Zbawiciel

Tekst
Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

poniedziałek 22 lipca

Igor Fleming przeciągnął się i chwycił kubek z herbatą. Praca w domu – gdy ma się do zrobienia zamknięty etap projektu, który nie wymaga konsultacji z branżystami, wizyt w urzędach, negocjacji z rzeczoznawcami – miała ten plus, że nie marnowało się czasu na komunikację. Przemieszczanie się pomiędzy domem a biurem pochłaniało mnóstwo czasu, a wliczając w to jeszcze golenie się, ubieranie, śniadanie jakieś, a potem w pracowni rozmowę z kolegami na temat tego czy owego, autentyczną pracę zaczynało się koło dziesiątej.

Zostając w domu, mógł sobie darować golenie, śniadanie jadł przy komputerze i odpadało przedzieranie się przez miasto i parkowanie, no i stanie w korkach.

Wypił łyk gorącej herbaty i spojrzał z zadowoleniem na ekran komputera. Nie było jeszcze dziewiątej, a już miał za sobą spory kawał roboty przy projekcie nowego domu na obrzeżach Szczecina.

Na ścianie obok stołu wisiała kartka ze spisem projektów do zrobienia oraz datami poszczególnych etapów, które musiał wykonać, żeby jako tako zmieścić się w terminach. Spojrzał na nią z niechęcią i od razu zwarzył mu się humor.

Projekt zagospodarowania terenu remontowanej szkoły, koncepcja domu pod Szczecinem i przede wszystkim rozgrzebany projekt apartamentowca w jednej z północnych dzielnic miasta to były rzeczy najpilniejsze, ale oprócz nich kilka innych mniejszych także trzeba było uwzględnić, żeby znowu wszystko się nie poopóźniało i nie rozjechało w czasie.

Na samym końcu listy widniał punkt dopisany jakiś miesiąc temu – „inw. i bad. kons. sp. – ok. 10.07”.

Igor potarł brodę i odstawił kubek na stół. Co to do diabła było? Sp.? Inw. to była oczywiście inwentaryzacja, ale pozostałe? Co on mógł mieć na myśli?

Pewnie znowu rozmawiał z kimś przez telefon, jakieś niekonkretne ustalenia, ktoś coś chciał, a Igor oderwany od pracy, zdekoncentrowany, zanotował to tak, że teraz za cholerę nie mógł dojść, o co chodziło.

Sp.? Co to mogło być, na miłość boską?

Spojrzał na wiszący obok upiornej listy obowiązków kalendarz. Za dwa tygodnie do Szczecina miała przyjechać cała londyńska obsada pewnej spółki Sedinum Exploration, której był udziałowcem, co utrzymywał w tajemnicy nawet przed swoimi rodzicami. Bał się pomyśleć, co zrobiłaby matka, gdyby wszystko wyszło na jaw. Tak czy siak, za trzy tygodnie zaczynał się jego trzytygodniowy urlop. Do tego czasu musiał, ale to absolutnie musiał uporać się z najważniejszymi problemami projektowymi i porozdzielać pracę w firmie tak, żeby przez trzy tygodnie robota posunęła się do przodu i żeby jak wróci do Szczecina, nie rzucili mu się do gardła wściekli klienci.

Zwłaszcza że cały praktycznie czerwiec spędził w Londynie i w Kopenhadze, biorąc udział w załatwianiu spraw, które prawdopodobnie były wstępem do największej przygody jego życia.

Ze Szczecina mieli wypłynąć 12 sierpnia, a wcześniej londyńscy przyjaciele chcieli w końcu obejrzeć Szczecin. Przygotowywali się więc z Pauliną na kilka fajnie spędzonych wieczorów. Natomiast to, co miało nastąpić później, w dalszym ciągu wydawało mu się kompletną abstrakcją.

Wciąż trudno było mu uwierzyć, że to wszystko rzeczywiście się dzieje. Gdy w zeszłym roku, podczas nurkowania w Bałtyku – które notabene było jego pierwszym schodzeniem pod wodę na otwartym morzu – w wyniku wielu mniej lub bardziej przypadkowych wydarzeń odkryli wrak żaglowca z piętnastego wieku, miał wrażenie, że to mu się przyśniło. Miesiące załatwiania formalności, uzyskiwania pozwoleń od duńskich władz, zakładanie spółki eksploracyjnej, rozmowy z prawnikami. I w końcu się stało!

