Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Czwartek, 9 marca

Zbliżała się dziewiąta, gdy Paulina pchnęła oszklone drzwi i weszła do głównej sali redakcji. Na dzień dobry kpiącym uśmieszkiem powitała ją Baśka, która akurat przechodziła obok z naręczem jakichś papierzysk.

– O której to się przychodzi do roboty? Niektórzy to mają fory, jak widać.

Paulina skrzywiła się, imitując uśmiech. Plotki o jej i Pawła tak zwanej zażyłości nadal były jednym z ulubionych tematów dowcipów i przytyków, zawsze rzucanych oczywiście żartobliwym tonem, ale z reguły podszytych złośliwością. Zdążyła się już do nich przyzwyczaić, co nie znaczy, że przestały ją irytować.

Wczorajszy wieczór spędziła na lekturze broszury o czarownicach na Pomorzu, która niespodziewanie tak bardzo ją wciągnęła, że poszła spać dopiero po pierwszej. W dodatku siniak na biodrze rozlał się już w fioletowe jezioro i paskudnie bolał. Co z jednej strony dobrze się składało, bo była dzisiaj umówiona z Martą na obdukcję lekarską, ale z drugiej, oczywiście, utrudniało normalne funkcjonowanie. Summa summarum, czuła się obolała i w dodatku niewyspana.

Rzuciła na biurko plik wydruków swojego wczorajszego researchu na temat inkwizycji, a obok położyła laptopa. Przed samym monitorem. Do obudowy przypięta była mała karteczka z napisem „11.00 – obdukcja”. Tuż obok była druga z bardziej kwiecistym tekstem: „Jak już zaszczycisz nas swoją obecnością, to poproszę o audiencję”. Nie było podpisu, ale autorstwo było dla niej oczywiste. Westchnęła, otworzyła pokrywę laptopa, a następnie sięgnęła po kubek i ruszyła do niewielkiego aneksu socjalnego obok głównych drzwi. Potrzebowała kawy. Jak najszybciej.

Nie zdążyła pokonać nawet połowy odległości do upragnionego ekspresu, gdy dogonił ją brodaty chłopak w kraciastej koszuli, z racji najmłodszego wieku nazywany w redakcji Piotrusiem. Był w dzienniku na stażu, zajmował się wiadomościami bieżącymi.

– Mam prośbę! Widziałem, że będziesz w mieście o jedenastej. Mogłabyś przedtem zajechać do prokuratury? O dziewiątej rzeczniczka ma coś przekazać w sprawie tej wczorajszej jatki.

– Jakiej jatki? – Paulina odruchowo się zainteresowała, po czym z niecierpliwością pokręciła głową. – Jezu! Piotruś. Jadę do szpitala na Pomorzanach, a to jest gdzieś na Mickiewicza. Na drugim końcu miasta.

– Proszę, no proszę! Odwdzięczę ci się jakoś. Nie na Mickiewicza, na Potulickiej. Na Mickiewicza jest prokuratura regionalna.

– Przecież tam i tak niczego się nie dowiesz. Zawsze mówią to samo. Jakiej jatki?

– Paweł kazał! Wczoraj znaleźli jakiegoś trupa gdzieś w Dąbiu.

– Gdzie w Dąbiu?

– Gdzieś w jeziorze.

– To w jeziorze czy w Dąbiu? Ktoś z łódki znalazł?

– Oj, nie mam pojęcia. No właśnie, generalnie po to jest ten komunikat rzecznika. Mamy jak najszybciej dać coś na portalu.

Paulina przymknęła oczy i westchnęła.

– No, proszę… Ja nie zdążę! A nikogo innego nie ma.

– Dobra, ale to ja wymyślę, jak masz się odwdzięczyć, a nie ty.

Nie czekając, aż chłopak skończy jej dziękować, ruszyła do aneksu kuchennego. Po drodze zobaczyła, jak Paweł niecierpliwie kiwa do niej ręką zza szklanej szyby.

*

Igor obudził się z potwornym bólem głowy. Jazda samochodem na dłuższych trasach, po ciemku, w deszczu ze śniegiem, zawsze tak na niego działała. No i pętał się wczoraj z Borolą po parku i po lesie. Raz w czapce, raz bez czapki, raz zimno na dworze, raz ciepło w samochodzie. Bardzo możliwe, że właśnie się przeziębiał.

Stał teraz pod gorącym prysznicem o kilka minut za długo, potem wziął dwie aspiryny, wypił kubek herbaty i w końcu jakoś dotarł do samochodu.

