Wojna i pokój tom 1-2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Wojna i pokój

tom I-II

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Wojna i mir

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-282-4

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

TOM PIERWSZY
CZĘŚĆ PIERWSZA
I

I cóż książę? Wszak przepowiadałam to, nieprawdaż? Genua i Lukka przeszły w posiadanie rodziny Buonapartego** (Buonaparte - włoska wersja nazwiska Napoleona Bonaparte, używana przez jego przeciwników, pragnących podkreślić jego niskie pochodzenie. W 1805 r. Maria Anna Elisa, siostra Bonapartego, otrzymała od niego księstwo Lukki i Piombino). Teraz więc oświadczam stanowczo, że przestanę uważać księcia za mego przyjaciela, za mego najwierniejszego niewolnika, jak utrzymujesz, jeżeli będziesz dłużej upierał się i nie uznawał potrzeby wypowiedzenia wojny, i jeżeli ośmielisz się bronić jeszcze i przeczyć okropnościom i okrucieństwom popełnianym przez tego antychrysta... bo jestem najmocniej przekonana, że to jest antychryst we własnej osobie. No... tymczasem witam cię, drogi książę; widzę, że ci napędziłam strachu... usiądź tu, koło mnie, i pogawędźmy.

Tymi słowami przemawiała po francusku w lipcu 1805 roku Anna Pawłowna Scherer, dama dworu carowej Marii Fiodorowny, która należała nawet do najściślejszego kółka, do najbardziej zaufanych jej carskiej mości. Przyjmowała zaś księcia Wasilija, osobistość poważną, sztywną, bawiącą się w męża stanu, który tym razem przybył pierwszy spomiędzy gości zaproszonych do niej na wieczór.

Panna Scherer kaszlała i była mocno zachrypnięta od kilku dni. Utrzymywała, że nabawiła się „grypy”. Był to wówczas wyraz zupełnie nowy, wymyślony na starą jak świat chorobę, a używany tylko w dystyngowanym towarzystwie.

Lokaj w używanej na dworze pąsowej liberii roznosił wcześnie z rana po całym mieście bileciki jednakowo napisane:

Jeżeli książę (hrabio), nie masz przed sobą nic przyjemniejszego, a nie przestraszy cię zaś zbytnio myśl, że spędzisz cały wieczór z biedną, chorą istotą, byłabym uradowana, gdybym cię ujrzała dziś u siebie między godziną siódmą a ósmą.

Rzecz naturalna, że bileciki były zredagowane w języku francuskim.

– Wielki Boże! Jakie wystąpienie gwałtowne a złośliwe! – odparł książę żartobliwie, niezmieszany ani niezdziwiony niezwykłym przyjęciem.

Książę miał na sobie strój dworski, galowy, złotem bogato haftowany i okryty wieloma gwiazdami, jedwabne pończochy i płytkie trzewiki ze sprzączkami. Jego płaska twarz uśmiechała się wiecznie. Posługiwał się ową wytworną francuszczyzną, której w tych czasach powszechnie używano w towarzystwie wyższym. Wszak w owym czasie w Rosji arystokraci umieli nawet myśleć po francusku. Głos jego miał ton łagodny, przyciszony, przy tym z lekkim odcieniem protekcjonalnej wyższości człowieka wpływowego, który prawie wzrósł na dworze i postarzał się w tym dostojnym otoczeniu.

Zbliżył się do Anny Pawłowny, ucałował jej rękę, pochylając głowę nieco łysą, ale całą woniejącą, i usiadł rozparty wygodnie na miękkiej sofie.

– Przede wszystkim, moja droga przyjaciółko, uspokój moją troskę o twoje cenne zdrowie – odezwał się tonem słodziutkim, szarmanckim, w którym jednak przebijała się pewna lekceważąca żartobliwość i zupełna obojętność, pomimo powodzi miodowych słówek i grzeczności.

– Czyż mogę czuć się zdrowa fizycznie, skoro cierpię moralnie? Serce tkliwe czyż nie krwawi teraz co chwila? Spodziewam się, żeś wybrał się do mnie, drogi książę, na cały wieczór?

