Sieci widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy Axl Rose skończył swoją ostatnią partię i do końca zostały jedynie gitarowe popisy jego kolegów z zespołu, mężczyzna się odsunął i pokazał wzrokiem, żeby zeszli z parkietu. Przepuścił ją przed sobą, a gdy przeciskali się w kierunku zbitego tłumu, jak zawsze szczelnie wypełniającego okolice baru, sprawnie przepychał się między ludźmi i torował jej przed sobą drogę.

Dobrnęli do ażurowych schodów i weszli na parter.

Było tutaj zdecydowanie mniej osób, a muzyka grała ciszej, jako tako umożliwiając rozmowę. Mężczyzna wskazał ręką miejsca na końcu baru.

– No dobra… – Paulina odetchnęła i położyła torebkę na blacie. – Co masz mi do powiedzenia?

– Powoli. – Facet uśmiechnął się i kiwnął na barmana. – Ty też się uśmiechaj. Mamy wyglądać na zainteresowanych sobą. – Czego się napijesz?

Paulina przez moment analizowała wszystkie za i przeciw (to nadal mógł być przecież wkręt, a jak jeszcze się upije, to już w ogóle wyjdzie na idiotkę), po czym stwierdziła, że zostawiła połowę drinka, który zamówiła z dziewczynami.

– Niech będzie daiquiri.

Czekając na barmana, oboje milczeli i rozglądali się dyskretnie dookoła. Paulinie przemknęło przez głowę, że na dobrą sprawę to właściwie wygląda bardzo prawidłowo. Kilka razy znajdowała się w podobnej sytuacji i tak właśnie przecież wyglądają zakłopotani ludzie, którzy dopiero co poznali się na parkiecie i w panice usiłują znaleźć jakiś temat do rozmowy.

– Pracuję w Holandii – odezwał się w końcu mężczyzna, gdy barman postawił przed nimi szklanki. – W firmie meblarskiej VoorGemak. Wiesz, kurewsko drogie meble biurowe. Dziesięć kawałków za biurko. Euro oczywiście. Mam tydzień urlopu.

Paulina pokiwała głową i sięgnęła po szklankę. Miała nadzieję, że facet szybko dotrze do sedna.

– Jakiś czas temu pracowałem, to znaczy… – Spojrzał na Paulinę z zakłopotaniem. – To znaczy robiłem zlecenia. Najpierw małe, takie tam, jakieś kamienie z napisami czy płyty, a potem większe. Miałem wtedy dziewiętnaście lat i w końcu trafiłem do takiego gangu, który wykonywał spore zlecenia dla mafii. Obrobiliśmy kupę kościołów koło Kamienia i Świnoujścia, ale nie tylko tam. Nawet nazwy tych wioch jeszcze pamiętam. Jarszewo to była moja pierwsza większa robota. A potem jakaś wiocha koło Łobza. Ale najwięcej kasy dostaliśmy za obrobienie dwóch kościołów koło Pyrzyc. To chyba w dwa tysiące czwartym było. Stały za tym w rzeczywistości grube ryby, a towar szedł za granicę.

– Jaki towar? – zdecydowała się zapytać Paulina.

– Rzeźba głównie. Średniowieczna. Płacili nam za robotę kilka tysięcy, a sami za nią dostawali po kilkadziesiąt. Na początku myślałem, że to wszystko gówno warte, ale w tym są kurewsko wielkie pieniądze.

Mężczyzna sięgnął po szklankę i wypił spory łyk.

– I u nas, i w Europie stoi za tym mafia. Ruska głównie. Zlecają kradzieże różnym płotkom, płacą im, wymuszają milczenie albo likwidują. Na Wschodzie jest nieograniczony popyt. Oligarchowie ikonami kafelkują sobie kible.

– Grube ryby? – Z opowieści mężczyzny Paulina wyłowiła rzecz potencjalnie najbardziej dla niej interesującą. – Masz na myśli kogoś konkretnego?

– Nie wiem. Jakiś lokalny polityk podobno. Kolekcjoner czy coś. Ale to nie o nim chciałem…

Kwiecień upłynął Paulinie pod znakiem handlu dziełami sztuki. Sławni szczecińscy kolekcjonerzy, uznane za zaginione obrazy i starodruki, archiwa policyjne i konserwatorskie. Zrobiła spory research i mniej więcej orientowała się w temacie. Na tyle przynajmniej, żeby napisać tekst na dwie strony.

A teraz to do niej, jak widać, wraca.

– Po kilku udanych skokach szef załatwił mi tę robotę w Holandii. Po szkole jestem stolarzem, wiesz… Firma meblarska należy do Rusków i w rzeczywistości jest przykrywką. Główny zakład mieści się w Charlois, takiej dość obskurnej dzielnicy Rotterdamu. Jest tam stolarnia, montażownia i skład. Oprócz tego mają magazyn w porcie, gdzie meble się lekko przerabia. Tam właśnie pracuję…

– Po co się przerabia? – Paulina nie wytrzymała, obawiając się, że facet za bardzo ucieknie w dygresje.