Jak co dzień w drodze do pracy zastanawiał się nad tym, co ma dzisiaj do zrobienia. Opóźniony projekt to była sprawa pierwszoplanowa. Czekały go denerwujące telefony do kilku osób, żeby wymóc na nich pośpiech. Brakowało charakterystyki energetycznej i projektu zewnętrznej instalacji wodno-kanalizacyjnej. Bez tego, oczywiście, nie można było złożyć wszystkiego do kupy i zanieść do urzędu, o czym marzył od miesiąca. A inwestorka dzwoniła średnio dwa razy w tygodniu, coraz bardziej tracąc cierpliwość. Poza tym miał jakieś spotkanie w sprawie nowego projektu i coś tam jeszcze, czego nie pamiętał. Spojrzał na telefon z kalendarzem leżący na siedzeniu obok. Przez krótką chwilę chciał zajrzeć i sprawdzić, co to za sprawa, o której zapomniał, ale powstrzymał się, widząc zapętlające się coraz bardziej korki w centrum. Ostatnio zauważył jakieś wykopy na jednej z głównych ulic. Coś robili w środku miasta, więc oczywiście do razu najbliższe arterie zaczęły się blokować.

Pomyślał, że sprawdzi, jak już będzie na miejscu, w firmie. Nic się nie stanie, a lepiej nie ryzykować stłuczki. Poza tymi sprawami, resztę czasu będzie można zagospodarować na zwyczajną, ludzką pracę, na co przynajmniej miał nadzieję. Po prostu wsunie nos w komputer, posiedzi w spokoju i zaawansuje projekt zagospodarowania terenu na hotel, którego pierwszy etap – czyli projekt budowlany – miał już za sobą.

Gdy był już u celu i szukał właśnie wolnego miejsca parkingowego pod budynkiem, przypomniał sobie, co to była za sprawa, o której zapomniał. Po drodze miał odebrać wydruki z drukarni. Zamknął samochód i myśląc, że właśnie zrujnował sobie dzień pod względem logistycznym, bo przecież potem trzeba będzie się wyrwać i pojechać do tej cholernej drukarni, szarpnął drzwi i zaczął się wspinać na schody.

Godzinę później miał za sobą denerwujące telefony oraz jeden sukces – zdołał uprosić któregoś z asystentów, jadącego akurat do urzędu wojewódzkiego, żeby wracając, zabrał wydruki. Uwolniony od tej misji, otworzył katalog z bieżącymi projektami z zamiarem skupienia się na pracy, gdy właśnie zadzwonił telefon.

– Siema! – Znajomy głos skutecznie zniwelował początki dobrze zapowiadającej się koncentracji. – Chciałem ci przypomnieć, że oczekuję na wycenę i ofertę. Najlepiej, gdybyśmy porozmawiali dzisiaj przy obiedzie. Jak sądzisz? Zdążysz? Piętnasta?

Igor westchnął i spojrzał na zegar nad drzwiami. Spotkanie z klientką miał o dwunastej. Zbliżała się dziesiąta. Czyli na prawdziwą pracę zostało jakieś półtorej godziny, zakładając oczywiście, że nic więcej nieprzewidzianego się nie wydarzy… Chyba wróci tutaj po obiedzie z Borolą i w spokoju popracuje.

– No, niech będzie. – Westchnął. – Postaram się przynieść ci wycenę.

– No to jesteśmy umówieni. Do zobaczenia.

Borola pożegnał się radośnie, a Igor ponownie westchnął i otworzył katalog z materiałami archiwalnymi dotyczącymi dworu pod Wolinem. Zmiana planów. Projekt zagospodarowania terenu znowu będzie musiał poczekać. Trzeba przygotować ofertę. Cokolwiek by mówić, Borola to był jednak wyjątkowo dobry klient.

*

Paweł właśnie kończył z kimś rozmawiać przez telefon. Gdy Paulina weszła, akurat kiwał głową i po raz trzeci powtarzał: „w porządku”. Odłożył telefon i spojrzał na nią, zagryzając na chwilę wargi.

– Chciałeś coś? – spytała, siadając w fotelu naprzeciwko niego.

– Widziałaś ten swój film z komórki? Jedna czwarta komentarzy nadawała się do natychmiastowego usunięcia. Życzenia śmierci, wyzwiska, komentowanie profesji matki należały akurat do najdelikatniejszych tekstów.

– Film zbliża się do miliona wyświetleń. Viral. Setki udostępnień. Youtuberzy tyle nie mają po jednym wieczorze. – Paulina wzruszyła ramionami. – Nie udawaj, że to nie interesuje cię najbardziej.

– Nie bądź taka cyniczna. A nie uważasz, że taki film odciąga uwagę od prawdziwych celów tego waszego protestu?

