Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Westchnęła i sięgnęła po kubek z herbatą. Chciałaby się dowiedzieć, który z lokalnych dyrektorów lub członków zarządu wymyślił ten ostatni punkt. Nieprzesadnie poważnie, czyli jak? Jakiś żartobliwy akcent w kontekście tortur? Może coś śmiesznego o miażdżeniu stóp albo łamaniu kołem? I o jakie epatowanie fizjologią chodzi, do cholery?

„Dziennik Szczeciński” był wydawany przez niewielką grupę wydawniczą działającą głównie na terenie Pomorza. Miał oddziały we wszystkich większych miastach regionu i centralę ulokowaną w Warszawie. Nigdy wcześniej nie mieli żadnych problemów z utrzymaniem niezależności opinii czy swobody pisania tekstów, chociaż wiadomo, że tarcia z redaktorami naczelnymi zawsze się zdarzały, i tylko czasami ktoś wpadał na pomysł kreatywnego nawiązywania do aktualnych wydarzeń. Nie dałaby zresztą głowy, czy części punktów nie dopisał Paweł. Na wiele spraw mieli kompletnie różne poglądy, ale na szczęście jego skończony koniunkturalizm zawsze wygrywał z prawomyślnością, dzięki czemu, jak do tej pory, jakoś udawało im się pokonywać rafy politycznych i społecznych natręctw, nakręcanych przez kolejne watahy rozmaitych degeneratów.

Paulina dolała sobie herbaty z czajniczka, zabrała kubek, a po krótkim namyśle także talerzyk z ciasteczkami korzennymi i, objuczona jeszcze teczką z prawdami objawionymi w najwyższej sali konferencyjnej, ruszyła do gabinetu ojca. Pod jego nieobecność zawsze najchętniej tam pracowała.

*

Igor wytarł usta serwetką i dopiero wtedy spojrzał na Borolę, który świdrował go wzrokiem. Ostrożnie pokręcił głową.

– Krótko mówiąc – Borola pochylił się jeszcze bardziej nad stołem i ściszył głos – pewna zachodnia firma Sedinum Exploration prowadzi utajnione rozmowy z władzami województwa w sprawie zgody na rozpoczęcie jakichś poszukiwań.

Przez chwilę panowało milczenie. Słychać było tylko harmider, który dochodził od sąsiednich stolików, i głosy siedzących po drugiej stronie długiego stołu synów Boroli.

– Skąd ty o tym wiesz? – zdecydował się w końcu zapytać Igor.

Miał mętlik w głowie. Jak te informacje mogły się wydostać na zewnątrz? Rozmowy, które prawnicy Johanna i jego przyjaciół prowadzili z prezydentem, obłożone były klauzulą absolutnej poufności. Jak Borola się o tym dowiedział? Gdy pół roku temu wraz z przyjacielem z Londynu oraz grupą wspólnych znajomych założyli spółkę w celu prawnego usankcjonowania poszukiwań w szczecińskich podziemiach i na wodach Danii, głównym warunkiem jego i Pauliny było utrzymanie w tajemnicy ich udziału w tym przedsięwzięciu. Pomijając fakt, że tajemnica w ogóle była wskazana ze względu na to, żeby do podziemi nie ruszyła nagle cała sfora poszukiwaczy szczecińskiego złotego pociągu.

Jak Borola się o tym dowiedział?

Wszystko zaczęło się od dziennikarskiego śledztwa Pauliny Weber, która, co należało jej przyznać, miała wyjątkowego nosa do odkrywania rozmaitych zamierzchłych afer. Poznali się dwa lata temu podczas poszukiwań majątku loży masońskiej, w które najpierw dał się wciągnąć on, a zaraz później Johann Carley, potomek jednego z członków owej loży. W rok później spotkali się już z własnej woli. W Darłowie, dokąd Johann z przyjaciółmi przypłynęli jachtem. I znowu artykuł Pauliny i jej uporczywe śledztwo wciągnęło ich w kryminalną awanturę, tym razem związaną z wrakami okrętów na Bałtyku.

