Diabeł. Дьявол

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V.

Dlaczego Eugenjusz wybrał Lizą Anieńską, nie można było wytłumaczyć, jak nie można nigdy objaśnić, dlaczego mężczyzna wybiera te, a nie inną kobietą, przyczyn było mnóstwo – pozytywnych, i negatywnych. Przyczyną było i to, że nie była bardzo bogatą, jak te, które mu swatała matka i to, że była naiwną i dobrą w stosunku do matki, i że nie była pięknością, zwracającą na siebie uwagę, chociaż nie była brzydką. Ale główną przyczyną było to, że Eugenjusz zbliżył się do niej w tym okresie życia, kiedy mężczyzna dojrzał już do małżeństwa. Zakochał się dlatego, bo wiedział że się ożeni.

Z początku podobała mu się tylko, gdy jednak postanowił, że zostanie jego żoną, rozwinęło się w nim daleko silniejsze ku niej uczucie. Czuł, że ją kocha.

Liza była słusznego wzrostu, szczupła, rysy twarzy miała wydłużone, stopy i ręce małe, całą postać wysmukłą. Płeć miłą, świeżą i białą, z lekkim rumieńcem, włosy długie, złotawe, miękko wijące się w pukle i przeczyste, jasne i dobre, pełne ufności oczy. Oczy szczególnie mu się podobały, ilekroć myślał o Lizie, zawsze widział przed sobą jej cudne, jasne źrenice.

Tak wyglądała z postawy. Duchowo nie znał jej zupełnie, widział tylko jej oczy i zdawało mu się, że one mówią mu wszystko, coby chciał wiedzieć. I w rzeczywistości mówiły one wiele.

Jeszcze w pensjonacie Liza, mając zaledwie lat piętnaście, kochała się we wszystkich przystojnych mężczyznach, jakich znała i czuła się tylko wtedy ożywioną i szczęśliwą, gdy była zakochaną. Wyszedłszy z pensji, kochała się we wszystkich młodych ludziach których spotykała w towarzystwie i rozumie się, zakochała się również w Eugenjuszu. Ta właśnie kochliwość nadawała szczególniejszy wyraz jej oczom, które go tak oczarowały.

Ale tej samej zimy kochała się równocześnie w dwóch młodzikach i czerwieniała ze wzruszenia, nietylko gdy oni wchodzili do salonu, ale nawet gdy wspomniano ich imiona. Kiedy jednak matka napomknęła jej, że Irtenjew ma prawdopodobnie poważne zamiary, zwróciła się ku niemu wyłącznie z takiem oddaniem się, że tamci stali się dla niej prawie zupełnie obojętni. Kiedy zaś Irtenjew zaczął u nich bywać a na zabawach i balach tańczył z nią więcej niż z innemi, pragnąc widocznie przekonać się, czy nie jest jej zupełnie obcym, wówczas jej uczucie dla niego stało się czemś bolesnem, widywała go w snach, zjawiał się jej w otulonym w mrok wieczorny saloniku, wszyscy inni znikli dla niej z oczu i z pamięci. A gdy oświadczył się i został przyjęty, gdy po ceremonji błogosławieństwa pocałowali się po raz pierwszy i stali narzeczonymi, nie było w niej innej myśli i innego pragnienia nad to, aby być z nim ciągle, kochać go i być kochaną. Dumną była z niego a pokornie chyliła głowę przed nim i przed swoją miłością. Coś w niej tajało, coś mdlało w duszy.

I on, im więcej ją poznawał, tem bardziej ją kochał. Nie spodziewał się takiej u niej miłości, a to wzmagało jeszcze jego uczucie.

VI.

Przed wiosną przyjechał w Siemionowskoje wydać zarządzenia gospodarcze a przedewszystkiem w domu, gdzie przygotowano się do wesela.

Marja Pawłówna była niezadowolona z wyboru syna, i dlatego że nie była to taka świetna partja, jakąby syn mógł zrobić i że nie podobała się jej przyszła jego teściowa, Barbara Aleksówna. Nie wiedziała wprawdzie, nie znając jej, czy to dobra, czy zła kobieta, zauważyła tylko od pierwszej chwili poznania, że nie jest comme il faut, nie jest lady jak się wyrażała i to ją raziło. Bolał ją ten brak dobrego tonu u Barbary Aleksówny, gdyż lubiła go w życiu, wiedząc zaś, że Eugenjusz bardzo był na to czuły, przewidywała stąd różne dla syna przykrości. Dziewczyna podobała się jej, przedewszystkiem dlatego, że podobała się Eugenjuszowi. Trzeba ją było kochać. Marja Pawłowa szczerze była gotowa do tego.

