Wojna i pokójTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Owa narada wojenna, w której książę Andrzej nie miał czasu wypowiedzieć swojej myśli, zostawiła w jego duszy wielki niesmak, niepokój i wątpliwości, co do planu całego. Pytał się w duchu, przy kim właściwie była słuszność? Czy mówią prawdę Dołgorukow z Weirotherem, czy Kotuzow z Langeronem? Dla czego Kotuzow, póki była pora po temu, nie wypowiedział szczerze przed carem swojego zdania? – Czy to dzieje się tak zawsze – dumał dalej – że naraża się na chybił trafił tysiące egzystencji, a i moje życie między innemi, li dla interesu dworów i dla spraw osobistych monarchów?... Tak, mogą mnie zabić jutro!... – I nagle ta myśl o śmierci wywołała w jego duszy cały szereg wspomnień dalekich a rzewnych. Pożegnanie z ojcem, z żoną, jego pierwsze chwile poślubne i miłość ognista dla pięknej Lizy. Przypomniał sobie jej stan poważny. Rozczulił się mimowolnie nad żoną, nad sobą samym i wyszedłszy z domku, w którym mieszkał razem z Neświckim, zaczął przechadzać się po dworze.

Noc była mglista. Słaby, tajemniczy promień księżyca, starał się przebić szarą mgły oponę.

– Jutro! jutro! – powtarzał w duchu. – Może wszystko skończy się dla mnie, a wtedy i te wspomnienia przestaną istnieć razem ze mną... Jutro, czuję to, będę mógł okazać do czego jestem zdolny...

Wyobrażał sobie bitwę, straty poniesione, skupienie się walki w jeden punkt najważniejszy, zamięszanie i nieporadność wodzów.

– Nadchodzi dla mnie chwila pomyślna, dzień tak przezemnie niecierpliwie oczekiwany!...

Widział i słyszał siebie w dalszym ciągu błogich marzeń, jak wypowiada swoje zdanie jasno i dobitnie, w obecności Kotuzowa, obu monarchów, Weirothera i reszty dowódzców. Wszystkich uderzyła jasność jego poglądów, nikt jednak nie mógł zdobyć się na tyle odwagi, aby wziąć na własną odpowiedzialność planu wykonanie... On więc wybierał sobie pułk, nawet całą dywizją, stawiał warunki, aby nikt się nie odważył planów jego krzyżować, prowadził swój oddział w miejsce najważniejsze i odnosił świetne zwycięztwo!... A śmierć a konanie?... podszeptywał mu jakiś głos obcy, nieznany, tajemniczy... Książę Andrzej nie przestawał jednak marzyć błogo o swoich przyszłych tryumfach i powodzeniach. Jemu to powierzano w przyszłości obmyślenie planu bitwy następnej. Był dotąd wprawdzie tylko adjutantem przy boku Kotuzowa, ale on, Bołkoński, prowadził w bój wszystkich, i drugą bitwę tak samo wygrywano, rozbijając w puch nieprzyjaciela!... On podczas bitwy zastępywał i wyręczał Kotuzowa!... No! a potem? – przemawiał mu znowu do ucha ów głos tajemniczy – jeżeli nie będziesz ciężko rannym, lub nawet zabitym... potem co się stanie?... – Potem? – odpowiadał sam sobie książę Andrzej. – Nic nie wiem! i wiedzieć nie chcę! Nie moja wina, że pragnę sławy, że chcę miłości i uwielbienia ze strony ludzi; że radbym stać się wielkim i w kraju własnym niezapomnianym! To rzeczywiście jest mi w życiu celem jedynym! Nie zdradzę się z tem przed nikim, ale cóż na to poradzić, że sława i uwielbienie ludzi, wydaje mi się droższem nad wszystko w świecie? Śmierć, ciężkie rany, strata całej mojej rodziny, wszystko mnie nie przestrasza, bylem zdobył cel upragniony! Kocham niezaprzeczenie ojca, siostrę, żonę, a jednak, choćby to się dziwnem wydało niejednemu, poświęciłbym ich wszystkich dla jednej chwili tryumfu, zapewniającego mi sławę i cześć u ludzi, obcych mi, nieznanych, obojętnych najzupełniej, i którzy takimi dla mnie i nadal pozostaną!

Wytężył słuch, chwytając uchem każdy szelest w koło pomieszkania Kotuzowa. Rozróżniał głosy służby, zajętej pakowaniem furgonu. Uderzył go szczególniej głos stangreta, który naśmiewał się ze starego kucharza Kotuzowa, przekręcając jego nazwisko. Kucharz nazywał się Tit.

