Napisz do mnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Robert Kornacki i Lidia Liszewska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Alicja Laskowska

Pro­jekt okład­ki: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Metra Stelmahere / Trevillion Images, © Teerapun Fuangtong / Depositphotos.com, © Christian Mueller / Depositphotos.com

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-860-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Rozdział pierwszy

w którym poznajemy Matyldę.

Jest też o gościu z Holandii i bułgarskiej kuchni

Poczuła delikatne wibracje w torebce; uliczny hałas niemal zupełnie zagłuszył dźwięk telefonu. Rozpadało się na dobre i deszcz zacinał coraz mocniej. Mały przystanek tramwajowy nie mógł pomieścić wszystkich chętnych na kilka suchych centymetrów, niewielki daszek nie stanowił najlepszej zapory przed lejącą się z nieba wodą. Ona nie miała zaś ochoty moknąć. Lubiła ciepłe majowe deszcze, ale zimne ulewy i burze już nieszczególnie.

Naprzeciw przystanku był antykwariat – znała to miejsce od lat. Postanowiła przeczekać tam pierwszą falę deszczu. Cichym dzwonkiem przy drzwiach obwieściła swoje wejście do sklepu. W środku prawie nie było słychać miejskiego zgiełku oraz kropel uderzających wściekle o bruk i w szyby.

Doceniła jakość wiosennego płaszcza o intensywnym chabrowym kolorze. Kupiła go w poprzednim sezonie, sporo przepłacając, ale nie mogła oprzeć się sile koloru i bajecznym guzikom w kształcie srebrnych kwiatów. Woda swobodnie spłynęła po porządnej tkaninie, a ta nie zmieniła się pod wpływem wilgoci w bure nie wiadomo co. Tak zwykle działo się z tanią odzieżą, którą trzeba było wymieniać zdecydowanie zbyt często. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdziła z zadowoleniem, że to były dobrze wydane pieniądze. Wygładziła kołnierz i spojrzała za okno. Ciemne, niskie chmury nie zapowiadały rychłego końca ulewy.

Teraz mogła spokojnie zerknąć na telefon i odczytać zawartość małej migającej koperty: „Kochanie, wszystko się przedłuży o co najmniej dwie godziny. Luuk jest dopiero w drodze z lotniska. Zorganizuj sobie jakoś czas. Przepraszam… Zjedz sama na mieście. Odezwę się, kiedy skończymy. Pa!”.

Tym samym stało się jasne, że nie musiała się nigdzie śpieszyć. Firma, w której pracował Wiktor, wybrała Polskę na siedzibę kolejnego oddziału, obsługującego developerskie rynki centralnej i wschodniej Europy. Do tej pory najważniejsze decyzje zapadały w centrali w Holandii, już niedługo część z nich podejmowana będzie również nad Wisłą. Miał tego dopilnować jeden z wiceprezesów, oddelegowany na pewien czas do Warszawy. Być może przesądziły o tym jego polskie korzenie? Prababka Luuka de Vriesa pochodziła z Gdańska, a on sam kilkukrotnie odwiedził kraj przodków, szukając tu rodzinnych pamiątek. Propozycję przyjął więc z otwartymi ramionami. Holenderskim gościem miał się opiekować właśnie mąż Matyldy. Wiktor, zdolny architekt, oprócz umiejętności praktycznych mógł pochwalić się jeszcze jedną – biegle mówił w kilku językach. Planując rozwój kariery, kilka miesięcy temu rozpoczął naukę holenderskiego. Nie miało to co prawda większego znaczenia, bo przy międzynarodowych projektach i tak posługiwano się angielskim, ale w kontaktach prywatnych z wysłannikiem zarządu nie będzie przeszkadzać. A już na pewno pozwoli przełamać pierwsze lody – podkreślał jej mąż, wkuwając kolejne słówka.

Przedłużenie spotkania oznaczało, że przez dwie godziny mogłaby leniwie powłóczyć się po mieście. Gdyby nie ten deszcz…

Sprezentowała sobie wolny dzień. Rano zrobiła porządek z włosami, na później zaplanowali z mężem spokojny obiad w niedawno otwartej bułgarskiej restauracji. Niewielką knajpkę odkryli zupełnie przypadkiem, kiedy szukali punktu napraw maszyn do szycia. Najlepszy w mieście – jak się okazało – był o dwa kroki od Musały. Lokal kusił domową atmosferą i doskonałymi potrawami, z których ona najczęściej wybierała kjufte. Wiktor rozsmakował się w kebabczach. Na deser zgodnie zamawiali kadaife, choć i miejscowa bakława wyglądała obiecująco. Oboje lubili nie tylko jeść, ale i rozmawiać o potrawach. Wymiana kulinarnych doświadczeń mogła u tej dwójki trwać godzinami – i zwykle trwała.

