Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XXVIII.

Dnia następnego wieczorem odjeżdżał do armii książę Andrzej. Stary książę, mimo syna odjazdu, nie zmienił w niczem zaprowadzonego raz na zawsze zwyczaju i odszedł do siebie zaraz po objedzie. Synowa siedziała w Marji pokoju, Andrzej zaś, zdjąwszy mundur, w ubraniu cywilnem, kończył u siebie ostateczne przygotowania do podróży przy pomocy swojego lokaja. Opatrzył przedtem najstaranniej powóz podróżny, przy sobie kazał przyśrubować walizy i wydał rozkaz aby konie założono. W pokoju zostały jedynie drobne przedmioty, które lubił mieć zawsze i wszędzie pod ręką. Piękna, turecka szkatułka, wykładana srebrem, złotem i drogiemi kamieniami; puzderko ze srebrnemi przyborami do jedzenia i z flaszkami do wina, likierów, i tym podobnie... dwa pyszne pistolety i szabla turecka, którą ojciec przywiózł z jednej ze swoich wypraw wojennych, i jemu podarował. Wszystko było odczyszczone i starannie upakowane.

Jeżeli ktoś jest bodaj trochę skłonnym do rozmyślań, jest zawsze smutny i rozdrażniony w chwili każdego odjazdu, lub zmiany ważnej w życiu. Rzucamy wtedy mimowolnie wzrok wstecz, rozpamiętywając naszą przeszłość i tworzymy plany daleko sięgające... na przyszłość. Książe Andrzej był smutnym i rozrzewnionym. Chodził tam i nazad po pokoju, z rękami w tył założonemi, patrzał przed siebie, nic właściwie nie widząc i potrząsał głową mocno zafrasowany. Czy lękał się końca niepomyślnego wojny rozpoczętej, czy żal mu było żony? Może dolegało mu jedno i drugie; było bowiem widocznem, że nie byłby rad wcale, żeby miał go ktokolwiek wyłapać w tem tkliwem usposobieniu. Skoro posłyszał zbliżające się kroki w drugim pokoju, odwrócił się szybko do stołu, i zaczął coś na nim porządkować; przyczem silił się nadać twarzy zwykły wyraz spokoju apatycznego i niewzruszonego.

Wpadła siostra do pokoju cała zadyszana:

– Powiedziano mi żeś już kazał zaprzęgać, a ja tak pragnęłam pomówić z tobą sam na sam... Bóg wie na jak długo się rozłączamy... To cię przecie nie nudzi, żem przyszła?... Zmieniłeś się bardzo Andruszko! – dodała smutno, jakby chciała wytłumaczyć, dla czego pyta się w ten sposób.

Nie mogła wstrzymać się od uśmiechu nazwawszy go jak dawniej zdrobniałem imieniem. Nie wierzyła oczom własnym, że ten piękny, wyniosły mężczyzna, o wyglądzie poważnym, prawie surowym, jest tym samym małym psotnikiem Andruszką, chudym jak tyczka, opalonym jak cygan, który niegdyś dzielił z nią igraszki i swywole dziecinne.

– Gdzie Liza? – spytał brat, ściskając ją czule za rękę.

– Usnęła ze zmęczenia u mnie na kanapce... Ah! bracie, co to za skarb ta twoja żoneczka!... Prawdziwe, szczere dziecko!... wesołe, żywe... pokochałam ją całem sercem!

Usiadł obok siostry i milczał. Na ustach igrał mu uśmiech ironiczny. Spostrzegła to i odrzuciła:

– Trzeba jej wybaczyć niektóre słabostki... Któż ich nie ma? Wyrosła i wychowała się na wielkim świecie: jej obecne położenie jest bardzo ciężkie, bardzo przykre... Trzeba umieć postawić się na miejscu każdego... Wszystko zrozumieć, tyle znaczy, co wszystko przebaczyć... Sam przyznasz, że to dla niej czemś bardzo bolesnem, w takim stanie rozłączać się z mężem, i zostawać samotną na wsi... tak, tak twardy to orzech do zgryzienia, być zmuszonym do zerwania z nawyczkami, które stały się naszą drugą naturą!

Książe Andrzej słuchał jej, jak się słucha kogoś, znanego nam na wylot.

– A przecież ty żyjesz wiecznie na wsi – podchwycił. – Znajdujesz zatem takie życie smutnem i bardzo ciężkiem do zniesienia?

– Oh! ja, to zupełnie co innego. Nie znam niczego, nie mogę więc pragnąć innego życia. Dla młodej atoli kobiety, nawykłej do życia światowego, zakopać się w kwiecie wieku w takim kącie zapadłym, spędzać dni w takiej ciszy i samotności, bo wiesz przecie, że ojciec zajęty przez cały dzień, ja zaś... ja... jakąż mogę być dla niej rozrywką? Była zawsze otoczona najlepszem, najwykwintniejszem towarzystwem... zostaje jej tylko panna Bourriènne...