– Djabli by cię porwali dowcipniusiu! – mruknął starzec rozgniewany i podrażniony śmiechami obecnych.

– Tak to się dzieje na świecie – pomyślał Bolkoński. – Jeden wynosi się nad drugiego, sądząc się lepszym i wyżej urodzonym. Ja zaś radbym znaleść się po nad nimi wszystkimi, otoczony aureolą sławy tajemniczej, niespożytej, którą widzę niejako unoszącą się w mgle po nad moją głową!

XIII.

Rostow spędził noc tę wraz ze swoim oddziałem w forpocztach dywizji Bagrationa. Jego huzary stali na widecie zawsze po dwóch. On sam przejeżdżał się po przed linję wyciągniętą stępą, aby zwalczyć sen, który morzył go nieustannie. W tyle na szerokiej przestrzeni, świeciły tu i owdzie w gęstej mgle ognie w rosyjskim obozie. Przed nim zaś i z boków rozścielały się cienie nocy okiem nie przebitej. Mimo wszelkich usiłowań, aby dojrzeć cokolwiek wśród pomroku, nic nie widział. Czasem zdawało mu się, że spostrzega jakąś jasność nieokreśloną, jakieś płomyki w dali migocące; naraz wszystko znikało, i on musiał przyznać sam przed sobą, że było to li złudzeniem jego podnieconej wyobraźni. Oczy mu na nowo kleił sen nieprzezwyciężony, a bujna fantazja przedstawiała mu to cara, to Dennisowa, to jego najbliższą rodzinę... Gdy po chwili oczy gwałtem otwierał, nie mógł dopatrzeć niczego, prócz łba swego konia, który strzygł uszami niespokojnie i cieniów długich swoich żołnierzy. Zresztą otaczała go ta sama noc wzrokiem nieprzenikniona.

– Dla czegożby mnie nie miało spotkać coś niepodobnego, co tylu innych spotkało? – wmawiał w siebie. – Dla czegóż nie miałbym znaleść się trafem szczęśliwym na drodze cara, on zaś dałby mi polecenie, jak pierwszemu lepszemu oficerowi, ja bym takowe wykonał, zbliżając się tym sposobem do jego dostojnej osoby! Oh! gdyby to uczynił, jakbym ja czuwał nad nim, jakbym mu zawsze mówił szczerą prawdę, jakbym zdzierał maskę z otaczających go obłudników i oszukańców!

Rostow, aby sobie przedstawić wyraźniej swoją miłość i gotowość poświęcenia wszystkiego dla monarchy, widział siebie walczącego ze zdrajcą Niemcem; policzkował go, a w końcu zabijał w oczach cara. Krzyk gdzieś w dali zbudził go nagle. Drgnął nerwowo:

– Gdzież to ja jestem? – szepnął. – Aha! na forpocztach! Hasło i odzew: „Timon i Ołomuniec”... Co za fatalność, że mój szwadron zostaje jutro w rezerwie! Może właśnie podczas bitwy miałbym sposobność zbliżyć się do cara? Za chwilę zluzują mnie... Pójdę prosić jenerała, żeby mnie przydzielił na jutro do innego szwadronu.

Poprawił się na siodle i raz jeszcze przejechał się wzdłuż linji rozciągniętej przez jego huzarów. Noc wydała mu się teraz mniej ciemną. Dostrzegał na lewo w mglistych konturach, czegoś w rodzaju łagodnej pochyłości. Naprzeciw wznosił się prostopadle wzgórek dość wysoki, odbijający się czarno na widnokręgu, a na jego płaskim szczycie świeciła biała plama z czego nie umiał sobie zdać sprawy na razie. Czy to polanka wśród lasu oświetlona promieniem księżyca? Czy domy pobielone? Czy też warstwa śniegu po prostu? Zdawało mu się nawet, że coś się tam rusza.

– Plama biała... hm! hm!... – mruczał prawie przez sen. – Śnieg na pewno!... hm! hm! plama biała!...

Powtórzył machinalnie zasypiając na nowo.

– Nataszka – szeptał rozmarzony. – Ona nie zechce mi wierzyć, żem widział na krok od siebie cara!...

– Na prawo, wasza miłość... tu są krzaki! – zawołał na niego jeden z huzarów, gdy go mijał właśnie.

Ocknął się i podniósł głowę. Czuł że nie jest w stanie opanować snu, który go morzył.

