Zbawiciel

Tekst
Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jak to? – Piotr podniósł wzrok. – Kazała ci to usunąć?

– No właśnie. – Paulina skinęła głową. – Według niej mamy jedynie informować o inwestycjach, a nie zajmować się komentowaniem.

– Hmm… – Piotr wpisał w wyszukiwarkę kilka słów i po chwili skupił się na czytaniu jednego z pierwszych artykułów, które pojawiły się na stronie.

– No to chyba mamy odpowiedź – mruknął cicho, nadal pogrążony w lekturze felietonu na jakimś warszawskim portalu.

– Jaką odpowiedź? – Paulina, która zdążyła się skupić na pracy, podniosła głowę zdezorientowana.

– Na temat twojej awantury z drzewami. Czytam właśnie artykuł Przeworskiej pod tytułem „Mitologia globalnego ocieplenia”. Nie uwierzysz, co ona tu wypisuje.

– Nie wiem, czy w ogóle chcę to wiedzieć. – Paulina westchnęła, spojrzawszy z rezygnacją w kierunku aneksu naczelnej.

– Posłuchaj tylko tego. – Piotr podniósł na moment głowę, a następnie ze wzrokiem wbitym w ekran zaczął czytać. – „Tak zwane globalne ocieplenie stało się obecnie dla niektórych lewicujących dziennikarzy oraz środowisk związanych z szeroko pojętą ekologią tym, czym dla prasy brukowej w latach dziewięćdziesiątych był zbliżający się koniec świata w roku dwutysięcznym…”

Piotr rzucił Paulinie porozumiewawcze spojrzenie.

Paulina przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa.

– A gdzie ona to puściła?

– No jak gdzie? – Piotr ściszył głos. – U nas, tylko w wydaniu warszawskim. Na szczęście w takim cyklu artykułów, które prezentowały dwa odmienne zdania na ten sam temat.

– No to może napisała to, wiesz… – Paulina wzruszyła ramionami. – Bo ktoś musiał napisać.

– Oportunistka. To jeszcze gorzej o niej świadczy. Ale słuchaj tylko dalej. – Piotr ponownie spojrzał w ekran. – „Globalne ocieplenie stało się wciąż powtarzanym dogmatem, za którym, wbrew pozorom, wcale nie opowiadają się wszystkie bez wyjątku gremia naukowe. Wprost przeciwnie. Wiele środowisk naukowych podkreśla, że okresy ocieplenia klimatu przeplatają się z epokami chłodu i jest to cykl, który powtarza się na planecie od miliardów lat…”

– Szczerze mówiąc, trudno mi to zweryfikować. – Paulina odetchnęła głęboko. – Nie znam się na tym. Nigdy też nie robiłam na ten temat żadnego poważnego researchu.

– Ale ja tak – mruknął Piotr. – Ona tu się powołuje w dalszej części, jak oczywiście wszyscy płaskoziemcy i antyszczepionkowcy tudzież im podobni, na broszurę Komitetu Nauk Geologicznych PAN z dwa tysiące dziewiątego roku oraz na tak zwane badania amerykańskiego Heartland Institute z Arlington Heights w Illinois.

– Boże, skąd ty wiesz takie rzeczy? – Paulina patrzyła zdumiona na Piotra. – Dlaczego ja o czymś takim nie wiem?

– Ale czym jest globalne ocieplenie w ogóle chyba wiesz?

– Tak, cwaniaczku. – Paulina uśmiechnęła się cierpko do kolegi. – Nawet przeczytałam ostatni raport ONZ dotyczący ocieplenia klimatu[1]. O tym, że uzgodnione w dwa tysiące piętnastym Porozumienie Paryskie o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla może być niewystarczające, bo zmiany klimatu następują zbyt szybko.

– No właśnie. – Piotr zmarkotniał. – A wiesz, co Przeworska napisała o tych raportach ONZ? – Piotr parsknął. – „ONZ-owską komórkę stworzono wyłącznie po to, żeby dostarczyć dowodów, że działania człowieka są główną przyczyną globalnego ocieplenia. Z pominięciem wszystkich alternatywnych hipotez wyjaśniających przyczyny…”

– I to my piszemy takie rzeczy? – Paulina z niedowierzaniem spojrzała na Piotra. – Może w międzyczasie Solorz nas wykupił i jeszcze o tym nie wiemy?

– Na przykład. Ale jest też możliwe, że tak, jak powiedziałaś, ona napisała to po prostu dlatego, żeby zademonstrować inny punkt widzenia. Chociaż, prawdę mówiąc… – Piotr popatrzył z powątpiewaniem na ekran – …jakoś w to nie wierzę.

– O co chodzi z tym komitetem nauk geologicznych i tym czymś drugim?

