Sonata Kreutzerowska

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Sonata Kreutzerowska

Warszawa, 1937

SPIS TREŚCI 1

Saga

Sonata Kreutzerowska tłumaczenie Anonim tytuł oryginału Крейцеровасоната Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1937, 2019 Lew Tołstoj i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726184938

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

MOTTO:

Aleć Ja wam powiadam: Iż każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już z nią cudzołóstwo popełnił w sercu swojem. (Mateusz IV, 28).

Rzekli mu uczniowie jego: Jeźlić taka jest sprawa męża z żoną, tedy nie jest dobra żenić się. A on im rzekł: Nie wszyscy pojmują tej rzeczy, ale tylko ci, którym to dano. Albowiem są rzezańcy, którzy się tak z żywota matki narodzili; są też rzezańcy, którzy od ludzi są urzezani; są też rzezańcy, którzy się sami urzezali dla królestwa niebieskiego. Kto może pojąć, niechaj pojmuje! (Mateusz XIX, 10, 11, 12).

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Było to wczesną wiosną. Jechaliśmy już drugą dobę. Do wagonu wchodzili i wychodzili podróżni, udający się do różnych miejscowości, ale troje z nich jechało, jak i ja, od chwili odejścia pociągu: nieładna i niemłoda, o zmęczonej twarzy dama w nawpółmęskiem palcie i czapeczce, paląca papierosa; znajomy jej, człowiek rozmowny w wieku lat czterdziestu, z nowemi, porządnie ułożonemi walizami, i trzymający się jeszcze nauboczu, niskiego wzrostu pan o gwałtownych ruchach, niezbyt stary jeszcze, ale z przedwcześnie, widać, posiwiałemi kędzierzawemi włosami i niezwykle błyszczącemi oczami, szybko przebiegającemi z przedmiotu na przedmiot. Ubrany był w stare, ale przez drogiego krawca uszyte palto z barankowym kołnierzem i w wysoką barankową czapkę. Gdy rozpinał palto, widać było pod niem surdut i rosyjską wyszywaną koszulę. Osobliwość tego pana polegała jeszcze na tem, że od czasu do czasu wydawał dziwne dźwięki, podobne do pokasływania lub zaczętego i urwanego śmiechu.

Pan ten przez cały czas podróży starannie unikał obcowania i znajomości z pasażerami. Na zapytania sąsiadów odpowiadał krótko i ostro i albo czytał, albo palił, patrząc w okno, albo, wyjąwszy zapasy ze swego starego worka, pił herbatę lub jadł.

Zdawało mi się, że ta samotność mu ciąży, i kilka razy chciałem go zagadnąć, ale za każdym razem, kiedy oczy nasze się spotykały, co zdarzało się często, gdyż siedzieliśmy naprzeciw siebie, odwracał się, brał książkę lub patrzał w okno.

Następnego dnia przed wieczorem, w czasie postoju pociągu na dużej stacji, nerwowy ten pan poszedł po gorącą wodę i zaparzył sobie herbaty. Podróżny zaś z porządnemi, nowemi walizami, adwokat, jak się później dowiedziałem, poszedł ze swoją sąsiadką, damą w nawpółmęskiem palcie, palącą papierosa, na stację napić się herbaty.

Podczas nieobecności tych państwa do wagonu weszło kilka nowych osób, a w ich liczbie wysoki, ogolony, pomarszczony starzec, najwidoczniej kupiec, w elkowem futrze i w sukiennej czapce z ogromnym daszkiem. Kupiec usiadł naprzeciw miejsca, zajętego przez damę i adwokata, i natychmiast wdał się w rozmowę z młodym człowiekiem, sądząc z wyglądu — subjektem, który na tejże stacji wszedł do wagonu.

Siedziałem naprzeciw, nieco zboku, i ponieważ pociąg stał, mogłem, gdy nikt nie przechodził, słuchać urywków ich rozmowy. Z początku kupiec oznajmił, że jedzie do swego majątku, oddalonego tylko o jedną stację; potem jak zwykle zaczęli mówić o cenach, o handlu, rozmawiali o tem, jak dziś idzie handel w Moskwie, potem zaś zaczęli mówić o niżegorodzkim jarmarku. Subjekt rozpowiadał o jarmarcznych hulankach jakiegoś znajomego im obojgu kupca, ale starzec nie dał mu skończyć i sam zaczął opowiadać o dawnych hulankach w Kunawinie, w których sam uczestniczył.