– Trzeba myśleć o czem innem. Ale o czem? – rzekł cicho, trąc oczy gwałtownie. – W jaki sposób przemówię do cara?... Nie! tak byłoby źle... niestosownie!...

Głowa opadła mu znowu na piersi, w tem w pół śnie zdawało mu się że ktoś strzela do niego i krzyknął głośno budząc się ze snu gwałtownie!

– Kto idzie!?...

Usłyszał w tej samej chwili, tam gdzie spodziewał się, że musi znajdować się nieprzyjaciel, krzyki rozgłośne i nawoływania tysiąca ludzi. Koń jego i ten obok, na którym siedział huzar, zastrzygły uszami niespokojnie. W miejscu skąd krzyki się rozchodziły błysnął i zagasł natychmiast płomień samotny. Później tu i owdzie ognie zabłysły, cała linja wojska nieprzyjacielskiego, na pagórku rozstawiona oświetliła się nagle niby wężem płomienistym, krzyki zaś stawały się coraz głośniejsze. Rostow mimo odległości zrozumiał, że nawołują się wzajemnie w języku francuzkim, chociaż w tym niesłychanym wrzasku i harmiderze, nie mógł słów odróżnić.

– Co to może być? Cóż ty o tem sądzisz? – spytał huzara obok. – Zdaje się, że tam rozłożył się nieprzyjaciel?... Słyszysz go? – dodał, nie odbierając z razu odpowiedzi.

– Et! kto go tam wie, wasza miłość! – huzar bąknął apatycznie. – Sądząc z kierunku, to muszą krzyczeć Francuzi?... – Może oni, a może kto inny!... W nocy, to tam dzieją się rzeczy niestworzone! No! tylko mi nie zacznij brykać i głupstw nie wyprawiaj! – ściągnął mocniej konia, który niespokojnie grzebał ziemię, parskając raz po raz.

Tak samo niepokoił się i koń Rostowa. Rżał, bił kopytem ziemię zamarzniętą i strzygł uszami. Krzyki wzmagały się z każdą chwilą, zlewając się w jeden akord potężny, jaki mogą li utworzyć tysiące piersi ludzkich. Ognie rozpalano na całej linji. Rostow ocknął się wreszcie ze snu, słysząc teraz najwyraźniej okrzyki radośne i pełne tryumfu w obozie nieprzyjacielskim:

– Niech żyje cesarz! Niech żyje!

– Hm, muszą być ztąd niedaleko... ot, tam, za strumykiem – rzekł Rostow do huzara.

Ten westchnął za całą odpowiedź i zaczął mruczeć jak niedźwiedź w złym humorze, gdy go psy ruszą z legowiska.

Ktoś nadjeżdżał konno. Usłyszał głuchy tentent i naraz wyłoniła się z mgły postać, która wydała mu się olbrzymią. Był to ordynans zapowiadający mu przybycie jenerałów. Rostow spiesząc naprzeciw nich, obejrzał się raz jeszcze na ognie w obozie nieprzyjacielskim. Bagration z Dołgorukowem, w towarzystwie swoich adjutantów, zapragnęli przypatrzeć się bliżej, tej dziwacznej, płomienistej fantasmagorji i przysłuchać się wrzaskom obozu nieprzyjacielskiego. Rostow podjechał do Bagrationa, a zdawszy mu raport dokładny, przyłączył się do jego świty, słuchając rozmowy dwóch wodzów.

 

– Wierz mi książę – upierał się przy swojem zdaniu Dołgorukow – że to tylko prosty fortel wojenny. Cofnął się najniezawodniej, rozkazując tylnej straży pozapalać ogniska i narobić dużo wrzasku, aby nas oszukać.

– Trudno mi jakoś w to uwierzyć – odparł Bagration. – Zajmują ów wzgórek od wczoraj. Gdyby mieli się cofać, byliby opuścili i tę pozycją. Panie poruczniku – zwrócił się do Rostowa – czy forpoczty są tam dotąd?

– Były wczoraj wieczorem wasza ekscellencjo. Teraz nie mógłbym twierdzić o tem na pewno. Czy mam to zbadać na miejscu wraz z moimi huzarami?

Bagration starał się nadaremnie dojrzeć twarzy Rostowa.

– Dobrze, jedź pan – rzekł po chwili zastanowienia.