– W dwa tysiące dziewiątym Komitet Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk wydał kuriozalny dokument, którym wywołał skandal. Generalnie, nie opierając się w ogóle na jakichkolwiek badaniach, stwierdzili tam, że zmiany stężenia dwutlenku węgla w atmosferze nie mają nic wspólnego z człowiekiem, a okresy ocieplenia i lodowaceń są naturalnymi procesami naszej planety, na które człowiek nie ma żadnego wpływu. – Piotr spojrzał na Paulinę i podniósł znacząco brwi. – Jednym z argumentów było na przykład to, że w czwartorzędzie człowieka w ogóle nie było, a w atmosferze mimo to nastąpił wzrost zawartości dwutlenku węgla.

– No i? – Paulina patrzyła na Piotra, czekając na jakąś konstatację. – Teoretycznie brzmi sensownie.

– W trakcie ocieplania się klimatu w czwartorzędzie temperatura, owszem, rosła, ale dopiero potem następowała koncentracja gazów cieplarnianych na skutek parowania wód powierzchniowych. Natomiast dzisiaj wzrost ilości gazów cieplarnianych związany jest głównie z emisją zanieczyszczeń ze spalania paliw kopalnych. A mimo że zwiększa się temperatura wód oceanów, ilość rozpuszczonego w nich dwutlenku węgla rośnie zamiast spadać.

Paulina patrzyła na Piotra zdumiona. Właśnie chyba odkryła jedno z jego zainteresowań. Jakoś wcześniej nigdy się z tym nie zdradził, pomijając awanturę z Ulką.

– Albo inny argument. – Piotr stuknął w klawiaturę, otwierając jakiś dokument. – Zdaniem tych ćwoków klimat Ziemi kształtowany jest przez wzajemne oddziaływanie jej powierzchni i atmosfery, które są ogrzewane przez promieniowanie słoneczne o cyklicznym natężeniu…

– No to chyba akurat prawda – wtrąciła Paulina.

– Niby tak – przytaknął Piotr. – Klimatem rządzi wiele czynników, ale akurat zgodnie z tym, co oni napisali, wszystko obecnie powinno wyglądać odwrotnie. Od dłuższego czasu te naturalne czynniki działają akurat na rzecz ochłodzenia klimatu, a nie ocieplenia. Tym bardziej globalne ocieplenie jest niezrozumiałe i to najlepszy dowód na to, że jest wywołane sztucznie.

– Co to znaczy, że te czynniki działają na rzecz ochłodzenia? – Paulina zmarszczyła brwi, jednocześnie szukając w Google dokumentu geologów z PAN, o którym mówił Piotr. Obiecała sobie w duchu poczytać więcej na ten temat.

– Na przykład w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, w których klimat gwałtownie się ocieplił, aktywność Słońca akurat malała. Podobnie prądy oceaniczne były w fazach, które powodowały obniżenie średniej temperatury, tymczasem oceany wciąż się ogrzewają. Koniec końców, przeciwko zapatrywaniu geologów z PAN stanęły wszystkie towarzystwa geologiczne innych krajów, stwierdzając, że jest ono sprzeczne ze stanowiskiem nauki światowej.

Paulina przez chwilę milczała, usiłując poukładać sobie w głowie zasłyszane informacje. Na długiej liście dokumentów, które ukazały się w jej wyszukiwarce, znalazła także ten, o którym akurat rozmawiali.

– A co z tym drugim, o którym mówiłeś? – spytała w końcu. – Ten jakiś amerykański instytut.

– To w ogóle nawet nie ma o czym mówić – stwierdził ze złością Piotr. – Heartland Institute, konserwatywny, libertariański, prawicowy think thank założony praktycznie głównie po to, żeby bronić producentów papierosów. Pseudonaukowe lobby, które skupiało się na podważaniu związku między paleniem tytoniu a rakiem płuc po to, żeby ochronić swoich mocodawców przed wypłatą odszkodowań. Dokładnie tak samo działa obecnie w kwestii klimatu. Według nich zmiany klimatu nie są katastrofalne, a wszelkie działania w celu ich łagodzenia są ekonomicznie nieuzasadnione i stanowią poważne zagrożenie dla systemów gospodarczych.

– Ochrona wielkich korporacji?

– Oczywiście – przytaknął Piotr. – Głównych sprawców zmian klimatycznych.

Paulina spojrzała w stronę oszklonej ściany oddzielającej główną salę redakcji od aneksu naczelnej.

– Dobra, może mieć sobie te płaskoziemcze poglądy, ale co ona ma do drzew?

Piotr westchnął.

– Jak to co? Pan nasz powiedział wszak „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Wszelka ekologia, ochrona gatunków, klimatu czy lasów to grzech przecież.