– Mogę pani w czymś pomóc? – Zza ciężkiej ciemnopomarańczowej kotary wyłonił się drobny starszy pan w jeszcze drobniejszych okularach w ciemnej oprawie. Idealnie skrojona marynarka w modnym, głębokim granacie nie pasowała do lekko spłowiałego wnętrza, a nienaganna biel koszuli pod ładną kremową kamizelką kontrastowała z mnogością przygaszonych brązów oraz zieleni, dominujących w sklepie.

– Dziękuję… Rozpadało się na dobre. – Matylda uśmiechnęła się łagodnie na widok życzliwego spojrzenia antykwariusza. Rozejrzała się wokoło, przenosząc ciekawie wzrok z kontuaru na wysoki regał obok okna wychodzącego na ulicę.

Sklep istniał, odkąd pamiętała, ale była w nim tylko raz, może dwa, i to wiele lat temu. Przechodziła obok niego w drodze na korepetycje z chemii. Przez krótki moment błysnęło jej przed oczami wspomnienie kolorowych kwadracików układu okresowego pierwiastków i maleńkich menzurek w metalowych stojakach…

Tuż obok było kino, ale nie pozostał już po nim nawet ślad. Na miejscu dużego, przysadzistego budynku wyrosła kolejna błyszcząca szkłem i krzykliwymi neonami galeria handlowa z pachnącymi popcornem, nowoczesnymi salami projekcyjnymi. Antykwariat trwał zaś niestrudzenie tam, gdzie zawsze, i Matyldzie to „zawsze” nagle wydało się czymś wyjątkowym. Znała to uczucie – niepokojące mrowienie i lekki uścisk w gardle, jakby coś miało się wydarzyć. Poczuła to niezwykle mocno i wyraźnie.

Takie miejsca bardzo lubiła ciotka Matyldy, cicha bibliofilka, dla której siostrzenica wyszukiwała rozmaite pozycje. Głównie te, których normalnie nigdzie już nie można było kupić. Poprzednim razem wpadła jej w oko niezwykła ramka do zdjęć: drewniana, misternie rzeźbiona w motyw bluszczu. Była mocno zniszczona przez korniki, ale zdobienia przykuły wzrok Matyldy na tyle, że bez wahania kupiła ją dla starej ciotki.

Sama od antykwariatów zdecydowanie wolała sklepy z tkaninami. Czekając, aż przestanie padać, kręciła się powoli wśród regałów, półek i niskich stoliczków. Zapalone tu i ówdzie małe lampy, rzucające ciepłe żółte światło, uspokajały i dawały ukojenie w samym sercu tętniącego nowoczesnym hałasem miasta.

Delikatnie pachniało kurzem, materiałami, które – niewietrzone – zbyt długo leżały w jednym miejscu, oraz dawno lakierowanym drewnem. Kusiło śladem upływającego czasu, trafnie odczytującego cichy szept wypłowiałych kolorów z abażurów niemodnych lamp, obić foteli i z wzorów na starej porcelanie, którym daleko do nieskomplikowanego współczesnego wzornictwa.

Część książek ktoś ładnie ułożył na sfatygowanym sekretarzyku. Tuż obok spoczywała urokliwa filiżanka w limonkowych odcieniach w komplecie z mlecznikiem i cukiernicą. Sam sekretarzyk był równie ciekawy jak to, co na nim leżało. Miał wprawdzie niemożliwie wręcz zniszczony blat, ale za to mnóstwo mniejszych i większych szufladek. Kremowe, błyszczące gałeczki z niewielkimi złotymi inicjałami „JW” zachęcały do dotykania. Matylda zaczęła ostrożnie otwierać szufladki. Nasilił się zapach starego drewna, a wraz z nim pojawiło się wspomnienie wiekowej szafy w domu dziadka… Na krótki moment znów była małą dziewczynką, która z wypiekami na twarzy szuka w niej niespodzianek i tajemnic.

Prawie wszystkie szufladki były puste. Tylko w jednej po dnie przeturlało się kilka ciemnozielonych ołówków różnej długości. Między nimi błysnęła otulona niewielkim kłaczkiem kurzu, wysłużona stalówka, Matylda zobaczyła też kawałek aksamitnej, postrzępionej na końcach wstążki. Środkowej szufladki nad blatem nie można było otworzyć, coś lekko blokowało ją od środka. Ustąpiła dopiero przy mocniejszym pociągnięciu. Leżał w niej dokładnie złożony stosik równo przyciętych, pożółkłych kartoników, owiniętych kilkakrotnie cienkim, szarym sznureczkiem. Obok znajdowały się rozrzucone w nieładzie niewielkie koperty w trochę jaśniejszym kolorze, z drobnym ciemnym wzorem w każdym rogu. Matylda wzięła kilka do ręki; miały mocno chropowatą fakturę.