– No a jak myślisz? – Mężczyzna się uśmiechnął. – Potem mebelki w częściach jadą do Petersburga. Mafia wywozi w ten sposób narkotyki albo różne fanty.

Sięgnął po szklankę, a Paulina zamarła w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

– Jakiś tydzień temu podsłuchałem pewną rozmowę. Oni tam mówią po holendersku głównie, bo ich dostawcy i projektanci to Holendrzy, ale do roboty to mają Turków, Polaków i Rumunów. Ale ja już rozumiem po holendersku. Zawsze miałem dryg do języków, a pracuję tam od siedmiu lat, więc wiesz…

Mężczyzna rozejrzał się i pochylił w kierunku Pauliny.

– Ładnych parę lat temu zrobili wielki skok, po którym stali się bardzo ostrożni. Miesiącami szły same meble. Raz na jakiś czas tylko towar. No i teraz podsłuchałem, że planują wielką wysyłkę do Rosji. Podobno różne służby depczą im po piętach i zaczęli się bać, że cały ten trefny towar sprzed kilku lat wpadnie w końcu w łapy policji.

Mężczyzna na moment umilkł.

Od strony stolików i sof pod ścianami dochodziły głośne śmiechy i wyrwane z kontekstu pojedyncze słowa, a w tle słychać było łomot muzyki.

Paulina, która słuchała z rosnącym zainteresowaniem, przypomniała sobie o przyjaciółkach. Miała nadzieję, że nie zaczną się niepokoić.

– Pracuję przy robieniu różnych części. Nie mówią nam dokładnie, co ma być schowane, tylko dają szczegółowe wytyczne. Wielkość, szerokość i grubość warstw. Czasem, jaki klej czy co tam upchnąć, żeby było dobrze. A teraz dostaliśmy polecenie wykonania siedmiu płyt. Miały być starannie wykończone, tak żeby wyglądały jak zwykłe drewniane części. Dostajemy też często informacje, jak towar ma jechać, i musimy tak wszystko rozplanować logistycznie, żeby podczas ewentualnego sprawdzania przez celników nie wpadł od razu w ich łapy. A potem usłyszałem, jak zaczęli gadać o takim jednym. Poznałem go wcześniej, więc od razu wiedziałem, o kogo chodzi.

– Rosjanin?

– Nie. To bandzior z Rumunii. Jak usłyszałem jego imię, to od razu domyśliłem się, w czym rzecz. – Mężczyzna odstawił szklankę i spojrzał na Paulinę. – Transport wyjeżdża z Rotterdamu w środę wieczorem albo w czwartek. Nie wiem dokładnie, gdzie i kiedy, ale oni korzystają zazwyczaj z tych samych przewoźników. Dlatego mam pewien plan. Dostaniesz ode mnie parę istotnych informacji na temat tej akcji. Kiedy to będzie, kto weźmie udział. Nazwiska, ksywy, rejestrację samochodu, tyle, żeby policja wpadła na ich trop. Znam także miejsca, gdzie przechowują łup. Nie wiem, dokładnie, kiedy i jak towar wyjedzie z Rotterdamu, ale wiem, jak to wszystko będzie ukryte, w końcu sam robiłem tydzień temu schowki. Napiszesz na ten temat artykuł i zadbasz, żeby od razu dotarł do Rotterdamu…

– Trochę mało czasu zostało, żeby poszło w czwartek.

– Musi pójść wcześniej. – Mężczyzna pokręcił głową. – W poniedziałek najlepiej.

– W poniedziałek? Jest piątek. Nie wydrukują mi tego. Musiałabym napisać dziś i wysłać jutro rano, żeby zdążyli. Bez szans.

– We wtorek w takim razie.

Paulina westchnęła. Tekst sklecić, skleci. Jutro przekona Pawła, w poniedziałek rano dadzą to do wtorkowego wydania. Tylko…

– A kiedy miałabym dostać ten materiał?

– Jutro zadzwonię. Dzisiaj zostawię ci tylko pewien numer. Pilnuj go i nikomu nie pokazuj. Daj komórkę.

Paulina nie bez obaw wyjęła telefon z torebki i podała mężczyźnie.

– W robocie w Holandii mówią na mnie Devil. – Odchylił rękaw koszulki, pokazując w całości tatuaż na ramieniu. Rysunek diabła z rogami i wielkimi wyszczerzonymi w uśmiechu zębami. W czerwono-czarnym kolorze.

Pochylił się nad komórką i przez chwilę coś w nią wpisywał.

Paulina przypomniała sobie powiedzenie, które nie tak dawno usłyszała z ust swojej przyjaciółki. To było coś o diable i spełnianiu życzeń…

Mężczyzna skończył pisać, położył telefon na blacie i przesunął w jej kierunku.