– Papież ostatnio stwierdził chyba coś wprost przeciwnego.

– Ale papież jest w Watykanie, a tu jest Polska.

Paulina spojrzała na ekran swojego laptopa, na którym wyświetlał się artykuł na temat nowych połączeń drogowych w mieście.

– Czarno widzę moją współpracę z Przeworską.

– Kochaj szefa swego, bo możesz mieć gorszego – powiedział z uśmiechem Piotr. – Tak się zawsze wykłócałaś z Pawłem, a teraz będzie nam go chyba brakowało.

– Zdaje się, że Ulka wyrośnie na nową gwiazdę redakcji. – Paulina spojrzała w kierunku jasnowłosej koleżanki, która właśnie, anielsko uśmiechnięta, wychodziła z biura naczelnej.

– Jakoś te dwa miesiące przecierpimy. – Piotr pozamykał wszystkie pootwierane dokumenty na swoim laptopie. Spod ostatniego wyłonił się nagle otwarty w przeglądarce Windows dziwny szyfr.

Patrzył przez chwilę na monitor, po czym zapisał rysunek w nowo utworzonym katalogu „kwiatki w katedrze” i zamknął.

Ściągnięty godzinę temu do dolnej belki artykuł sponsorowany ponownie ukazał się na ekranie, a Piotr z rezygnacją wbił wzrok w angielski tekst.

Rozdział 7

wtorek 30 lipca

Telefon oderwał Igora od rozmyślań na temat urlopu. Oczywiście siedział ze wzrokiem wlepionym w monitor i teoretycznie pracował, ale w rzeczywistości wpatrywał się kompletnie bezrefleksyjnie w otwarty rysunek, a jego myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Konkretnie w okolicach Bornholmu.

– Igor, czy ty wiesz, że my znowu musimy jechać na kolejne przesłuchanie w Izbie Morskiej? – Głos w telefonie natychmiast go otrzeźwił. – W piątek w dodatku, szesnastego. Nigdy w życiu nie byłam w Czerwonym Ratuszu, a teraz w ciągu dwóch miesięcy będę tam po raz trzeci.

Igor westchnął. Dochodzenie w sprawie tragicznych wydarzeń na promie, na którym zrządzeniem losu znaleźli się jego rodzice, prowadziła szczecińska Izba Morska. Mieściła się w siedzibie starego ratusza, w ogromnym, neogotyckim gmachu z czerwonej cegły, zwanym Czerwonym Ratuszem. Gwoli ścisłości, ratusz był tam jedynie przed wojną, po wojnie znalazły się w nim rozmaite instytucje i organa związane z Urzędem Morskim i Urzędem Żeglugi Śródlądowej.

 

– No co poradzić? – mruknął. – Dochodzenie to dochodzenie.

– Co poradzić?! Nie trzeba było nas tak namawiać na tę poronioną wycieczkę do Szwecji. Mało tego, że tam nie dotarliśmy, to kłopoty będziemy mieć pewnie jeszcze przez pół roku.

Igor orientował się, że podobne postępowania w sprawie wypadków na morzu potrafiły trwać nawet kilka lat, ale o tym wolał matce raczej nie wspominać.

– Ale ja dzwonię do ciebie w sprawie tego wypadku w katedrze. Tam były chyba jakieś roboty, prawda? – zmieniła temat pani Anna Fleming. – Ty nie miałeś przypadkiem z tym nic wspólnego?

– Słucham?! – Igor spojrzał na trzymaną w ręku komórkę. Nigdy by nie pomyślał, że matka mogła go o coś takiego podejrzewać. No dobra… dwa lata temu wmieszał się przypadkowo w pewną katastrofę budowlaną w centrum miasta, ale przecież nic wspólnego z nią nie miał. Tyle tylko, że wlazł, gdzie nie trzeba.

– No nie w sensie, że z wybuchem! – żachnęła się pani Anna. – Już nie rób ze mnie wariatki. Z jakimiś pracami. Przecież tam chyba robią remont, a ty zajmujesz się konserwacją zabytków.

– Mamo. – Igor zamknął oczy. – Nic nigdy w katedrze nie robiłem ani niczego tam nie projektowałem.

– No i chwała Bogu. Przynajmniej jesteś poza wszelkimi podejrzeniami.

– Mamo!

– Oj, wiesz, co mam na myśli.

– No właśnie nie wiem, o czym ty mówisz. Jak zwykle zresztą.

Pani Anna odchrząknęła.

– Jak zwykle to nie można z tobą porozmawiać jak z człowiekiem – powiedziała urażonym tonem. – Córka naszej sąsiadki wychodzi za mąż pod koniec sierpnia. Najwyższy czas. Dwadzieścia dziewięć lat ma dziewczyna. Tylko trochę od ciebie młodsza.