Wyprawa rozpoczynająca się 12 sierpnia roku Pańskiego bieżącego, zorganizowana za pieniądze jego bogatych londyńskich przyjaciół, stawała się faktem. Stawką był trudny do oszacowania pod względem wartości ładunek średniowiecznego okrętu, ale przede wszystkim nieprawdopodobna przygoda, która czekała ich już za chwilę.

Prawdę powiedziawszy, od trzech lat, dzięki znajomości z Pauliną, dziennikarką, która miała wrodzony dar wplątywania się przy okazji każdego kolejnego artykułu w nieprawdopodobne tarapaty, przygód mu wprawdzie nie brakowało, ale wrak, jakkolwiek to brzmiało, ze skarbami, a przynajmniej z jakimiś historycznymi artefaktami, to była przygoda przez największe P.

W czerwcu także, jeśli już pozostajemy przy przygodach, ominęła go potworna awantura z wypadkiem promu, którym akurat płynęli do Szwecji jego rodzice. Za tymi wydarzeniami do tej pory jeszcze ciągnęły się przesłuchania i rozmaite czynności śledcze, za które średnio raz w tygodniu, telefonicznie, matka oskarżała jego, bo to on przecież namówił ich na wakacyjny wyjazd do mieszkającej w Szwecji swojej siostry, a ich córki.

Westchnął, przejechał myszką wzdłuż listy katalogów i otworzył ten z projektem zagospodarowania terenu szkoły. Plątanina kresek jedynie dla wtajemniczonych była koncepcją dróżek i ścieżek wokół projektowanego budynku.

Prawie jednocześnie przypomniał sobie o tajemniczym skrócie na kartce obok monitora.

„Bad. kons.” to mogły być badania konserwatorskie. Zaraz, z kim on gadał ostatnio na temat tych badań? Jakieś dwa tygodnie temu ustalał cenę. Sp?

O kurde!

Igor zamarł ze wzrokiem wbitym w przyklejoną taśmą do ściany kartkę.

Cholerne spichlerze na Łasztowni! No oczywiście! Na prośbę kolegi obiecał, że zajmie się tym w połowie lipca. 10.07, no przecież! Szymon Rogala, znajomy wykonawca, który akurat je odkopywał. Fundamenty znaczy po nich, bo tyle tylko zostało.

Pomijając wszystko inne, temat był niezwykle ciekawy. Inwentaryzacja pozostałości renesansowych, legendarnych szczecińskich spichlerzy w każdym innym czasie byłaby absolutną przyjemnością, a nie pracą, ale teraz, biorąc pod uwagę to wszystko, co miał na głowie, spichlerze stanowiły kolejny problem.

Złapał się znowu na tym, że jest tak zaganiany, że nawet urlop i udział w poszukiwaniach wraku zaczynają mu się jawić jako jeszcze jeden kłopot, przeszkoda na drodze do świętego spokoju. Pokręcił głową, odpędzając od siebie te myśli.

Czy on obiecał Rogali, że zacznie robić te pomiary dziesiątego, czy Rogala miał mu dać znać, jak już będzie gotowy z wykopami? Nie pamiętał.

A co jeśli już od dziesięciu dni leci termin?

W dodatku wziął przecież zaliczkę. Trzydzieści procent, Rogala przelał mu pieniądze na konto.

Ożeż… Cholera jasna!

Igor spojrzał na komórkę. Lepiej się upewnić. Wprawdzie jak usłyszy przez telefon pytanie, czy już kończy, to chyba szlag go trafi, ale nie miał wyjścia.

Westchnął, sięgnął po telefon i wybrał numer kolegi.

Po sześciu sygnałach przerwał połączenie i przez chwilę trzymał telefon, ważąc go w dłoni.

Może niepotrzebnie się denerwuje. W końcu żadnej umowy na tę robotę nie ma. Niczego nie podpisał, a Rogala nawet się do niego nie odezwał. Zwróci mu po prostu te trzy koła. Na szczęście miał pieniądze na koncie.

Chciał odłożyć komórkę na blat, ale się zatrzymał.

Jak tego nie wyjaśni, to będzie się teraz denerwował bez końca i koncentrację nad projektem szlag trafi.

Pamiętał, że Rogala był tylko podwykonawcą, a generalnym wykonawcą robót była spora firma z Poznania, która powstała na potrzeby tego tematu.

Doclands Developer!

Pochylił się nad klawiaturą i po chwili znalazł stronę poznańskiego dewelopera. Numer kontaktowy także tam był i Igor już sięgał po telefon, ale znowu się zawahał.