Widocznie dumny był ze swego w nich udziału i z radością opowiadał, jak razem z tym właśnie znajomym zrobili w Kunawinie taki kawał, że go trzeba było opowiadać szeptem, na co subjekt zachichotał na cały wagon, a starzec też się roześmiał, wyszczerzając dwa żółte zęby.

Nie spodziewając się usłyszeć nic ciekawego, wstałem, żeby się przejść po peronie do odejścia pociągu. W drzwiach spotkałem adwokata z damą, rozprawiających z ożywieniem.

— Nie zdąży pan — powiedział do mnie towarzyski adwokat — zaraz drugi dzwonek!

Rzeczywiście, nie zdążyłem dojść do końca pociągu, gdy rozległ się dzwonek. Kiedy wróciłem między damą a adwokatem toczyła się dalej ożywiona rozmowa. Stary kupiec siedział naprzeciw nich w milczeniu, surowo patrząc przed siebie i zrzadka coś żując.

— ...Następnie oznajmiła swemu mężowi — mówił, uśmiechając się, adwokat, kiedy przechodziłem koło niego — że nie może i nie chce żyć z nim, ponieważ...

I zaczął w dalszym ciągu opowiadać coś, czego już nie mogłem dosłyszeć. Wślad za mną weszli inni pasażerowie, przeszedł konduktor, wbiegł tragarz, i zapanował na dość długo hałas, który nie pozwalał słuchać rozmowy. Kiedy wszystko umilkło, usłyszałem znów głos adwokata; widocznie rozmowa przeszła z poszczególnego wypadku na tory ogólne.

Adwokat mówił o tem, że zagadnienie rozwodu zwraca teraz na siebie w Europie ogólną uwagę i że podobne wypadki zdarzają się u nas coraz częściej i częściej. Zauważywszy, że tylko jego głos słychać, adwokat zakończył swe przemówienie, zwracając się do starca:

— Dawniej tego nie było, nieprawdaż? — powiedział, uśmiechając się grzecznie.

Starzec chciał coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili pociąg ruszył, i kupiec, zdjąwszy czapkę, zaczął się żegnać i szeptem odmawiać modlitwy. Adwokat, zwróciwszy wzrok w inną stronę, uprzejmie czekał. Skończywszy modlitwę i trzykrotnie się przeżegnawszy, nasunął równo i głęboko swą czapkę, poprawił się na siedzeniu i zaczął mówić:

— I dawniej tak, panie mój, bywało, tylko rzadziej — powiedział. — W dzisiejszych czasach nie można się od tego uchronić. Za bardzo uczeni jesteśmy.

Pociąg jechał coraz prędzej i prędzej, turkocąc na spojeniach, i trudno było słuchać, ale rozmowa zaciekawiła mię, i przysiadłem się bliżej. Sąsiad mój, nerwowy pan o błyszczących oczach, zaciekawił się również i przysłuchiwał, nie wstając z miejsca.

— A czemuż to wykształcenie jest takie szkodliwe? — spytała dama z ledwie widocznym uśmiechem. — Czyż naprawdę lepiej jest żenić się tak, jak to dawniej bywało, kiedy narzeczony i narzeczona nawet się nie znali? — ciągnęła, jak to czyni wiele pań, odpowiadając nie na słowa swego rozmówcy, ale na te, które on miał według jej przypuszczeń wypowiedzieć. — Nie wiedzieli, czy kochają, czy mogą pokochać i, wychodząc za kogo się trafiło, męczyli się przez całe życie — mówiła, zwracając się do mnie, do adwokata, najmniej jednak do starca, z którym rozmawiała.

— Za bardzo już uczeni jesteśmy — powtórzył kupiec, pogardliwie patrząc na damę i zostawiając jej pytanie bez odpowiedzi.