– Mamo… – wtrącił Igor ostrzegawczo.

Rozmowy na temat kandydatek na żonę doprowadzały go do białej gorączki.

– Oj, co mamo, co mamo. Już nie bądź taki wrażliwy. Ślub biorą właśnie w katedrze. No i sąsiadka prosiła mnie, żebym zapytała, czy tam nie odwołają czegoś teraz. Nie wie, czy ma szukać innego kościoła.

– Mamo! – Igor jęknął po raz kolejny. – Skąd ja mam wiedzieć? Niech dzwoni na plebanię. Dlaczego mieliby odwoływać? Że trochę kwiatków im się tam rozsypało?

– Piszą w gazetach, że to był wybuch, prowokacja.

– Pewnie to miał być tylko jakiś żart, à propos ekologizmu, ale media wywołały taką wrzawę, że zrobił się z tego prawie zamach bombowy.

W słuchawce rozległ się cichy sygnał. Ktoś usiłował się z nim połączyć. Igor przymknął oczy z rezygnacją.

Pani Anna głośno westchnęła.

– Jeśli to był żart, to niezbyt mądry. A wiadomo w ogóle, jakie to były kwiaty?

– Słucham?

– No jakie kwiaty? Z jakich kwiatów były te płatki?

Igor przez moment siedział ze wzrokiem wbitym w ścianę.

– Mamo – odezwał się, gdy w końcu do niego dotarło, o co chodzi. – Skąd ja mam to wiedzieć?

– Po prostu jestem ciekawa – westchnęła ponownie pani Anna i zmieniła temat. – Rozumiem, że przyjeżdżasz do nas na weekend, dwudziestego trzeciego sierpnia? Dożynki organizujemy, jak co roku. Mógłbyś w końcu tę Paulinę tutaj przywieźć.

– Mamo, przecież ja dwunastego wyjeżdżam na trzy tygodnie. Mówiłem ci to miesiąc temu.

– Jak mówiłeś? Niczego mi nie mówiłeś. Trzy tygodnie? Na Bornholm?! Znowu morze. Mało było naszego wypadku na promie? Po co los kusić?!

Bornholm był oczywiście zasłoną dymną. Igor wolał nie wprowadzać matki w prawdziwe kulisy ich wyprawy. Gdyby się dowiedziała, że zamierza nurkować w Bałtyku, pewnie spróbowałaby go sądownie ubezwłasnowolnić.

Spojrzał na zegar na ścianie.

– Mamo, muszę kończyć. Robota tu czeka, a poza tym ktoś się do mnie dobija od paru minut i muszę oddzwonić. Pa, pa. – Nie czekając na ewentualne protesty, rozłączył się i sprawdził, kto dzwonił.

Nieznany numer.

Czerwona honda civic zatrzymała się przy krawężniku przed biurowcem, tuż obok Piotra, który szeroko uśmiechnięty zaglądał do wnętrza samochodu.

– Siema, Mati.

– Wskakuj! – Krótko obcięty chłopak z kunsztownie przystrzyżoną brodą skinął głową, wskazując skórzany fotel pasażera.

Piotr wślizgnął się do środka auta, które w chwilę potem z piskiem opon ruszyło.

– Nie wiedziałem, że ta twoja gazeta ma biura w Lastadii – powiedział Mati. Uśmiechnął się i sięgnął do schowka. – Nieźle masz.

– Taa – prychnął Piotr. – Na śmieciówce.

Samochód przemknął pod filarami Trasy Zamkowej, wjechał na plac na Nabrzeżu Starówka, z którego roztaczał się widok na Wały Chrobrego, i zatrzymał się frontem do Odry.

Mati zgasił silnik.

– Tu mam te kwiatki, które spadły w katedrze. Trzymaj, bo potem zapomnę.

Piotr chwycił małą przezroczystą torebeczkę i podniósł ją do góry, z zaciekawieniem przyglądając się zawartości.

– A te kartki?

– Też tam są, potrząśnij.

Piotr zakręcił torebeczką i w gąszczu kolorowych, wyschniętych już płatków ukazała się malutka, przycięta na kształt prostokąta karteczka.

– Wyglądamy, jakbym ci sprzedawał narkotyki. – Mati zarechotał.

– No – mruknął Piotr, wyciągając ostrożnie kartkę palcami.

– Nic tam więcej niż na skanie nie ma.

– Jak to w ogóle wyglądało? – Piotr podniósł kartkę pod światło. – Gdzie był ten ładunek? Pod sklepieniem?

Mati pokręcił głową.