– Mam swoje źródła. – Borola uśmiechnął się protekcjonalnie.

– Zbliżone do prezydenta? – Igor miał nadzieję, że jego pytanie zabrzmiało zupełnie niewinnie.

– Powiedzmy. Po prostu jedni ludzie rozmawiają z innymi, a ci inni z jeszcze innymi.

– Czyli, po prostu, to są zwykłe plotki?

– Zaraz plotki. Zastanów się. Co to znaczy, jeśli jakaś firma zajmująca się poszukiwaniem skarbów nagle zaczyna prowadzić rozmowy z prezydentem i wojewodą?

– Wojewodą? – Igor szeroko otworzył oczy. Z tego, co wiedział, reprezentująca ich interesy angielska kancelaria Carmondeley & Chatfield Ltd. nie prowadziła żadnych rozmów z wojewodą.

– Wiem, że prezydent wielokrotnie naradzał się z wojewodą. Jeździł także ostatnio na Wolin kilka razy…

– W sprawach współpracy drogowej.

– E tam… – Borola ze zniecierpliwieniem pokręcił głową. – W tych sprawach to jeżdżą jego zastępcy. Zrobiliśmy małe rozeznanie i wiesz, co się okazało?

Igor siedział bez ruchu i wpatrywał się w uśmiechającego się triumfalnie Borolę.

– Jeden z założycieli tej firmy poszukiwawczej nazywa się Flemming!

Przez chwilę panowała cisza, a Igor miał nadzieję, że wyraz jego twarzy zasłużył na określenie kamiennego.

– Ja też nazywam się Fleming – zaryzykował w końcu żart i uśmiechnął się ostrożnie. – O czym to ma niby świadczyć?

– Ale ty jesteś jakiś polski Fleming. – Borola lekceważąco wzruszył ramionami. – Pomyśl, jeśli potomek Flemmingów z Europy Zachodniej najwyraźniej usiłuje załatwić zgodę na prowadzenie poszukiwań, o czym to świadczy?

– O czym?

– O tym, że pewnie negocjują z naszymi władzami warunki ujawnienia miejsca ukrycia skarbu z katedry kamieńskiej. To oczywiste.

Igor wpatrywał się w Borolę w osłupieniu. Odetchnął po tym, co usłyszał, ale i tak poczuł na czole kropelki potu. Przed chwilą wydawało mu się, że cała ich ukrywana tak skrzętnie tajemnica za moment wyjdzie na jaw. Skoro wyciekło tyle, to za chwilę może się okazać, że wszyscy w Szczecinie będą wiedzieć o podziemiach i odkrytym przez nich tajnym spisku loży masońskiej. Wszelkie negocjacje z miastem staną się wówczas znacznie trudniejsze. Już widział te nagłówki – „Tajne negocjacje władz miasta z nazistami i zakamuflowaną opcją niemiecką ze Szczecina”. W zasadzie można było się spodziewać, że tak właśnie skończą się rozmowy z prezydentem. Szlag!

– I tylko dlatego, że domniemany udziałowiec tej spółki Sedinum coś tam nazywa się Fleming, wyciągnąłeś tak daleko idące wnioski?

Borola przez chwilę milczał, jakby się zastanawiał, czy coś powiedzieć.

– Nie tylko dlatego – mruknął w końcu, rozglądając się na boki. – Jest jeszcze parę innych kwestii, ale opowiem ci o nich kiedy indziej. W innym miejscu. Tu nie jest bezpiecznie.

Igor pomyślał, że chyba za szybko odetchnął z ulgą.