– Tekst musi iść we wtorek!

– Nie bardzo tylko rozumiem, co ma wspólnego ten mafijny transport z Rotterdamu z kościołami, które okradaliście? Czy ten transport to są średniowieczne rzeźby? Po co mam pisać o jakichś rzeźbach?

– To nie będzie nic o żadnych rzeźbach. Jesteś dziennikarką śledczą. Wszyscy mają myśleć, że to ty wpadłaś na trop tej afery. Najpierw napiszesz o kościołach, a potem to, co ci dam. Będziesz miała taki temat, że przedruki zrobią, kurwa, w całej Europie.

Paulina wpatrywała się w mężczyznę wzrokiem, w którym dostrzegł chyba powątpiewanie. Przez chwilę milczał. Wreszcie westchnął z lekką irytacją i znowu pochylił się w jej stronę. Akcentując każde słowo, powiedział ściszonym głosem.

– Trust, który okradła mafia, wyznaczył ogromną nagrodę za pomoc w odzyskaniu swojego mienia. Pięć milionów euro!

Paulina chyba nadal sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, o co chodzi.

– Ja ryzykuję własne życie, więc dla ciebie dwadzieścia procent. To chyba mało nie jest?

Paulina wpatrywała się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami. Minęła dobra chwila, zanim uświadomiła sobie, co przed chwilą usłyszała.

Diabeł spełnia wszystkie życzenia…

Rozdział 4

8 czerwca, godz. 21.15


Huk, zwielokrotniony przez stalowe żebra burt i ogromną przestrzeń ładowni działającą jak wielka skrzynia basowa, spowodował, że oficer wachtowy stanął jak sparaliżowany. W pierwszej chwili oczywiście pomyślał, że to bomba. Ktoś wwiózł materiał wybuchowy, który miał rozwalić pokład ładunkowy i zatopić prom.

Dopiero po dłuższej chwili, kiedy nie dostrzegł żadnych oznak eksplozji ani niczego właściwie, co by na to wskazywało, dotarło do niego, co się stało.

Zwłaszcza że tir, który właśnie wjeżdżał do ładowni, dostał jakiegoś dziwnego przechyłu i przywalił w otwarte na oścież skrzydło wewnętrznych drzwi dziobowych3. W pudle rezonansowym ładowni rozszedł się paraliżujący łoskot szorowania metalu o metal i wielka ciężarówka zastygła nieruchomo.

 

Blokując wjazd.

Oficer wachtowy zaklął i ruszył w kierunku samochodu. Zobaczył, jak z szoferki wygląda kierowca, a dwaj marynarze w żółtych kamizelkach machają do niego rękami i coś wrzeszczą.

– Co się dzieje? – krzyknął do kierowcy stojącego w drzwiach auta i wysuniętego do połowy z okienka, pomiędzy szoferką a ścianą ładowni.

– Opona wybuchła! – Mężczyzna machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Miesiąc temu mi zmieniali. Miały być prawie nowe. Ja ją zaraz zdejmę, tylko…

– Wykluczone! Nie może pan blokować wjazdu…

– Wjadę pod ścianę…

– Na prom mogą wjeżdżać wyłącznie samochody sprawne technicznie!

– Jest sprawny technicznie! Tylko opona poszła! Panie oficerze, no weź pan, bądź pan człowiekiem. Cały dzień opóźnienia będę miał. Wywalą mnie z roboty.

– To nie moja sprawa. Musi pan wyjechać!

– No weź, człowieku! Ja tę oponę w dziesięć minut zmienię!

– Jak ty wymienisz oponę w takim samochodzie? Bez montażownicy i kanału? Poza tym mogło ci pogiąć blachy. Zabieraj się stąd!

– No przecież praktycznie wjechałem już! Wymanewrowanie stąd więcej zajmie czasu niż zmiana koła.

Oficer usłyszał sygnał radiotelefonu4 i sięgnął do pasa. No tak. Pewnie mostek. Zaraz będzie ględzenie.

– Co tam się dzieje? – głos starszego oficera nie wróżył niczego dobrego. Prawdę powiedziawszy, nigdy za sobą nie przepadali.

– Opona poszła akurat na rampie.

– Gówno mnie obchodzi opona! On przywalił we wrota! Widzę na podglądzie. Niech wypieprza i to już, a wy musicie sprawdzić wszystko. Z tego, co widzę, to uderzył akurat w miejsce, gdzie są sworznie mocujące cylinder główny5.

Oficer zacisnął zęby. Sworznie mocujące cylinder główny. Jakby on, kurwa, w ogóle wiedział, co to jest.

– Jeszcze trwa odprawa. Nawet połowy samochodów żeśmy nie załadowali.

– Dopóki nie zrobicie pełnej próby zamknięcia i otwarcia, niech wszystko wjeżdża bokiem.