– Której, co do mnie, znieść nie mogę!...

– Oh! zaręczam ci, że jest najpoczciwszą, milusieńką, a szczególniej bardzo nieszczęśliwą!... Nie ma nikogo na świecie... Prawdę mówiąc, zawadza mi raczej, niżby mi miała być pomocną w czemkolwiek. Byłam, jak wiesz, zawsze małą dziczką, i przyjemniej mi być samą!... Nasz ojciec lubi ją, jest tak samo dobry dla niej, jak i dla Michała Iwanowicza. Jest ich dobroczyńcą, i jak mówi Sterne: – „Kochamy ludzi w miarę dobrodziejstw, które im wyświadczamy, a nie dobra, od nich odbieranego”... Ojciec zaopiekował się biedną sierotą, wziął ją prawie z bruku ulicznego, a ona, na prawdę, jest poczciwą dzieweczką!... Podoba się ojcu jej sposób czytania, i to też co wieczór mu czyta.

– Powiedz mi szczerze Maryniu, musisz nieraz wiele znosić od ojca? Takie ma przykre usposobienie.

Księżniczka przerażona tem pytaniem wyjąkała z wysiłkiem:

– Ja miałabym cierpieć?...

– Był zawsze nieugiętym, obecnie jednak, musi to być nader ciężkie zadanie jeźli się ma wytrzymywać wszystkie jego dziwactwa i kaprysy – mówił dalej Andrzej chcąc siostrę wypróbować.

– Jesteś dobrym, szlachetnym mój Andrzeju, ale grzeszysz pychą – odrzuciła, jakby odpowiadała na swoje własne myśli – a to bardzo źle! Jak możesz pozwolić sobie na podobny sąd, i przypuszczać, że nasz ojciec mógłby wzbudzić w kimkolwiek coś innego, niż cześć najgłębszą? Czuję się szczęśliwą i zadowoloną przy jego boku, żałując jedynie, że tego szczęścia nie mogą wszyscy ze mną dzielić.

Brat potrząsł głową z niedowierzaniem.

– Jedna tylko kwestja, jeżeli mam ci wyznać szczerze, trapi mnie i niepokoi: to jego sposób zapatrywania się na artykuły wiary. Nie pojmuję, jak człowiek tak rozumny, może błąkać się po manowcach niewiary i być na tyle ślepym, żeby dysputować i zaprzeczać faktom niezbitym, jasnym jak słońce w południe. Oto, na prawdę, mój jedyny smutek i troska! Zdaje mi się zresztą, że od pewnego czasu zaszła w nim zmiana na lepsze: jego żarty są mniej zjadliwe, przystał nawet na przyjęcie pewnego zakonnika, z którym dość długo rozmawiał.

– Oh! oh! lękam się że na tym punkcie, nic z nim nie wskóracie, tak ty, jak i twój mnich!

– Ah! mój drogi, błagam Boga o to z całej duszy i spodziewam się, że raczy mnie wysłuchać... Andruszku! – szepnęła nieśmiało – mam do ciebie wielką prośbę!...

– Cóż takiego? Mów tylko!...

– Obiecaj mi z góry, że jej nie odrzucisz, to ci nie sprawi najmniejszej przykrości: nic to takiego, coby ubliżało twojej godności, a dla mnie będzie to nadzwyczajną pociechą! Obiecujesz, braciszku kochany?

Zagłębiła rękę w woreczek haftowany, który nosiła na pasku, i wydobyła z niego jakiś przedmiot. Objęła go szczelnie dłonią, jakby chciała ukryć i nie śmiała pokazać bratu, póki nie otrzyma od niego solennej obietnicy.

– Choćbym miał nawet spełnić najwyższą ofiarę, jestem gotów...

– Wolno ci sądzić o tem, co ci się podoba. Pod tym względem jesteś zupełnie do ojca podobny. To mnie jednak mało obchodzi. Obiecaj mi, proszę usilnie! Nasz dziadek już to nosił na piersiach we wszystkich wojnach, w których brał czynny udział, i ty będziesz nosił, nieprawdaż?

– Powiedzże mi raz, o co ci chodzi?...

– Andrzeju, błogosławię cię, tym świętym wizerunkiem naszego Zbawiciela! Przyrzeknij mi, że nigdy go z szyi nie zrzucisz!