– My siedzieliśmy z tyłu, więc jak rozległ się wystrzał, to od razu zadarłem głowę. To musiało być przymocowane do łańcucha żyrandola.

– A ja myślałem, że może było umieszczone w samym sklepieniu.

– Coś ty. Żyrandole, żeby zmienić żarówki, są opuszczane mechanicznie. Najczęściej taki automacik stoi na strychu i uruchamia się go pilotem. Lampa zjeżdża, samoczynnie odłącza się zasilanie i można wymieniać żarówki albo wyszorować żyrandol. Ten automat podnosi ciężar do pół tony.

– Hmm. – Piotr włożył kartkę do woreczka. – A nie rozglądałeś się? Jak to był jakiś challenge, to jego autorzy mogli być gdzieś tam ukryci.

– Gdyby to był challenge, już by to było w necie.

– Początkowo myślałem, że to prowokacja związana z ekologią.

– Wszyscy tak myśleli, z tego, co widziałem w mediach – potwierdził Mati.

– Że to ktoś z tych ruchów miejskich, wiesz, Nowy Szczecin czy Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, ale oni by się do czegoś takiego raczej nie posunęli.

– A może właśnie tak, ale zrobiła się z tego taka afera, że teraz siedzą cicho. – Mati pogłaskał się po brodzie. – Dlatego na YouTube nic nie trafiło.

– Za to trafiły prywatne filmy, ze dwa. Ktoś z widowni nakręcił, tak jak ty. – Piotr spojrzał na kolegę. – Mogę w ogóle wykorzystać ten film, jakby co?

– Jasne! – Mati się roześmiał. – Będę się chwalił, że to moje, jeśli pojawi się na waszym portalu.

– No to super! – Piotr schował woreczek do kieszeni. – Dobra, przepraszam, ale muszę spadać. Mamy nową szefową, mówiłem ci. Zołza straszna.

– Na sobotę jesteśmy umówieni, pamiętasz? Aktualne?

– Jasne.

Honda warknęła i zawróciła, zostawiając na szutrowej nawierzchni ślady opon.

Igor patrzył przez dłuższą chwilę na nieznany numer, usiłując skojarzyć ciąg cyfr. Pewnie jakiś przedstawiciel handlowy. Od posadzek, izolacji albo czegoś tam.

Przyszło mu na myśl, że równie dobrze mógł to być ktoś z urzędu, czasami dzwonili z komórek. Generalnie wolał nie oddzwaniać na niezapisane numery. W dziewięciu na dziesięć przypadków oznaczało to kłopoty.

Zanim jednak zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości tekstowej.

„Dzień dobry. Daniel Ratajczak, menadżer projektu z Doclands Developer. Mam pana numer od pana Krzysztofa Zawiłły ze szczecińskiego ratusza. Proszę o telefon”.

– O masz. – Igor mruknął pod nosem i dotknął ekranu komórki.

Po trzecim sygnale odezwał się zaskakująco wysoki męski głos.

– Dziękuję, że pan tak szybko oddzwania. Daniel Ratajczak, dzwonię w sprawie kontraktu na Lastadii w Szczecinie.

– Łasztowni – poprawił odruchowo Igor.

– Tak, właśnie. Niezależnie od kłopotów, które tam mamy, o których pan już zapewne słyszał, to niestety i tak musimy zrobić tę inwentaryzację i badania. Jeśli jest pan nadal zainteresowany, to chciałbym się z panem spotkać. Będę jutro w Szczecinie. Mam się zobaczyć z wykonawcą robót. Może być około dziesiątej? O dziewiątej mam spotkanie z tym wykonawcą, więc wie pan…

Igor nie przerywał słowotoku faceta, grzebał jednocześnie w papierach na biurku, w których gdzieś zanotował sobie godzinę jutrzejszego spotkania z rzeczoznawcą do spraw sanepidu. W końcu wyrwana z notatnika kartka wpadła mu w ręce. Dwunasta. No to może się spotkać z tym gościem.

– Oczywiście – powiedział, przesuwając papiery. – O dziesiątej może być. Gdzie pan proponuje?

– Zatrzymam się w Radisson Blu przy placu Rodła. Z wykonawcą jestem umówiony w restauracji na dole. Wie pan, gdzie to jest?

– Oczywiście – potwierdził Igor, zastanawiając się jednocześnie, gdzie on tam, do diabła, zaparkuje. Na szczęście tuż obok był parking galerii Galaxy. Tajemnicą poliszynela było, że wszyscy załatwiający sprawy w promieniu kilometra tam właśnie zostawiali samochody.

– Super. To do zobaczenia.

Igor odłożył telefon na stół i spojrzał w kalendarz.

Robota szykowała się dokładnie na czas jego nieobecności w Szczecinie.

Wszystko zawsze musi być pod górę.