– Tak jest! – westchnął ciężko oficer wachtowy i miał właśnie nabrać powietrza, by wrzasnąć do kierowcy, żeby natychmiast się stąd zabierał, gdy telefon znowu zapiszczał.

– Mostek. – Nord miał jeszcze bardziej poirytowany głos niż przed chwilą. – Stary każe wpuścić go do środka, żeby nie tracić czasu. Ma stanąć pod ścianą, tuż za wjazdem. Zabierajcie się do oględzin, a on, jeśli nie zmieni tego koła w ciągu dziesięciu minut, ma stąd wypierdalać.

– Tak jest! – Oficer rozłączył się i machnął ręką do kierowcy, wskazując miejsce przy prawej burcie.

Mężczyzna pokazał zęby w uśmiechu i zasalutował.

Po chwili tir powoli stoczył się z rampy i zjechał na bok.

*

Nord pochylony nad monitorem nadzoru telewizyjnego patrzył, jak ciężarówka z naczepą ustawia się przy ścianie. Gdy manewr dobiegł końca, z szoferki wyskoczył kierowca i zaczął uwijać się wokół samochodu. Wytargał koło zapasowe, wyciągnął dwa długie stalowe pręty i walizeczkę z narzędziami.

Nord powiększył ekran, żeby ocenić stopień uszkodzeń podwozia, ale kamera nie dawała aż tak dobrego zbliżenia. Kierowca wsunął dwie wielkie łyżki pomiędzy felgę a oponę i zaczął się z nimi siłować.

Nord westchnął. Jeśli zależałoby to tylko od niego, kazałby gościowi wyjechać, ale kapitan nie życzył sobie zatargów z przewoźnikami. Miał na pieńku z armatorem i nie chciał stwarzać kolejnych problemów. Chociaż z tym, że wycofywanie ciężarówki trwałoby dłużej niż zmiana koła i mogłoby w dodatku jeszcze coś się stać po drodze, można by oczywiście dyskutować. Ale decyzja Starego była ostateczna. Na myśl o tym, że z całego zdarzenia będzie musiał przygotować dokładny raport wraz z opisem zajścia i zeznaniami świadków, jęknął w duchu. Wiedział jednak doskonale, że armator musi mieć pewność, że ubezpieczyciel zapłaci za szkody.

Zmienił podgląd. Na monitorze ukazał się widok na furtę dziobową. Jeden z marynarzy zatarasował wjazd barierką, żeby przypadkiem jakiś rozpędzony kozak nie próbował wjechać do środka. Przy panelu kontrolnym wrót stał oficer wachtowy i dwóch marynarzy.

Nord sprawdził już oczywiście na mostku wszystkie kontrolki z poziomu panelu obsługi wrót i generalnie było okay, ale i tak trzeba zrobić pełną próbę zamknięcia i otwarcia całego systemu. Kilka minut musiało to potrwać. Prom miał dwusegmentową furtę dziobową, która składała się jak wielkie nożyce pod unoszonym do góry fragmentem dziobu nazywanym przyłbicą lub potocznie dziobnicą. Dalej w głębi były otwierające się na boki dwuskrzydłowe drzwi wewnętrzne, które działały dzięki całemu systemowi urządzeń – zawiasów, haków i specjalnych cylindrów blokujących skrzydła po otwarciu i z kolei zabezpieczających je przed otwarciem podczas rejsu. I to właśnie w te wrota trafił bokiem tir.

Nord oczywiście wiedział, że będą gadać, że jest przewrażliwiony. Byle ciężarówka otarła się o blachę, a on urządza histerie, jakby tam co najmniej wybuchła bomba. Nawet Stary miał wątpliwości, czy to potrzebne, ale Nord się uparł.

Na mostku słychać było kanonadę uderzających o szyby i ściany kropel deszczu.

Wyprostował się i sięgnął po kubek z kawą.

Jeszcze godzinę temu cieszył się na bezproblemowy kurs tam i z powrotem do Ystad. Nic nie zapowiadało jakichś specjalnych kłopotów, a tutaj ta nagła burza i teraz ciężarówka. Opóźnienie będzie, nie ma cudów. Obsługa ładowni oczywiście poradzi sobie z rozlokowaniem samochodów przez boczną furtę, ale na pewno zajmie im to trochę więcej czasu. Będzie trzeba przyśpieszyć w drodze. Nie był to wielki problem, bo prom i tak pływał tą trasą ze średnią szybkością około szesnastu węzłów, co nie wyczerpywało jego możliwości.

Kosma wypił łyk kawy i wspiął się na wysokie krzesło przed blatem, na którym migotała galaktyka rozmaitych kontrolek i urządzeń. Meteo wciąż obiecywało ładną pogodę, wiatr północny i północno-zachodni i stan morza pomiędzy dwójką a trójką6. Navtex7 wypluł kilka informacji ze stacji brzegowej na Rugii i ogólnikowe ostrzeżenie pogodowe o sztormie, który przeszedł kilka godzin temu w zachodniej części Bałtyku.