– Jedynie, aby tobie tem sprawić przyjemność, jeżeli nie będzie zbyt ciężki i karku mi nie załamie – odrzucił żartobliwie; widząc jednak wyraz cierpienia w oczach siostry, na ten żart niewczesny, zmienił ton natychmiast: – Ma się rozumieć, moja droga, że odbieram tę pamiątkę z twoich rąk, z najwyższą wdzięcznością.

– On zwycięży twój opór, on cię wybawi, przebaczy i pociągnie ku sobie, bo on sam jest tylko prawdą i spokojem, a jarzmo jego słodkiem jest! – głos jej drżał wzruszeniem; oczy łzami zaszły, gdy podniosła nad głową brata z gestem uroczystym, stary wizerunek Pana Jezusa, emaljowany na okrągłej grubej, złotej blasze, oprawny w ramkę złotą i z takim samym łańcuszkiem. Najprzód przeżegnała go, potem pierwsza ucałowała z czcią i jemu podała do pocałowania:

– Zrób to dla mnie! błagam cię!

Oczy jej promieniały światłem czystem, łagodnem, nadziemskiem. Twarz blada i chorowita była jakby przemienioną. Brat wyciągnął rękę, aby wziąć od niej wizerunek, wstrzymała go jednak. Zrozumiał co to znaczyło, ucałował i przeżegnał się jednocześnie, z wyrazem rozrzewnienia mimowolnego, ale i szyderstwa poniekąd.

– Dziękuję ci, mój drogi! – uściskała go czule, a zawiesiwszy mu na szyi wizerunek, usiadła obok niego na kanapce. – Bądź dobrym i wspaniałomyślnym Andrzeju, nie osądzaj biednej Lizy zbyt surowo... Jest słodką, milutką, a jej położenie ciężkie i przykre niewymownie.

– Zdaje mi się, siostro kochana, żem nigdy niczego nie wymawiał i nie zarzucał mojej żonie. Czyż skarżyłem się kiedy na nią? Dla czego mi to wszystko polecasz?

Zarumieniła się i zamilkła zmięszana i zawstydzona.

– Dajmy na to, żem ja nic nie powiedział, uważam jednak, że inni musieli rozwodzić się przed tobą ze skargami, a to mnie boli.

Twarz i szyję Marji pokryły plamy krwiste. Siliła się nadaremnie na odpowiedź, bo jej brat wszystko odgadł.

Mała księżna płakała rzewnie, zwierzając się przed nią ze swojemi obawami. Utrzymywała, że jest najmocniej przekonaną, że umrze w słabości i jest ze wszech miar godną pożałowania... Wyrzekała na swój los nieszczęsny, na teścia i na męża. Wypłakawszy się do syta, usnęła w końcu zmęczona i osłabiona.

Księciu Andrzejowi zrobiło się żal siostry.

– Posłuchaj mnie, moja droga. Nie wymawiałem nigdy niczego mojej żonie, nie zrobiłem tego i nie zrobię. Nie poczuwam się również do winy wobec niej, i będę starał się usilnie, nie zawinić nigdy... Jeżeliby ci szło jednak o zbadanie całej prawdy, o dowiedzenie się, czy jestem szczęśliwy?... Otóż nie, nie jestem nim wcale... I ona tak samo czuje się nieszczęśliwą!... Dla czego tak jest? Nie wiem!...

 

Kończąc te słowa pochylił się nad siostrą i ucałował ją serdecznie, nie widząc łagodnego światła w jej oczach; wzrok jego bowiem zatrzymał się na drzwiach cokolwiek odchylonych:

– Pójdźmy do niej, Maryniu, trzeba ją pożegnać. A raczej ty idź naprzód i obudź ją... ja niebawem nadejdę... Petro! – krzyknął na lokaja – chodź i zabierz resztę rzeczy: te położysz tu koło mnie, a zaś tamte wsuniesz pod siedzenie.

Księżniczka wstała, zatrzymała się jednak w pół drogi:

– Andrzeju, gdybyś posiadał prawdziwą, silną wiarę, byłbyś udał się do Boga, i prosił go o miłość, której oboje nie czujecie dostatecznie, a on byłby wysłuchał próśb twoich i ziściłby twoje pragnienie.

– Ah! tak, w ten sposób być może!... Idź Maryniu, ja pospieszę za tobą.

W chwilę później książę Andrzej przechodząc przez galerję, łączącą pawilon ze środkowem zabudowaniem, spotkał się oko w oko z ładną i ruchliwą Francuzeczką. Po raz trzeci dnia tego, znajdywała się „przypadkiem” na jego drodze.

– Ah! sądziłam że książe jesteś u siebie... – bąknęła oblana rumieńcem, z oczkami spuszczonemi.