Czy może tak gadać z kimś za plecami kolegi? I o co zapyta? Czy prace odkrywkowe już się zakończyły? Dzwoniąc do Poznania, żeby zapytać, co się dzieje na budowie kilka przecznic dalej, narobi Szymonowi obciachu, ale i sam wyjdzie na idiotę.

Wybrał ponownie numer Rogali i poczekał tym razem, aż uruchomiła się poczta głosowa.

– Cześć, tu Fleming. Dzwonię w sprawie inwentaryzacji na Łasztowni. Oddzwoń, jak będziesz mógł. Na razie.

Rzucił telefon na stół i z poczuciem, że zrobił wszystko, co można było zrobić w tej sytuacji, wrócił do pracy.

Godzinę później, gdy plątanina kolorowych linii na ekranie wzbogaciła się o barwne sztrafy, określające rodzaj projektowanych nawierzchni, przypomniał sobie, że miał zajrzeć na pocztę i odebrać jakąś przesyłkę, której listonosz rzekomo nie mógł dostarczyć na czwarte piętro do rąk własnych.

Igor zmarszczył brwi i pogrążony jeszcze w myślach na temat zagospodarowania terenu, sięgnął bezwiednie po leżący na stole kwitek.

Właściwie co szkodzi zajechać na tę budowę i samemu się rozejrzeć? To raptem po drugiej stronie Odry. Spojrzał za okno. Świeciło słońce, a temperatura, tak jak i wczoraj, oscylowała wokół dwudziestu kilku stopni. Cudownie. Szkoda jechać samochodem.

Sięgnął ponownie po komórkę i wybrał potrzebną aplikację.

Dziesięć minut później jechał na elektrycznej hulajnodze Bulwarem Piastowskim w kierunku mostu Długiego. Po drugiej stronie Odry widział już oklejone reklamami stalowe ogrodzenie majaczące za pawilonami gastronomicznymi przy Zbożowej. Za wstęgą Trasy Zamkowej powoli obracał się Wheel of Szczecin, ogromny diabelski młyn.

Minął most Długi, po wąskich schodkach zniósł hulajnogę na bulwar i omijając niewielkie jeszcze o tej porze grupki spacerowiczów, ruszył w kierunku placu budowy.

Zatrzymał się przed bramą wjazdową i zajrzał przez szparę. Wewnątrz widać było częściowo odkopane rumowisko piwnicznych ścian i hałdy gruzu, ale nie dostrzegł żadnego pracownika. Szarpnął bramę i dopiero wtedy zauważył zawieszoną na łańcuchu wielką kłódkę. Zaglądając przez szpary pomiędzy stalowymi panelami, obszedł cały ogrodzony teren i prawie wpadł na idącego z drugiej strony grubego jegomościa w żółtej odblaskowej kamizelce.

– A co pan tu robi? – Stróż spojrzał na Igora niechętnie. – Nie można tutaj podchodzić, tu jest niebezpiecznie.

– Przepraszam, jestem architektem – bąknął Igor. – Szukam waszego szefa, pana Rogali.

 

– Ja nic nie wiem – powiedział mężczyzna. – Proszę dzwonić pod numer na tablicy.

– A czemu nikt tu nie pracuje?

– W zeszłym tygodniu wstrzymano roboty aż do odwołania. – Cieć zmarszczył brwi i popatrzył na Igora podejrzliwie. – Kim pan powiedział, że jest?

– Architektem. Mam tutaj robić inwentaryzację i badania konserwatorskie.

– Ja nic nie wiem. Nie wpuszczę pana. – Zdecydowanie pokręcił głową. – Proszę dzwonić i się dowiadywać, ja nie słyszałem o żadnych badaniach.

– W porządku – odparł Igor i zawrócił. – Do widzenia.

W drodze powrotnej objechał urząd celny i pomknął mostem Długim w kierunku Starówki. Po kilkunastu minutach dotarł do parku Żeromskiego. Zostawił hulajnogę pod pomnikiem Mickiewicza i przez park ruszył spacerem do domu.

Po drodze przypomniało mu się jednak, że przecież zna kierownika budowy, który pracował dla Rogali. Rogala nie oddzwonił, a Igora, pomijając już ewentualną pracę, cała sytuacja zaczynała po prostu ciekawić.

Właściwie z jakiego powodu wstrzymano roboty?