Rostow puścił się galopem. Przywołał podoficera i dwóch huzarów, rozkazując im towarzyszyć mu w wyprawie. Zjechał z góry kłusem wyciągniętym, w kierunku, skąd dochodziły ich krzyki i nawoływania. Miotał nim niepokój, a jednocześnie upajało go uczucie rozkoszne, gdy tak tonął w ciemności wraz ze swoimi huzarami, wśród mgły pełnej tajemnic i niebezpieczeństw. Bagration nakazał mu, stojąc na pagórku, żeby nie przekraczał granicy naturalnej, którą tworzył strumień. Udał jednak, że rozkazu nie słyszy. Jechał i jechał naprzód. Krzaki wydawały mu się wielkiemi drzewami, wklęsłości i wypukłości wąwozu brał za ludzi. Gdy znalazł się u stóp góry, niewidział już nikogo, ani swoich, ani obozu nieprzyjacielskiego. Natomiast usłyszał o wiele wyraźniej głosy obce. O kilka kroków od siebie, zdawało mu się, że widzi rzekę. Gdy nadjechał bliżej, przekonał się, że to bieleje gościniec murowany. Zatrzymał się przez chwilę, niepewny w którą stronę ma się udać? Czy jechać gościńcem, czy też na przełaj prosto ku górze naprzeciw? Byłoby mędrzej trzymać się gościńca, świecącego wśród mgły i na którym można było widzieć wszystko dokładnie.

– Jechać za mną – rzekł krótko.

Puścił się drogą galopem, tam właśnie gdzie od wczoraj stała pikieta francuzka.

– Oto są, wasza miłość – szepnął jeden z huzarów.

Rostow miał czas zaledwie dopatrzeć w pomroku punktu czarnego, gdy błysnęło na panewce, padł strzał i kula świsnęła mu koło ucha, niby od niechcenia, gubiąc się gdzieś wysoko w mgły tumanach. Błysnęło powtórnie. Tym razem jednak spaliło na panewce. Rostow zawrócił konia, i popędził nazad. Cztery strzały padły w kierunkach rozmaitych, a kule świstały na różne tony. Rostow wstrzymał na chwilę konia, tak samo jak i jeździec rozognionego, zmuszając go iść stępą.

– Ho, ho! jeszcze i jeszcze – zawołał wesoło.

Nagle ustała strzelanina. Puścił się znowu galopem, osadził konia o krok przed Bagrationem, salutując według regulaminu.

Dołgorukow bronił dotąd zawzięcie swojego mniemania:

– Francuzi cofnęli się i tylko na to ognie pozapalali, aby nas w pole wyprowadzić. Mogli przecież opuszczając stanowisko, zostawić po za sobą nieliczne pikiety.

– W każdym wypadku, nie wszyscy odeszli mości książę – bąknął Bagration. – Zresztą przekonamy się jutro...

– Pikieta jest dotąd na wzgórzu, wasza ekscellencjo, w tem samem miejscu, co wczoraj – zaraportował Rostow, nie mogąc wstrzymać się od błogiego uśmiechu, że spisał się tak gracko i nie przestraszył się wcale kul przelatujących niby rój os koło ucha.

– Dobrze, dziękuję ci panie poruczniku.

– Ekscellencjo – odezwał się Rostow – chciałbym prosić...

– O cóż takiego?

– Mój szwadron zostanie w rezerwie... Błagam o łaskę przydzielenia mnie do szwadronu pierwszego.

– Nazwisko?

– Hrabia Rostow.

– Ah! i owszem! bardzo chętnie! Zatrzymam cię przy sobie poruczniku, jako ordynansa.

– Jesteś synem Stefana Andrzejewicza, nieprawdaż? – spytał Dołgorukow. – Tylko że...

Rostow, nie odpowiadając tamtemu, zwrócił się do Bagrationa:

– Mogę zatem mieć nadzieję, wasza ekscellencjo?

– Ależ na pewno! Wydam rozkaz odpowiedni natychmiast!...

– A zatem jutro! już jutro, mogą mnie posłać do cara z jakiemkolwiek poleceniem. Dzięki niebu! – rzekł sobie w duchu, nie posiadając się z radości.

Krzyki i ognie w obozie nieprzyjacielskim, spowodowało odczytanie odezwy Napoleona. W czasie odczytu tejże cesarz objeżdżał konno cały obóz. Żołnierze skoro go spostrzegli, zapalali pochodnie ze słomy na prędce skręcane i szli za nim z okrzykami radośnemi. – „Niech żyje cesarz!” – Rozkaz dzienny mieścił w sobie odezwę Napoleona, w tych słowach:

„Żołnierze!”

„Mamy przed sobą armję rosyjską, która chciałaby pomścić na nas porażkę armji austrjackiej pod Ulmem. Są to te same oddziały, które pobiliście już raz pod Hollabrünn, i które odtąd ścigaliście aż tutaj”.