Na twarzy Andrzeja odbiło się silne rozdrażnienie. Za całą odpowiedź rzucił na nią spojrzenie tak pełne pogardy, że skamieniała na razie, a potem czemprędzej uciekła. Gdy dochodził do drzwi od siostry pokoju, usłyszał głosik srebrzysty swojej żony, która obudziwszy się paplała bez ustanku, jakby chciała sobie wynagrodzić czas stracony.

– Wyobraź sobie moja droga – mówiła trzymając się za boki od śmiechu szalonego – wyobraź sobie starą księżnę Zubow, z jej fałszywemi loczkami nad czołem barwy kanarkowej, z ustami pełnemi zębów wprawionych, wyblanszowaną i wyróżowaną, czem pragnęła zetrzeć ślady wieku podeszłego, z twarzy pięknej jak wieść niesie przed laty... czterdziestu!... Ha! ha! ha!...

Po raz dziesiąty może, książę Andrzej słyszał z ust żony te same żarciki i przedrwiwania. Wszedł po cichu, i zastał ją zupełnie wypoczętą, z twarzyczką zarumienioną, haftującą jakiś kołnierzyk. Wcisnęła się wygodnie, usiadłszy na swoich nogach w sam kącik miękkiej otomanki. Opowiadała z rozkoszą, bez ładu i składu, rozmaite nowinki i skandaliki petersburgskie. Pogłaskał ją czule po lśniących włosach, pytając troskliwie czy czuje się silniejszą?

– Oh! tak, najzupełniej! – odrzuciła szybko, aby zbyć się jak najprędzej i wrócić do tematu ulubionego a nigdy niewyczerpanego, swoich wspomnień petersburgskich.

Kareta podróżna, w sześć koni zaprzężona, czekała przed gankiem. Panowały w koło ciemności egipskie. Była to jedna z tych ponurych nocy jesiennych, okiem nieprzebita, zakrywająca przed naszym wzrokiem najbliższe nawet przedmioty. Stangret nie byłby mógł dyszla dopatrzeć, gdyby nie kozacy na koniach, kręcący się w koło powozu, z płonącemi kagańcami. Wewnątrz pałac był rzęsiście oświetlony. Olbrzymie okna obszernego frontu, wyrzucały na dziedziniec całe snopy światła. Służba cisnęła się tłumnie w sieniach, aby pożegnać młodego pana; jego zaś najbliższe otoczenie, czekało zebrane w głównym salonie. Andrzej odszedł wezwany przez ojca, do jego gabinetu. Ojciec chciał go widzieć przed odjazdem, i pożegnać w cztery oczy. Wchodząc do gabinetu zastał ojca siedzącego przy biurku. Pisał z okularami na nosie, w białym szlafroku flanelowym, w którym zazwyczaj, nie pokazywał się nikomu. Nawet córka, nigdy go w nim dotąd nie widziała.

Zwrócił się ku drzwiom, słysząc kroki syna:

– Jedziesz? – spytał, zabierając się na nowo do pisania.

– Tak, ojcze, przychodzę pożegnać się z tobą.

– Pocałuj mnie tu! – wskazał mu policzek. – Dziękuję ci, dziękuję!

– Za co ojcze kochany?

– Żeś nie został z tyłu, schowany za piecem i przypięty do spódnicy niewieściej! Służba przedewszystkiem... Dziękuję ci raz jeszcze!

Pisał z tak gorączkowym pospiechem, że pióro skrzypiało po papierze, atrament zaś rozpryskiwał się na wszystkie strony.

– Jeżeli chcesz mi co powiedzieć, mów, słucham cię!

– Moja żona... wstyd mi, że muszę obarczać nią ojca kochanego...

– Nie bredziłbyś! cóż znowu!... Powiedz tylko wyraźnie, co trzeba zrobić?...

– Gdy będzie bliskiem... rozwiązanie, proszę sprowadzić z Moskwy najbieglejszego w swojej sztuce akuszera...

Stary książę rzucił na syna wzrok surowy i pełen zdziwienia.

– Wiem o tem dobrze, że nic i nikt nie poradzi, jeżeliby natura sama nie przyszła w pomoc nauce – książe Andrzej mówił dalej nieco wzruszony. – I o tem wiem, że na tysiące podobnych wypadków, zaledwie jeden znajdzie się niepomyślny... ale to jej zachcianka, a i ja życzę sobie tego koniecznie. Nagadano jej rzeczy niestworzonych! nabito jej niemi głowę, w skutek jakiegoś snu fatalnego.

– Hm! hm! mruknął stary książę przez zęby zaciśnięte. – Dobrze, dobrze... zastosuję się do wszystkiego... – i tu podpisał list zamaszyście, z wielkiemi wykrętasami. – Zła sprawa, co? – dodał z uśmiechem sarkastycznym.

– O jakiej złej sprawie ojciec myśli?