– Nie miałem pojęcia, że coś jest w tych szufladach! – Z zamyślenia wyrwał ją głos antykwariusza.

– Chciałabym zabrać tę papeterię… Sprzeda mi ją pan? – rzuciła trochę w przestrzeń, trochę do siebie.

Zmrużone oczy zza drobnych okularów przyglądały się w zamyśleniu, jak dłonie Matyldy zgrabnie składają papierowy rozgardiasz.

– Proszę je wziąć – odpowiedział dopiero po chwili. – Może się pani przydadzą…

Następnie wrócił za kontuar i otworzył duży ciemny zeszyt z rzędami liczb, uznając widocznie rozmowę za zakończoną.

– Dziękuję… – powiedziała Matylda, wsuwając papier listowy i koperty do pustej kieszeni w torebce.

Ulicę przed sklepem zalał snop światła pachnącego wilgotną świeżością.

W tym mieście ludzie śpieszyli się gdzieś dzień i noc. Podbiegali do autobusów, szybko przechodzili przez ulicę, obijając się o siebie i nie próbując nawet przepraszać. Jakby anonimowość zwalniała człowieka z obowiązku bycia grzecznym na co dzień i od święta, nawet wśród przyjaciół. Kogoś uprzejmie zagadującego o cokolwiek w oczekiwaniu na tramwaj obrzucano nieufnym spojrzeniem i na wszelki wypadek odwracano się w drugą stronę z miną mówiącą: odejdź, dziwaku…

 

Jakiś barczysty mężczyzna potrącił Matyldę, próbując ją szybko wyminąć. Czasopisma wnętrzarskie, które dopiero co kupiła, rozsypały się po mokrym chodniku. Facet odwrócił się tylko na moment i z obojętnym wyrazem twarzy zniknął za rogiem. Okładki przemokły bardzo szybko. Z trudem odkleiła je od płyt chodnikowych i trochę zła rozejrzała się dookoła. Kilka metrów dalej dostrzegła wejście do kawiarni. Musiała coś zrobić z zabłoconą prasą.

W środku pachniało zachęcająco dobrą kawą. Wnętrze było przytulne, nienachalnie kolorowe, niezbyt przestronne, w sam raz, żeby poczuć się tu oczekiwanym i mile widzianym gościem. Jasne lniane zasłony w czystych oknach, kilka zadbanych kwiatów w doniczkach i dyskretnie rozmieszczonych małych półek z książkami dopełniało wystrój. Kawiarenka miała „to coś”.

Powiesiła płaszcz na wieszaku i wybrała stolik przy oknie. Stały przy nim tylko dwa niewielkie fotele o wesołym, zielonym obiciu. Na jednym położyła torebkę, na drugim usiadła, oddychając głęboko. Była tu po raz pierwszy.

Jej ulubiona „Weranda” była w najlepszym stanie, ale jeden z periodyków musiała wyrzucić. Sklejonych wilgocią kartek nie dało się rozdzielić bez uszczerbku dla tekstu.

– Podać coś pani? – Filigranowa brunetka wręczyła Matyldzie niewielką kartę i z uśmiechem wyjęła mały bloczek z kieszeni.

– Latte proszę. I ciemny cukier. Da mi pani coś do osuszenia tych gazet? Coś bardzo chłonnego, będę wdzięczna – poprosiła Matylda, wygładzając brzeg sukienki dłonią i kierując wzrok na stosik czasopism.

– Zaraz coś znajdę. Proponuję jeszcze domowe ciasto drożdżowe do kawy albo tartę wiśniowo-czekoladową. To nasze specjalne propozycje na dziś. – Uprzejmy uśmiech nie schodził z twarzy młodziutkiej brunetki.

– Tarta brzmi dobrze. Poproszę.

Nie musiała się długo zastanawiać. W środku dnia, w maju, po deszczu – miała ochotę na coś naprawdę dobrego.