– Wprost przeciwnie. To idealna ilustracja. Hipokryzja, przemoc, prymitywne patriarchalne instynkty, podparte parafialnym praniem mózgów. Przy okazji natomiast stanowi promocję dziennika. Nasz artykuł na temat wczorajszego protestu był najczęściej czytanym i komentowanym materiałem.

Paulina uśmiechnęła się złośliwie, patrząc na Pawła, na którego twarzy malowały się krańcowo mieszane uczucia.

– Tak jak przypuszczaliśmy, w komentarzach padły nazwiska. – Ściągnął usta i zagryzł wargi. – Właśnie od rana odbieram telefony na ten temat. W przeciwieństwie do ciebie, nie mam komfortu radosnego mówienia tego, co myślę.

– Obawiam się, że to, co akurat ty myślisz, jest całkowicie zbieżne ze zdaniem tych, którzy do ciebie dzwonią.

– Możesz sobie mnie oceniać. Każdy ma prawo do własnych poglądów, ale to ja muszę wysłuchiwać połajanek z obu stron.

– Naprawdę z obu? Czyżby dzwonili jacyś lewacy, którzy się awanturowali, że bandzior na filmie jest za mało demoniczny, a ksiądz powinien być w diabolicznie rozwiewającej się sutannie?

Paweł pokręcił głową i ostentacyjnie postukał się palcem w czoło.

– À propos. Myślałaś nad artykułami? Chciałbym, żeby pierwszy poszedł w poniedziałek.

Paulina trzymała na kolanach skoroszyt. Sięgnęła teraz do niego, wyjęła kartkę i położyła ją przed Pawłem na biurku.

– To wypunktowany plan artykułu. Taki będzie wstęp. Początki inkwizycji, kiedy, kto, gdzie, z podaniem kilku chwytliwie brzmiących nazw bulli papieskich.

Paweł pochylił się nad tekstem i przez kilka chwil czytał. W końcu podniósł wzrok i westchnął.

– Miało być z dystansem – jęknął. – I bez niepotrzebnego szkalowania Kościoła.

– To może ktoś z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej to napisze? Na śmieciową umowę o dzieło?

– Czy ty może akurat masz okres?

– Wetknąłeś mi ten artykuł za karę, ale nie licz, że napiszę go tak, jak określił to jakiś przygłup z zarządu, „w nieprzesadnie poważnym tonie”.

– To są tylko ogólne wytyczne, żeby nie zrobić z tego cyklu kolejnych, skrajnie nieobiektywnych bzdur z wyssanymi z palca milionami ofiar.

 

– Tu jest geneza powstania inkwizycji. – Paulina postukała palcem w kartkę. – Prawie bez żadnych opinii, same nazwy papieskich dokumentów i daty. Co tu jest, według ciebie, szkalowaniem Kościoła?

– To jest nieobiektywne. Pozbawione kontekstu historycznego. Przytaczasz wybrane dokumenty, żeby udowodnić swoją założoną ad hoc tezę o okrucieństwach Kościoła. Zwalczanie herezji nie było mordowaniem inaczej myślących, tylko walką o utrzymanie ładu. Religia była wówczas podstawą ustroju społecznego, tak jak dzisiaj demokracja czy konstytucja. Każdy atak na nią mógł zachwiać tymi podstawami, pogrążyć Europę w chaosie.

– Czyli czystki Stalina generalnie też dadzą się usprawiedliwić? Tam także chodziło o utrzymanie ładu w ogromnym państwie, dodatkowo kompletnie niestabilnym zaraz po rewolucji. Notabene, wielu rosyjskich publicystów, a także hierarchów prawosławnych, broni dzisiaj tego okresu, posługując się dokładnie taką samą argumentacją.

Paweł niecierpliwie pokręcił głową.

– To populizm, co mówisz. Tak samo jak z tymi instrukcjami dla morderców. Jakbyś poczytała więcej źródeł, to dotarłabyś do informacji, że tortur nie wolno było stosować na samo życzenie inkwizytora. Tak samo jak wyroku nie wydawał inkwizytor, tylko robiły to sądy świeckie, które przejmowały dalsze postępowanie po badaniach trybunału.

– Jakie sądy świeckie? Przed chwilą argumentowałeś, że religia była podstawą ładu społecznego. Jakie sądy świeckie w tamtych czasach? Przejrzyj sobie dzisiejsze wiadomości, ile wyroków, spraw i decyzji podejmowanych jest pod dyktando biskupów przez tak zwane dzisiejsze władze świeckie. A co dopiero wówczas! Ostateczna decyzja o torturach czy stosie była tylko formalnością, orzeczeniem, które trzęsącymi się rękami podpisywał jakiś przerażony urzędas, dzięki czemu inkwizytor całkowicie umywał ręce.