– O twojej żonie! – odrzucił stary bez ogródek.

– Nie rozumiem...

– Widzisz, mój drogi, na to już nie ma rady, wszystkie one jednakie. Nie można atoli „rozżenić” się, gdy raz klamka zapadnie. Nie bój się przecie, nie powiem nikomu... ty atoli wiesz o tem tak dobrze jak i ja... prawdzie nie da się zaprzeczyć...

Dłonią chudą i żylastą, schwycił nagle rękę Andrzeja, a ściskając ją mocno, wpatrzył się w niego, jakby chciał zajrzeć mu w głąb serca. Syn odpowiedział niemem wyznaniem ciężko westchnąwszy.

Stary książę list złożył i zapieczętował w jednej chwili.

– Co robić? ładniutka przynajmniej laleczka!... Bądź spokojny, wszystko się zrobi – dodał krótko.

Andrzej milczał, na poły smutny, na poły zadowolony, że został zrozumianym.

– Słuchaj, zrobimy co będzie w naszej mocy. A teraz masz tu list do Michała Ilarionowicza; proszę go, żeby cię używał do ważnych poleceń, stawiał w dobrych miejscach, i nie zatrzymywał nadto długo przy sobie. Powiesz mu, że moja stara przyjaźń dla niego nie zardzewiała, że zawsze miło go wspominam, i doniesiesz mi natychmiast, jak ciebie przyjął? Jeżeli będziesz zadowolonym i należycie ocenionym, spełniaj gorliwie twoją powinność; jeżeliby zaś wypadło inaczej, zabieraj twoje manatki! Nie będzie powiedzianem, że syna Mikołaja Bołkońskiego, cierpiał przy sobie jego przełożony... jakby z łaski!... Zbliż się...

Mówił niesłychanie szybko, połykając połowę sylab; syn rozumiał go jednak doskonale. Podszedł do biórka, z którego ojciec wyjął, otworzywszy jedną z szuflad, gruby zeszyt, zapisany drobno ale bardzo czytelnie:

– Umrę przed tobą prawdopodobnie. Oto jest memorjał przeznaczony po mojej śmierci dla cara. Masz mu go zatem oddać do rąk własnych. Oto dwa kwity na sumy w banku złożone, i list w dodatku. Jest to nagroda, którą przeznaczam temu, kto opisze najdokładniej kampanje Suwarowa. List odeszlesz do Akademji. Porobiłem tam notatki rozmaite. Przeczytaj je sam najprzód, będzie to korzystnem dla ciebie.

Andrzej, czując że byłoby niedelikatnie z jego strony, zapewniać ojca, o długiem życiu, odpowiedział po prostu:

– Wszystko stanie się według ojca rozkazu.

– A teraz żegnaj mi – starzec zawołał, całując go w głowę i podając mu rękę do ucałowania. – Pamiętaj książę Andrzeju, że gdybyś zginął, moje stare serce krwią by się zalało. Gdybym jednak dowiedział się – spojrzał na niego poważnie, i prosto w oczy – że syn Mikołaja Bołkońskiego, nie wypełnia jak należy swoich obowiązków, czoło moje pokryłoby się na starość wstydu rumieńcem, a więc czemś nieznanem mu dotąd... pamiętaj o tem!

Ostatnie słowa wymówił z wysiłkiem, świszcząc kurczowo przez zęby ściśnięte.

– Mogłeś sobie oszczędzić mój ojcze tego trudu – uśmiechnął się Andrzej. – Wiem, co winienem mojemu rodowi. I ja mam do ojca wielką proźbę... Gdybym zginął a urodził mi się syn, zostaw go przy sobie, niech się chowa pod waszym okiem, błagam o to usilnie!

– Nie chcesz zatem żebym go oddał twojej żonie?

Spróbował roześmiać się, ale w tem przeszkodziła mu drgawka nerwowa.

– Idź już! – krzyknął głos podnosząc i wytrącił prawie syna z gabinetu.

– Co to znaczy? Co się stało? – zawołały razem Liza i Marja, widząc na progu starca, w białym szlafroku, z okularami na nosie i bez peruki.

Schował się za drzwi natychmiast.

Książe Andrzej westchnął zamiast odpowiedzieć.

– I cóż żoneczko? – przemówił tonem chłodnym, z odcieniem drwiącym, jakby ją zachęcał do odegrania jednej z jej komedyjek płaczących i śmiejących jednocześnie.

– Jędrusiu, czy już?! – mała księżna pobladła z trwogi i wzruszenia. Porwał ją w ramiona całując namiętnie. Ona wydała krzyk serce rozdzierający, i omdlała. Podniósłszy jej główkę, opadającą bezwładnie na jego lewe ramię, wpatrzył się w nią długo, przeciągle, i złożył delikatnie na kanapie.