Piotr wpadł do głównej sali redakcji i udając, że wraca z kuchni, wślizgnął się na swoje miejsce i schował za monitorem. Spojrzał w kierunku aneksu naczelnej i zamknął swój artykuł sponsorowany, który cały czas tutaj na niego czekał. Od wczoraj był już skończony. O dziwo, Przeworska nie miała żadnych specjalnych uwag, poza jedną, żeby mocniej wypunktował nazwę firmy, której produkt sponsorowali.

Dyskretnie wyciągnął przezroczystą ofertówkę i przesypał do niej garść płatków, które dostał od Matiego. Położył ją na biurku i sięgnął po swój laptop.

Cały poniedziałkowy wieczór spędził na grzebaniu w necie i szukaniu jakiegoś sposobu złamania szyfru z tajemniczej karteczki z katedry. Oczywiście cały czas miał z tyłu głowy podejrzenie, że to kompletna bzdura i że dał się właśnie wpuścić w maliny. Jacyś dowcipnisie wrzucili do worka przypadkowo pocięty papier, a on doszukuje się w tym Bóg wie jakiego znaczenia.

Ale jednak kartek w samym tylko woreczku, który przyniósł Mati, było pięć. I na wszystkich był dokładnie taki sam wzorek. Już nawet przeszło mu przez myśl, że to może być jakiś własnoręcznie zrobiony papier pakowy z powtarzającym się motywem, który został pocięty na kawałki, ale wtedy te znaki nie wszędzie przecież ułożyłyby się tak równo. Gdzieś wypadłyby odcięte fragmenty. Tymczasem tutaj miał pięć kawałków i na każdym z nich był na środku dokładnie ten sam motyw.

Spojrzał na ofertówkę.

Wewnątrz było mnóstwo różnej wielkości kolorowych płatków. Może to była jakaś podpowiedź? Nawet zakładając, że ci żartownisie chcieli urządzić po prostu mały prześmiewczy happening w nawiązaniu do głośnych już słów pewnego arcybiskupa, który ochronę praw zwierząt i starania o ochronę środowiska naturalnego nazwał niebezpiecznym ekologizmem, przypominając, że to człowiek jest koroną stworzenia i ma czynić sobie ziemię poddaną, to chyba musieli mieć coś na myśli, wpychając do worka te dziwne znaki i płatki kwiatów.

Co znaczą płatki kwiatów? Symbolicznie?

Piotr wpisał hasło w wyszukiwarkę i po chwili patrzył na ciągnący się bez końca spis różnych stron, najczęściej z jakimiś horoskopami, przepowiedniami czy wróżbami weselnymi.

Otworzył jedną ze stron, która budziła największe nadzieje na merytoryczną zawartość.

Kwiaty w dziejach ludzkości i przez różne religie postrzegane były jako jeden z najpiękniejszych darów dla ludzi od bogów. Na przykład lilie w średniowiecznej Europie stały się heraldycznym symbolem majestatu, trafiły do herbów królów i wielkich rodów magnackich. W starożytnej Grecji wierzono natomiast, że lilie są kroplami mleka z piersi Hery, żony Zeusa.

Gladiolusy, czyli w miarę pospolite obecnie mieczyki, swoją nazwę zawdzięczają łacińskiemu słowu gladius, które oznacza miecz. Średniowieczni rycerze używali ich jako talizmanu, który noszony w srebrnych wisiorach na piersiach miał chronić ich w walce.

Róże znane były już w starożytnej Mezopotamii i Egipcie, chociaż ich botaniczne pochodzenie wiąże się z Azją. Egipcjanie róże utożsamiali z boginią Izydą. Grecy poświęcali je bogini miłości Afrodycie. W starożytnym Rzymie róża była tak popularna, że Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej poświęcił jej całkiem spory fragment.

 

Znana jest półlegendarna opowieść o jednej z uczt, którą urządził młody cesarz rzymski Marek Aureliusz Antoniusz, zwany Heliogabalem. Szalony władca słynął z publicznych orgii, na których wpuszczał na salę dzikie zwierzęta lub kazał jeść gościom potrawy z drewna. W czasie jednej z takich uczt na zgromadzonych biesiadników wysypano ogromne ilości płatków czerwonych róż. Kwiatów było tak wiele, że uczestnicy orgii w nich się podusili.

Piotr podniósł wzrok i spojrzał z namysłem na leżący obok woreczek z kolorowymi skrawkami. Nie znał się w ogóle na kwiatach. Nawet jeśli byłyby tutaj płatki róż, to i tak pewnie nie potrafiłby ich rozpoznać.

Pochylił głowę i udając skupionego na pracy, wrócił do czytania, jednocześnie notując sobie co ciekawsze zagadnienia i własne komentarze.