*

Początek zawsze jest najważniejszy. To sukces każdego dłuższego artykułu. Przesądza o tym, czy ktoś zechce przeczytać kilka szpalt, czy odłoży tekst po paru linijkach. Zwłaszcza dzisiaj, gdy ogromna rzesza ludzi czyta wyłącznie nagłówki lub tytuły na Facebooku, nawet bez otwierania linku. Paulina od dłuższej chwili siedziała i wpatrywała się w monitor. Oczywiście temat pomorskich czarownic od razu uruchamiał wszystkie wielokrotnie opisywane hasła – inkwizycję, prześladowania, niekończące się spory o to, czy ofiar było kilka milionów, czy kilka tysięcy. Jakoś pewnie należało do tego nawiązać, nie było rady, nawet uwzględniając sugestie półgłówków z zarządu. Ale jak to zrobić w nietuzinkowy sposób? W sieci była gigantyczna liczba materiałów na ten temat, okazało się nawet, że o pomorskich czarownicach pisało już kilka gazet. Historia Sydonii von Borck, najsłynniejszej pomorskiej czarownicy, która przeklęła ród Gryfitów i tym samym doprowadziła do upadku księstwa, była siłą rzeczy najlepiej znana, ale było także sporo innych tekstów. Jedna z gazet jakiś czas temu wypuściła nawet krótki cykl artykułów na temat procesów o czary na Pomorzu. Paulina przejrzała jeszcze kilka linków, zajrzała na parę blogów oraz portali i, zmęczona, spojrzała w okno. Wyciągnęła się na wysokim oparciu skórzanego fotela i zamyśliła się. Zanim dojdzie do tych pomorskich czarownic, musi jednak napisać, jak to wszystko się zaczęło.

Za początek inkwizycji uważa się niekiedy bullę Ad ebolendam haeresim[4], którą papież Lucjusz III wydał na synodzie w Weronie w 1184 roku. Bulla była w rzeczywistości owocem studiów nad kodeksami cesarzy rzymskich Teodozjusza III i Justyniana I Wielkiego, wówczas już nieco zapomnianymi i odkrytymi ponownie w wyniku nasilającej się ekspansji herezji w Europie. Kodeksy uznawały herezję za zbrodnię obrazy majestatu i nakazywały karanie jej śmiercią. Herezja na początku drugiego tysiąclecia stała się bowiem niebezpiecznym ruchem, który, odrzucając doktryny Kościoła, podważał w istocie także podstawy ówczesnego porządku społecznego, a więc system feudalny, na którego utrzymaniu zależało Kościołowi, oraz hierarchiczną strukturę monarchii papieskiej. W 1244 roku papież Grzegorz IX zdecydował o ostatecznym rozwiązaniu kwestii katarskiej, ruchu, który rozprzestrzenił się na południu Francji i poważnie zagrażał pozycji Kościoła na tych terenach. Powodem jednak głównym, a może tylko pretekstem, stało się zamordowanie przez katarów papieskich inkwizytorów, wysłanych na miejsce z misją ewangelizacyjną.

Dopiero gdy inkwizycja okrzepła, dostojnicy Kościoła zdali sobie sprawę, jak potężnym narzędziem dysponują, by utrzymać pospólstwo w posłuszeństwie. Procesy skazanych za herezję stały się ściągającymi tłumy widowiskami, które miały odgrywać rolę zastraszającą. Ofiary prowadzono w uroczystym orszaku, w towarzystwie księży i ze śpiewem pokutnych pieśni na ustach. W Hiszpanii i we Włoszech skazańcowi golono głowę i nakładano mu strój hańby, czyli kaftan z jego imieniem oraz wymalowanymi diabłami i ogniem piekielnym. Do ust wpychano mu zaś knebel, żeby na stosie nie przeklął swoich oprawców. Tak na przykład 17 sierpnia 1600 roku spłonął na placu Campo de’Fiori w Rzymie włoski filozof Giordano Bruno.