– Żegnaj mi siostro! – szepnął. Upadli sobie w objęcie, ucałowali serdecznie, i on wybiegł spiesznie z salonu, nie oglądając się za siebie. P. Bourriènne nacierała octem trzeźwiącym skronie Lizy, Marja podtrzymywała zemdloną, wysyłając z po za łez ostatnie spojrzenie za bratem i szepcąc słowa błogosławieństwa. Stary książę zaś, siedząc w swoim gabinecie, obcierał nos z takim łoskotem, że można to było wziąć za wystrzały pistoletowe. Nagle zobaczyła go córka na progu.

– Odjechał!... No! to dobrze!...

Spostrzegł młodą kobietę zemdloną. Potrząsł głową niechętnie, i natychmiast wrócił do swego gabinetu, zatrzaskując drzwi gwałtownie za sobą.

TOM II.
I.

Armja rosyjska zajmowała w październiku roku 1805, pewną ilość miasteczek i wsi w księstwach Austrjackich. Co dzień prawie przybywały nowe pułki; a pobyt tylu żołnierzy wraz z końmi, dawał się okropnie we znaki całej prowincji, był nieznośnym ciężarem dla jej mieszkańców. Siły te powiększające się z dniem każdym, koncentrowały się przeważnie w koło fortecy Braunau, gdzie stanął kwaterą główno-dowodzący całą armją, jenerał Kotuzow.

Działo to się dnia 11 października. Pułk piechoty, świeżo przybyły, zatrzymał się o pół mili od miasta. Nie licował on wcale ze swojem otoczeniem i nie zapożyczył się w niczem od obcej miejscowości, która mu za ramy służyła. Mimo sadów, sadzonych z niemiecką systematycznością, murów otaczających każde obejście, dachów krytych łupkiem i łańcucha gór majestatycznych, rysujących się w oddali niebieskawemi konturami, zachował on wszystkie cechy, prawowitego pułku rosyjskiego, gdyby tenże gotował się we własnym kraju, do przeglądu, przez swojego jenerała wodza najwyższego.

Rozkaz dzienny, donoszący o przeglądzie, doszedł do pułku wilją dnia tego, na ostatnim popasie. Ponieważ był zredagowanym nie dość jasno, pułkownik zatem był zmuszony zebrać radę wojenną z wszystkich wyższych oficerów, aby zadecydować, w jaki sposób ma się pułk zaprezentować. Czy po podróżnemu, czy też w pełnej paradzie? Większość była za ubraniem galowem. Lepiej zawsze okazać nadto wiele, niż za mało gorliwości w służbie. Żołnierze zabrali się więc do roboty. Mimo trzydziestu wiorst, które przez dzień przemierzyli własnemi nogami, żaden z nich w nocy oka nie zmrużył; wszystko zostało wynaprawiane i odczyszczone najpiękniej.

Adjutanci pułkowi i kapitanowie liczyli swoich żołnierzy, formowali szeregi, a gdy dzień zaświtał, wzrok ich mógł się napawać z rozkoszą widokiem tłumu złożonego z dwóch tysięcy ludzi, uszykowanego najporządniej w ściśniętą kolumnę, nie tak jak wczoraj wyglądał, zakurzony, zabłocony i obszarpany niby banda cyganów. Każdy był na swojem stanowisku i wiedział co ma robić. Nie brakło jednego guziczka, jednej sprzączki, każda drobnostka świeciła i w słońcu połyskiwała.

Wszystko zatem przyprowadzono do wzorowego porządku, a główno-dowodzący, mógł śmiało przeglądnąć każdego żołnierza z osobna. U każdego znalazłby czystą koszulę, a w tornistrze poskładane te wszystkie rupiecie, których wymagał regulamin wojskowy. Jeden jedyny szczegół pozostawiał wiele do życzenia i nieodpowiadał wzorowej całości. Tym przedmiotem było obuwie, które rwało się w strzępy, odpadało kawałkami. Bogiem a prawdą, pułk szedł ni mniej, ni więcej, tylko tysiąc wiorst, a intendentura krajowa, udawała jakby była głuchą i nic nie odpowiadała na wszelkie proźby i upominanie się pułkownika, żeby mu raz przecie dostarczono potrzebnych materjałów, do uszycia jakiego takiego obuwia! Tym dowódcą, był człowiek nie pierwszej już młodości, otyły, czerwony na twarzy, sangwinicznego temperamentu, z szerokiemi ramionami, z brwiami i faworytami szpakowatemi. Jego mundur nowy i świecący, nosił na sobie ślady niestarte długiego przebywania w mantelzaku. Wysokie i ciężkie szlify, podnosiły prawie po nad głowę jego ramiona kwadratowe. Przechadzał się przed frontem, kołysząc się z nogi na nogę, z ciałem cokolwiek na przód podanem, z miną gęstą człowieka, który spełnił przed chwilą czyn wielkiej doniosłości. Był dumny ze swego pułku, do którego należał całą duszą. Chód jego zdradzał może inne jeszcze troski i kłopoty, po za służbą wojskową, która go najwięcej zajmowała, ciężyło mu również na sercu dobro publiczne, a w szczególności to, które się tyczyło płci pięknej. Kobietki interesowały go bardzo i w sercu dzielnego wojaka zajmowały miejsce nader szerokie.