Po chwili namysłu zatrzymał się, usiadł na ławce i wybrał numer Bogdana Pawelczyka.

– Witam, panie Bogdanie – zaczął, gdy usłyszał głos kierownika budowy.

– A, pan Fleming, witam. Co tam słychać?

– Panie Bogdanie, dzwonię w sprawie zlecenia przy spichlerzach na Łasztowni. Szymon się nie odzywa…

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– To pan nic nie wie?

Igor na moment zamarł. To pytanie zabrzmiało niepokojąco.

– Rogala nas nieźle wystawił. Łobuz jeden!

– Ale co się stało?

– Jakiś tydzień temu, chyba w piątek, deweloper nam zagroził, że zerwie umowę i odsunie od roboty. Nie skończyliśmy tego odgruzowywania, ale kto by, do kurwy nędzy, sobie z tym poradził? Nikt nas nie uprzedził, że tam będzie wszystko zapierdolone betonem.

– Betonem?

– No betonem, betonem. Następny, który nie może uwierzyć. Piwnice dwóch z tych trzech spichrzów są kompletnie zalane betonem. Zapierdolone na amen. Nawet młotami pneumatycznymi szło jak po grudzie. W końcu generalny wykonawca się wściekł i wymyślił, że ten beton trzeba wysadzić po prostu, ale Rogala zaczął coś kręcić…

– Wysadzić? Mikrowybuchy?

– Tak, coś w tym guście. Umówili się tydzień temu na rozmowę, taką ostatniej szansy. Na czwartek chyba, ale Rogala do nich nie dotarł. To jeszcze tego samego dnia zadzwonili, kurwa, że wstrzymują prace. A Rogala wziął i przepadł. Ulotnił się.

Igor na moment zaniemówił.

– Jak to przepadł? – zapytał w końcu.

– No przepadł. – Pawelczyk wciągnął głośno powietrze. – W środę wyjechał z domu i już go nikt od tamtej pory nie widział.

– Ale jak to?

– No zwiał chyba gdzieś. Nie odbiera telefonów, żadnego kontaktu. Długi już takie miał, że pewnie się chłop załamał, ale jak, kurwa, nam mógł to zrobić? Pan Romek jest taki wściekły, że nie można się z nim dogadać, ale co mu się dziwić. Wprawdzie cały czas twierdzi, że wszystko jest w porządku i że się rozliczymy, ale ja widzę, że coś jest nie tak. Pewnie po prostu kryje przyjaciela.

Igor w pierwszej chwili chciał zapytać, o jakiego Romka chodzi, ale przypomniał sobie, że Rogala miał wspólnika. Jak mu tam było? Chyba jakieś takie rosyjskie nazwisko.

– Mieli jeszcze kilka rozbabranych robót do skończenia. Małe, ale wszystkie na umowy. I teraz ten biedny Jarost został sam z tym bajzlem.

Jarost! Właśnie!

Igor przypomniał sobie w tym momencie niepozornego szatyna z jasnymi oczami. Oczy miał charakterystyczne, takie z ciemnymi obwódkami.

– To nieźle się porobiło – powiedział, żeby w ogóle coś powiedzieć.

– No porobiło się, porobiło – westchnął Pawelczyk. – Jak pan na tę robotę nadal liczy, to ewentualnie do generalnego wykonawcy niech się pan zwróci. Docklands Developer się nazywają.

Igor podziękował za radę i się rozłączył. Przez chwilę siedział, wpatrując się w ekran komórki.

Z jednej strony poczuł ulgę, że dodatkowa robota, którą wcisnął w bardzo napięty grafik, okazała się nieaktualna, ale z drugiej strony oczywiście poruszyła go ta afera.

Jak ten biedny Szymon musiał być zaszczuty, skoro tak po prostu postanowił urwać się i zniknąć. Sam kilka razy w życiu był w takiej sytuacji, że miał ochotę rzucić w diabły to całe projektowanie i gdzieś wyjechać. Przeciągające się w nieskończoność postępowania administracyjne, przeterminowane i niezapłacone faktury, od których trzeba było płacić podatki, wściekli klienci i zero na koncie.

Rogala jako wykonawca obracał znacznie większymi kwotami i większe pieniądze był winien swoim pracownikom, podwykonawcom, hurtowniom. Czy to możliwe, że rzeczywiście się załamał i uciekł?

Igor westchnął i spojrzał na telefon leżący na stole.