– Jeszcze raz ci przypominam o kontekście historycznym. Nie można osądzać postępowania ludzi bez umiejscowienia ich w konkretnym czasie i miejscu, w określonych uwarunkowaniach społecznych. Średniowiecze to był okres różnych napięć społecznych…

– À propos kontekstu społeczno-historycznego. – Paulina sięgnęła po swój skoroszyt i wyciągnęła kilka wydruków. – Prześledźmy go zatem na przykładzie tych decydentów, których wymieniłam w szkicu artykułu…

Paweł westchnął.

– Na przykład papież Innocenty Ósmy, autor bulli „Pragnąc najgoręcej”, ten, który był tak zaniepokojony demoralizacją i plagą czarownic w Niemczech. Jego brewerie i wystawny tryb życia do tego stopnia ogołociły skarbiec papieski, że zastawił tiarę po to tylko, żeby wybudować pawilon na orgie i festyny w ogrodach Watykanu. Jego pontyfikat to niekończący się nepotyzm i umieszczanie na rozmaitych państwowych stołkach własnych nieślubnych dzieci. A Heinrich Kramer na przykład, autor Młota na czarownice. Dominikanin, który przez swój własny zakon był dwukrotnie oskarżany o defraudację majątku i który chełpił się tym, że po nadaniu mu przez Innocentego Ósmego uprawnień na terenie Niemiec w krótkim czasie posłał na stos dwieście kobiet. Czy przykazania „nie kradnij”, „nie cudzołóż”, „nie zabijaj” były w tamtych czasach jakoś inaczej interpretowane?

– Właśnie o tym mówię. W czasach, gdy działała inkwizycja, zwykłe sądy grodzkie miały prawo do torturowania podejrzanych tak długo, aż się przyznali. Inkwizycja wprowadzała przynajmniej jakiś porządek, prawo do obrony. Ludzkie życie miało wówczas inną wartość niż obecnie…

– Coś ci przeczytam, à propos tej innej wartości. – Paulina sięgnęła po kolejny wydruk i pochyliła się nad kartką. – Kara śmierci wykonywana na zatwardziałym gorszycielu jest dozwolona w celu ochrony niewinnych bliźnich przed zgorszeniem, gdyż zgorszenie wyrządzałoby im krzywdę, prowadząc do piekła. Bo Jezus powiedział: „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych, którzy wierzą we Mnie, temu lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza”[10].

– No właśnie. – Paweł pokiwał głową. – Właśnie o taki kontekst historyczny mi chodzi. Nie wolno oceniać postępowania chrześcijan bez odniesienia do czasu, w którym żyli. Ludzie tak wówczas myśleli.

– Paweł… – Paulina podniosła wzrok. – To jest argument w obronie kary śmierci i zasadności tortur, którym posłużył się współcześnie jakiś polski chrześcijanin. Kilka miesięcy temu raptem. Na portalu „Res Publica Christiana”.

*

Igor oderwał wzrok od monitora i spojrzał na zegar. Zegar miał oczywiście także w prawym dolnym rogu swojego ekranu, ale ten nad drzwiami jakoś budził większy respekt. Jego wyroki zawsze były nieodwracalne, a z tym na monitorze można było ponegocjować (jeszcze pięć minut i już wychodzę; zdążę, dzisiaj nie powinno być korków; jak wyślę pliki za godzinę, to nic się nie stanie). Gdy natomiast zegar na ścianie pokazywał zbliżającą się nieuchronnie godzinę, na przykład spotkania, coś powodowało, że od razu podnosiło się ciśnienie i trzeba było natychmiast poderwać się od biurka i zacząć się zbierać do wyjścia.

Sięgnął po kubek z herbatą. Miał jeszcze dwie godziny spokoju i zamierzał wykorzystać je w stu procentach. Chciał się ponownie skupić na rysunku na ekranie, gdy zawadził wzrokiem o leżącą na regale niewielką bryłkę. Bursztyn. Paulina.

Ciąg skojarzeń. Powinien dawno wywalić ten kryształek albo przynajmniej schować go do szuflady. Przez moment zastanawiał się, czy czuje się bardziej urażony, czy zawiedziony. Czy go to boli? Po wakacjach w Darłowie wydawało mu się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie naciskał specjalnie, wiedział, że dopiero co się rozstała, w dodatku w dość dramatyczny sposób, z tym swoim Mateuszem. Spotykali się często ze względu na tę polsko-angielską spółkę. W samym tylko październiku zeszłego roku byli w Londynie chyba ze cztery razy. Należąca do wuja ich angielskiego kolegi Dermota kancelaria Carmondeley & Chatfield Ltd. nieźle się napracowała nad stworzeniem profilu ich działalności, statutem i tak dalej. Ale przed Gwiazdką w Szczecinie wszystko zaczęło się psuć. Pewnie dlatego, że ten cały Mateusz przyjechał na święta do rodziny i ona nagle znowu poczuła się zobowiązana do ratowania ich związku.