Pomyślał, że przynajmniej pasażerowie będą mogli posiedzieć sobie na otwartych pokładach. W czasie nocnych rejsów o tej porze roku była to szczególnie lubiana przez nich atrakcja.

Nord przeciągnął się. Za dużo pije tej kawy. Dziś wszystko się ułoży. Jutro wieczorem będzie w domu, a pojutrze wyruszy na urlop.

*

Mercedes powoli piął się ku górze. W strugach deszczu widać było stromy podjazd rampy wjazdowej i meandrujący nad nią oszklony rękaw, w którego jasno oświetlonym wnętrzu przesuwał się tłumek ludzi.

– Myślałam, że będziemy wjeżdżać od dziobu. – Anna ściskała w obu rękach torebkę, jakby dzięki niej mogła w razie potrzeby, gdyby na przykład spadli z rampy do kanału portowego, ujść cało.

– Też tak myślałem. Tam na dole chyba coś się im przyblokowało. – Spojrzał z uśmiechem na żonę. – Torebka to nie kapok.

– Ty się lepiej skup na prowadzeniu, bo nie trafimy w furtę.

Rampa zakręciła prawie pod kątem prostym i ukazała się boczna furta wjazdowa prowadząca prosto na najwyższy pokład ładunkowy promu.

We wrotach ukazała się postać w żółtej odblaskowej kamizelce i cofnęła do środka, wskazując Edwardowi, że ma skręcić w prawo.

Samochód minął furtę i wjechał do wnętrza. Mężczyzna w kamizelce ruszył przed siebie, co chwilę się oglądając i machając do Edwarda, żeby podążał za nim.

Powoli przejechali wzdłuż ścian ładowni poprzecinanych rurami i kablami, tuż obok rozmaitych stojących lub wiszących na stalowych wręgach urządzeń. Z otwartego okna dobiegał głośny jazgot silników i pisk szorujących po mokrej nawierzchni opon.

Mężczyzna w kamizelce zatrzymał się tuż za tyłem zielonego minivana i wskazał ręką, że mają stanąć za nim. Edward podjechał i po chwili kilkunastoletni diesel umilkł.

– Boże, co za koszmar… – westchnęła ciężko Anna. – A mogłam siedzieć sobie teraz na tarasie i patrzeć w niebo. Dlaczego ja się dałam namówić na ten wyjazd?

– Nie chcesz zobaczyć własnej córki?

– Och, przestań gadać głupoty. Już możemy wysiadać?

– Tak.

– I dokąd my mamy iść? Ten hangar jest ogromny.

– Kochanie, nie panikuj. Tam są strzałki. Idziemy do schodów.

– Pamiętaj, żeby zabrać torbę z tylnego siedzenia, bo zostaniesz bez pidżamy i swoich leków na nadciśnienie.

Anna trzasnęła drzwiami i rozejrzała się wokół siebie. Sąsiedni pas był jeszcze pusty. Za ich samochodem właśnie powoli parkował jakiś SUV.

Jej mąż właśnie wydobywał z samochodu wielką kraciastą torbę. Postawił ją na ziemi i zanurkował ponownie do wnętrza auta, żeby wyciągnąć coś z przedniego siedzenia.

Anna westchnęła i ruszyła wolnym krokiem wzdłuż samochodu. Silnik parkującego za nimi SUV-a zgasł. Od strony wjazdu na pokład, a właściwie z każdej strony, dobiegał ryk silników wielkich ciężarówek i łoskot ogromnych kół przetaczających się po stalowej nawierzchni pokładu. Annę to wszystko doprowadzało do rozpaczy. Mimo że skończyła już sześćdziesiątkę, zdawałoby się, że nie tak znowu dawno temu, słuch miała doskonały. Wyrwana ze swojego wiejskiego zacisznego domu, w ogromnej ładowni promu czuła się tak, jakby trafiła do piekła.

Usłyszała za plecami, że Edward zamknął samochód, i kątem oka zobaczyła, jak idzie w jej kierunku.

Gdzie są te oznaczenia? Schody? Może zapyta tego mężczyznę, który kieruje tutaj ruchem? Rozglądając się po stalowych burtach i szukając w gąszczu przewodów i rur jakichś napisów lub piktogramów, usłyszała, że mąż coś do niej woła. Odwróciła się i nagle usłyszała za plecami warkot silnika i pisk opon. Co za cholerna nawierzchnia, że nawet bez hamowania te opony tak piszczą? Ogłuszona kakofonią dźwięków, Anna odwróciła się i stanęła prawie naprzeciwko maski jakiegoś vana.

– Co pani do diabła tutaj robi? – wrzasnął na nią ktoś ze środka.