Kwiaty miały też symbolikę chrześcijańską. Konwalia na przykład według średniowiecznych pieśni powstała z łez wygnanej z raju Ewy. W średniowieczu konwalia symbolizowała wiedzę, zwłaszcza medyczną, a że jej olejki eteryczne są trujące, była też wykorzystywana w okultyzmie jako składnik różnych magicznych napojów.

Piotr uniósł brwi.

Ezoteryzm, czarna magia, biblia diabła.

Kwiaty, ich płatki, olejki były przecież używane w zielarstwie. Czarownice, medycyna ludowa w oczywisty sposób łączą się z Kościołem. I to w bardzo złowrogi sposób.

Ale czy to mogło mieć jakieś znaczenie? To chyba jednak zbyt daleko posunięte skojarzenia.

Już prędzej ruch hippisowski. Dzieci kwiaty. Kontestacja, bunt młodych przeciwko światu dorosłych.

Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

Zaraz…

Jakie oni mieli hasło? „Dosyć słów, teraz czyny”.

Piotr zaklął pod nosem. No bez jaj. To rzeczywiście tak się kojarzy.

Tylko czekać, jak tym tropem pójdą jakieś pismaki z różnych prawicowych brukowców.

– Piotruś! Co ty właściwie robisz?

Pytanie Pauliny wyrwało go z zamyślenia. W dodatku okazało się, że tak się skoncentrował na tych kwiatowych dywagacjach, że gapił się w okno.

– W sumie to nic – mruknął. – Skończyłem już te dwa sponsorowane gówna. Przeworska nie miała specjalnych uwag.

– To musisz mi pomóc w takim razie – jęknęła Paulina. – Czy ty wiesz, co ta larwa wepchnęła mi na przyszły tydzień?

Piotr pokręcił głową.

– Żeby iść tropem tego artykułu o budowie parkingu i przygotować duży tekst o wszystkich nowych inwestycjach drogowych w Szczecinie.

– O ja pierdolę!

– No właśnie. Powiedz, czy to nie jest małpia złośliwość? – Paulina zacisnęła zęby. – Przy okazji każdej z tych zasranych modernizacji, dzięki którym, wyjeżdżając z miasta w jakimkolwiek kierunku, godzinami stoi się teraz w korkach, są przewidziane gigantyczne wycinki. Razem to tysiące drzew. Zdążyłam policzyć. Celowo mi to dała! Już w ogóle pomijam, że na czwartek za tydzień to cholernie mało czasu.

– To co mam zrobić?

– Wejdź na stronę miasta albo zarządu dróg i poszukaj jakichś zestawień inwestycji drogowych. Tam muszą być gdzieś podane ich parametry. Ceny, udział funduszów europejskich i tak dalej. Ogólniki i różne inne dane to już tutaj sama sobie wypunktowałam. Brakuje mi tylko takiego silnie merytorycznego wsparcia.

Piotr westchnął. Pozamykał strony mówiące o symbolice kwiatów i wepchnął torebkę z płatkami do swojego plecaka.

Z rezygnacją otworzył stronę urzędu miasta i pochylił się nad ekranem.

Bulwar Piastowski powoli rozbłyskiwał światłami wieczoru. Najpierw były to długie, złote i czerwone refleksy ostatnich promieni zachodzącego słońca, a od kilkunastu minut, gdy zapaliły się latarnie – jasne kręgi światła padające na kamienną nawierzchnię alei Żeglarzy. Tuż obok na wysokich betonowych postumentach połyskiwały marynistyczne rzeźby przedstawiające przyrządy nawigacyjne – sekstant, astrolabium i chronometr. Nad nimi długą podświetloną wstęgą płynęła Trasa Zamkowa.

Paulina siedziała obok Igora na ławce, wpatrywała się w migotliwie iskrzące się świetlne refleksy na wodzie i słuchała, jak mówił o umowie na projekt, który miał być zrobiony podczas ich nieobecności w Szczecinie.

– Znowu napytasz sobie biedy – podsumowała.

– To tylko inwentaryzacja i program prac konserwatorskich. I tak nie robiłbym tego sam.

– Ale mimo wszystko. Jak twoi ludzie zrobią coś źle, a ciebie nie będzie na miejscu, to znowu skończy się awanturą i kolejny raz twój prawnik, jak mu tam…

– Lorenz. Bartek Lorenz.

– Właśnie on… będzie musiał wyciągać cię z kłopotów.

– Od tego go mam.

– Ale sprawa z tym zaginionym facetem to niezła draka.

– No – przytaknął Igor. – W głowie się nie mieści.