 

– I cóż, mój kochany Michale Dmytrowiczu? – przemówił z zadowoleniem do jednego z kapitanów i komendanta oddziału, mężczyzny okazałego, który zbliżał się również ku niemu z uśmiechem na ustach. – Mieliśmy ciężką robotę tej nocy!... hę? Jeszcze nie źle prezentuje się nasz pułczek!... Nie będzie jednym z najgorszych!... co? hę?

Komendant oddziału zdawał się uszczęśliwiony z żarciku pułkownika i roześmiał się od ucha do ucha.

– Naturalnie!... Nie odesłanoby nas nawet z pola Marsowego.

– A to co? – wykrzyknął dowódca, spostrzegłszy dwóch jeźdców konnych, adjutanta i luzaka jadącego za nim z tyłu, którzy przybywali od strony fortecy, głównym gościńcem. Tu i owdzie porozstawiano na tej drodze piechurów, jako wedety. Pierwszy z jeźdźców, wysłany z głównej kwatery, iżby wytłumaczyć dokładniej rozkaz dzienny, wczoraj wydany, zapowiedział wolę Kotuzowa, aby pułkownik przedstawił mu swój pułk w stroju podróżnym, bez żadnych przygotowań i parady. Jeden z członków rady wojennej (Hofkriegsrath) przybył wczoraj z Wiednia, aby namawiać Kotuzowa, do złączenia się jak najrychlej z armją arcyksięcia Ferdynanda i jenerała Mack’a. Ta propozycja nie podobała się wcale wodzowi rosyjskiemu, sprzeciwiał się też jej zawzięcie. Jako dowód potwierdzający jego zdanie w tej mierze, chciał właśnie pokazać i przekonać naocznie Austrjaka o stanie opłakanym armji rosyjskiej, po tak długim marszu.

Adjutant nie znał tych szczegółów, ograniczył się zatem do powtórzenia krótko i węzłowato, że głównodowodzący, byłby wielce niezadowolony, gdyby znalazł pułk inaczej niż w bluzach. Na te słowa biedny dowódca spuścił głowę, wzruszył miłosiernie ramionami i ręce załamał zrozpaczony.

– Otóż mamy! A czy wam nie mówiłem, nie perswadowałem Michale Dmytrowiczu?... W stroju podróżnym... zatem w bluzach... to jasne jak słońce... – dodał opryskliwie zwracając się do komendanta oddziału. Ach! Boże wielki. Panowie majorowie! komendanci! kapitanowie! – krzyknął głosem stentorowym, nawykłym do komendy. – Czy jego ekscellencja przybędzie niedługo? – zwrócił się do adjutanta tonem pełnym uszanowania.

– Sądzę, że nastąpi to mniej więcej za godzinę.

– Czy tylko czasu nam starczy, do zmienienia mundurów na bluzy?

– Nie wiem, panie pułkowniku!... – I komendant oddziału zaczął wydawać rozkazy szybko, gorączkowo. Zaczęto biegać tam i nazad pomiędzy kolumnami; w okamgnieniu kolumny stojące dotąd jak mur nieruchomo i w głuchem milczeniu, połamały się i rozpierzchły na cztery wiatry. Powstał popłoch iście piekielny, pomięszane głosy ludzkie huczały i brzęczały niezrozumiale, niby rój pszczół zbłąkanych zaniepokojonych. Żołnierze pędzili w różnych kierunkach, zrzucali na ziemię mantelzaki, wydobywali z nich bluzy, podnosili po nad głowę, chcąc włożyć na siebie, a nie mogli w pospiechu trafić do rękawów.

– Co to jest? Co to się znaczy? – krzyknął pułkownik. – Gdzie jest komendant trzeciego oddziału?