Po chwili drzwi się otworzyły i zza kierownicy wyskoczył młody mężczyzna w krótkich dżinsowych szortach i luźnej, odsłaniającej pachy i piersi koszulce.

– To nie park koło kościoła! – krzyknął, obrzucając ją wściekłym spojrzeniem.

– Łukasz! Co ty wyprawiasz? Daj spokój! – Od strony pasażera wysiadła mocno opalona blondynka i z zakłopotanym wyrazem twarzy spojrzała na Annę.

– Co się tutaj dzieje? – Obok samochodu pojawił się marynarz wachtowy. – Proszę jechać! Blokuje pan załadunek!

– Ta pani wlazła mi pod koła! Powinniście pilnować takich jak ona, a nie mnie poganiać! Mogła spowodować wypadek!

– Tutaj nie wolno spacerować. – Marynarz patrzył na Annę z rosnącym zniecierpliwieniem. Już wiedział, że załadunek będzie opóźniony przez tira z dziobu, a teraz jeszcze problem tutaj. Oficer wachtowy zaraz go ochrzani.

 

– Proszę natychmiast wsiadać do samochodu! – rzucił do młodego chłopaka. – Czy pani zabłądziła? – Spojrzał na Annę.

Anna bezradnie odwróciła się, szukając męża.

– Idziemy właśnie do kabin – tuż za jej plecami rozległ się głos Edwarda. – Moja żona trochę się pogubiła.

– No bez jaj! – Łukasz na chwilę się uspokoił, ale chyba głównie z powodu zaskoczenia. – Przecież to jest ta para emerytów, co nam z rozmysłem blokowała drogę – rzucił do dziewczyny, która usiłowała go odciągnąć w stronę samochodu.

– Uspokój się, młody człowieku! – Edward wziął Annę pod rękę. – Po co te nerwy?

– Robi pan sobie jakieś jaja na drodze, a teraz udaje głupiego.

– Lepiej niech pan się uspokoi. Nie żebym groził…

– Edward! – Anna w końcu odzyskała głos. – Bardzo przepraszam. – Spojrzała na coraz bardziej zniecierpliwionego marynarza. – To rzeczywiście moja wina. Szukałam schodów i się zagapiłam. Już idziemy.

– Nie lepiej w państwa wieku siedzieć w domu? – Łukasz spojrzał na Annę. – Ziółka i te rzeczy…

– Przepraszam, że pana zdenerwowałam – przerwała chłopakowi Anna. Obrzuciła go taksującym spojrzeniem i uśmiechnęła się chłodno. – Jak już powiedziałam, to moja wina.

– Jaka pani łaskawa! – Chłopak brzdęknął trzymanymi w lewej ręce kluczykami. – No przecież, że nie moja!

– Łukasz! – podniosła głos Ewa i rzuciła Annie spojrzenie pełne zakłopotania. – Przestań już!

– Co przestań?!

– Proszę natychmiast wsiadać i jechać! – huknął marynarz. W jego krótkofalówce zachrobotało. Zaraz pewnie ktoś się przypieprzy. Nord to za sekundę zobaczy na ekranie na mostku i będzie pierdolił. – Natychmiast!

Łukasz, opędzając się od ciągnącej go do samochodu Ewy, mruknął pod nosem bardzo niecenzuralne słowo i szarpnął za drzwi.

Edward, kręcąc głową i patrząc z niedowierzaniem na wsiadającego do samochodu młodego mężczyznę, pochylił się i podniósł torbę.

– Tam są schody na pokład kabinowy. – Marynarz wskazał Edwardowi brodą drzwi po prawej stronie i machnął energicznie ręką do Łukasza.

Opel vivaro zamruczał i potoczył się na wskazane miejsce.

*

Oficer wachtowy w nasuniętym na głowę kapturze stał na rampie wjazdowej i patrzył, jak wielkie, stalowe, grube na dwadzieścia centymetrów drzwi powoli się zamykają.

Za plecami słyszał huk deszczu, który rozbijał się o stalową nawierzchnię opierającego się o nabrzeże segmentu rampy, i ryk silników ciężarówek, które wspinały się długim pomostem do bocznej furty wjazdowej.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza trzydzieści. Właśnie kończyli odprawę, ale sznur samochodów niknął pod rękawem dla pieszych i jego końca wciąż nie było widać.

Właściwie ta cała kontrola drzwi wewnętrznych była psu na budę. Szczelność zapewniają przecież nie tylko wrota wodoszczelne, ale i urządzenia domykające rampy ładunkowej i dziobnicy. Drzwi wewnętrzne to tylko dodatkowe zabezpieczenie. Poza tym prom raptem dwa miesiące temu przeszedł przegląd roczny i wszystko było w porządku.