Eugenjusz zastał matkę wesołą i zadowoloną, Urządzała dom, a sama zbierała się do odjazdu, skoro tylko syn przywiezie żonę. Eugenjusz namawiał ją do pozostania, kwestja została nierostrzygniętą.

Wieczorem, jak zwykle, po herbacie Marja Pawłówna kładła pasjansa. Eugenjusz siedział obok i pomagał jej. Był to okres najserdeczniejszych między nimi rozmów. Skończywszy kłaść karty, Marja Pawłówna spojrzała na syna i zakłopotana cokolwiek zaczęła mówić:

– Chciałam ci powiedzieć, Żenią... Rozumie się, nie wiem nic... ale wogóle chciałam ci poradzić, abyś przed ślubem pozałatwiał wszystkie swoje kawalerskie sprawy, żeby ci już nic potem nie wchodziło w drogę, albo broń Boże! żonie. Rozumiesz mię?

Naturalnie, Eugenjusz zrozumiał natychmiast, że to był przytyk do jego stosunków ze Stepanidą, które ustały już od jesieni, a którym matka, jak zwykle samotne kobiety, przypisywała więcej znaczenia niż miały w istocie. Eugenjusz poczerwieniał nie tyle ze wtydu, ile z gniewu, że dobra Marja Pawłówna miesza się – co prawda z miłości – w te sprawy, w które nie powinna wglądać, których nie rozumie i nie jest w stanie pojąć. Odpowiedział że niema nic takiego, z czemby musiał się ukrywać i że zawsze tak postępował aby mu nic nie przeszkodziło ożenić się.

– Cudnie, kochasiu. Nie gniewaj się, Geniu, na mnie – rzuciła zawstydzona Marja Pawłówna.

Ale Eugenjusz widział, że nie skończyła tego, co chciała powiedzieć. I tak było rzeczywiście. Po jakieś chwili, zaczęła opowiadać, jak w czasie jego nieobecności, proszono ją w kumy na chrzciny... do Piecznikowych.

Eugenjusz znowu drgnął, ale już nie z gniewu ani ze wstydu, czuł tylko, że usłyszy wkrótce coś bardzo ważnego, co się zupełnie nie zgadza z jego rozumowaniem. Stało się tak rzeczywiście. Marja Pawłówna, nibyto bez żadnych ubocznych celów, a tylko dla samej rozmowy, opowiadała, że w tym roku rodzą się sami chłopcy, widocznie idzie na wojnę. I u Wasinych, i u Piecznikowych młode mężatki miały chłopaków. Chciała to mówić obojętnie, mimochodem – ale wstyd ją samą ogarnął, kiedy zobaczyła rumieniec na twarzy syna i jego niepokój tudzież poprawiane pince-nez i nerwowe zapalenie papierosa. Umiikła. On milczał także i nadarmo szukał sposobu przerwania ciszy. Zrozumieli się jednak oboje.

– Tak, tak, główna rzecz sprawiedliwość we wsi i nie mieć faworyt jak to robił twój wuj.

– Mamo – odezwał się naraz Eugenjusz – wiem, o czem mama myśli. Ale to niepotrzebne obawy. Dla mnie moje przyszłe życie rodzima, to świętość, której ja w żadnym razie nie naruszę, co było w kawalerskim stanie, to skończone wszystko. Nie związałem się z nikim i nikt niema do mnie prawa.

– Cieszy mnie to – rzekła matka – wiem, że zawsze myślałeś uczciwie.

Eugenjusz wziął słowa matki za hołd należny mu i umilkł.

Nazajutrz rano pojechał do miasta, myśląc o narzeczonej i o różnych sprawach, tylko nie o Stepanidzie. Ale widocznie los chciał sam przypomnieć. Dojeżdżając do cerkwi zaczął spotykać ludzi, wychodzących stamtąd, Matwija, staruszka z Siemionem, jakieś dzieci, dziewczęta, potem dwie kobiety; jedna była już starsza, druga – wydała mu się, znajomą – ubrana była w jaskrawo czerwoną chustkę na głowie. Szła lekko i szybko niosąc dziecko na ręku. Zrównał się z niemi, starsza pochyliła mu się starym zwyczajem do kolan, młodsza zaś uchyliła tylko głowy, a pod chusty błysnęły ku niemu znajome, wesołe i pełne uśmiechu oczy...