Zrobiła porządek z prasą za pomocą góry ręczników papierowych i teraz w oczekiwaniu na kawę przyglądała się dwóm dziewczętom przy małym stoliczku. W zdecydowanie za krótkich pastelowych sukienkach i kolorowych trampkach były tak pochłonięte rozmową, że nie zwracały uwagi na to, co działo się wokół nich. Gestykulowały zawzięcie i bawiły się nerwowo końcami włosów. Szatynka swoim kucykiem, zaczesanym zalotnie na bok, a jej koleżanka grubym końskim ogonem w odcieniu wyblakłej słomy. Chwilę zajęło Matyldzie oderwanie się od sceny przy sąsiednim stoliku. Zapachniały przyniesione właśnie kawa i trójkącik wiśniowej tarty.

Zerknęła jeszcze na swój telefon. Nadal nie było żadnej wiadomości od Wiktora, więc wsunęła komórkę z powrotem do torebki. Z czystą przyjemnością zajęła się kawą i ciastem. Wiśniowy zawrót głowy bez wątpienia był wart swojej ceny.

W tym momencie przypomniała sobie o papeterii z antykwariatu. Wyciągnęła kartki i koperty, żeby dokładniej im się przyjrzeć. Przy kawiarnianym oknie znacznie zyskały na urodzie. Były pożółkłe, ale nie zniszczone. Rozłożyła delikatnie kartkę papieru listowego i zajrzała do środka jednej z kopert, jakby spodziewała się, że coś w niej znajdzie. Kurzem pachniały już coraz mniej, aromat drewna był jednak ciągle wyczuwalny. Mieszał się teraz z zapachem jej perfum, które nosiła w tej samej przegródce. Nic dziwnego – perfumowana woda, którą dostała od Wiktora w zeszłym miesiącu i którą od razu pokochała, otaczała wszystko wokół kusicielską aurą.

Przez długą chwilę Matylda przesuwała palcami po chropowatej powierzchni papieru. Powoli przetarła otwartą dłonią rozłożoną kartkę i spróbowała wygładzić jej zagięcia. Przeniosła wzrok gdzieś za okno i przyglądała się nieruchomo ulicy, wciąż zmieniającej się pod wpływem światła, przejeżdżających aut i ludzi kręcących się we wszystkich możliwych kierunkach. Z torebki wyciągnęła jasne etui, rozsunęła zamek i wyjęła z niego eleganckie, błyszczące pióro…

Drobna kelnerka dyskretnie przypatrywała się kobiecie, kiedy ta pochyliła się nad kartką. Wycierając dokładnie wysokie szklanki do koktajli, zastanawiała się, kiedy ją samą będzie stać na taki ciuch. Przy obecnej pensji raczej nieprędko. Westchnęła.

Sukienka nie była z sieciówki. Zachwycała krojem ramion, idealnym dopasowaniem w talii i pięknie rozkloszowanym dołem, przypominającym trochę sukienki z początku lat sześćdziesiątych. Chabrowo-żółte kwiaty na śnieżnobiałym tle ładnie kontrastowały ze srebrnymi sandałkami i chłodnym blondem starannie uczesanych włosów ich właścicielki. Tylko torebkę zamieniłaby na plecak.

Matylda przerwała pisanie i złożyła zapisane kartki na czworo. Pozostałe schowała z powrotem do torebki. Zastanawiała się przez chwilę, czy nie zakleić koperty, do której wsunęła list. W tym momencie zabrzęczał esemes – Wiktor był już wolny. Najwyższy czas, bo pora obiadowa dawno minęła. Wybrała numer męża i ze słuchawką przy uchu zaczęła chować wysuszone czasopisma do torebki.

– Jestem w Żółtej Ciżemce, przy Bakaliowej. Podjedziesz? Dobrze, zaraz wychodzę. Zasiedziałam się trochę. Będę czekała obok antykwariatu przy Chłodnej. – Przez chwilę słuchała głosu w telefonie. – Spróbujmy jednak do tej bułgarskiej, na pewno znajdzie się jakiś stolik. Na razie!

Schowała komórkę i podeszła do wieszaka. Zapięła guziki płaszcza, po czym wyjęła z torebki ładny, dopasowany do niej portfel i wyciągnęła z niego banknot. Położyła go obok pustego talerzyka po tarcie wiśniowej i znów sięgnęła po torebkę, rzucając uprzejme „do widzenia” pod adresem kelnerki. W tym momencie list, trącony paskiem od płaszcza, spadł na podłogę. Telefon niecierpliwie zabrzęczał jeszcze raz; postanowiła odebrać już na ulicy.