Oficer splunął pod nogi. Wyjął z kieszeni małe opakowanie gumy do żucia i wpakował sobie do ust dwie białe pastylki. Pomyślał, że Nord się niepotrzebnie trzęsie nad tym wszystkim. No ale on już tak miał. Musiał się wykazać. Wielki pan starszy.

Stalowe wrota właśnie się zatrzaskiwały. Szpara pomiędzy skrzydłami stawała się coraz mniejsza i wreszcie zniknęła. Głucho zabrzmiał odgłos uruchamiających się urządzeń blokujących, zamykających i zabezpieczających wrota przed otwarciem.

I nagle rozległ się cichy zgrzyt.

Oficer znieruchomiał. Jego żuchwa, która pracowicie bezwiednie żuła gumę, zatrzymała się także.

Zgrzyt był ledwo słyszalny. Trwał może dwie sekundy, po czym dał się słyszeć charakterystyczny stukot blokujących się zawiasów i sworzni zaciskowych.

Drzwi się zamknęły.

*

Uśmiechnięta recepcjonistka od razu na wejściu zaskarbiła sobie ogromną sympatię Kacpra. Rozespany malec był markotny i marudził. Nawet ogromna wypełniona samochodami ładownia, przez którą musieli przejść, nie wybudziła go z tego stanu. Mariusz czasami trochę się martwił tymi nastrojami syna. Zastanawiał się, czy chłopak nie ma za mało energii jak na swój wiek. Pamiętał, że gdy sam miał tyle lat co on, nie można go było prośbą ani groźbą zmusić do powrotu z podwórka, na którym prawie bez przerwy biegał i stale się wydzierał. Urszula kpiła sobie, że z tym pamiętaniem to tylko mu się wydaje, ale nie zmieniało to faktu, że trochę się o Kacpra bał. Dzieciak stanowczo za dużo siedział z nosem w tablecie i w podkradanym matce telefonie. Gdy zdołał dorwać się do któregoś z urządzeń, znikał z realu.

Recepcjonistka najpierw poczęstowała rozespanego Kacpra wielkim, zawiniętym w kolorową folię czekoladowym cukierkiem, a dopiero potem wskazała Mariuszowi ich kabinę i poinstruowała, jak mają do niej dojść. Chłopcu rozjaśniły się oczy i kilka razy obejrzał się za siebie, gdy ruszyli przez hol w kierunku korytarza prowadzącego do ich kabiny.

Znajdowała się na dziobie. Mały korytarzyk z ogromnym lustrem prowadził do saloniku, po jednej stronie stała tam kanapa i dwa fotele, po drugiej biurko, a na nim spory płaski telewizor. W głębi, za bursztynową upiętą po bokach zasłoną, było dwuosobowe łóżko, a z dużego prostokątnego okna nad nim rozciągał się widok na morze.

Ściśle biorąc, teraz akurat na Świnę.

Mariusz rzucił torbę i plecak na kanapę i rozwalił się w fotelu.

– Popatrz, jaki tatuś jest zmęczony. Jechaliśmy prawie dwie godziny. – Urszula pociągnęła Kacpra za sobą, posadziła na łóżku i zaczęła go rozbierać.

Mariusz westchnął głęboko.

Za dużo wkładała ciuchów na biednego dzieciaka. Nic dziwnego, że potem się przeziębiał.

Czy mu się wydawało, czy w jej głosie usłyszał sarkazm?

– Jestem strasznie głodna. – Urszula spojrzała w jego kierunku. – Ale nie wiem, czy Kacper powinien jeść jeszcze o tej porze.

– Nic mu nie będzie. I tak pewnie nic nie zje.

– Boję się, że potem będzie marudził przez całą drogę.

– Ma sześć lat. Prawda, Kacper? Jesteś już duży.

– Jestem duży. – Kacper roześmiał się, gdy matka usiłowała wyswobodzić go z bluzy w szkocką kratę, którą z tajemniczych powodów bardzo lubił. Ręka uwięzła mu w rękawie.

Mariusz spojrzał na żonę.

– Nie chciałaś chyba iść już spać?

– No w zasadzie zaraz będzie dziesiąta. O tej porze w piątek już dawno wszyscy troje byśmy spali. Kacper u siebie, a my przed telewizorem.

Czy znowu mu się wydawało, że to był sarkazm?

Mariusz westchnął, przeciągnął się i dźwignął z fotela.

– Wezmę szybki prysznic.

Urszula skinęła głową.

Gorąca woda była jak masaż. Pod jej dotykiem czuł, jak się odpręża, pozbywa zmęczenia i wżerającej się w głowę irytacji. Stres?

Oczywiście, że stres.

Za swój stan podświadomie obwiniał Urszulę. Wiedział o tym i dlatego starał się zachować spokój, ale to nie było łatwe.

Ten wyjazd miał być nie tylko próbą pozbycia się upiorów, które zawładnęły jego życiem, ale także pierwszym krokiem do radykalnych zmian. Podjął już decyzję i nie było odwrotu.