– Nie, niestety; dziś mamy środę, poseł angielski daje bal. Muszę się tam pokazać. Przyjedzie po mnie moja córka.

– Sądziłam, że odłożono zabawę na inny dzień. Wyznam szczerze, że wszystkie te wspaniałe uczty i sztuczne ognie zaczynają nudzić mnie śmiertelnie.

– Gdyby przeczuli pani życzenie, z pewnością bal by odłożyli – książę bąknął machinalnie, niby zegarek dobrze nakręcony, nie roszcząc zresztą do tego pretensji, żeby ktokolwiek jego słowa miał brać serio.

– Nie przekomarzaj się ze mną, książę, bardzo proszę. Ot, powiedz mi lepiej, ty, co wiesz wszystko, co postanowiono ostatecznie w sprawie depeszy Nowosilcowa?

– Cóż mogę pani o tym powiedzieć? – książę nieznacznie wzruszył ramionami z wyrazem nudy i wielkiego zmęczenia. – Chcesz wiedzieć, na co się zdecydowano? Otóż uznano, że Bonaparte zamknął sobie drogę do wycofania się, i zdaje się, że my coś podobnego uczynić zamyślamy.

Książę Wasilij mówił ciągle od niechcenia, niby aktor powtarzający odwieczną rolę. Panna Scherer przeciwnie, siliła się, mimo lat czterdziestu, na żywość w każdej rozmowie. Starała się uchodzić za kobietę pełną zapału i animuszu. Zdarzało jej się często egzaltować na zimno, gdy nie miała do tego najmniejszej ochoty, jedynie by nie zawieść oczekiwania swoich znajomych. Uśmiech przyczepiony stale do jej ust nie licował, co prawda, z rysami jej twarzy, zwiędłymi i zmęczonymi, dowodził jednak jej przeświadczenia o tym miłym błędzie, którego, na wzór zepsutych i rozpieszczonych dzieci, nie mogła czy też nie chciała poprawić. Rozmowa o polityce rozdrażniła do reszty Annę Pawłownę.

– Ach, tylko mi nie wspominaj o Austrii! Prawdopodobnie nie znam się na tym nic a nic, ale według mego zdania, Austria nigdy nie chciała i obecnie nie chce wojny! Zdradza nas i Rosja samopas wyratuje Europę! Nasz dobroczyńca ma poczucie swojej wielkiej misji i nie zaniedba doprowadzić jej do skutku. Wierzę w to i tego trzymam się całą duszą. Wspaniałą rolę odegra nasz monarcha najmiłościwszy, tak dobry, tak szlachetny! Bóg go nie opuści. Spełni swoje zadanie, zetrze na miazgę straszliwą hydrę rewolucji, która, jeśli to możliwe, przybrała postać jeszcze ohydniejszą, gdy nią zawładnął ten potwór, ten morderca! Do nas należy zapłacić mu za krew Sprawiedliwego, niewinnie przelaną. Czy można tu komu ufać, pytam cię, książę? Anglia ma umysł zajęty wyłącznie sprawami handlowymi, niezdolna jest zatem pojąć podniosłości i szlachetności duszy cesarza Aleksandra! Odmówiła odstąpienia wyspy Malty. Cóż odpowiedzieli Nowosilcowowi? Nic! Nie, nie, oni nie rozumieją poświęcenia naszego monarchy, który dla siebie nie żąda niczego i pragnie tylko dobra całej ludzkości. Jakież ich obietnice? Żadne! A choćby i coś obiecywali, czy można by się na to powołać? Czyż Prusy nie ogłosiły Napoleona niezwyciężonym, Europę zaś niezdolną do walki z nim? Nie wierzę ani Hardenbergowi,** (Karl August von Hardenberg (1750-1822) - pruski książę, polityk; w 1795 r. doprowadził do zawarcia pokoju z Francją; kanclerz od 1810 r.) ani Haugwitzowi** (Christian H. Haugwitz (1752-1832) - pruski hrabia i mąż stanu; przyjaciel Leopolda II, minister spraw zagranicznych; wysłany do Napoleona w 1805 r. pośredniczył przy zawieraniu konwencji wiedeńskiej). Owa sławiona pruska neutralność to prosta pułapka. Ufam jedynie Bogu i wzniosłemu przeznaczeniu naszego najmiłościwszego cesarza, przyszłego zbawcy całej Europy.