„Zajmujemy stanowiska potężne, i w chwili kiedy oni pomaszerują, aby zajść mi od prawego skrzydła, odsłonią swój cały bok. Żołnierze! ja sam poprowadzę w bój wasze bataljony! Będę trzymał się zdaleka od ognia, jeżeli ze zwykłą u was odwagą nieustraszoną, potraficie wnieść od razu popłoch i zamięszanie w szeregi nieprzyjacielskie. Jeżeliby jednak miało się chwiać bodaj przez chwilę zwycięstwo, zobaczylibyście waszego Cesarza narażającego się na najwyższe niebezpieczeństwo, idącego śmiało naprzód wśród gradu kul! Musimy bowiem zwyciężyć w tym dniu, szczególniej, gdzie idzie o honor piechoty francuzkiej, a ten honor obchodzi całą Francją”.

„Niech mi się nikt nie waży łamać i opuszczać szeregów, pod pozorem unoszenia rannych z pola bitwy. Każdy powinien być tą myślą przenikniony do głębi, że trzeba koniecznie pobić tych angielskich najemników, którzy za pieniądze Wielkiej Brytanji, pałają tak straszną nienawiścią do naszego narodu!”

„Tem zwycięstwem zakończymy kampanję obecną. Będziemy mogli odpocząć po trudach, na leżach zimowych, gdzie połączą się z nami nowozaciężne szeregi, które tworzą się obecnie po całym kraju. Wtedy pokój który zawrę, będzie godnym mego narodu, was i mnie”.

„Napoleon”.

XIV.

Była piąta godzina z rana. Panowała jeszcze ciemność zupełna. Oddziały z centrum, rezerwa i prawe skrzydło Bagrationa, stały dotąd nieporuszone. Za to na skrzydle lewem, szeregi piechoty, konnicy i artylerja budziły się ze snu i zaczynały się ruszać pospiesznie. Im to bowiem wydano rozkaz zaatakowania prawego skrzydła Francuzów i wyparcia z zajętego stanowiska, według planu wypracowanego tak mozolnie przez Weirothera. Mieli oni zapędzić nazad Francuzów w niedostępne góry czeskie. Było bardzo zimno, ciemno i ponuro. Oficerowie kończyli na prędce śniadanie i połykali parząc podniebienie gorącą herbatę. Żołnierze gryźli na umor swoje suchary, uderzając nogą o nogę aby rozgrzać trochę członki skostniałe. Kto mógł cisnął się do ognisk, w które wrzucano z kolei krzesła połamane, stoły, części kół, beczki próżne, słowem: to wszystko, czego zabrać nie było można, lub co już żadnej wartości nie przedstawiało. Z ognisk wydobywały się kłęby dymu czarnego i w oczy gryzącego. Przybycie do obozu przewodników austrjackich, dało hasło do wymarszu. Ruszały się całe pułki. Żołnierze porzucali ogniska, chowali fajki na krótkich cybuszkach za cholewy od butów i składali do furgonów swoje manatki. Jaki taki chwytał za karabin, stając porządnie do szeregu. Oficerowie zapinali szczelnie mundury, zacieśniali pasy, zakładali na ramię ładownice i przebiegali szeregi z dokładnością drobiazgową. Luzaki i reszta służby wojskowej zaprzęgali konie do wozów, pchając w nie ile się tylko dało.

Adjutanci, pułkownicy, jenerałowie, wsiadali na koń, żegnali się trzykrotnie, rozdawali ostatnie rozkazy, polecenia i przestrogi swoim podwładnym, i kolumny maszerowały jedna za drugą, podług taktu wybijanego tysiącem stóp. Nikt nie wiedział dokąd dąży, nawet niczego nie widział przed sobą, tak gęsta była mgła, podszyta w dodatku pełzającemi po ziemi dymami.