Czary i czarownicy nie interesowali Kościoła do początków XIV wieku. Na mocy wydanej jeszcze w 906 roku przez papieża Sergiusza III instrukcji Episcopi wszelkie przemiany w dzikie bestie, spółkowanie z szatanem, lewitacja, nocne sabaty czy wróżbiarstwo traktowane były jedynie jako iluzja. Uparcie w niej tkwiących Kościół kazał tylko pouczać, w najgorszym wypadku wypędzać z gmin lub ekskomunikować. Tę sytuację zmieniła dopiero wydana w 1344 roku przez papieża Jana XXII bulla Super illius specula[5], która wszelkie czarownictwo zaliczyła do herezji, dając jednocześnie inkwizytorom nowe pole do działania.

 

Sto lat później, 5 grudnia 1484 roku, papież Innocenty VIII wydał bullę Summis desiderantes affectibus[6], która potępiała szerzącą się rzekomo w dolinie Renu plagę czarów oraz herezji i nadawała szczególne uprawnienia na terenie Niemiec dwóm inkwizytorom: Heinrichowi Kramerowi i Jakobowi Sprengerowi, autorom wydanego w 1487 roku traktatu Malleus Maleficarum, czyli Młot na czarownice, przerażającego, okrytego najczarniejszą niesławą podręcznika z instrukcjami dla morderców i psychopatów.

*

Igor z irytacją patrzył na Borolę, pochylonego nad talerzem żurku. Wiadomo przecież, jak bardzo irytujące jest wspomnienie o czymś w trakcie rozmowy, a następnie dodanie słów w rodzaju „ale o tym wolę nie mówić” lub coś w tym stylu. Jako że rozmowa przed chwilą zahaczyła o sprawy, co do których Igor był święcie przekonany, że nie wyjdą na jaw, tym bardziej ciekawiło go, co Borola miał na myśli, przebąkując coś o „innych kwestiach, o których opowie kiedy indziej”.

– Jakie inne kwestie? – nie wytrzymał w końcu i zapytał.

Borola podniósł wzrok znad talerza i skrzywił się.

– Naprawdę lepiej o tym wszystkim porozmawiać spokojnie kiedy indziej.

– Czy to dotyczy tej zachodniej firmy poszukiwawczej?

– Jezu! Aleś się uparł.

– No bo zaczynasz coś mówić i nie kończysz.

– Dobra. – Borola odsunął pusty talerz i sięgnął po serwetkę. – Powiem ci tylko ogólnie.

Igor pochylił się i oparł łokcie na stole. Spojrzał w bok na żonę Boroli, która, nauczona pewnie wieloletnim doświadczeniem trzymania się z dala od spraw męża, siedziała w sporej odległości i prowadziła ożywioną rozmowę z synami.

– Kojarzysz taką sprawę sprzed lat? W przedwojennej willi w Szczecinie policja znalazła ukrytą w bunkrze kolekcję bezcennych dzieł sztuki.

Igor pokiwał głową. Pamiętał. Pisała o tym cała prasa ogólnopolska.

W dwa tysiące czwartym roku w jednym z ilustrowanych tygodników ukazał się sensacyjny artykuł pod tytułem „Gdzie jest Rafael?”. Tekst dotyczył nieznanych losów dzieł sztuki, które, zrabowane z muzeów, wiejskich rezydencji i kościołów, czasem pojawiały się na rynku, wydobywane ze skrytek i strychów w całym kraju. Autor wspomniał o pokutujących od lat w środowisku kolekcjonerów plotkach, jakoby jeden ze szczecińskich zbieraczy posiadał w swojej kolekcji autentyczne obrazy Rafaela. O sensacji, opublikowanej zresztą w sezonie ogórkowym, zapomniano by pewnie szybko, gdyby nie to, że siedem lat później życie dopisało do tej historii ciąg dalszy. W lipcu dwa tysiące jedenastego roku na komisariat policji w Szczecinie zgłosiła się kobieta, informując o kradzieży dzieł sztuki ze swojego domu. Miała ze sobą nagraną płytę. Zdumionym policjantom ukazała się kolekcja obrazów i rzeźb kościelnych, z których część miała sygnatury muzealne. Zgodnie z procedurami, natychmiast powiadomiono o tym Krajowy Zespół ds. Zabytków Komendy Głównej Policji. W kilka dni później Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które prowadzi rejestr strat wojennych, powiadomiło Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Szczecinie, że jeden z obrazów najprawdopodobniej został skradziony z muzeum w Katowicach. Poinformowana o tym prokuratura wydała nakaz zabezpieczenia całej kolekcji. I w ten sposób, kilka dni później, wstrząśnięci inspektorzy Muzeum Narodowego oraz służb konserwatorskich zobaczyli na własne oczy zbudowany na tyłach przedwojennej willi dwukondygnacyjny betonowy bunkier, w którym, w licznych skrytkach, za przesuwanymi ścianami, zdeponowany był zbiór prawie trzystu obrazów z okresu od wczesnego renesansu po niemiecki barok, świeczników liturgicznych i rzeźb sakralnych. Postępowanie prokuratury, mimo że brały w nich udział Interpol oraz międzynarodowe specjalistyczne agencje zajmujące się zaginionymi dziełami sztuki, nie dowiodło, że pochodzą one z kradzieży. Tak więc, rok później, cała kolekcja, jedynie z wyjątkiem grafiki Józefa Czajkowskiego, która wróciła do muzeum w Katowicach, ponownie znalazła się w rękach właścicieli.