Zatrzymała się nagle z uśmiechem zadowolenia, że dała się tak unieść namiętnemu zapałowi.

– Czemuż nie jesteś, pani, na miejscu naszego milutkiego Wintzingerode!** (Ferdynand Wintzingerode (1770-1818) - baron, w służbie rosyjskiej od 1797 r.; w 1802 r. mianowany generałem-adiutantem cesarza Aleksandra I. Brał udział w kampanii 1805 r.). Dzięki twojej świetnej wymowie wzięłabyś szturmem przyzwolenie króla pruskiego. Koniec końców... czy mogę spodziewać się herbaty?

– Ależ natychmiast!... O czymże to miałam mówić? – teraz była znowu całkiem spokojna. – Aha, już wiem! Spodziewam się dzisiaj dwóch niesłychanie interesujących ludzi: wicehrabiego de Mortemarta, spokrewnionego przez Rohanów z książętami Montmorency. Jedna z najświetniejszych rodzin we Francji. Emigrant, ale z tych dobrych, czystej wody! Drugim jest ksiądz Morio. To umysł tak głęboki... Wiesz zapewne, książę, iż był on na prywatnej audiencji u samego cesarza.

– Tak? Będzie mi nader przyjemnie... Powiedzże mi, pani – książę mówił z coraz większą nonszalancją, jakby szukał dopiero w głowie, o co ma pytać, a tymczasem to pytanie było głównym celem tych odwiedzin – chciej mi powiedzieć łaskawie, czy to prawda, że cesarzowa matka ma życzyć sobie mianowania barona Funke pierwszym sekretarzem poselstwa w Wiedniu? Baron wydaje mi się takim zerem!

Książę Wasilij pożądał właśnie tego miejsca, które starano się zdobyć dla barona Funke, przez protekcję carycy Marii Fiodorowny, a pożądał go dla swego syna.

Anna Pawłowna przymknęła oczy. To miało znaczyć, że ani ona, ani nikt w ogóle nie wie, co może podobać się lub nie podobać najjaśniejszej pani.

– Barona Funke poleciła carowej matce jej siostra – przemówiła tonem smutnym i dziwnie oschłym.

Wymawiając te słowa, Anna Pawłowna starała się nadać całej fizjonomii wyraz głębokiego i szczerego poświęcenia z pewnym odcieniem melancholii. Tak zawsze wyglądała, ilekroć przyszło jej wspomnieć z namaszczeniem o dostojnej protektorce. Przymknęła ponownie oczy, dodając nawiasem, że najjaśniejsza pani okazuje wiele łaskawości baronowi Funke.

 

Książę zamilkł, na pozór najzupełniej obojętny. A jednak Anna Pawłowna, z taktem i sprytem kobiety, i w dodatku damy dworu, zadrapnęła go delikatnie pazurkiem za karę, że ośmielił się wydać zuchwały sąd o kimś, kogo polecono specjalnie niewyczerpanej dobroci carowej matki. Zaraz jednak pospieszyła pocieszyć księcia.

– Pomówmy trochę o pańskich dzieciach. Czy wiesz, książę, że twoja córka, od kiedy w świat weszła, wprawia w zachwyt całe nasze towarzystwo? Uważa się ogólnie, że jest prześliczna, czarująca.

Książę skłonił się nisko, co miało oznaczać jednocześnie jego głęboki szacunek i wdzięczność.

– Ileż razy uderzył mnie w życiu niesprawiedliwy podział ziemskiego szczęścia – wiodła dalej rozmowę Anna Pawłowna po krótkiej chwili milczenia. Przysunęła się bliżej do księcia z najmilszym uśmiechem, chcąc mu dać do zrozumienia, że porzuca dziedzinę polityki, a nawet zwykłą salonową pogawędkę, aby porozmawiać z nim od serca, jak z przyjacielem. – Dlaczego, na przykład, los obdarował ciebie, mój książę, tak miłymi dziećmi, z wyjątkiem Anatola, twego młodszego syna, którego wcale nie lubię? – dodała tonem stanowczym, osądzając go nieodwołalnie, ze zmarszczonymi brwiami. – A książę cenisz je mniej niż inni, zatem niewart jesteś takich dzieci... Uśmiechnęła się swoim uśmiechem pełnym zapału.