Nie znał wspólnika Rogali. Widział się z nim tylko ze dwa razy w życiu. Raczej dziwnie by wyglądało, gdyby akurat teraz do niego zadzwonił i zaczął wypytywać. Zresztą i tak nie powiedziałby mu prawdy. Pewnie ma kontakt z Rogalą, tylko ściemnia pracownikom i kontrahentom.

Znał natomiast żonę Rogali. Dopiero teraz sobie o niej przypomniał. No i córkę mają. Dziewięć lat, mała dziewczynka. Rogala wyjechał razem z nimi? Zostawiłby żonę i dzieciaka i zniknął? Chyba że żona wie, co się z nim stało, w końcu mógł wyjechać do rodziny, zaszyć się w tym Świdwinie czy Drawsku, czy skąd on tam pochodził. Monikę znał nawet dłużej niż Rogalę. Może powinien jednak zadzwonić i zapytać, czy wszystko w porządku. No i wisi przecież Szymonowi te trzy koła, a może ona akurat potrzebuje teraz kasy.

Sięgnął po telefon i po chwili wahania wybrał numer Moniki Rogali. Na ekranie smartfona pokazało się czerwone kółeczko i po chwili rozległ się sygnał. Potem drugi i trzeci. Po czwartym Igor przerwał połączenie i przez chwilę wpatrywał się w okno. Nie powinien jej nagabywać. Jeśli będzie chciała, to oddzwoni. Jego wzrok prześlizgnął się po ekranie komputera i po rozbabranym projekcie. Zaczerpnął powietrza i sięgnął po myszkę.

Dwadzieścia minut później zadzwonił telefon.

Igor, któremu udało się skupić na pracy, oderwał wzrok od monitora i z rezygnacją spojrzał na wyświetlacz komórki.

Monika Rogala.

– Cześć, Igor. – Głos w słuchawce nie zdradzał specjalnych objawów rozpaczy czy paniki. – Dzwoniłeś do mnie?

– No cześć, Monia. Ja bardziej do Szymona, ale nie można go namierzyć. Czy wszystko w porządku, bo na budowie mówią…

Usłyszał podenerwowane westchnienie.

– Szymon ma trochę kłopotów, to prawda, ale wszystko jest pod kontrolą. Niech Pawelczyk nie rozsiewa tych głupich plotek.

– Więc Szymon jest w domu? Już wrócił?

– Nie… to znaczy… – Monika na moment się zawahała. – Nie ma go. Wyjechał w środę wieczorem do Poznania, coś jeszcze chciał tam załatwić, a w czwartek miał spotkanie. Ale wracając, zajechał do rodziny. W czwartek napisał, że zatrzyma się na kilka dni u rodziców. Dzisiaj albo jutro powinien wrócić.

– Szymon zapłacił mi zaliczkę za pracę przy spichlerzach, a teraz słyszę, że stracił ten kontrakt, a ja nawet nie zdążyłem niczego zrobić. Chciałem się z nim rozliczyć.

– Na pewno jak wróci, to się do ciebie odezwie. Powtórzę mu, że dzwoniłeś. – Wymienili jeszcze kilka grzecznościowych uwag, po czym się pożegnali.

Zastanawiał się, czy reakcja Moniki nie była jakaś dziwna.

Mąż wyjeżdża w środę, w czwartek pisze, że wróci za kilka dni. A ona nie dzwoni do niego, nie dopytuje się? Chyba że po prostu nie powiedziała mu wszystkiego.

Westchnął i przeciągnął się.

Właściwie to w ogóle nie jego sprawa, a w dodatku jego własna robota przecież czeka.

Pochylił się nad klawiaturą i ponownie skupiony zagłębił się w gęstwinie problemów, które się wyłoniły przy zagospodarowaniu terenu szkoły w jednej z prawobrzeżnych dzielnic Szczecina.

Rozdział 4

Piątek 26 lipca,

Bazylika archikatedralna św. Jakuba,

późnym wieczorem

Plac Orła Białego na Starym Mieście rozbrzmiewał śmiechem i muzyką dochodzącymi z licznych restauracji i kawiarenek. Powoli pogrążał się w aksamitnym półmroku długiego letniego wieczoru. Na wschodzie, nad wysokimi dachami budynków z lat sześćdziesiątych całkiem udatnie wpisanymi w miejsca po dawnych kamieniczkach, rozlewała się już czerń, na zachodzie, nad pałacem Pod Globusem, siedzibą Akademii Sztuki, niebo jaśniało jeszcze czerwienią i fioletem.