„Aha – to ona. No, wszystko skończone, niema co patrzeć. A chłopak – może i mój” przemknęło mu przez głowę. „Eh, głupstwo. Był przecież mąż w domu, przyjeżdżał”. Nie zastanowił się dłużej nad tem. Już dawno przekonał się że to było potrzebne dla zdrowia, płacił za to, cóż więcej? Związku żadnego nie było i nie mogło być. Nie tłumił wcale głosu sumienia, bo mu ono nic nie wyrzucało. Po rozmowie z matką i tem spotkaniu jakby zapomniał o niej. Nie widział też jej więcej.

W najbliższe święta odbył się ich ślub w mieście. Eugenjusz natychmiast uwiózł młodą żonę na wieś. Dom urządzono jak zwykłe dla młodych. Marja Pawłówna chciała odjechać, ale Eugenjusz a nie mniej i Liza prosili ją, aby została. Zgodziła się za tem, tylko przeniosła się do narożnych pokoi.

Eugenjusz rozpoczął nowe życie.

VII.

Pierwszy rok życia rodzinnego był dla Eugenjusza bardzo trudny, ponieważ wszystkie sprawy, które odkładał na później w czasie starania się o rękę Lizy i po ślubie, teraz domagały się koniecznie załatwienia.

Okazało się niemożebnem wyplątanie się z długów. Sprzedał daczę, zapłacił najpilniejsze, ale zostało jeszcze dość innych, środków zaś nie było. Majątek przynosił wprawdzie spore dochody, ale trzeba było posyłać bratu, dużo wydał na wesele gospodarka musiała teraz stanąć. Jedynym środkiem ratunku było użycie posagu żony, Liza zrozumiawszy położenie męża, sama domagała się tego: Eugenjusz zgodził się, ale tylko pod warunkiem zaintabulowania żony na połowę majątku i tak też zrobił. Rozumie się nie dla żony, która czuła się tem nawet dotkniętą, ale dla teściowej.

Te sprawy wśród ciągłych powodzeń i niepowodzeń zatruwały Eugenjuszowi życie w tym pierwszym roku. Ale w siedem miesięcy po ślubie, w jesieni przyszła i inna bieda. Liza wyjechała wózkiem naprzeciw męża, wracającego z miasta, spokojna zwykle klacz zaczęła się rzucać, Liza przestraszyła się i wyskoczyła z wózka. Skok był bardzo szczęśliwy, bo mogła przytem zaczepić suknią o koła, ale że była już w odmiennym stanie tej samej nocy rozchorowała się, a wydawszy dziecię przedwcześnie na świat długo nie mogła przyjść do siebie. Strata dziecka, gorąco upragnionego, choroba żony i spowodowany tem nieład w domu, a przedewszystkiem ciągła obecność teściowej, która natychmiast do nich, przyjechała, sprawiły, że rok ten dla Eugenjusza był niezmiernie ciężkim.

Ale mimo wszystko pod koniec roku czuł się bardzo dobrze. Po pierwsze, jego marzenia o podniesieniu upadłego majątku i wznowieniu starego życia rodzinnego w nowych formach, chociaż z trudem i powoli, ale urzeczywistniały się. Nie mogło już być mowy o sprzedaży całego majątku, który chociaż przeniesiony na imię żony, był uratowany, a jeżeli dopisałyby buraki i cena na nie, była nadzieja, że już w najbliższym roku wszelkie kłopoty i obawy znikłyby zupełnie. To jedno.

 

A powtóre, nie spodziewał się nigdy znaleźć tyle skarbów w swojej żonie. Było to daleko więcej niż oczekiwał. Nie było między niemi uniesień i zachwytów, jak między zakochanymi, bo chociaż czasem próbował je wywołać, wychodziły blado, ale za to znajdował w niej wesele, miłą swobodę ducha i czuł, że mu lekko żyć na świecie. Nie wiedział, skąd się to w nim brało, ale tak było.