– Cóż pani chcesz? – książę potrząsnął głową. – Lavater** (Johann Kaspar Lavater (1741-1801) - Szwajcar; uważany za pioniera fizjonomiki. Nazwisko wymienione przez księcia w wyniku pomyłki (Lavater nie zajmował się frenologią, czyli badaniem ludzkiej czaszki)). odkryłby z pewnością, że nie ma w mojej czaszce guza miłości ojcowskiej.

– Dość tych żartów, mości książę. Chcę pomówić z tobą całkiem serio. Jestem mocno niezadowolona z twojego młodszego syna. Wspominano o nim wobec jej carskiej mości – twarz mówiącej przybrała ponownie melancholijny wyraz. – Ubolewano nad tobą...

Książę na razie nic nie odpowiadał. Ona patrzyła na niego w milczeniu i czekała.

– Nie wiem, doprawdy, co począć – rzucił wreszcie rozdrażniony. – Jako ojciec robiłem, co mogłem, aby ich wykształcić, a obydwaj są do niczego. Hipolit przynajmniej jest głupcem spokojnym, natomiast młodszy Anatol przeciwnie – to głupiec niesforny i burzliwy. Jedyna to różnica między nimi.

Tym razem uśmiechnął się szczerzej, dobitniej i coś gburowatego, nieprzyjemnego zarysowało się w końcach jego ust, mocno pomarszczonych i zapadniętych.

– Ludzie tacy jak ty, książę, nie powinni mieć dzieci. Gdyby nie to twoje ojcostwo, nie mogłabym ci nic zarzucić – rzekła po chwili panna Scherer zamyślona.

– Jestem, jak pani wiadomo, twoim wiernym niewolnikiem. Toteż przed tobą jedną mogę wyspowiadać się całkiem szczerze. Dzieci są dla mnie tylko nieznośnym ciężarem i krzyżem, który muszę, rad nierad, dźwigać na ramionach przez resztę życia. Tak się na tę kwestię zapatruję. Cóż robić?... – zamilkł, wyrażając niemym ruchem swoje poddanie nieubłaganemu losowi.

Anna Pawłowna zdawała się dumać i nad czymś zastanawiać.

– Czyś nigdy, książę, nie pomyślał o tym, żeby ożenić tego twego „syna marnotrawnego”? Stare panny, jak złośliwi utrzymują, mają manię swatów i żenienia ludzi. Nie sądzę, żebym i ja ulegała tej słabości, a jednak upatrzyłam dla niego młodą osobę, naszą daleką krewną, księżniczkę Bołkońską, która ma być najnieszczęśliwszą przy boku ojca, niesłychanego dziwaka.

Książę Wasilij nic na to nie rzekł, jednak pewien ruch głową dowodził, że decyduje się szybko. Szybkość ową posiadają bardzo często ludzie światowi. Namyślają się w jednej chwili, dochodząc natychmiast do tej lub owej konkluzji.

– Czy wiesz, pani, że ten mój hultaj, Anatol, kosztuje mnie czterdzieści tysięcy rubli rocznie? – westchnął, wypowiadając głośno nurtujące go smutne myśli. – Cóż to będzie za lat pięć, jeżeli pohula tak dalej? Oto cały zysk z tytułu ojcowskiego... Czy bogata ta twoja księżniczka?