Rozdział drugi

w którym deszcz przestaje padać, a Kosma

przekonuje się, że życiem kieruje przypadek

Wściekły na siebie i cały świat, wypadł przez drzwi i wyszedł na ulicę. Tym razem doskonale wiedział, że jakoś-to-NIE-będzie. Nie ma na to żadnej szansy, no fucking way… Zawaliłeś na całej linii, mój przyjacielu, powtarzał w myślach i szedł przed siebie, omijając kałuże. Musiało padać przynajmniej ze dwie godziny, bo woda zbierała się na chodniku, tworząc malownicze rozlewiska. Spojrzał na zegarek – wielką cebulastą doxę, jaką otrzymał przed laty od dziadka Zygmunta. Szwajcarski mechanizm mimo upływu lat pracował bez zarzutu i wskazywał teraz trzynastą trzydzieści. Kosma lubił takie drobne przyjemności; dobry czasomierz, oryginalną poszetkę w kieszonce marynarki czy intrygujące perfumy uważał za coś obowiązkowego. Niestety, dziś ze swego arsenału mógł liczyć tylko na zegarek. Opuszczał Łódź w pośpiechu, w zasadzie tak, jak stał. Na wariackich papierach. Jechał do Warszawy bez przekonania.

Kilka dni wcześniej, prowadząc w radiu popołudniowy program, zauważył pulsującą lampkę przy telefonie.

– Puść coś dłuższego, bo masz na linii jakiegoś pana z TV – usłyszał w słuchawce głos swego wydawcy. – I… odbierz ten telefon, to chyba coś ważnego.

Z ociąganiem przejrzał dostępne utwory i po krótkim zastanowieniu zdecydował się na Close Your Eyes Michaela Bublé. Wiedział, że słuchające go gospodynie domowe rozmarzą się i część tych uczuć przeleją platonicznie na niego. A poza tym nie była to długa piosenka, w sam raz na to, by sprawnie spławić telefonicznego natręta.

– Kosma Makarski, słucham – rzucił w słuchawkę.

– Przepraszam, że kontaktuję się z panem w ten sposób – usłyszał męski głos po drugiej stronie. – Nazywam się Jacek Kłos i jestem asystentem dyrektora programowego telewizji NTV. Mój szef prosił, bym spróbował namówić pana do wzięcia udziału w przesłuchaniu kandydatów do poprowadzenia naszego nowego programu. Jest pan zainteresowany?

Kosma spotkał się już z różnymi telefonicznymi propozycjami, ale ta zdziwiła go wyjątkowo, dlatego odpowiedział pytaniem.

– Dlaczego ja? – Przy okazji rzucił okiem na timer przy konsolecie, Bublé dochodził właśnie do refrenu.

– Nie wiem, pewnie szef słyszał pana na antenie i czymś go pan zaciekawił…

– To jakiś dowcip?

– Nie, w żadnym wypadku. Startujemy z programem reporterskim, poszukujemy gospodarza, który będzie zapowiadał ze studia kolejne materiały. Szef mówi, że pana głos wzbudza zaufanie…

– Nie mogę teraz rozmawiać – przerwał Kosma, kontrolując postępy kanadyjskiego wokalisty. – Proszę o telefon po osiemnastej, kończę wtedy pracę i będziemy mogli ustalić szczegóły. – Podyktował numer swojej prywatnej komórki. – I tak, jestem zainteresowany – dodał przed odłożeniem słuchawki.

Do końca dyżuru myślał, że to koledzy chcą go wkręcić, ale kiedy Jacek Kłos zadzwonił wieczorem, podając dokładną datę i miejsce przesłuchania, podjął decyzję, że weźmie udział w castingu.

Nie miał doświadczenia w pracy dla telewizji. Od zawsze realizował się w radiu, czasem pisał coś do „Expressu”, ale szklany ekran omijał z daleka. Potrzebował jednak zmiany, nowego bodźca, i po dłuższym zastanowieniu uznał, że to może być początek ciekawej przygody.

Casting odbywał się w siedzibie NTV. Wielki, nowoczesny budynek pochłaniał i wypluwał setki osób dziennie. W obrotowych drzwiach wpadali na siebie politycy, artyści i sportowcy. Kosma odpalił lucky strike’a i skrył się za filarem, obserwując ruch przy wejściu.

Wyjeżdżając wieczorem z Łodzi, pokłócił się z żoną, która nie chciała, by jechał sam. Okłamał ją, że to dwudniowe firmowe szkolenie. Nie znosił, kiedy udzielała mu rad, a w razie niepowodzenia patrzyła z politowaniem. Momentami nie pojmował, jak udało się jej go usidlić, i jeszcze mniej rozumiał, dlaczego nie odszedł od niej wieki temu.