A przyczyna była ta, że ona zaraz po zaręczynach powiedziała sobie, iż ze wszystkich ludzi na świecie Eugenjusz Irtnejew jest najdoskonalszym, najrozumniejszym i najszlachetniejszym i dlatego jest obowiązkiem wszystkich służyć mu i przymilać się, a ponieważ nie można wszystkich zmusić do tego, więc trzeba to robić przynajmniej samej. I wszystkie jej siły duchowe szły tylko w tym kierunku, aby się dowiedzieć i odgadnąć, co mu jest miłem i tylko tak postępować mimo jakichkolwiek trudności.

Było w niej to, co stanowi główny urok stosunku z kochaną kobietą: miłość dawała jej jasnowidzenie jego duszy. Czasem miał wrażenie, że ona lepiej rozumie stany jego duszy i każdy nawet odcień jego uczuć niż on sam, zawsze postępowała zgodnie z tem, nigdy go nie rażąc, a zawsze łagodząc niemiłe, złocąc radosne chwile. Pojmowała też jego myśli doskonale. Najbardziej obce dla niej dotychczas sprawy gospodarcze chwytała w lot i nietylko mogła z nim o nich mówić, ale często bywała dlań pożytecznym doradcą. Na życie, na łudzi, na wszystko w świecie patrzyła tylko jego oczyma. Kochała matkę, ale zauważywszy, że mieszanie się teściowej w ich sprawy było Eugenjuszowi niemiłe, odrazu stanęła po stronie męża i to tak energicznie, że musiał ją hamować.

Ponadto dużo w niej było smaku, taktu i cała przepaść ciszy. Cokolwiek robiła, czyniła to bez zwracania na siebie uwagi, widocznym był tylko rezultat jej krzątania się, czystość, porządek, wytwórność we wszystkiem. Zrozumiała odrazu, na czem polega ideał życiowy męża, starała się dojść do niego i udawało się jej osiągnąć to, co było jego marzeniem. Brakło im dzieci, ale i na to były nadzieje. Lekarz petersburski, którego porady zasięgali w zimie, upewniał, że jest zupełnie zdrową i może zostać matką.

W istocie pod koniec roku poczuła się znów w odmiennym stanie.

Jedna rzecz tylko, nie truła, lecz zagrażała ich szczęściu, jej zazdrość. Hamowana, ukrywana, a jednak sprawiająca jej nieraz dotkliwy ból.

Eugenjusz nie powinien był nikogo kochać dlatego, że nie było na świecie kobiety godnej jego (nie przychodziło jej nigdy na myśl, czy ona sama była go godną?) i dlatego, że żadna z nich nie powinna była podnieść oczu na niego.

VIII.

Życie ich szło takim trybem: on wstawał wcześnie jak zawsze i szedł do gospodarstwa, do wznoszących się budowli, czasem w pole. O dziesiątej przychodził na kawę, którą pił w towarzystwie Marji Pawłówny, starego wuja, bawiącego u nich i Lizy. Po gawędce, nieraz bardzo ożywionej, rozchodzili się, by znowu spotkać się przy obiedzie o drugiej godzinie, poczem szli na spacer albo jeździli łodzią. Wieczorem gdy Eugenjusz wracał z kancelarji gospodarskiej pili herbatę, czasem czytali coś razem lub grali, czasem był ktoś z gości. Kiedy wyjeżdżał z domu w interesach, pisywali z żoną do siebie codziennie. Ilekroć towarzyszyła mu w drodze było jej to szczególnie miłem. Na imieniny jego i jej spraszali gości, lubiał wtedy widzieć, jak ona umiała wszystko tak urządzić, że każdemu było miło i swojsko. Widział i słyszał jak zachwycano się dokoła młodą gospodynią i kochał ją jeszcze bardziej.

Wszystko szło po myśli. Stan swój znosiła Liza bardzo dobrze i bywało, że oboje, choć jakby zawstydzeni, zaczynali mówić o wychowaniu dziecka. O wszystkiem decydował Eugenjusz, ona chciała tylko spełniać jego życzenia. On zaś zaczął zgłębiać dzieła fachowe, mając zamiar prowadzić dziecko według wszelkich prawideł nauki. Zgadzała się na to najzupełniej i przygotowywała wyprawkę, szyła ciepłe okrycia, myślała o kolebce. Tak przyszedł drugi rok małżeństwa i druga wiosna.

IX.