Żołnierz w marszu, jest tak obostrzony, co do działania osobistego, jak majtek na okręcie, tak samo ciągnie go i popycha pułk jego. Marynarz widzi zawsze przed sobą ten sam pomost, ten sam maszt i te same liny okrętowe. Żołnierz mimo olbrzymich nieraz przestrzeni, grożących najwyższem niebezpieczeństwem, które przebyć musi, ma wiecznie obok siebie tych samych towarzyszów, tego samego sierżanta nad sobą, psa trzymającego się wiernie jednej kompanji i tego samego pułkownika. Majtek rzadko kiedy jest ciekawy zbadać bliżej i najczęściej nie zdaje sobie sprawy z olbrzymich wodnych przestrzeni, na których buja jego okręt. Jednak w dniu bitwy, tak u jednego, jak u drugiego, nie wiedzieć skąd i jakim sposobem, odezwie się struna serdeczna, zabrzmi nutą dziwnie wzniosłą i poważną; struna moralnego „ja”, która musi drgnąć w każdym człowieku, gdy zbliża się do czegoś nieznanego mu, a nieuniknionego i koniecznego, co w nim obudza niezwykły niepokój. W dniu tym, jest nerwowo podniecony, rozgorączkowany. Patrzy, nadsłuchuje, pyta i radby zbadać, radby zrozumieć to „coś”, co się dzieje po za ciasnym obrębem, jego zajęć codziennych.

Mgła była tak gęstą, że pierwsze dnia brzaski nie były w stanie jej przeniknąć. Nikt niczego nie rozróżniał na odległość dziesięciu kroków. Krzaki przydrożne przemieniały się w olbrzymie drzewa, doliny wyglądały na jary i pagórki, i można było znaleść się nagle, kiedy by się tego najmniej spodziewano, oko w oko z nieprzyjacielem. Wojska sprzymierzone szły długo tonąc w tych chmurach mlecznych. To w dół schodziły, to pięły się do góry. Ocierały się kolumny maszerujące, o ogrody, o mury jakichś nieznanych miejscowości, a nigdzie nie napotkały nawet na ślad jakikolwiek nieprzyjaciela. Na przedzie, w tyle, z boków, żołnierz słyszał ruskę mowę, czuł w koło samych „swoich” i radował się w głębi duszy, że ich tak wielu dąży w to samo miejsce nieznane, w tym samym celu osłoniętym tajemnicą.

– Słyszałeś? Oto nadchodzą ci z Kurska – szeptano sobie na ucho w szeregach.

– Ah! to coś straszliwego, ile jest razem naszego wojska! – zauważył inny. – Gdy wczoraj pozapalano ognie w obozie, patrzyłem i chciałem zliczyć... Aha! prędzej byś zliczył bratku ziarnka maku po całem polu rozsiane! Cała Moskwa wali na Francuza! mówię ci!

Żołnierze szli dziarsko i wesoło, jak zwykle idzie się zrazu, gdy ma się nieprzyjaciela zaatakować, nie czekając na jego zaczepkę. Dowódzcy jednak, jeszcze się wcale nie byli zbliżyli do szeregów, i nie zachęcili żołnierzy, nie dodali im ducha, ani jednem słowem. Ci wszyscy, których widzieliśmy zebranych na radzie wojennej, byli rzeczywiście w najgorszym humorze, niezadowoleni w najwyższym stopniu z całego planu. W ponurem milczeniu postępowali na czele swoich oddziałów, wykonywując li rozkazy wydane. Po za tem, ani im w głowie postało, trudzić się przemawianiem do żołnierzy. Upłynęła w ten sposób dobra godzina. Czoło armji zatrzymało się nagle, i odczuło natychmiast instynktowo ogromne zamięszanie, i wielki nieład. Trudnem byłoby do wytłumaczenia, w jaki sposób to uczucie zrazu nieokreślone, stało się wkrótce pewnością niezaprzeczoną. Dość na tem, że biegło i przenikało coraz dalsze szeregi, niby niewidzialna iskra elektryczna, niby strumień zbierający gwałtownie w górze, i rozlewający się w dolinie coraz szerszem korytem. Gdyby armja rosyjska była się znalazła samą, bez sprzymierzeńców, byłoby prawdopodobnie upłynęło więcej czasu, zanimby podobne przypuszczenie stało się faktem dokonanym. W tym atoli wypadku, doznawano złośliwego zadowolenia, całkiem zresztą naturalnego. Wszak mogli wszystko zwalić na Niemców! Każdy był najmocniej przekonany, że to fatalne zamięszanie, zawdzięcza jedynie „piwoszom i zjadaczom kiełbasek” (jak powszechnie Niemców nazywano).

– Mądry plan! nie ma co mówić!... – sarkał jeden.

– Co tam u djabła zawadza nam na środku drogi?! – klął drugi. – Czy Francuzi?... Ale nie, bo byliby już na nas sypnęli kulami... Pędzili nas, pędzili, jak nieboskie stworzenia, a teraz każą stać w czystem polu! Ci przeklęci Niemcy, wiecznie wszystko przekręcą! Czy im djabeł łby pozawracał?!... Trzeba było ich wysłać naprzód, nie zostawiać z tyłu za nami!... I każą nam czekać o głodzie i o chłodzie!... Ciekawym jak to długo potrwa?... Na masz! nowy bal! konnica stanęła teraz na poprzek drogi!... Djabli by wynieśli wszystkich Szwabów, którzy nie znają kraju własnego!