Wylądował na Sadybie około dwudziestej pierwszej. W małym pokoiku na poddaszu willi swej babci, emerytowanej farmaceutki, czekała na niego Anja, przyjaciółka ze studiów. Pół Szwedka, pół Polka o nieposkromionym temperamencie. Poszli do łóżka, łapczywie nadrabiając kilkumiesięczne zaległości i pijąc wino, które Anja podkradała z piwniczki. Stara miała dobry gust i smak, a dziewczyna wiedziała, jak sprawić, by za szybko nie odkryła straty. Po drugiej butelce ruszyli w miasto na poszukiwania dawnych znajomych oraz nowych ciekawych miejsc, i w efekcie Kosma koło czwartej nad ranem niemal zapomniał o powodzie swojego przyjazdu do stolicy.

Obudził się pięć godzin później z wirującą pralką w głowie i nieprzepartą ochotą na seks. Anja spała obok. Lubił oglądać ją nagą. Była jedną z wielu jego przyjaciółek, ale tylko jej był gotów wyjawić swoje sekrety. Jak ten, że gdyby nie córka oraz zabójczy kredyt na mieszkanie, już dawno odszedłby od żony… Może nawet do niej?

Cicho wślizgnął się do łazienki, odkręcił kurek i pozwolił, by strumienie ciepłej wody obmywały mu ciało. Stał przez dłuższą chwilę bez ruchu, układając plan na cały dzień. Czuł, że z castingu nic nie wyjdzie, za bardzo widać było po nim trudy minionej nocy. Zresztą, pomyślał, po co mi to, przecież wcale nie chcę się ruszać z Łodzi…

Z zadumy wyrwał go szelest odsuwanych drzwi kabiny. Anja już się rozbudziła i postanowiła mu zademonstrować, jak bardzo. Nie protestował… Woda zagłuszyła ich jęki.

Efekt nocnych i porannych ekscesów był taki, że wyszedł od niej w ostatniej chwili, bez marynarki, którą pochlapał jajkiem na miękko. Jego przyjaciółka nie chciała wypuścić go bez śniadania. Przekomarzali się jak para nastolatków, karmiąc się i całując na zmianę. Obiecał, że będzie się starał odwiedzać ją częściej, i pognał na przesłuchanie. Cudem udało mu się nie wpaść po drodze na starszą panią.

Teraz, kończąc papierosa, postanowił, że załatwi to szybko. Chciał po prostu mieć to już za sobą. Minął obrotowe drzwi i zapytał recepcjonistkę o urodzie na mocną ósemkę, jak trafić do studia, w którym odbywał się przegląd kandydatów. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, lustrując nieogolone policzki i zmęczone oczy, ale wskazała drogę i nawet zaproponowała, że zaprowadzi go na górę. Grzecznie podziękował; choć nie stronił od przygodnych flirtów, a sama propozycja była kusząca, to nie chciał się rozpraszać. Winda zawiozła go na trzecie piętro, gdzie kłębił się już tłum kandydatów na gwiazdę. Kosma zaklął i zaczął żałować, że w ogóle podjął decyzję o przyjeździe.

Później było już tylko gorzej. Miał numer w trzeciej dziesiątce, co oznaczało, że poczeka tu przynajmniej półtorej godziny. Usiadł przed salą, w której odbywały się próbne zdjęcia, i zasnął. Obudziło go szarpnięcie za ramię. Stał nad nim zaaferowany człowiek ze słuchawkami na uszach. Chwilę zajęło, zanim Kosma zrozumiał, co tamten do niego mówi.

 

– Pan Makarski? Zaraz pana kolej, był pan na charakteryzacji?

– Gdzie? – zapytał Kosma, przecierając oczy i usiłując przypomnieć sobie, co tu robi. W gardle mu zaschło, zauważył, że korytarz już opustoszał i na przesłuchanie czeka tylko kilka osób.

– Nie za dobrze, bo nie mamy już na to czasu – powiedział chłopak ze słuchawkami i dodał: – Pójdzie pan za te drzwi, stanie w kółeczku narysowanym na podłodze. Proszę wsadzić sobie to do ucha. – Podał mu malutkie urządzenie, którego drugi element przymocował Kosmie do spodni. Kabel łączący obie części swobodnie zwisał z tyłu.

– Po co to wszystko?

– To mikroport, dzięki któremu będzie pan miał kontakt z reżyserką – powiedział Słuchawka, jak go w myślach nazwał Kosma. – A tu ma pan tekst do przeczytania. Proszę patrzeć prosto w kamerę i czytać, ale nie z kartki, tylko z telepromptera. Powodzenia! – I już był przy kolejnym kandydacie, któremu montował wyczarowaną z kieszeni słuchaweczkę.