— Pragnąłbym się dowiedzieć, jak sobie pan tłumaczy związek między wykształceniem a niezgodą w małżeństwie — spytał adwokat, z ledwie widocznym uśmiechem.

Kupiec chciał coś powiedzieć, ale dama mu przerwała:

— Nie, te czasy już minęły — powiedziała, ale adwokat ją zatrzymał:

— Niech mu pani pozwoli wypowiedzieć swe zdanie.

— Z nauki są tylko głupstwa — stanowczo rzekł starzec.

— Żenią takich, co się nie kochają, a potem dziwią się, że żyją w niezgodzie — śpiesznie mówiła dama, oglądając się na adwokata, na mnie, nawet na subjekta, który, powstawszy ze swego miejsca i oparłszy się o poręcz, słuchał rozmowy z uśmiechem.

— Przecież tylko zwierzęta można parzyć tak, jak gospodarz sobie życzy, a ludzie mają swoje skłonności, przywiązania — mówiła dama, chcąc widocznie dotknąć kupca.

— Zbytecznie pani to mówi — powiedział starzec — zwierzę to bydlę, a człowiekowi dane jest prawo.

— No, ale jak żyć z człowiekiem, kiedy miłości niema — wygłaszała wciąż z pośpiechem dama swe poglądy, które widocznie wydawały się jej bardzo nowoczesnemi.

— Dawniej nie łamano sobie nad tem głowy — przekonującym tonem powiedział stary. — Dziś dopiero to wprowadzono. Byle co, a żona zaraz mówi: — „Pójdę sobie od ciebie“. — Taka sama moda u chłopów się zaczęła. — „Na — mówi — masz swoje koszule i portki, a ja pójdę do Jaśka, on ma włosy bardziej kędzierzawe“. No i tłumacz jej tu. A w kobiecie przedewszystkiem powinien być strach.

Subjekt spojrzał na adwokata i na damę, i na mnie, widocznie powstrzymując uśmiech, gotów wyśmiać lub przytaknąć mowie kupca zależnie od tego, jak będzie przyjęta.

— Jakiż to strach? — spytała dama.

— Aby bała się swego męża, ot jaki strach.

— O, już jeżeli o to chodzi, ojczulku, to te czasy minęły — z pewną złością rzekła dama.

— Nie, proszę panią, te czasy minąć nie mogą. Jak była Ewa z żebra mężczyzny stworzona, taką zostanie do końca świata — powiedział stary i tak surowo i zwycięsko potrząsnął głową, że subjekt rozstrzygnął natychmiast, iż zwycięstwo jest po stronie kupca, i głośno się roześmiał.

— Tak, wy, mężczyźni, w ten sposób rozumujecie — mówiła dama, nie dając za wygraną i oglądając się na nas — sobie daliście wolność, a kobietę chcecie trzymać w zamknięciu, sami zaś na wszystko sobie pozwalacie.

 

— Pozwolenia nikt nie daje, ale od mężczyzny w domu nic nie przybędzie, a kobieta — żona to kruche naczynie — w dalszym ciągu moralizował kupiec.

Przekonywająca intonacja kupca najwidoczniej zwyciężała słuchaczy, i dama nawet czuła się pokonaną, ale się nie poddawała.

— Tak, ale ja sądzę, zgodzi się pan chyba, że kobieta jest człowiekiem i czuje jak mężczyzna. Cóż więc ma robić, jeśli nie kocha swego męża?

— Nie kocha — groźnie powtórzył kupiec, zmarszczywszy brwi i zacisnąwszy usta — ale pokocha!

Ten nieoczekiwany argument szczególnie spodobał się subjektowi, który mruknął coś potakująco.

— Ależ nie, nie pokocha — zaczęła dama — a jeżeli miłości niema, to do tego przecież nie można zmusić.

— No, a jeżeli żona zdradzi męża, wtedy co?

— To nie powinno się przytrafić — odrzekł kupiec — tego trzeba pilnować.

— A jeżeli się zdarzy, to co? Przecież się jednak zdarza.

— U niektórych ludzi się zdarza, a u nas nie — odrzekł kupiec.