W ten sposób wyrzekali oficerowie, a najbardziej szeregowcy.

– Która dywizja? – spytał jeden z adjutantów, przyleciawszy przed szeregi na zziajanym koniu!

 

– Ośmnasta!...

– A cóż tu stoicie do kaduka! Powinniście byli być stąd o dobrą milę! Teraz już nie przejdziecie do samej nocy.

– To mi dopiero mądre rozkazy! Sami nie wiedzą, co robią! – mruczał adjutant odjeżdżając stępą.

To znowu wrzeszczał i piorunował jakiś jenerał na Niemców, a że nie umiał wcale ich języka, powtarzał raz po raz pieniąc się z gniewu:

– Taffa laffa! Taffa laffa!

– Albo to dobry chrześcjanin zrozumie ten ich szwargot djabelski? – zauważył jeden z żołnierzy, wzruszając miłosiernie ramionami. – Żeby tak na mnie, kazałbym wystrzelać to psiarstwo, co do nogi!

– Mieliśmy stanąć na miejscu o dziewiątej rano, a tu po dziesiątej, my zaś zrobiliśmy ledwie połowę drogi!... Ślicznie nas prowadzą!...

Ze wszech stron słyszało się tylko podobne wyrzekania i złorzeczenia Niemcom. Zapał pierwotny zmieniał się zwolna w żołnierzach w najwyższe rozdrażnienie, spowodowane idjotycznemi rozporządzeniami, które pochodziły rzeczywiście od Niemców.

Całe owe zamięszanie sprawiła konnica austrjacka, przez fałszywy manewr ku rosyjskiemu lewemu skrzydłu. Główni dowódzcy, znalazłszy czoło armji rosyjskiej zbyt oddalone od prawego skrzydła, kazali cofnąć się całej konnicy, i skierowali takową ku lewemu skrzydłu. W skutek tego rozkazu, kilka tysięcy koni przesuwało się pomiędzy kolumnami piechoty, wstrzymując ją w pochodzie.

Jeden z jenerałów rosyjskich skłócił się na dobre z tego powodu z przewódzcą austrjackim. Rosjanin krzyczał w niebogłosy, żeby konnica stanęła, póki nie przejdzie rosyjska piechota. Austrjak składał się, że w tem nie ma jego winy, tylko taki rozkaz wydano mu z góry. Tymczasem wojsko stało w miejscu, i stało! milczące, ponure, ostygając zwolna i tracąc animusz, którym zrazu pałało. Po godzinie stania w polu, kolumny ruszyły dalej, zchodząc coraz głębiej w wąwóz. Tu mgła opadająca, stawała się coraz gęstszą, podczas kiedy u góry niebo było już zupełnie jasne, bez jednej chmury. Naraz wśród mgły okiem nieprzebitej rozległ się strzał pierwszy, za nim dalsze w nierównych odstępach. Później zaczął się ogień rotowy gęsty i ciągle podsycany, powyżej strumienia pod Goldbach.

Nikt nie liczył na spotkanie się w tem miejscu z nieprzyjacielem. Gdy wojsko rosyjskie wpadło tak znienacka na niego, nie zachęcone ani jednem słowem przez swoich dowódzców, a pod wpływem przykrego uczucia, że zostało niepotrzebnie w drodze zatrzymane, nie widząc nikogo przed sobą, otoczone mlecznemi kłębami mgły okiem nieprzebitej, odstrzeliwało się leniwo, nie spiesząc się wcale. To szło naprzód, to stawało, odbierając rozkazy z góry, zawsze po niewczasie. Tak samo bowiem i adjutanci wysyłani z rozkazami, błądzili w mgle, szukając nadaremnie dywizji i tych, którzy niemi dowodzili. Ten smutny los podzieliły trzy pierwsze kolumny, schodzące w wąwóz coraz niżej. Czy nieprzyjaciel był rzeczywiście oddalonym od nich z centrum swojej armji o dziesięć wiorst, jak niektórzy twierdzili? Czy też był tuż blisko, zakryty mgłą przed ich wzrokiem? Nikt o tem nie wiedział aż do godziny dziesiątej z rana. Czwarta kolumna, którą dowodził sam Kotuzow, zajęła była płaszczyznę powyżej Pratzen’u.