Południową pierzeję placu zamyka ogromna bryła katedry, morze czerwonych cegieł nakryte oceanem blachy miedzianej. Nad wzniesioną w dwunastym wieku bazyliką góruje stujedenastometrowa wieża, która czyni szczecińską świątynię najwyższym kościołem w Polsce. Nie licząc oczywiście Lichenia, ale kto by tam brał pod uwagę Licheń. Przed wojną wieża była jeszcze wyższa, ale zbombardowana przez aliantów runęła malowniczo i katastroficznie na korpus kościoła, niszcząc kilkusetletnią drewnianą więźbę, część gotyckich sklepień, a także dachy sąsiednich kamienic. Odbudowano ją dopiero w dwa tysiące ósmym roku.

Główne, używane dzisiaj wejście do katedry usytuowane jest w bocznej elewacji, od strony placu, ale tego lata prace konserwatorskie przy północnej ścianie kościoła spowodowały, że do wnętrza wiodły tylko ogromne wierzeje z brązu w fasadzie zachodniej. Pod samą wieżą, wznoszącą się nad niewielkim placykiem, na którym do wojny, na wysokim postumencie stało popiersie szczecińskiego kompozytora Carla Loewe. Dzisiaj stoi tutaj posąg Matki Boskiej.

Na powoli pogrążający się w mroku placyk przed wejściem do katedry przez otwarte drzwi wylewało się światło z wnętrza kościoła. Pod ścianami świątyni stało parę osób zatopionych w cichych rozmowach, a ze środka dobiegały dźwięki muzyki. Międzynarodowy Festiwal Organowy jak co roku przyciągnął do katedry tłum miłośników muzyki poważnej, którzy słuchali właśnie w skupieniu preludium organowego Johanna Sebastiana Bacha.

Dwie kobiety oderwały się od niewielkiej grupki palących papierosy osób i ruszyły w kierunku wejścia. Minęły wykute z brązu otwarte na oścież wrota, nad którymi wyryty był napis „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, weszły do nawy głównej i, starając się robić jak najmniej hałasu, zajęły swoje miejsca. Środkowa nawa, nakryta niebotycznymi sklepieniami, z których zwieszały się żyrandole, biegła wprost ku prezbiterium, gdzie nad współczesnym stołem ołtarzowym wisiał tryptyk zbudowany ze zniszczonych ołtarzy z kilku pomorskich kościołów. Do roku czterdziestego czwartego stał w tym miejscu ogromny, sięgający aż do sklepienia barokowy ołtarz wykonany przez pomorskiego rzeźbiarza Erharda Löfflera.

Muzyka przelewała się nad głowami pogrążonych w ciszy słuchaczy, rozbrzmiewający od dłuższego czasu główny temat utworu właśnie powoli zbliżał się do kody. Głębokie tony organów cichły, przygotowując słuchaczy do finału, gdy nagle wnętrzem katedry targnął wybuch.

Właściwie nie był jakiś spektakularny, bardziej przypominał wystrzał z pistoletu lub odpalenie ogni sztucznych, ale w ogromnym, sklepionym wnętrzu przypominał detonację.

W kościele rozległy się krzyki kilku przestraszonych kobiet, a siedzący najbliżej wybuchu poderwali się w ławkach i rozglądali z przerażeniem dookoła.

Do preludium Bacha wkradł się fałszywy ton, po czym organy zamilkły.

W nawach katedry narastała panika. Kilka osób siedzących po zewnętrznych stronach ław kościelnych rzuciło się pospiesznie do wyjścia.

Jakaś kobieta nagle zadarła głowę i krzyknęła głośno, patrząc na szczyt nawy głównej. Kilka osób powędrowało wzrokiem za jej spojrzeniem, a po chwili cała zgromadzona w kościele publika z osłupieniem obserwowała przedziwne widowisko.

Z kołyszącego się z cichym skrzypieniem żyrandola, wirując i migocząc w światłach kinkietów, na głowy zdezorientowanych gości festiwalu organowego spadał deszcz malutkich kolorowych iskierek.

Dopiero gdy kilka sfrunęło na elegancką czarną suknię jakiejś nobliwej starszej pani i osiadło na jej ramieniu, okazało się, że to płatki kwiatów.

To były setki migotliwie łopoczących płatków kwiatów, które po chwili miękkim dywanem zasłały kamienną posadzkę kościoła.