Igor zastanawiał się czasami, czy przypadkiem nie jest idiotą. Jak to możliwe, że znają się od ponad roku, a ich relacje w tych sprawach nie posunęły się ani o centymetr. Chodził na paluszkach wokół dziewczyny, która w rezultacie, jak się okazało, miała go gdzieś. Zamknęła się w gównianej wieży z kości słoniowej na Pogodnie w oczekiwaniu na powrót swojego pieprzonego rycerza na białym koniu. No więc postanowił dać sobie spokój. Oczywiście nadal utrzymywali kontakty, nawet się widywali, ale postawił sobie całkowitą tamę na jakiekolwiek dalsze starania. Pokpiwał z niej, żartował i nabrał dystansu.

Dosyć! Basta! I do łoża, i do stoła jeden tylko raz się woła! Ten frajer Pedro mógł się starać o jakąś laskę przez dwadzieścia lat, ale jemu aż nadto wystarczy tych kilka miesięcy[11].

*

Przed dziesiątą centrum miasta jak zwykle było już zakorkowane i Paulina, przesuwając się wolniutko w sznurze pojazdów przed Bramą Portową, co chwila patrzyła na zegarek. Oświadczenie dla mediów prokuratura miała wydać o dziesiątej. Było za dziesięć. Przed wyjściem z redakcji zdążyła przejrzeć kilka portali i przeczytać komentarze. Nie było ich aż tak wiele. I, jak to plotki, oczywiście często się wzajemnie wykluczały. Rzeczywiście, pojawiło się kilka wpisów o tym, że to robota ISIS, bo jakiś tuman napisał, że zwłoki były poćwiartowane maczetą.

Zastanawiała się, skąd ludzie biorą takie bzdury. Bezkarność i bezpieczna anonimowość wyzwalają najgorsze instynkty. Obecnie sama była tego bolesnym przykładem. Rozmowa z Pawłem dodatkowo tylko wzmogła jej zły nastrój. Przypomniała sobie opisy tłumów, które przyciągał każdy proces o czary, ludzi napawających się czyjąś śmiercią w męczarniach i usprawiedliwiających sumienie bełkotem o karze za grzechy. I dokumentnie nic się nie zmieniło. Dokładnie te same mechanizmy każą ludziom pisać „dobrze, że zdechła” pod informacją o śmierci jakiejś publicznej osoby. Albo anonimowej, ale różniącej się kolorem skóry, wyznaniem, orientacją seksualną czy chociażby barwami klubu piłkarskiego. Poranny przegląd portali informacyjnych zawsze tak się kończył. Gdy zamykała okno przeglądarki, najczęściej czuła, że krew ją zalewa. Niestety, nie miała komfortu powyłączania wszystkich portali informacyjnych na Facebooku, by chronić zdrowie psychiczne, jak jej znajomi. Czytanie wiadomości oraz, niestety, komentarzy pod nimi, należało do jej obowiązków. Miała nadzieję, że może za jakiś czas uda się jej wykształcić w sobie taką lodowatą obojętność wobec wpisów rozmaitych debili, jaką miała Baśka. Jak na razie jednak kosztowały ją one wiele zdrowia.

Prokuratura okręgowa mieściła się w dawnym budynku sądu na niewielkim placu przy ulicy Potulickiej. Ceglany modernistyczny gmach ze wspartym na doryckich kolumnach portalem stał prawie w środku miasta. Kiedyś zaczynały się tu tereny wojskowe, obrzeża dawnego fortu Prusy, który jeszcze pod koniec dziewiętnastego wieku strzegł od strony zachodniej twierdzy Festung Stettin. Królestwo czerwonej cegły. Nad wejściem do budynku zachowała się płaskorzeźba przedstawiająca świętego Jerzego zabijającego smoka autorstwa Kurta Schwerdtfegera, najsłynniejszego adepta znanej przedwojennej Szkoły Rzemiosł Artystycznych, w której gościnne wykłady prowadzili w latach trzydziestych tak znani twórcy, jak Walter Gropius czy Mies van der Rohe.