– Ojciec jej pan z milionami, w dodatku skąpiec zawołany! To ten sam sławny książę Bołkoński, któremu kazano porzucić służbę wojskową za życia nieboszczyka cara i którego nazywano „królem pruskim”. Ma być bardzo rozumny, ale dziwaczny i nader trudny, prawie nie do zniesienia w codziennym pożyciu. Biedną dziewczynę ponoć na śmierć zamęcza. Jest ich tylko dwoje. Jej brat ożenił się niedawno z Lizą Meinen i mianowano go adiutantem Kutuzowa** (Michaił I. Kutuzow (właśc. Goleniszczew-Kutuzow, 1745-1813) - rosyjski generał-feldmarszałek; wsławił się podczas zdobycia twierdzy tureckiej Izmaił w 1790 r. Od 1805 r. dowódca wojsk rosyjskich; po klęsce pod Austerlitz usunięty ze stanowiska; głównodowodzący w wojnie z Napoleonem w 1812 r.; dzięki przemyślnej strategii doprowadził do jego całkowitej klęski). Lizę zobaczysz, książę, za chwilę.

– Moja droga Anno – książę pochwycił nagle pannę Scherer za obie ręce – wyświadczyłabyś mi największą łaskę, doprowadzając do skutku te swaty, i zostałbym na całe życie twoim najwierniejszym rabem... jak zwykł podpisywać się na każdym raporcie mój rządca. Jest z dobrego rodu i bogata. Tego mi właśnie potrzeba.

Po czym ruchem wytwornie poufałym, charakterystycznym dla niego, ucałował rękę damy dworu, ściskając ją czule w swojej dłoni. Dokonawszy tego, rozparł się wygodniej i spojrzał w inną stronę.

– Dobrze... posłuchaj mnie, książę – odparła Anna Pawłowna. – Jeszcze dziś wieczór porozmawiam o tym z Lizą Bołkońską. Kto wie? Może to się da zrobić. W interesie twojej rodziny zacznę przyuczać się do staropanieńskiego rzemiosła i zabiorę się na serio do swatów.

II

Salon Anny Pawłowny zapełniał się z wolna. Zbierał się tam sam kwiat petersburskiego towarzystwa. Wprawdzie towarzystwo składało się z osób różniących się między sobą tak wiekiem, jak i usposobieniem, wszyscy jednak wyszli, jak to mówią, spod jednego stempla. Córka księcia Bazylego, piękna Helena, właśnie przybyła, aby zabrać ojca na bal do ambasady angielskiej. Była w stroju balowym, ze złotą liczbą na ramieniu, jako frejlina** (Frejlina (z niem.) - dawn. dama dworu) carowej. Nie brakło tam również kobietki najponętniejszej z całego Petersburga, drobnej i ślicznej, młodziutkiej księżnej Bołkońskiej. Wyszła za mąż zeszłej zimy. Obecnie, będąc w stanie błogosławionym, nie mogła pokazywać się na wielkich balach, bywała jednak tu i ówdzie na mniejszych zebraniach, w domach dobrych znajomych. Był również w salonie Anny Pawłowny książę Hipolit, starszy syn księcia Bazylego. Wszedł jednocześnie z Mortemartem, którego przedstawiał wszystkim swoim znajomym. Przybył też ksiądz Morio i wielu, wielu innych...