– A wiesz, co było potem? – Na twarzy Boroli zagościł tajemniczy uśmieszek, który oczywiście z miejsca zirytował Igora.

– Nic potem nie było. – Wzruszył ramionami. – Z tego, co słyszałem, cztery płótna Rafaela okazały się całkiem dobrymi kopiami. Z dziewiętnastego wieku.

– Posiadacz kolekcji, emerytowany murarz, właściciel zakładu budowlanego ze złotego okresu PRL, a według rodziny wybitny kolekcjoner amator, z ogromną wiedzą na temat sztuki, w którymś momencie dostał wylewu. Wkrótce oczywiście rozpoczęła się batalia pomiędzy spadkobiercami, a staruszek w dodatku miał dwie żony…

– To przecież wiadomo. O tym także pisała prasa.

– Według świadków część kolekcji zniknęła jeszcze przed jej odkryciem przez policję. Nie było na przykład wielkiego zbioru Nikiforów, które właściciel ponoć kupił jeszcze w latach sześćdziesiątych, a także kolekcji biżuterii. Żona również cały czas utrzymywała, że część zbiorów została skradziona.

– A co to w ogóle ma wspólnego z tym wszystkim, o czym mówiliśmy? – Igor nagle przypomniał sobie temat przewodni rozmowy.

– Właśnie do tego zmierzam…

– W głowie mi się nie mieści, jak zdołałeś połączyć tę kolekcję obrazów z bunkra za domem w Szczecinie z jakąś zachodnią ekipą eksploratorów i ze skarbem z katedry kamieńskiej. Powinieneś napisać książkę w stylu Dana Browna.

Borola popatrzył na Igora ze zniecierpliwieniem.

– Jak pozwolisz mi dokończyć, to może do tego dojdziemy.

Igor ugodowo pokiwał głową i ponownie oparł łokcie na blacie stołu.

– Pół roku temu w znanym warszawskim domu aukcyjnym miała się odbyć aukcja kilkudziesięciu obrazów z okresu od szesnastego do osiemnastego wieku. Dosłownie kilka minut przed rozpoczęciem aukcji do budynku wkroczyła policja i zaanektowała całość kolekcji. Potem się okazało, że miało to związek z doniesieniem spadkobierczyń kolekcji z bunkra właśnie, które pośród wystawionych dzieł dopatrzyły się obrazów skradzionych ze zbiorów ich ojca.

Igor się zasępił. O tym nic nie słyszał. Nie śledził dalszych losów tych zbiorów. Zresztą po zdementowaniu plotek o obrazach Rafaela przestała się nimi interesować także prasa.

Nagle coś go tknęło.