Paulina zaparkowała w długim rzędzie pojazdów przy Potulickiej i utykając, pobiegła w kierunku głównego wejścia. Gdy wpadła do wielkiego, wyłożonego jasnym kamieniem hallu, na szczycie schodów akurat pojawiła się ubrana w szarą garsonkę kobieta, a u ich podnóża zaczął się zacieśniać niewielki tłum dziennikarzy i reporterów.

Rzeczniczka zatrzymała się na piątym stopniu schodów i oparła o balustradę.

– Dzień dobry państwu. Jak państwo wiedzą, od wczorajszego dnia w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo niesprawdzonych informacji i domniemań. W związku z tym, żeby nie prowokować dodatkowych plotek, zdecydowaliśmy się wydać oświadczenie w tej sprawie. Wczoraj późnym wieczorem przy brzegu Jeziora Dąbskiego zostały znalezione niezidentyfikowane jeszcze zwłoki. Na tym etapie postępowania nie mamy absolutnie żadnych danych, możemy jedynie stwierdzić, że bezsprzecznie jest to ofiara morderstwa. Sprawą zajmuje się prokuratura okręgowa. O tym, który konkretnie prokurator będzie prowadził tę sprawę, poinformujemy państwa w stosownym komunikacie.

Wysoka szatynka z wyciągniętym w kierunku rzeczniczki mikrofonem odezwała się od razu, jak tylko zapadła dłuższa chwila ciszy.

– Czy to rzeczywiście ma coś wspólnego z terrorystami?

Rzeczniczka uśmiechnęła się protekcjonalnie.

– Bardzo proszę nie powtarzać tych plotek. Na tym etapie nie mamy żadnych danych, żeby stwierdzić cokolwiek.

– To kobieta czy mężczyzna?

– Sprawą zajmuje się obecnie Komenda Główna Policji. Prowadzone są badania. Dla dobra śledztwa nie możemy udzielać żadnych konkretnych informacji.

– Nie wiecie nawet, czy to kobieta, czy mężczyzna? – Młody człowiek w czapce z daszkiem z logo szczecińskiej stacji radiowej podniósł mikrofon nad głową stojących przed nim kolegów. – Ktoś napisał, że zwłoki były pocięte maczetą. Aż tak?

– Proszę państwa, na miłość boską, naprawdę nie chciałabym się odnosić do internetowych komentarzy gimnazjalistów. Prowadzimy postępowanie dopiero od wczorajszego wieczoru, a dobro śledztwa wymaga, żeby nie zdradzać żadnych informacji, które mogłyby wpłynąć na jego przebieg. To wszystko. Dziękuję państwu.

Kobieta chwyciła poręcz i odwróciła się, chcąc ruszyć schodami do góry, gdy ponownie odezwał się mężczyzna w czapce z daszkiem.

– Czyli nie zaprzecza pani tym pogłoskom o meczecie?

– O żadnym meczecie nic nie wiem. Jeśli chodzi… – Kobieta przerwała i uśmiechnęła się, gdy wśród zgromadzonych rozległy się ciche śmiechy i parsknięcia. – Jeśli chodzi o maczetę, to mogę jedynie powiedzieć, że prowadzone śledztwo nie uwzględnia tego wątku. Nie ma ku temu żadnych przesłanek na tym etapie. Za kilka dni zamieścimy komunikat, w którym postaramy się podać więcej informacji. O ile to będzie możliwe, oczywiście. Dziękuję państwu. To naprawdę wszystko.

– Czy to porachunki mafijne? – Paulina, która stała na tyłach gromadki dziennikarzy, musiała podnieść głos.

– Jest za wcześnie na jakiekolwiek domniemania, ale tak, śledztwo uwzględnia ten wątek.

 

Po odpowiedzi rzeczniczki rozległo się kilka głośnych pytań, ale kobieta pomachała tylko ręką i odwróciła się.

Paulina jeszcze przez chwilę trzymała w górze telefon, jednak widząc, że rzeczniczka prokuratury już wchodzi po schodach, wyłączyła mikrofon.