– Widzieliście moją ciotkę? Nie znacie jeszcze mojej ciotki? – powtarzała każdemu z zaproszonych Anna Pawłowna, prowadząc ich do małej, niskiej staruszki z olbrzymim aksamitnym tokiem na głowie, która zjawiła się właśnie w salonie. Panna Scherer przenosiła z wolna powłóczyste spojrzenie z przedstawianego na ową ciocię i odchodziła natychmiast, aby przyprowadzić kogoś nowego. Wszyscy dopełniali obowiązkowej ceremonii przy tej ciotce nikomu nieznanej, nikomu na nic nieprzydatnej, która wszystkich na śmierć zanudzała. Anna Pawłowna słuchała i przytakiwała wymianie grzeczności z obu stron, z miną uroczystą i smętną jednocześnie. Ciotunia zaś używała niezmiennie tych samych frazesów. Zapytywała troskliwie o zdrowie każdej przedstawionej jej osoby, następnie wspominała mimochodem o własnym zdrowiu i o zdrowiu najjaśniejszej pani, „które dzięki niebu polepszyło się znacznie”. Z grzeczności starano się nie okazywać zbytniego pośpiechu i nie zmykać natychmiast, ale wystrzegano się jak ognia, żeby nie znaleźć się powtórnie w ciągu wieczora w bliskości nudnej staruszki. Młodziutka księżna Bołkońska przyniosła jakąś robótkę w aksamitnej, złotem haftowanej torebce, którą (jak wszystko zresztą) nazywano z francuska ridicule’em. Jej górna warga, prześliczna, malutka, a pełna i pąsowa jak wisienka, pokryta lekkim, ciemnym meszkiem, nie mogła nigdy, mimo widocznego usiłowania, złączyć się ściśle z wargą niższą. Ten wybryk natury nadawał jej pewne piętno oryginalności, czyniąc ją tym ponętniejszą. Na pół otwarte usta były jednym więcej urokiem tej ślicznej i najmilszej osóbki. Każdy podziwiał młodziutką kobietę, pełną życia i zdrowia, która mając wkrótce zostać matką, znosiła tak lekko i swobodnie ten wielki ciężar. Zamieniwszy z nią słów kilka, wszyscy, czy to młodzi, znudzeni i zblazowani, czy starcy w humorze ponurym z powodu męczącej ich podagry lub jakiejś innej choroby, nieodłącznej w wieku sędziwym, wyobrażali sobie, że są do niej podobni lub że umieli być dla niej szczególniej przyjemni, tak potrafiła ująć i oczarować każdego dowcipnymi słówkami i swoim rozkosznym uśmiechem, przy którym błyszczały jej bielutkie ząbki.

Drobniutka i malutka księżna obeszła stół wkoło chwiejnym, kołyszącym krokiem i zasiadła na kanapie obok samowara z miną osoby, która tylko o tym myślała, żeby sprawić przyjemność tak sobie, jak innym.

– Przyniosłam moją robótkę – przemówiła, otwierając torebeczkę i zwracając się z tym niejako do całego towarzystwa. – Strzeż się, Anno, mojego srogiego odwetu; widzę, żeś mi spłatała nie lada figla. Napisałaś, że twój wieczorek będzie złożony z kilku zaledwie zaufanych osób, i oto ubrałam się jak nietoperz...

Wyciągnęła przed siebie ramiona, jakby chciała lepiej pokazać elegancką popielatą suknię jedwabną, obszytą koronkami i związaną od niechcenia poniżej piersi szerokim pasem.

– Bądź spokojna, Lizo, będziesz zawsze najpiękniejsza.

– Czy wiecie państwo, że mąż mnie porzuca? – mówiła dalej, zwracając się tym samym tonem do całego towarzystwa. – Chce gwałtem dać się zabić! Po co też ta straszna wojna? – spytała księcia Bazylego. Nie czekając na jego odpowiedź, rozpoczęła rozmowę z córką księcia, piękną Heleną.

– Co też to za miła osóbka, ta malutka księżna – szepnął książę Wasilij na ucho Annie Pawłownie.

W chwilę później zjawił się w salonie nowy gość. Był nim młody człowiek, otyły i ciężki, z włosami obciętymi przy samej głowie. Nosił okulary. Był ubrany według ostatniej mody, w jasne pantalony, z olbrzymim żabotem na piersiach, w wierzchnim ubraniu barwy brązowej. Był on naturalnym synem hrabiego Bezuchowa, wielkiego pana grającego wybitną rolę za czasów Katarzyny, który teraz dogorywał w Moskwie. Młodzieniec ten nie obrał sobie dotąd żadnego zawodu; wracał obecnie z zagranicy, gdzie go kształcono, i po raz pierwszy pokazywał się w wyższym towarzystwie. Anna Pawłowna przyjęła go owym ukłonem, którym obdarzała gości najmniej u niej znaczących. Na widok Piotra jednakże, mimo że mu ledwie głową skinęła, w jej twarzy odbił się niepokój połączony z trwogą, jakiej doznajemy, patrząc na przedmiot olbrzymich rozmiarów, który nie został ustawiony we właściwym miejscu. Piotr rzeczywiście górował nad całym towarzystwem. Niepokój Anny Pawłowny miał jeszcze inną przyczynę: lękała się tego poczciwego i nieśmiałego wzroku, patrzącego jednak bystro i oceniającego wszystko szczerze, czym wyróżniał się spośród zgromadzonych.