– Komendant trzeciego oddziału!... Pułkownik pyta o komendanta trzeciego oddziału! – powtórzyło kilka głosów, a pułkowy adjutant puścił się galopem aby odszukać tego, którego żądano. Nadmiar gorliwości i przerażenie tak każdemu głowę zawróciły, że zaczęto wołać: – „Trzecia kompanja żąda widzieć pułkownika!” – W końcu krzyki i nawoływania, doszły do uszu nieobecnego. Był to człowiek nie młody; nie był wstanie biedź szybko; o ile jednak pozwalały mu na to nóżki krótkie i brzuszek okrągły, mocno naprzód wydany, pospieszał drobnym kłusikiem, na miejsce, gdzie stał pułkownik. Było widocznem, że stary kapitaś ma minę zafrasowaną studenta, przewidującego pytanie z lekcji, której nie umie i nie potrafi odpowiedzieć. Nos świecił mu z daleka barwą purpurową, co zawdzięczał brakowi wstrzemięźliwości w trunkach gorących, i równie sutym jak częstym libacjom na cześć bożka Bachusa. Usta drgały mu z trwogi i wzruszenia. Sapał jak miech kowalski i zwalniał kroku w miarę jak zbliżał się do pułkownika, który mierzył go surowym wzrokiem od głowy do stóp.

– W jakie to bluzy, ubieracie waszych żołnierzy w dniu przeglądu? Co to ma znaczyć?! – krzyknął gromko, wskazując palcem żołnierza z trzeciej kompanji, którego bluza sukienna, odbijała jaskrawo kolorem, od reszty ubrania. – Gdzież schowaliście się, w jaką myszą dziurę, opuszczając wasze stanowisko, i to nieledwie w chwili, kiedy ma zjechać główno-dowodzący? Co? Hę? Ja was nauczę ubierać w ten sposób waszych żołnierzy w czasie rewji!

Stary kapitaś coraz bardziej przerażony i zahukany wytrzeszczał oczy wołowate na swego przełożonego, cisnąc dwa palce do daszka kaszkietu wojskowego, jakby mógł się tym gestem wybawić z kłopotu.

– I cóż, nic nie odpowiadacie? A ten tam drugi, którego przebraliście za Węgra, niby do komedji, co to za jeden?

– Wasza Ekscellencjo!...

– Cóż ztąd, że będziecie mi powtarzali na wszystkie tony: Wasza Ekscellencjo! A potem co? Czy wy bodaj wiecie, co to znaczy! „Wasza Ekscellencjo?”

– Wasza Ekscellencjo, to Dołogow, który został z oficera zasłany w „sołdaty” – wyjąkał kapitaś z wielką biedą.

– A zatem zdegradowany? No, skoro nie jest feldmarszałkiem, nie może pozwalać sobie podobnych wybryków... Jest prostym żołnierzem; a zaś żołnierz jest obowiązany ubierać się podług regulaminu wojskowego.

– Wasza Ekscellencja sama upoważniła go do podobnego ubrania w czasie marszu.

– Upoważniła! Upoważniła! To zawsze tak z tymi młokosami!... – pułkownik ochłódł cokolwiek z pierwotnej zapalczywości. Pokaż im palec, a oni łap, za całą rękę... Powiedz im, ot! coś, na wiatr... a oni wynicują twoje słowa Bóg wie po jakiemu... Koniec końców! – krzyknął unosząc się na nowo. – Ubierajcie przyzwoicie waszych ludzi! Ot co jest!...

Zwrócony do adjutanta Kotuzowa, posuwał się dalej przeglądając oddziały jeden po drugim. Lżej mu się zrobiło po tym pierwszym wybuchu, szukał jednak sposobności do nowej eksplozji. Kołnierz u jakiegoś podoficera wydał mu się podejrzanym, zgromił go tedy należycie. Zauważył następnie, że pierwszy rząd w trzeciej kompanji, nie był dość prosto wyciągnięty. Przemówił głosem rozdrażnionym do Dołogowa, który był ubrany w bluzę sukienną z pętlicami, barwy niebieskawej:

– Gdzie twoja noga? Gdzie twoja noga?

Dołogow wysunął zwolna nogę, fiksując zuchwale pułkownika.

– Dla czego masz na sobie tę bluzę komedjancką? Paszow! Sierżancie, rozebrać mi natychmiast tego człowieka!...

– Moją powinnością, panie pułkowniku – wpadł mu w słowo Dołogow – jest wypełniać rozkazy wydane. Nic mnie jednak i nikt nie zmusi do znoszenia...

– Ani mi pisnąć w szeregu! Ani pisnąć, rozumiesz?!

– Nie można mnie przymusić do znoszenia obelg niezasłużonych...

Dołogow podniósł głos, i skrzyżowały się ni to dwa miecze obosieczne, wzrok żołnierza, ze wzrokiem pułkownika.

Pułkownik zamilkł, szarpiąc z gniewem szarfę przez piersi przewieszoną.

– Chciejcie zmienić ubranie – bąknął tonem łagodniejszym.

I odwrócił się do niego plecami.