Maksia. Zapewniała, że znajdzie tam odpowiedzi na większość pytań.

„Zanim do mnie zadzwonisz albo przybiegniesz, poszukaj informacji w tej książce” – powiedziała mu na pożegnanie.

Filip niecierpliwie przerzucał strony. Cierń, który wbił się w łapę? Nie, to nie to. Agresja? Ależ skąd! Maks to najłagodniejsze stworzenie na świecie. Obrażenia po walce z innym psem? Wykluczone. Maksio naprawdę lubi wszystkie psiaki z sąsiedztwa. Nawet z kotkiem pani Ani chciał się bawić i wcale nie próbował go gonić.


W tej książce chyba nie opisano tego, co działo się z Maksiem. Chłopiec nie miał wyjścia. Złapał komórkę, która do tej pory służyła mu tylko do dzwonienia ze szkoły do babci, i uważnie wybrał numer doktor Magdy. Co za szczęście, że wciąż miał w kieszeni kurtki jej wizytówkę!

– Pani doktor, Maksio jest bardzo smutny! Nie chce jeść, nie chce się bawić, na spacer też nie chce iść – wyrzucił z siebie jednym tchem, gdy tylko usłyszał, że ktoś odbiera telefon.


– Maksio? – Mama bliźniaków, dziwnie zdyszana, szukała chyba przez moment w pamięci pacjenta o tym imieniu. – Ach, Filip, oczywiście. Dzień dobry. Powiedz jeszcze raz, spokojnie, co się dzieje.

Filip powtórzył wszystko, słowo w słowo.

– A kiedy już wyszedłeś z nim na spacer... czy zrobił siusiu, czy nie? – chciała wiedzieć doktor Magda.

Chłopiec zastanawiał się tylko przez moment.

– Zrobił, tak – pokiwał głową, przypominając sobie chodzenie ze smutnym, zmęczonym Maksiem wokół trawnika. – Ale to nie było tak jak zwykle.... On siusiał na brązowo.


– Na brązowo? – Głos doktor Magdy stał się poważny. – Filipku, posłuchaj mnie uważnie. Musisz natychmiast powiedzieć rodzicom, że Maks jest naprawdę chory. Trzeba go przywieźć do mnie, do kliniki. Jestem w tej chwili w stajni, walczę z pękniętym kopytkiem u pewnego niesfornego kucyka. Ale za pół godziny wrócę do domu. Zbierajcie się i przyjeżdżajcie.

– Ale... – Filip chciał poprosić, żeby doktor Magda sama porozmawiała z jego rodzicami. Może jej posłuchają?

Ona jednak już się rozłączyła. Ratowała przecież kucyka.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?