– Bardzo to grzecznie z twojej strony, panie Piotrze, żeś przyszedł odwiedzić biedną chorą – bąknęła, zamieniając z ciotką, w chwili gdy jej przedstawiała nowo przybyłego, spojrzenie pełne zmieszania.

Piotr wycedził nawzajem kilka niezrozumiałych słów, dalej wodząc wkoło oczyma. Nagle uśmiechnął się wesoło, poufale skinął głową malutkiej księżnej, którą znał dobrze, skłonił się sztywno ciotuni i nie czekając nawet na koniec tradycyjnego frazesu o zdrowiu najjaśniejszej pani, drapnął czym prędzej. Nie na darmo czuła Anna Pawłowna instynktowną trwogę na widok tego olbrzyma. Zatrzymała go przerażona:

– Znasz pan księdza Morio? – spytała. – Człowiek niesłychanie interesujący...

– Słyszałem o nim i o jego projekcie wieczystego pokoju – paradoks przedstawiony nader dowcipnie... ale, niestety, niewykonalny.

– Tak pan sądzisz? – wtrąciła Anna bezmyślnie, byle coś odpowiedzieć i nie wyjść z roli uprzejmej gospodyni.

Piotr popełnił natychmiast drugi błąd, postępując wbrew przyjętym formom, w doborowym towarzystwie porzucił bowiem za prędko rozmawiającą z nim osobę, nie czekając końca zdania, a teraz znowu zatrzymywał tamtą, która pragnęła skończyć z nim i odejść. Tłumaczył jej obszernie i długo, z nogami rozstawionymi i jakby przykutymi do posadzki, dlaczego projekt księdza Morio jest wprost niemożliwy.

– Porozmawiamy o tym później – przerwała mu z uśmiechem Anna.

Skoro udało się jej pozbyć młodego człowieka, niemającego wyobrażenia o delikatnych światowych formach, wróciła do swoich zajęć. Odtąd patrzyła i nadsłuchiwała, gotowa przyjść z pomocą słabszym i podtrzymać rozmowę urywającą się z braku zajmującego tematu. Naśladowała w tym podmajstra w przędzalni. Ten, przechadzając się pomiędzy robotnikami, zwraca baczną uwagę tak na ruchy, jak i ton fałszywy, niezwykły, wrzecion u kołowrotków. Stara się on bądź zatrzymać je, bądź też puścić w ruch na nowo we właściwym tempie. I Anna Pawłowna, przechadzając się po swoim salonie, zbliżała się kolejna do kółka zupełnie milczącego lub zbyt głośno rozprawiającego. Słówko z jej ust rzucone od niechcenia, zręczne i umiejętne przestawienie osób w inne miejsce ożywiały rozmowę albo uspakajały nadto gorącą dysputę i znowu szło wszystko spokojnie, przyzwoicie, aż miło! Strach, którego jej Piotr napędził, był i teraz widoczny wśród innych trosk i kłopotów gospodyni domu. Śledząc go niespokojnym wzrokiem, widziała, że zbliża się do osób otaczających Mortemarta, a później zaś nadsłuchuje, co mówią w kółku księdza Morio. Co się tyczy Piotra, wychowanego za granicą, był to jego pierwszy wieczór w Petersburgu i w ogóle w Rosji. Wiedział, że znajduje się w gronie ludzi najbardziej inteligentnych z całej stolicy. Nie można się było dziwić, że wytrzeszczał oczy, szybko przenosząc wzrok z jednych na drugich, jak dziecko wprowadzone po raz pierwszy do wielkiego magazynu z zabawkami, i lękał się utracić choćby jedno słówko z dowcipnych i mądrych rozmów, które w salonie prowadzono. Patrząc na te osoby pełne dystynkcji i pewności siebie, oczekiwał od każdej z nich słowa bystrego, dowcipnego i rozumnego. Rozmowa księdza Morio wydała mu się interesująca. Zatrzymał się więc, czekając na dobrą sposobność, żeby wystąpić z własnym zdaniem: jest to poniekąd słabostka wszystkich młodzików.