– Zaraz, zaraz. Pół roku temu? – Spojrzał na Borolę podejrzliwie. – To ty już wtedy interesowałeś się tymi sprawami? Myślałem, że dopiero, gdy kupiłeś ten dwór, czyli niecały miesiąc temu.

– W dalszym ciągu uważam, że akcja promocyjna to doskonały pomysł. – Borola uśmiechnął się pod nosem. – To żaden kant. Ale temat zainteresował mnie dokładnie dwudziestego drugiego września zeszłego roku. Zaraz po tej nieudanej aukcji, gdy wszystkich nas grzecznie wyproszono na zewnątrz.

Igor spojrzał na niego zdumiony.

– To ty tam byłeś?

Borola pokiwał głową.

– Chciałem kupić jeden taki obraz. Kobieta z gołębiem na tle Florencji chyba. Włoski malarz Simone Pignoni. Tylko że na miejscu okazało się, że na to płótno zasadziło się tam więcej takich jak ja. Mieli je zacząć licytować jakoś od dwudziestu tysięcy. Kupa ludzi skrzętnie przeliczała banknoty, a tu tymczasem taka okropna afera.

– Ale coś się wyjaśniło z tymi obrazami? Rzeczywiście były kradzione?

– Oczywiście, że nic się nie wyjaśniło. Dom aukcyjny grozi pozwem, prokuratura twierdzi, że wszystkie procedury były prawidłowe, a tymczasem wszystko to śmierdzi na kilometr. Nawet widziałem, że wśród kupujących kręcił się jeden taki polityk z naszego regionu.

Igor patrzył na Borolę z niedowierzaniem. Nie dlatego oczywiście, że nigdy nie podejrzewałby swojego najlepszego inwestora o udział w takich imprezach. Wprost przeciwnie, domyślał się raczej, że jest on zdolny nie do takich awantur. Ale fakt, że to wszystko według niego teoretycznie miało wiązać się ze skarbem z katedry kamieńskiej, czyniło z tej sprawy jakąś groteskową historię z pierwszych stron najgorszych brukowców. Taką, do których zazwyczaj dokleja się zdjęcia jakichś indywiduów z czarnymi paskami na oczach.

Patrzył na Borolę zamyślony, tak że dopiero po chwili dotarły do niego jego ostatnie słowa.

– Polityk z Pomorza? Który?

– A taka tam kanalia.

Ta krótka charakterystyka odpowiadała tak wielu wybitnym indywidualnościom regionu, że Igor oczywiście nadal nie miał zielonego pojęcia, o kogo może chodzić. Po namyśle stwierdził, że to akurat najmniej interesujące.

– Ale co z tą katedrą, na miłość boską?

– Jaką katedrą? – Borola spojrzał na niego.

– No z tym skarbem, co to go zamierzasz szukać w jeziorze. Od godziny gadasz o jakichś obrazach, a nadal nie powiedziałeś, co jedno z drugim ma wspólnego.

– Rafał, absolutnie musimy już jechać – dyskretnie, ale stanowczo, odezwała się nagle małżonka Boroli. – Chłopcy jutro idą do szkoły, a mamy jeszcze z godzinę drogi.

– Pół godziny. Góra czterdzieści minut, a nie żadną godzinę – burknął Borola i odwrócił się w kierunku barku.

– Już zapłaciłam.

– Spotkamy się jutro, to opowiem ci więcej. – Borola dźwignął się od stołu i sięgnął po płaszcz. – Pomyśl nad terminami i wyceną projektu.

Igor westchnął z rezygnacją i także wstał. Zdjął z wieszaka kurtkę i skierował się do wyjścia, w którym właśnie, przepychając się i śmiejąc, znikali synowie Boroli.

Dał się wmanewrować w tę rozmowę, ale musiał przyznać, że temat nawet go zaciekawił. Historia niesamowitej szczecińskiej kolekcji, a zwłaszcza jej finał, zawsze budziła w nim raczej niesmak niż zainteresowanie, ale jej ciąg dalszy w warszawskiej galerii był dość niespodziewany. Równocześnie zastanawiał się, czy przypadkiem Borola, w ten podstępny sposób, nie dokonuje właśnie inauguracji swojej kampanii reklamowej. Jego kosztem.