Wszyscy zamilkli. Subjekt poruszył się, przysunął i, nie chcąc widocznie pozostać wtyle za innymi, zaczął z uśmiechem:

— Ot i naszemu zuchowi przytrafił się skandal. Też rozsądzić trudno. Też znalazła się kobieta puszczalska i zaczęła się łajdaczyć. A chłopak był poważny i solidny. Najpierw z biuralistą. Tłumaczył mąż najpierw po dobroci. Nie przestała. Obrzydliwe rzeczy robiła. Pieniądze mu ukradła. I bił ją. Ale cóż, coraz była gorsza. Z niechrzczonym, z żydem, przepraszam za wyrażenie, zaczęła krętactwa. Cóż miał robić? Rzucił ją zupełnie. Więc żyje jak kawaler, a ona się dalej puszcza.

— Bo głupi — powiedział stary. — Gdyby jej od początku nie popuszczał cugli, a trzymał krótko, żyłaby, jak trzeba. Swobody trzeba od początku nie dawać. Nie wierz koniowi w polu, a żonie — w domu.

Tymczasem przyszedł konduktor i spytał o bilety do najbliższej stacji. Stary oddał swój bilet.

— Tak, od początku trzeba kobiety trzymać krótko, bo inaczej — wszystko przepadło.

— No, a przecież pan sam dopiero co opowiadał, jak żonaci hulają na jarmarku w Kunawinie — powiedziałem, nie mogąc już wytrzymać.

— To już inna sprawa — odparł kupiec i pogrążył się w milczeniu.

Kiedy rozbrzmiał dzwonek, kupiec wstał, wyciągnął worek z pod ławki, zapiął się i, uniósłszy kapelusza, wyszedł na platformę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wkrótce po wyjściu starego kupca rozpoczęła się rozmowa przy udziale kilku osób.

— To ci ojczulek — stare pokolenie — powiedział subjekt.

— Istny patrjarcha — rzekła dama — co za dzikie pojęcia o małżeństwie i kobiecie!

— Tak, dalecy jesteśmy od europejskiego poglądu na małżeństwo — dorzucił adwokat.

— Przecież rzeczą zasadniczą jest to właśnie, czego nie rozumieją tacy ludzie — powiedziała dama — że małżeństwo bez miłości nie jest małżeństwem, że tylko miłość uświęca małżeństwo i że prawdziwe małżeństwo to tylko takie, które uświęca miłość.

Subjekt słuchał z uśmiechem, chcąc zapamiętać jak najwięcej z tych mądrych rozmów.

W czasie przemówienia damy dał się za mną słyszeć dźwięk, przypominający jakby urywany śmiech albo porykiwanie, i spostrzegliśmy mego sąsiada, owego siwego samotnego pana o błyszczących oczach, który podczas rozmowy, najwidoczniej go interesującej, nieznacznie się do nas zbliżył. Pan ten stał, trzymając ręce na oparciu ławki, i najwidoczniej był czemś żywo poruszony. Twarz miał czerwoną, i policzek drgał mu nerwowo.

— Jakaż to miłość... miłość... uświęca małżeństwo? — powiedział, jąkając się.

Widząc podniecenie towarzysza, dama postarała się odpowiedzieć mu jak najdelikatniej i najbardziej rzeczowo.

— Prawdziwa miłość... Jeżeli taka miłość istnieje między mężczyzną i kobietą, wtedy możliwe jest i małżeństwo — rzekła dama.

— Tak, ale co należy rozumieć pod prawdziwą miłością? — spytał, wstydliwie się uśmiechając i mieszając, pan z błyszczącemi oczyma.

— Wszyscy wiedzą, co to jest miłość — odparła dama, chcąc, widocznie, przerwać tę rozmowę.

— A ja nie wiem — odpowiedział siwy pan. — Trzeba określić, co pani przez to rozumie.

— Co? całkiem poprostu — rzekła dama, zamyślając się jednak. — Miłość to całkowite wyróżnienie jednego lub jednej ponad wszystkich pozostałych.

— Wyróżnienie na jaki przeciąg czasu? na miesiąc czy dwa, czy na pół godziny? — zawołał siwy pan i roześmiał się.