Tydzień temu wszedł do gabinetu swojego teścia i zrobił to, co powinien był zrobić już dawno temu.

*

Aleksandra zabrała kartę magnetyczną do swojej kabiny, uśmiechnęła się zdawkowo do ubranej w granatowy uniform dziewczyny w recepcji i ruszyła wąskim korytarzem w poszukiwaniu swojego numeru. Sto dwadzieścia pięć.

Pokład kabinowy na promie przypominał labirynt. Oczywiście doskonale oznakowany, oświetlony i wyposażony ponadto w porozmieszczane strategicznie kamery, raczej nie pozwalał zabłądzić, ale każdego, kto znalazł się tutaj po raz pierwszy, mógł nieco przytłaczać. Zwłaszcza że korytarze miały wysokość niewiele przekraczającą dwa metry i nie łagodziły tego uczucia nawet jasne, utrzymane w bieli i rozmaitych odcieniach błękitu, kolory ścian i wykładzin.

Aleksandra odruchowo chwyciła za biegnącą po dwóch stronach korytarza poręcz i spojrzała na numer na najbliższych drzwiach. Sto dwadzieścia osiem. Jak się okazało, nie musiała długo błądzić. Minęła drzwi do dwóch kolejnych kabin i stanęła przed numerem, którego szukała.

Wynajęła całą dwuosobową kabinę. Jedynek na promie nie było, a nie chciała wylądować z jakąś namolną emerytką, która zanudzałaby ją rozmową. Zresztą nie zamierzała spędzić tutaj zbyt wiele czasu. Potrzebowała tylko lustra, żeby zrobić makijaż i przebrać się na wieczór. No i oczywiście koi, żeby się zdrzemnąć przez moment.

Spojrzała na wąskie, przykryte niebieską narzutą łóżko. Obok była kanapa, a pomiędzy nią i ścianą wąska przestrzeń zamknięta malutkim stoliczkiem. Całość przypominała przedział w wagonie sypialnym. Tyle że nie było tutaj piętrowych łóżek, a zamiast okna wisiał okrągły, imitujący bulaj obrazek z namalowanym niebem i mewami.

Koszmar.

Aleksandra rzuciła torbę na łóżko i oparła się o chłodną płaszczyznę drzwi. Zamknęła oczy. Na tym wąskim korytarzu i teraz w tej mikroskopijnej, pozbawionej okien kabinie paradoksalnie uświadomiła sobie dopiero wielkość promu. Zabierał na pokład tysiąc pasażerów, z czego w kabinach sześciuset. Reszta musiała zagospodarować sobie czas w sklepach i kawiarniach. No ale co za problem, to było w końcu tylko siedem godzin. Robiła już zakupy, które trwały dłużej.

Jej rozmyślania na temat wielkości promu nie oznaczały oczywiście jakiegoś nagłego zainteresowania parametrami jednostek pływających. Dotarło do niej tylko, że jej przyjaciółka mogła mieć sporo racji. Spontaniczne działania, owszem, często przynoszą profity, ale chyba rzeczywiście tym razem wszystkiego nie przemyślała. Mogła przecież w ogóle nawet go nie spotkać. Co jeśli on zaszyje się w swojej kabinie albo w ogóle nie pokaże się w miejscach ogólnodostępnych?

Pokręciła głową ze zniecierpliwieniem.

Poradzi sobie! Jak zwykle. Dopadnie go, choćby miała nawet włamać się do jego kajuty!

*

Łukasz wsunął kartę magnetyczną w czytnik na drzwiach kabiny i odwrócił się do przyjaciół. Zrobił błazeńską minę.

– Otwieraj te drzwi, Łukasz – odezwała się zniecierpliwiona Kamila. – Jestem zmęczona. Chcę wejść pod prysznic.

– Nudziara. – Łukasz spojrzał na kuzynkę z dezaprobatą.

Mikroskopijna kabina składała się z bezokiennego przedziału, w którym po dwóch stronach znajdowały się piętrowe łóżka. Z korytarzyka przy wejściu można było wejść do łazienki, tylko trochę większej od szafy na ubrania.

3Inner doors – szczelne drzwi wewnętrzne, usytuowane za furtą dziobową (dziobnicą) i rampą wjazdową.
4Komunikacja na statkach odbywa się przede wszystkim za pomocą radiotelefonów UHF, potocznie walkie-talkie. Czasami marynarze posługują się także komórkami lokalnej sieci pokładowej.
5Elementy (urządzenia zamykające) dziobowych wrót wewnętrznych.
6Stan morza – umowne określenie stanu powierzchni morza w zależności od siły wiatru i wysokości fal. Stan morza określa skala od zera do dziewięciu.
7Navtex – Navigational Text Messages – system przekazujący ze stacji brzegowych ważne dla bezpieczeństwa żeglugi informacje.