Gdy to wszystko działo się w szeregach armji rosyjskiej, Napoleon otoczony swoimi marszałkami stał na wzgórzu pod Schlapanitz. Po nad głową miał niebo lazurowe. Olbrzymia tarcza słoneczna, niby łódź płynąca aby podpalać okręty, kołysała się nad mgły mlecznemi bałwanami. Ani wojsko francuzkie, ani Napoleon, otoczony swoim głównym sztabem, nie znajdowali się z tamtej strony strumienia i wąwozów, pomiędzy wsiami Sokolenitz i Schlapanitz. A według planu, armja sprzymierzonych miała zająć właśnie to stanowisko, i zacząć atak. On zaś tymczasem umieścił się wręcz przeciwnie wszelkim planom i kombinacjom Weirothera, tak zaś blisko armji rosyjskiej, że mógł stojąc na pagórku, rozróżnić gołem okiem oficera od prostego szeregowca. Miał na sobie ów historyczny surdut szary, w którym odbył poprzednio całą włoską kampanją. Siedział na koniu niewielkim, siwym, ale ognistym, czystej krwi Arabczyku. Stał na samym przedzie, o dwa kroki od swoich marszałków. Wpatrywał się bystro i przenikliwie w głębokiem milczeniu, w kontury wzgórz, które wyłaniały się zwolna z mgły tumanów. Tam ruszały się kolumny rosyjskie. Wytężał słuch, zwracając baczną uwagę na ogień z ręcznej broni, rozpoczęty poniżej wyżyny pagórkowatej. W jego twarzy marmurowej, nieprzeniknionej, jeszcze bardzo chudej w owej epoce, ani jeden muszkuł nie drgnął. Oczami błyszczącemi fiksował zawzięcie jeden punkt. Jego przewidywania ziściły się co do joty. Znaczna część wojsk rosyjskich zeszła była w wąwóz, i maszerowała dalej ku stawom. Część druga, porzucała właśnie płaszczyznę w Pratzen, którą Napoleon chciał zaatakować, uważając ją za punkt najważniejszy. Widział defilujące i świecące w pośród mgły, tysiące bagnetów rosyjskich, które następnie tonęły w tem morzu mlecznem, schodząc coraz niżej w wąwóz. Według raportów odebranych w wilją, według turkotu kół i odgłosu kroków, co wszystko słyszały dokładnie francuzkie forpoczty, po chaotycznym nieładzie, panującym w szeregach nieprzyjacielskich, zrozumiał i odgadł z łatwością Napoleon, że armja sprzymierzonych sądziła iż znajduje się Bóg wie jak daleko. Wiedział i o tem, że kolumny schodzące z płaszczyzny w Pratzen tworzą czoło armji rosyjskiej, to zaś czoło jest dostatecznie bezsilnem, aby mógł je zaatakować z wszelką nadzieją zwycięstwa... a jednak nie dawał dotąd sygnału, żeby atak rozpocząć.

Był to dla niego dzień nader ważny i pamiętny... rocznica jego koronacji. Usnął był nad ranem snem twardym, pokrzepiającym, i obudził się lekki, wypoczęty, wesół, ufny w swoją gwiazdę, w tem szczęśliwem usposobieniu umysłowem, w którem wszystko wydaje nam się możliwem, i rzeczywiście wszystko zwykło się udawać. Kazał sobie podać konia, i pojechał zbadać pole działania. Twarz jego zimna i spokojna, dowodziła swoją nieruchomością, że czuje się szczęśliwym w tej chwili i pewny zwycięstwa, na które zasłużył w zupełności. Tak błogi wyraz malował się w całej jego fizjognomji, jaki miewa twarz gołowąsego młodzieniaszka, gdy czeka z sercem bijącem rozkosznie, na pierwszą schadzkę miłosną.

Skoro słońce zajaśniało w całym blasku, uwolniwszy się zupełnie z mglistych obsłon i oświetliło widnokrąg snopem złocistych promieni, Napoleon, który zdawał się czekać li na tę chwilę, zdjął rękawiczkę ze swojej ręki białej, kształtnej i arystokratycznej, bez zarzutu... a skinąwszy nią od niechcenia, dał znak, żeby atak rozpocząć. Marszałkowie w towarzystwie swoich adjutantów, pogalopowali w różnych kierunkach, a w kilka minut później, czoło armji francuzkiej posuwało się szybko ku płaszczyźnie w Pratzen, którą porzucili przed chwilą Rosjanie schodząc na lewo w dolinę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?