— Nie, przepraszam, pan, zdaje się, nie o tem samem mówi.

— Nie, o tem samem właśnie.

— Pani twierdzi — wtrącił się adwokat, wskazując na damę — że małżeństwo powinno wypływać przedewszystkiem z przywiązania (z miłości, jeśli pan sobie życzy), jeżeli więc ono istnieje, to tylko w tym wypadku małżeństwo stanowi, jakby to powiedzieć, coś uświęconego, i co za tem idzie, każde małżeństwo, którego podstawą nie jest naturalne przywiązanie — miłość, jeżeli pan chce — nie ma w sobie nic moralnie wiążącego. Czy dobrze rozumiem? — zwrócił się ku damie.

Dama ruchem głowy wyraziła uznanie dla dobrego wyjaśnienia jej myśli.

— Następnie — ciągnął dalej adwokat, ale nerwowy pan z błyszczącemi teraz ogniem oczyma widocznie z trudem już się powstrzymywał i, nie dając adwokatowi dokończyć, powiedział:

— Nie, właśnie o tem samem mówię, o wyróżnianiu jednego lub jednej ponad wszystkich innych, ale zapytuję tylko, jak długo ma trwać to wyróżnienie.

— Jak długo? długo, czasem całe życie — odparła dama, wzruszając ramionami.

— Ależ to zdarza się tylko w romansach, a w życiu nigdy. W życiu takie wyróżnienie jednego nad innych trwa lata, co jest już bardzo rzadkie, częściej miesiące, a zwykle tygodnie, dni, godziny — mówił, wiedząc widocznie, że zadziwia wszystkich swojem zdaniem, i z tego właśnie zadowolony.

— Ach! cóż pan mówi! Ależ nie... Nie, niech pan pozwoli! — zawołaliśmy jednocześnie. Nawet subjekt wydał swój nieokreślony dźwięk.

— Tak, wiem — przekrzykiwał nas siwy pan — wy mówicie o tem, co powszechnie uważa się za istniejące, a ja mówię o tem, co istnieje rzeczywiście. Każdy mężczyzna czuje do każdej ładnej kobiety to, co wy nazywacie miłością.

— Ach, to, co pan mówi, jest okropne. Istnieje przecież w stosunkach ludzkich uczucie, które nazywa się miłością i które trwa nie miesiące i lata, a całe życie?

— Niema, niema. Jeżeli nawet przypuścimy, że mężczyzna wyróżnił pewną kobietę na całe życie, to kobieta ta, według wszelkiego prawdopodobieństwa, wyróżni innego. Tak zawsze było i jest na świecie — powiedział i, wyjąwszy papierosa, zaczął palić.

— Nie, to zajść nie może — dodał — tak samo, jak nie może się zdarzyć, żeby na wozie z grochem dwa upatrzone ziarnka ułożyły się obok siebie. A prócz tego tu nietylko prawdopodobnie, ale z pewnością zacznie się przesyt. Kochać przez całe życie jednego lub jedną, to to samo, co powiedzieć, że jedna świeczka będzie się paliła przez całe życie — mówił, zaciągając się chciwie papierosem.

— Ale pan wciąż mówi o cielesnej miłości. Czy nie uznaje pan miłości, opartej na wspólnych ideałach, na duchowem pokrewieństwie? — spytała dama.

— Pokrewieństwo duchowe! Wspólnota ideałów! — powtórzył, wydając swój dźwięk. — Ale w takim razie pocóż spać razem? (Przepraszam za brutalność.) A przecież na skutek wspólnych ideałów ludzie kładą się razem spać — rzekł i roześmiał się nerwowo.

— Niech pan pozwoli jednak — fakty przeczą temu, co pan mówi. Widzimy, że małżeństwa istnieją, że społeczeństwo lub większa jego część żyje w małżeństwie, a wielu ludzi żyje przykładnie podczas długiego nawet pożycia małżeńskiego.

Siwy pan znów się roześmiał.

— Powiada pan, że małżeństwa są oparte na miłości, a kiedy wyrażam wątpliwość co do istnienia jakiejkolwiek miłości prócz zmysłowej, pan mi dowodzi istnienia miłości tem, że istnieją małżeństwa. Przecież dzisiaj małżeństwa są zwyczajnem oszustwem.