*

Igor nie cierpiał tego etapu projektów. Koordynacja. Oznaczało to, że wszyscy projektanci branż, czyli wody, kanalizacji, wentylacji mechanicznej, elektryki przysyłali mu swoje projekty, a on musiał sprawdzić, czy nie ma gdzieś tak zwanych kolizji. Czyli, na przykład, czy rura z wodą nie trafia prosto w żelbetowy podciąg albo rura kanalizacyjna nie wychodzi z podłogi gdzieś w sypialni, na przykład obok szafeczki z nocną lampką albo toaletki pani domu. W większych inwestycjach przebieg rur kanalizacyjnych zawsze stanowił temat niekończących się żartów: na przykład żeby wykonywać je z przezroczystego tworzywa i puszczać środkiem sal restauracyjnych, co miało zapewnić wizualnie atrakcyjny i w dodatku zmienny efekt kolorystyczny. W rzeczywistości kreatywna część pracy architekta stanowiła zaledwie niewielki fragment całego projektu. Większość czasu zabierały monotonne i nudne detale techniczne i katalogowe, współpraca z branżami oraz niekończące się poprawki i zmiany. Jednak dzięki temu na tych etapach, które każdy doświadczony architekt wykonywał w mniejszym lub większym stopniu automatycznie, część umysłu pozostawała wolna, co pozwalało błądzić myślami po rozmaitych jałowych bezdrożach. A dla Igora jałowymi bezdrożami były ostatnio nawarstwiające się rachunki, których sterta na szafce koło schodów cały czas się powiększała. Termin płatności za pewien spory projekt, którego realizacja miała tej sytuacji zapobiec, wciąż się opóźniał, jak nie za sprawą zmian, które w ostatniej chwili wprowadził inwestor, to z powodu konieczności zmuszenia branżystów, żeby uwzględnili te poprawki w swoich częściach opracowania, albo z braku wszystkich potrzebnych uzgodnień i podpisów końcowych. A tymczasem rozmaite opłaty i faktury mnożyły się jak króliki.

Drzwi do pokoju Igora odsunęły się i zajrzała przez nie asystentka. Ściszonym głosem coś syknęła i pomachała ręką. Igor wychylił się z fotela, ściszył muzykę i spojrzał na dziewczynę poirytowanym wzrokiem.

– Przyszła ta babka! Ta, co miała być za godzinę. Co mam z nią zrobić?

Igor przez chwilę patrzył na koleżankę, po czym westchnął i wstał od biurka.

– Boże. Poproś ją do salki konferencyjnej i daj jej kawy. Przecież ja muszę chociaż wydrukować materiały, które nam przysłała. Nawet nie zdążyłem ich dokładnie przejrzeć.

– Okay. Tylko zrób to szybko. Nie będę jej zabawiała rozmową przez godzinę.

– Pięć minut!

Pochylił się nad drukarką i niecierpliwie stukając palcami w plastikową obudowę, patrzył, jak urządzenie wypluwa po kolei kilkanaście stron dokumentacji archiwalnej oraz jakieś dokumenty prawne – wypis z rejestru gruntów, mapę ewidencyjną. Czekając, aż wszystko się wydrukuje, jednocześnie czytał na tablecie e-mail, który tydzień temu przysłała klientka. Zawierał opis inwestycji, do której realizacji szukała firmy projektowej. Kupiła wielki stary dom na pograniczu Pogodna, przy jednej z głównych ulic, i planowała uruchomić tam hostel. Plany miejskie dopuszczały takie zagospodarowanie, ale oczywiście na przeszkodzie stało mnóstwo warunków, które trzeba było spełnić, jak się szybko zorientował, z odstępstwem od przepisów włącznie. Gdy tylko drukarka przestała mruczeć, chwycił plik kartek i ruszył w kierunku salki konferencyjnej.

Kobieta stała przy oknie i wyglądała na zewnątrz. Wysoka, ze spływającymi na ramiona długimi czarnymi włosami. Kogoś mu przypominała. Gdy zamknął za sobą drzwi, odwróciła się i uśmiechnęła.

– Dzień dobry, kochanie. Rozkosznie znowu cię widzieć.

*

Paulina przeszła przez jezdnię w kompletnie niedozwolonym miejscu – na przełaj, przez skrzyżowanie z ulicą Księcia Sambora, przy którym znajdował się kolejny wielki ceglany gmach – Wojewódzki Sztab Wojskowy. Szybkim krokiem minęła szpaler samochodów stojących wzdłuż ogrodzenia Wojskowej Agencji Mieszkaniowej i tuż przed Hotelem Rycerskim, jeszcze jednym ceglanym dziewiętnastowiecznym budynkiem, wsiadła do swojej micry. Właśnie miała uruchomić silnik, gdy nagle coś jej wpadło do głowy. Zastanowiło ją, dlaczego rzeczniczka powiedziała tak niewiele. Czy naprawdę nie znali płci ofiary? Nie powiedziała też dokładnie, gdzie zostały znalezione zwłoki. Chociaż to akurat w zasadzie było zrozumiałe. Nie opędziliby się od wycieczek turystów nekrofilów.

Sięgnęła po komórkę i otworzyła listę kontaktów. Przypomniała sobie, że jej sąsiad Eryk, który mieszkał dwa domy dalej, był zapalonym żeglarzem. Trzymał łódź w jakiejś marinie w Dąbiu. Co szkodzi zapytać? Może słyszał coś więcej?