Wsiadł do samochodu. Silnik zamruczał i toyota powoli wytoczyła się z rzęsiście oświetlonego parkingu, a po chwili wjechała na główny trakt i przez pusty o tej porze most nad Dziwną ruszyła w kierunku drogi krajowej do Szczecina.

*

Paulina przetarła oczy. Pomyślała, że czytanie o wymyślnych torturach i technikach przesłuchań w średniowieczu nie jest raczej najlepszą lekturą na wieczór. Przesunęła myszkę i pozamykała kilka okien przeglądarki, otwartych w trakcie szukania informacji. Prawie na samym spodzie była strona z linkami na temat czarów i czarownic, którą otworzyła jako pierwszą. Już chciała ją zamknąć, gdy jej uwagę przykuł jeden z podanych adresów. Jakaś księgarnia internetowa oferowała do sprzedaży książkę pod tytułem Czary i czarownictwo na Pomorzu, materiały z konferencji naukowej w 2007 roku w Marianowie pod redakcją Arlety Majewskiej. Otworzyła link i zobaczyła zieloną okładkę z reprodukcją jakiegoś upiornego obrazu. Kilka pozycji dalej w ofercie wydawnictwa była kolejna książka – Czarownice z Pomorza i Kujaw autorstwa Anny Koprowskiej-Głowackiej. Nie znała tych pozycji, ale przyszło jej do głowy, że mogą się znajdować w bibliotece ojca. Kupował wszystko, co wydawano na temat Szczecina i Pomorza. Podniosła się i podeszła do regału pod przeciwległą ścianą pokoju. Ojciec miał wszystko poukładane według działów. Na trzech półkach były pozycje dotyczące historii, niżej albumy i przewodniki, a na trzech kolejnych półkach różnorodne książki na temat regionu. Sąsiedni regał w całości wypełniały pozycje dotyczące II wojny światowej. Paulina kucnęła i zaczęła wertować książki na niższych półkach. Zielona okładka z drukowanymi białymi literami na grzbiecie od razu rzuciła jej się w oczy. Jest!

Wyciągnęła cienką broszurę i otworzyła na przypadkowej stronie. Czarno-biała grafika przedstawiała starą kobietę w podartej sukni, przykutą łańcuchem do kamiennej ściany i leżącą na posadzce celi. W tle widać było drewniane, wzmocnione pasowymi okuciami drzwi.

Westchnęła. Super. Pomyślała, że jeśli chodzi o lekturę na wieczór, to wpadła akurat z deszczu pod rynnę. Przejrzała resztę półek, ale drugiej książki z księgarni internetowej nie znalazła. Podniosła się i wróciła do biurka. Po chwili namysłu wpisała szybko swoje dane oraz adres i kliknęła okienko „do koszyka”. Witryna obiecała, że książka powinna być za dwa dni.

Paulina przeciągnęła się i dopiero teraz poczuła, że jest zmęczona. W dodatku stłuczenie na udzie i biodrze rzeczywiście zaczęło ją boleć. Zgarnęła z biurka kubek z resztką zimnej herbaty, wzięła pod pachę broszurę o czarownicach i myśląc o tym, że w apteczce ma chyba jeszcze resztkę ketonalu, zaczęła się wspinać po schodach na piętro.