— Ależ nie, przepraszam — powiedział adwokat — twierdzę tylko, że małżeństwa istniały i istnieją.

— Istnieją! Ale dlaczego istnieją? Istniały i istnieją u tych ludzi, którzy w małżeństwie widzą coś tajemniczego. Tajemnicę, która obowiązuje wobec Boga. U tych małżeństwo rzeczywiście istnieje, a u nas nie. U nas ludzie się żenią, nie widząc w małżeństwie nic prócz kopulacji, i powstaje z tego oszustwo albo przemoc; oszustwo jeszcze znieść dość łatwo. Mąż i żona wmawiają ludziom, że żyją w jednożeństwie, a w rzeczywistości żyją w wielożeństwie i w wielomęstwie — to źle, ale jeszcze ujdzie; ale kiedy, jak to najczęściej bywa, mąż i żona przyjęli powierzchowne zobowiązanie żyć razem przez całe życie, a już po miesiącu się nienawidzą wzajemnie, chcąc się rozejść, i jednak ze sobą żyją, wtedy powstaje to straszne piekło, skutkiem którego ludzie upijają się, strzelają i trują siebie i innych — mówił coraz prędzej, nie dając nikomu dojść do słowa, w coraz większem i większem podnieceniu.

Wszyscy czuli się zakłopotani.

— Tak, bezwątpienia bywają przełomowe chwile w małżeńskiem pożyciu — powiedział adwokat, chcąc przerwać nieprzyzwoicie namiętną dyskusję.

— Pan, jak widzę, poznał, kim jestem — cicho i napozór spokojnie spytał siwy pan.

— Nie, nie mam przyjemności.

— Przyjemność to niezbyt wielka. Jestem Pozdnyszew, ten sam, który przeżył ową przełomową chwilę, do której pan czynił aluzję — zabójstwo swojej żony — rzekł, spoglądając szybko na każdego z nas.

Nikt nie wiedział, co powiedzieć, i wszyscy umilkli.

— Ech, wszystko jedno — powiedział, wydając swój dziwny dźwięk — zresztą, przepraszam! O!... nie będę państwa krępować.

— Ależ nie, niech pan wybaczy... — sam nie wiedząc, co mianowicie jest do wybaczenia, powiedział adwokat.

Ale Pozdnyszew, nie słuchając go, prędko się obrócił i poszedł na swoje miejsce. Pan z damą coś szeptali. Usiadłem obok Pozdnyszewa i milczałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Czytać było za ciemno, wobec czego przymknąłem oczy, udając, że chcę zasnąć. Tak dojechaliśmy w milczeniu do następnej stacji.

Na stacji tej pan z damą przeszli do innego wagonu, co do czego już wcześniej umówili się z konduktorem. Subjekt ułożył się na ławce i zasnął. Pozdnyszew zaś wciąż palił i pił zaparzoną jeszcze na poprzedniej stacji herbatę.

Kiedy otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, zwrócił się do mnie nagle ze stanowczością i rozdrażnieniem.

— Może panu przykro siedzieć ze mną, wiedząc, kim jestem. Mogę sobie pójść.

— Ależ nie, cóż znowu.

— No, to może pan pozwoli herbaty? Ale mocnej.

Nalał mi herbaty.

— Tamci mówią... I wciąż kłamią... — powiedział.

— O czem pan mówi? — spytałem.

— A wciąż o tem samem, o tej ich miłości i o tem, co to takiego. Panu się nie chce spać?

— Zupełnie mi się nie chce.

— Więc jeżeli pan sobie życzy, opowiem panu, jak miłość doprowadziła mnie do tego, co się ze mną stało.

— Jeżeli panu nie ciężko...

— Nie, ciężko mi jest milczeć. Niech pan napije się herbaty, a może jest zbyt mocna?

Herbata rzeczywiście była koloru piwa, ale wypiłem szklankę. Podczas tego przeszedł konduktor. Towarzysz mój odprowadził go złem spojrzeniem i rozpoczął dopiero, gdy tamten odszedł.