– On tak szybko się nie pojawi w rejestrach osób zaginionych. – Paulina patrzyła zamyślona na Trasę Zamkową, z której dochodził szum przejeżdżających samochodów. – Policja pewnie przez dłuższy czas będzie sprawdzała, czy nie uciekł z kochanką albo czy nie zwiał z kraju, w końcu miał kłopoty. Może pod wpływem impulsu podjął jakąś desperacką decyzję.

– Wydawało mi się, że z Moniką im się dobrze układa.

– Tego nigdy nie wiesz.

– A co to ma niby znaczyć? – Igor uśmiechnął się pod nosem i sięgnął do stojącej pomiędzy nimi torby po kolejną frytkę z batatów.

– Nie łap mnie za słówka – powiedziała i westchnęła ciężko. – Ta nowa baba u nas w redakcji mnie wykończy. Nie wyobrażam sobie, jak wytrzymam z nią całe dwa miesiące.

– A tak narzekałaś na Pawła – przypomniał jej Igor.

– Ja nie wiem – zmieszała się Paulina. – Wszyscy mi to powtarzają. Z Pawłem też pewnie bym się musiała wykłócać o te wycinki drzew, ale cokolwiek by o nim mówić, to niezależnie od swoich prawicowych poglądów potrafi zachować neutralność.

Przez chwilę milczeli, sięgając co chwila po frytkę.

– Zdążysz napisać artykuł przed wyjazdem?

– Zwariowałeś?! Ja go muszę oddać we wtorek! Chcę to skończyć jak najszybciej, bo nie mogę już tego znieść! Miasto wycina drzewa pod każdym najmniejszym nawet pretekstem. Osiemnaście starych lip w samym centrum, czterdzieści dwa stare drzewa na Wojska Polskiego, trzysta na Głębokim, siedemset na budowanej drodze do Wołczkowa, osiemset już wycięto na budowanej obwodnicy śródmiejskiej.

– Do tego dochodzą setki drzew unicestwionych pod mieszkaniówkę przez TBS-y i deweloperów prywatnych. Nie mówiąc o hektarach lasów wyrżniętych pod S3 czy o wyciętej w pień Puszczy Bukowej.

– Już sama nie wiem, co myśleć, bo jak czytam wypowiedzi różnych urzędasów, to okazuje się, że to wszystko jest niezbędne i potrzebne.

– Paulina… – jęknął Igor. – Wiesz, jak wyglądają tak naprawdę takie decyzje? Najczęściej chodzi oczywiście o bezpieczeństwo.

– Bezpieczeństwo? – Paulina przez moment myślała, że Igor zmienił temat.

– To słowo wytrych. Tego argumentu w naszym mieście, a właściwie w całym naszym chorym kraju nie przetrwa żadne, nawet najcenniejsze, drzewo. Wystarczy jakaś gówniana ekspertyzka, że część gałęzi obumarła i susz się sypie na mamusie i wózki z dziećmi. Sądzę, że dęby rogalińskie też dałoby się z pomocą tej argumentacji usunąć. – Igor ciężko westchnął. – Albo to wycinanie w centrum miasta starych drzew i zastępowanie ich magnoliami, wiśniami japońskimi czy głogiem…

– Przecież takie decyzje podejmują projektanci, architekci zieleni, a nie urzędnicy.

– W cywilizowanych krajach może i tak. U nas jest po polsku. Przecież kierowniczka wydziału z wykształceniem ekonomicznym wie lepiej, jak ma wyglądać gospodarka zielenią, prawda?

– A kierownik to niby nie, mizoginie?

Igor kiwnął zgodnie głową.

– Racja. To niech będzie mężczyzna. Przykładowo ksiądz… Kilka lat temu robiłem projekt remontu pewnego kościoła w pewnym miasteczku tuż obok Szczecina, wraz z zagospodarowaniem terenu wokół. Rosło tam wiele pięknych starych lip i dębów. Konieczność sprzątania opadłych liści jest jak wiadomo jednym z największych utrapień Polaka katolika, dlatego notabene wszędzie sadzi tuje Szmaragd. Któregoś dnia dostałem tajemniczy telefon z urzędu.

– Z urzędu? I czego chcieli? – Paulina sięgnęła ponownie do torby, patrząc z ciekawością na Igora.

– Najpierw pewien miły pan, którego tożsamości ci nie zdradzę, powiedział, że dzwoni nieformalnie i prosi o traktowanie tej rozmowy wyłącznie jako sugestii, absolutnie nie jako urzędowych wytycznych. Zaproponował, żeby całość tak zaprojektować, żeby dało się uzasadnić usunięcie wszystkich zaśmiecających teren przykościelny drzew. A oni już dadzą zgodę na wycinkę.

– Żartujesz? – Paulina pokręciła głową z niedowierzaniem.