Kosma wszedł do studia i natychmiast oślepiło go mocne światło. Nie miał kłopotu z publicznymi wystąpieniami, pracował w radiu od lat, prowadził programy, przeprowadzał wywiady – i był w tym dobry. Cholernie dobry. Ale tu poczuł się nagle onieśmielony. Bez marynarki, w samej koszuli nawet sobie wydawał się półnagi.

– Proszę stanąć w kółeczku i się wyprostować! – usłyszał głos w uchu. – Będzie pan filmowany z wielu kamer, proszę mówić do tej, przy której aktualnie świeci się czerwona lampka. Czy jest pan gotowy?

Czy jestem gotowy? – Kosma powtórzył pytanie w myślach i spojrzał na kartkę trzymaną w ręce. Talidomidowe dzieci, taki był tytuł materiału, który miał zapowiedzieć. Zaklął ponownie i kiwnął głową.

– Bardziej gotowy nie będę…

Nie mógł się połapać, o co chodzi z lampkami przy kamerach. Obracał głowę na lewo i prawo, próbując nadążyć za realizatorem, który dość energicznie zmieniał ujęcia, jakby sobie z nim pogrywał. Zdawało mu się, że za chwilę ktoś wyskoczy i krzyknie: „Mamy cię!”. I jeszcze ten tekst, talidomidowe dzieci… Co to, kurwa, ma być?

– Dziękujemy, to wszystko. Skontaktujemy się z panem.

I już. Koniec. Szedł teraz mokrym chodnikiem i wyrzucał sobie, że mógł postarać się bardziej. Ze złością kopnął niewielki kamyk, który przeleciał kilka metrów, płosząc gołębie. Jakaś pani spojrzała na niego z dezaprobatą; uśmiechnął się przepraszająco i posłał jej całusa. Kobieta popukała się w czoło, ale jemu nagle wrócił dobry humor. Ten wyjazd nie był całkiem bez sensu, pomyślał. Spędził cudowny czas z Anją, a na przesłuchanie zaprosili go sami, tylko dlatego, że miał głos, którym zarabiał na życie i przez który lgnęły do niego kobiety.

Skręcił w Bakaliową, gdzie zaparkował samochód, i podjął decyzję. Nawet jeśli jakimś cudem naprawdę się z nim skontaktują, odmówi. Nie pasuje do tych reflektorów, kamer i telewizyjnego blichtru. Wolał zacisze studia radiowego, gdzie czuł się swobodnie. Tam był u siebie, ustanawiał granice i decydował, jak blisko siebie dopuści rozmówcę. Radio było jego naturalnym środowiskiem. Tam mógł być królem lwem…

Słońce znów zaświeciło mocniej, a Kosma zreflektował się, że od rozkosznego śniadania z Anją niczego nie pił. W gardle wciąż odczuwał suchość, nie poprawiły tego z pewnością przeżycia na castingu. Rozejrzał się i zauważył nieopodal wejście do kawiarni. Żółta Ciżemka kusiła stylową witryną i zadbanymi kwiatami w oknach. Postanowił wstąpić na chwilę – nie był jeszcze głodny, ale filiżanka ciepłej herbaty z pewnością mu nie zaszkodzi.

W środku było przytulnie, pachniało kawą i czymś słodkim. Chyba wiśniami, pomyślał. Usiadł przy stoliku, z którego widać było bar i pracującą za nim dziewczynę. Nawiązał z nią kontakt wzrokowy i bezgłośnie poprosił o kartę.

Żółta Ciżemka oferowała szeroki wybór fantazyjnych kaw, ale Kosma zamówił earl grey, herbatę, którą gotów był pić w każdej ilości. Kiedy przyniesiono mu już filiżankę i czajniczek z gorącym naparem, nalał sobie i pogrążył się w zadumie. Earl grey smakował wyśmienicie; Kosma przypomniał sobie legendę związaną z pochodzeniem tej odmiany herbaty. Uwielbiał takie historyjki, a w tej był i dramat, i happy end. Powiadano bowiem, że taką mieszankę, wzbogaconą o olejek z bergamotki, chiński mandaryn przesłał lordowi Charlesowi Greyowi w podzięce za uratowanie syna. Chłopiec nie potrafił pływać i bez pomocy lordowskiego lokaja niechybnie utonąłby w odmętach rzeki Jangcy. Kosma absolutnie nie wierzył w tę legendę, tym bardziej że – jak kiedyś sprawdził – lord Grey nigdy w Chinach nie był. Ale takie dykteryjki znakomicie sprawdzały się w nocnych audycjach…