Było to w dzień św. Trójcy. Liza, chociaż już mocno zmieniona i bardzo ostrożna, była wesoła i ruchliwa. Obie matki mieszkały z nimi, i pod pozorem opieki i nadzoru tylko niepokoiły ją swoją troskliwością. Eugenjusz cały oddał się gospodarstwu i uprawia buraków na wielką skalę.

Przed świętem Liza postanowiła przeprowadzić w domu porządki, których nie robiono przed minioną Wielkanocą i zawezwała dwie robotnice ze wsi do mycia podłóg i okien, tudzież trzepania mebli i dywanów. Kobiety przyszły wczesnym rankiem, przyniosły kubły pełne wody i wzięły się do roboty. Jedną z nich była Stepanida, która niedawno odłączyła swego chłopaka i naparła się do roboty we dworze przez pisarza, do którego teraz chodziła nibyto do posług. Chciała się przypatrzeć nowej pani. Żyła jak dawniej, sama, bez męża, i szalała z pisarzem jak wprzódy z Daniłą, który złapał ją na kradzieży drzewa a potem z dziedzicem. O tym ostatnim nie myślała wcale. „Żonaty teraz” mówiła sobie. „Wartoby ją zobaczyć i dwór. Powiadają, że dom ładnie urządzony”.

Eugenjusz nie widział jej od tego czasu, kiedy spotkał ją z dzieckiem na ręku. Do roboty do dworu nie chodziła, bo jej nie pozwalało małe, a on znowu rzadko przechodził przez wieś. Tego ranka, w wilję św. Trójcy, wstał o piątej i pojechał na zorany ugor, gdzie miano rozsypywać fosforyty. Wyszedł z domu, zanim jeszcze kobiety wzięły się do roboty i siedziały w kuchni przy śniadaniu.

Wesół, zadowolony a głodny wracał na śniadanie. Zsiadł z konia koło furtki i oddawszy go przechodzącemu ogrodnikowi, szedł ku domowi, ścinając w myślach frazes, który go się uczepił. „Fosforyty nie zawodzą...” – kogo? nie wiedział i nie myślał o tem.

Meble zastał wyniesione przed dom, trzepano dywany.

„Oto! Liza robi porządki. Fosforyty nie zawodzą Co za gospodyni!” – mówił sam do siebie, widząc ją w duszy w białym szlafroczku, z twarzą rozpromienioną radośnie. Zwykle miała taki wyraz, kiedy patrzył na nią. „Aha, trzeba zmienić buty, no! fosforyty nie zawodzą. A! tu pachnie. Co za gospodyni i w takim stanie... Co to znaczy? A no, rośnie mały Irtenjew. Tak, fosforyty nie zawodzą...”

Uśmiechając się do swych myśli, stanął u drzwi do swego pokoju. Ale nie zdołał nacisnąć klamki, gdy otworzyły się same a on zetknął się z idącą naprzeciw kobietą, która boso, z podniesioną zapaską i zawiniętemi rękawami niosła wiadro pełne wody. Uchylił się, aby ją przepuścić, ona zaś stanęła również usuwając się i poprawiając chustkę na głowie.

– Idź-że, idź, ja zaczekam – zaczął mówić Eugenjusz i naraz urwał.

Ona z uśmiechem w oczach spojrzała na niego wesoło i spuściwszy zapaskę, przeszła obok.

„Ach! głupstwo!... Cóż znowu? Nie może być!” mówił do siebie nachmurzony wstrząsając się jak od much i mocno niezadowolony z tego, że ją spotkał. Zły był i dlatego, że nie mógł oderwać oczu od tego, jędrnego ciała, rąk i szyi, od pięknych fałdów koszuli i czerwonej spódnicy wysoko podniesionej nad łydkami.

„Cóż ja patrzę na nią?” – pomyślał spuszczając oczy. „Aha, trzeba zmienić buty”. Skierował się do swego pokoju, ale po kilku krokach znów oglądnął się jakby na czyjś rozkaz – sam nie wiedział czyj – aby ją jeszcze raz zobaczyć! Właśnie zachodziła za róg sieni i również się oglądnęła.

„Ej, cóż ja robię! – wykrzyknął w duchu – jeszcze pomyśli... Hm! pewnie już pomyślała”.