 

*

Dąbski Nurt to wąski przesmyk łączący Regalicę z jeziorem Dąbie. Oddziela on dwie niezamieszkane wyspy – Radlińskie Łąki oraz Czapli Ostrów, będące siedliskami ptactwa i rezerwatami przyrody. Od strony Szczecina, pomiędzy innymi wielkimi wyspami Międzyodrza – Ostrowem Grabowskim i Wyspą Pucką – dopływa tutaj Parnica. Dalej na północ rozlewa się jezioro Dąbie z kolejnymi wyspami – Dębiną, Czarnołęką, Radolinem i najdalej wysuniętą Wyspą Mewią. Na południe zaś, za częściowo użytkowanymi rolniczo terenami Wyspy Puckiej, rozciąga się ogromny archipelag wysp i kanałów, nazywany Kurowskimi Błotami oraz, w dalszej części, Parkiem Krajobrazowym Dolnej Odry. To głównie dzięki tej wielkiej zielonej przestrzeni, która od czerwca pokrywa się nieskończonymi dywanami kwitnących nenufarów, Szczecin zyskał niemiłosiernie wykpiwaną przez mieszkańców medialną nazwę „Pływających ogrodów[7]”. W maju jednak, gdy ruszają wypożyczalnie kajaków, wystarczy pół godziny, by z samego centrum miasta przenieść się w krajobraz przypominający dorzecze Amazonki i zabłądzić pomiędzy kanałami, których przebieg i kształt nieustannie się zmienia na skutek rozrastającej się w niekontrolowany sposób zieleni. Zupełnie inaczej wygląda jednak to miejsce w nocy, gdy kompletne ciemności spowijają porośnięte szuwarami brzegi, a ze wszystkich stron dobiegają głosy ptaków i rozmaitych nadwodnych stworzeń. Miasto wydaje się wówczas bardzo odległe.

Przy brzegu pogrążonej w mroku Wyspy Robiena kołysały się na wodzie trzy policyjne motorówki z włączonymi szperaczami, oświetlającymi nabrzeże i szeroki pas wody wzdłuż szuwarów. W ich świetle grupa policjantów w granatowych kurtkach i żółtych sztormiakach, wychylając się przez burty, przeczesywała dno przesmyku. Na brzegu kilku policjantów robiło to samo, wbijając w dno długie bosaki i przeszukując przybrzeżną roślinność. Trochę dalej, na polance przy ścieżce do ruin leśniczówki, na zwalonym pniu siedziało przerażone małżeństwo. Ich łódka została przed chwilą zaanektowana na potrzeby dochodzenia. Pomiędzy nimi tkwili dwaj zaaferowani chłopcy, którzy szeroko otwartymi oczami obserwowali wszystko dokoła, starając się niczego nie przegapić. Przy samym brzegu, trochę na obrzeżu epicentrum wydarzeń, stali dwaj mężczyźni, jeden ubrany w policyjny mundur referatu wodnego komisariatu Szczecin-Międzyodrze, drugi w cywilnej kurtce, z nasuniętą głęboko na kark czarną wełnianą czapką.

– Koszmar. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. – Cywil pokręcił głową i spojrzał na przykryty czarną płachtą niewielki pagórek na środku polanki. – Kurczę, myślałem, że to będzie zwykły topielec.

– Przyjrzałeś się w ogóle? Możesz coś stwierdzić?

– Zwłoki są w takim stanie, że nic nie da się na razie powiedzieć. Potrzebna jest sekcja. To robota dla patologa. Jak przywiozą tych z kryminałki, to niech się tym zajmą.

– Powinni zaraz być. Czekali na dyżurnego prokuratora, żeby go przywieźć. Szybciej dopłynąć tutaj motorówką, niż przebić się samochodem przez centrum do przystani. – Policjant głośno wciągnął powietrze. – Korpus bez głowy i rąk. Pewnie żeby nie można było zidentyfikować.

– Myślisz, że to jakieś mafijne porachunki?

– A czyje? Na sto procent. – Mężczyzna wzruszył ramionami i spojrzał w kierunku zwłok. – Ale czemu akurat tutaj? Mogli je utopić w jakimiś mniej uczęszczanym miejscu.

– Nie wybebeszyli trupa. – Lekarz westchnął. – Gazy gnilne w jamie brzusznej nieco odciążyły ładunek i pewnie zniósł go tutaj prąd.

Policjant pokręcił głową z niesmakiem.

– Chyba jednak nie chciałem tego wiedzieć.