Obserwował wnętrze kawiarni, zastanawiając się, czy podobne miejsca można spotkać w Łodzi. Lustrował oszczędny i elegancki w swej prostocie wystrój, odnotował też smakowity zapach domowego ciasta, dochodzący z zaplecza. Rozglądając się, zauważył, jak coś mignęło pod jego stolikiem. Schylił się, przekonany, że strącił menu. Ze zdziwieniem podniósł z podłogi kopertę. Trzymał ją w ręce i oglądał dokładnie. Lekko wyblakła, z nadrukiem w rogach. Koperta nie była zaklejona, a do środka ktoś włożył kilka kartek. Żadnego adresu, nazwiska, kompletnie nic. Kosma nie wiedział, jak długo mogła przeleżeć niezauważona na podłodze, ale kawiarnia była zadbana i czysta, obsługa z pewnością zauważyłaby ją więc podczas sprzątania. A to oznacza, że ktoś musiał ją zgubić niedawno.

Powodowany ciekawością, wyjął kartki i zaczął czytać. Przerwał po kilkunastu zdaniach i poczuł, jak tętno przyspiesza mu niebezpiecznie. Miał wrażenie, że właśnie odziera z tajemnicy czyjeś prywatne wyznania i zagląda w głąb cudzej duszy. Ale lektura wciągnęła go tak bardzo, że nie mógł już odłożyć listu. Westchnął i czytał dalej.

Mam tu dziś samych pasjonatów lektury, pomyślała drobna dziewczyna za barem, przyglądając się mężczyźnie, który od kilkunastu minut sączył earl grey. Miał na sobie tylko koszulę, białą i – jak zauważyła – starannie wyprasowaną. Czarne spodnie i takie same, na oko obłędnie drogie buty dopełniały reszty. Zauważyła, że nie ogolił się dzisiaj, ale lekki zarost ciekawie kontrastował z bladością koszuli. Pachniał cytrusami, orzeźwiająco, lekko. Mógłby wpadać tu częściej.

Obserwowała, jak podnosi z podłogi kopertę, wyjmuje z niej kartkę i czyta coś, wyraźnie przejęty. Zwróciła na niego uwagę już wtedy, kiedy składając zamówienie, odezwał się do niej głosem delikatnym i jakby obiecującym coś bliżej nieokreślonego. Nikt do niej nie mówił w ten sposób, chciała podejść i zapytać o cokolwiek, byle tylko usłyszeć go ponownie. Zazdrościła kobiecie, której ten mężczyzna szeptał do ucha…

Zauważyła, że przerwał lekturę i spojrzał na nią pytająco. Podeszła, poprawiając włosy, i przywołała na twarz zawodowy uśmiech „co jeszcze mogę dla pana zrobić?”.

– Przepraszam, że panią niepokoję… – usłyszała TEN głos – ale czy zechciałaby pani usiąść ze mną na moment? Mam na imię Kosma…

– Iza! – wpadła mu w słowo kelnerka.

– Jestem tu przypadkiem – dokończył. – Znalazłem pod stolikiem list i mam wrażenie, że ktoś musiał go tu zostawić całkiem niedawno. Kobieta…

– Mam pamięć do twarzy – odpowiedziała kelnerka. – Zauważyłam, że jest pan u nas pierwszy raz. Znam większość stałych klientów, pracuję tu od roku. Niestety, nic nie wiem o tym liście…

– Pamięta pani, czy ktoś tu siedział przede mną?

– Dziś mieliśmy niewielu gości, z rana zwykle odwiedzają nas stali bywalcy. Prawdziwy ruch zaczyna się po południu…

Przerwał jej zdecydowanym ruchem dłoni.

– Proszę, skup się przez moment i postaraj się przypomnieć sobie, kto mógł zgubić w tym miejscu kopertę z listem.

Zrozumiała, że ten mężczyzna zwykle osiąga to, czego chce. Nie potrafiła mu odmówić, choć mało obchodziło ją samo znalezisko i jego nieuważny właściciel. Kto gubi listy w kawiarni? To pewnie ta babka, której sukienkę Iza z chęcią powiesiłaby w swojej garderobie…

– Była tu taka dziewczyna, siedziała dokładnie tam, gdzie ty. – Umyślnie spoufaliła się z facetem, o którym wiedziała tylko tyle, że ładnie pachnie, a jeszcze ładniej brzmi jego głos. – Posiedziała trochę, bo zmokła na deszczu. Mam wrażenie, że była zadumana, coś czytała, a później pisała, pewnie ten list. Co w nim jest?