Po kilku sygnałach, gdy już chciała przerwać połączenie, w słuchawce odezwał się niski głos.

– No, witam sąsiadko. Nie prościej podejść do płota i porozmawiać?

– To następnym razem. Mam małe pytanko. Słyszałeś coś o tym wczorajszym morderstwie? Gdzieś w Dąbiu ponoć?

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– A to nie ty przypadkiem powinnaś mi dostarczać takich informacji? Co się dzieje z tą prasą!

– No, my właśnie tak zdobywamy te informacje. Z najbardziej wiarygodnych źródeł.

W słuchawce przez chwilę słychać było śmiech.

– Tylko masz nigdzie nie umieszczać, że to ja mówiłem albo że ktoś z jachtklubu AZS. Okay? Zwłoki znaleźli jacyś motorowodniacy. Ja ich nie znam, ale wiem, że łódź trzymają naprzeciwko nas, obok tawerny, wiesz gdzie?

– Dominikana? Za hangarem lotniczym, gdzie był squash club, tak?

– Tak, właśnie. Było już ciemno, jak wrócili, ale zleciało się tam całe towarzystwo. Nie wiem, czy nie zabronili im gadać albo co, ale od razu poszły ploty. Zwłoki w brezentowym worku, bez głowy i dłoni. Jakaś masakra, jak z horroru.

– A gdzie konkretnie je znaleźli, wiadomo? Prokuratura nie chciała nic zdradzić. Zasłaniają się dobrem śledztwa.

– Litości! – Eryk parsknął. – Narobili tam tyle hałasu i dali takie oświetlenie, że całe Dąbie[12] wie, gdzie to było. Na wyspie Robiena, tam, gdzie są ruiny leśniczówki. Wiesz gdzie?

Paulina wiedziała. Nawet była tam kiedyś na wycieczce z Mateuszem i jego żeglującymi przyjaciółmi.

– Wiadomo, czy to była kobieta, czy facet?

– Mówili, że chyba kobieta.

Krótko patrzyła nieruchomym wzrokiem przez przednią szybę. I to by było tyle, jeśli chodzi o dobro śledztwa.

Przez moment jeszcze rozmawiali, po czym spojrzała na zegarek i zobaczyła, że zostało jej dwadzieścia minut, żeby się dostać do szpitala na Pomorzanach.

Pożegnała się z Erykiem i szybko wybrała numer kolegi z redakcji. Pewnie nie ona jedna była taka cwana, ale może jak Piotr się pośpieszy, to umieszczą na portalu tę informację jako pierwsi. Piotruś będzie musiał się jakoś odwdzięczyć. Pomyślała, że po tym, co mu przekaże, powinien bardzo się postarać.

*

Igor przez krótką chwilę stał nieruchomo nieco zdezorientowany i z niezbyt mądrym wyrazem twarzy przyglądał się uśmiechającej się trochę ironicznie brunetce.

– Dorota? – spytał wreszcie. – Co ty tutaj robisz?

– Przepraszam, kochanie. – Kobieta się roześmiała. – Nie mogłam sobie tego odmówić. Dobrze, że sekretarka mnie nie zna, bo ta poprzednia pewnie nie dałaby się wciągnąć w taki żart.

Igor rzucił na stół plik kartek, które przyniósł ze sobą, i pokręcił z dezaprobatą głową.

Rozstali się kilka lat temu. Rozwód na szczęście nie był dramatyczny. Za obopólnym porozumieniem udało im się zgodnie rozdzielić zarówno majątek, jak i kilka lat wspólnego życia. I pracy. Jego żona także była architektem, ale ich praca na lokalnym rynku, najczęściej niewdzięczna, rzadko kiedy satysfakcjonująca, a przede wszystkim mało intratna, w końcu przestała jej wystarczać. Gdy w tajemnicy przed Igorem wygrała międzynarodowy konkurs architektoniczny, ich drogi się rozeszły. Wyjechała do Barcelony, a później osiadła na stałe w Berlinie. Spotkali się ponownie dwa lata temu, gdy, pracując dla niemieckiego inwestora Heinricha von Parsova, wplątała się w poszukiwania nazistowskich depozytów szczecińskiej loży masońskiej. To wtedy dziennikarskie śledztwo Pauliny wymknęło się spod kontroli i zamieniło w kryminalną aferę, na skutek której wszyscy wpakowali się w nieprawdopodobne kłopoty. Ale równocześnie to właśnie dzięki zeznaniom Doroty koniec końców uniknęli wówczas bardzo poważnych konsekwencji.