Wszedł do mokrej izby. Druga kobieta, stara i chuda, była tam jeszcze, kończąc mycie. Eugenjusz przeszedł na palcach kałuże wody ku ścianie, przy której stały buty. i chciał potem wyjść, kiedy uprzedziła go owa towarzyszka Stepanidy.

„Teraz ta wyszła a tamta wróci sama”, zaczęło coś w nim szeptać.

„Doprawdy, co ja myślę i co ja robią?” Pochwycił buty, wyszedł na tarasę, gdzie już matka i teściowa siedziały przy kawie. Liza widocznie oczekiwała go, weszła równocześnie na ganek drugiemi drzwiami.

„Och, gdyby ona to wiedziała, ona – która mnie ma za takiego uczciwego i niewinnego” – pomyślał.

Liza powitała go, promieniejąca jak zawsze. Wydaja mu się dziś tylko jakąś bladą, żółtą i słabszą niż dawniej.

X.

Przy kawie toczyła się, jak to często bywało, owa kobieca rozmowa, w której nie było nibyto logicznego związku, ale która widocznie miała jakąś myśl przewodnią, bo nie ustawała na chwilę.

Obie panie z lekka docinały sobie, Liza zaś lawirowała między niemi.

– Zła jestem, że nie zdążyły wymyć twego pokoju nim przyjechałeś – powiedziała do męża. – Ale trzeba wszędzie zrobić porządek.

– Spałaś jeszcze, po moim odjeździe?

– Spałam, dobrze się czuję.

– Jak kobieta w jej stanie może się czuć dobrze? W taki żar – a jeszcze okna do słońca – odezwała się jej matka, Barbara Aleksówna. – Ani żaluzyj, ani markiz. U nas zawsze były markizy.

– Ależ tu cień od dziesiątej godziny – mówiła Marja Pawłówna.

– To też i gorączka z tego, febra z wilgoci – twierdziła Barbara Aleksówna, nie uważając, że te słowa sprzeciwiają się poprzednim. – Mój doktor zawsze mi mówił, że nigdy nie można określić choroby, nie znając charakteru chorej. No, a to pierwszorzędny lekarz i zna się. Bierze od nas sto rubli. Nieboszczyk śmiał się z doktorów, ale mnie niczego nie żałował.

– Jakże mężczyzna może żałować czegoś dla kobiety, kiedy i jej życie i dziecka, zależy może od...

– Ba, jak jest z czego, to żona nie zależy od męża. Dobra żona będzie i posłuszna – rzuciła Barbara Aleksówna – tylko Liza jeszcze za słaba po swojej chorobie.

– Ależ nie, mamo, doskonale, mi. Co to? Nie podali mamie przegotowanej śmietanki?

– Nie, nie trzeba. Wypiję i z surową.

– Pytałam się Barbary Aleksówny, nie chciała – usprawiedliwiała się Marja Pawłówna.

– Bo nie mam ochoty dzisiaj. I jakby chcąc przerwać niemiłą rozmowę i wspaniałomyślnie ustępując, Barbara Aleksówna zwróciła się do Eugenjusza.

– A co, rozsypaliście fosforyty?

Liza pobiegła po śmietankę.

– Ależ ja nie chcę, nie trzeba.

– Liza, wolno – wołała Marja Pawłówna. – Jeszcze jej zaszkodzi to bieganie.

– Nic jej nie zaszkodzi, kiedy w duszy będzie miała spokój – odezwała się Barbara Aleksówna, jakby robiąc jakąś aluzję, chociaż wiedziała sama, że słowa jej są bezpodstawne.

Liza wróciła ze śmietanką. Eugenjusz pił swoją kawę i przysłuchiwał się ponuro rozmowie. Przywykł już do tego, ale dziś drażniła go bezmyślność tej paplaniny. Chciało mu się pomyśleć nad tem, co zaszło a to skrzeczenie przeszkadzało mu. Barbara Aleksówna wypiwszy kawę, również odeszła nie w humorze. Pozostali we troje. Rozmowa toczyła się teraz prosta i miła. Ale Liza spostrzegła natychmiast, że Eugenjuszowi coś jest i zapytała go, czy się nie stało co złego. On, nieprzygotowany na to pytanie, trochę zawahał się z odpowiedzią. To jeszcze bardziej zastanowiło Lizę. Ze mu coś ciężyło na duszy i bardzo, to było widoczne – ale co? Nie chcał mówić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?