UpadliTekst

Z serii: Upadli #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Podziękowania

Początek: Helston, Anglia wrzesień 1854 r.

Jeden: Zupełnie obcy

Dwa: Ślepa furia

Trzy: Przyciąganie ciemności

Cztery: Cmentarna zmiana

Pięć: Wewnętrzny krąg

Sześć: Nie ma zbawienia

Siedem: Rzucając światło

Osiem: Skok na zbyt głęboką wodę

Dziewięć: Stan niewinności

Dziesięć: Nie ma dymu

Jedenaście: Bolesne przebudzenie

Dwanaście: W proch

Trzynasty: U samych podstaw

Czternasty: Bezczynność

Piętnasty: Jaskinia lwa

Szesnaście: W równowadze

Siedemnaście: Otwarta księga

Osiemnasty: Ukryta wojna

Dziewiętnaście: Poza zasięgiem wzroku

Dwadzieścia: Brzask

Epilog: Dwa wielkie światła

Udręka


Tytuł oryginału:

Fallen

Copyright © 2009 by Tinder Books, LLC and Lauren Kate

Copyright for the Polish translation © 2010 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Urszula Okrzeja

Korekta:

Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce:

Fernanda Brussi Gonçalaves

Opracowanie graficzne okładki:

Angela Carlino

Skład i łamanie:

Milena Leśniak

Skład wersji elektronicznej:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-816-3

Wydanie IV

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228134743

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227213000

www.olesiejuk.pl

Mojej rodzinie,

z miłością i wdzięcznością


Podziękowania

Na moje ogromne podziękowania zasługują wszyscy w wydawnictwach Random House i Delacorte Press, którzy zrobili tak wiele w tak krótkim czasie. Wendy Loggia, której szczodrość i entuzjazm pomagały mi od samego początku. Krista Vitola, za ogromną, choć niewidoczną na pierwszy rzut oka pomoc. Brenda Schildgen z UC Davis, za tło i inspirację. Nadia Cornier, za pomoc w zabraniu się do pracy. Ted Malawer, za ostrą, pełną wdzięku i zabawną pracę redakcyjną. Michael Stearns, były szef, a teraz zaufany współpracownik i przyjaciel. Jesteś geniuszem.

Moi rodzice, moi dziadkowe, Robby, Kim i Jordan, i rodzina z Arkansas. Wprost nie umiem wyrazić wdzięczności za Wasze permanentne wsparcie. Kocham Was wszystkich.

I Jason, który opowiada mi o postaciach, jakby były prawdziwymi ludźmi, aż zaczynam wszystko rozumieć. Inspirujesz mnie, stanowisz dla mnie wyzwanie, każdego dnia wywołujesz mój śmiech. Masz moje serce.

„Lecz raj zamknięty (…); musimy odbyć podróż naokoło świata i zajrzeć, czy przypadkiem nie jest znowu otwarty gdziebądź od tyłu”.[1]


Heinrich von Kleist „O teatrze marionetek”

1 Tłum. Jacek St. Buras w: Heinrich von Kleist, Dramaty wybrane, Wydawnictwo Literackie 2000.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

POCZĄTEK


HELSTON, ANGLIA WRZESIEŃ 1854 R.

Około północy jej oczy w końcu nabrały kształtu. Były kocie i spoglądały na wpół zdecydowanie, na wpół niepewnie – ich wyraz zwiastował kłopoty. Tak, te oczy wyglądały właściwie. Wznosiły się w stronę jej delikatnego, eleganckiego czoła, jakby wskazując kaskady ciemnych włosów.

Uniósł papier na odległość wyciągniętej ręki, by ocenić postępy pracy. Trudno pracować, nie widząc jej przed sobą, ale też w jej obecności nigdy nie umiał szkicować. Od kiedy przybył z Londynu – a właściwie od kiedy ujrzał ją po raz pierwszy – zawsze musiał trzymać ją na dystans.

Codziennie zbliżała się do niego i każdy dzień był trudniejszy niż poprzedni. Dlatego rano zamierzał wyjechać do Indii, albo którejś z Ameryk – nie wiedział i wcale go to nie obchodziło. Gdziekolwiek skończy, wszędzie będzie mu łatwiej niż tutaj.

Znów się pochylił nad rysunkiem, westchnął i poprawił palcem naszkicowaną węglem pełną dolną wargę. Ten martwy papier, okrutny oszust, był jedynym sposobem, by zabrać ją ze sobą.

Po chwili, prostując się w skórzanym bibliotecznym fotelu, poczuł to. Ciepło na karku.

Ona.

Sama jej bliskość wywoływała w nim to dziwne odczucie – jak nagłe uderzenie gorąca, gdy kłoda w kominku rozpada się w popiół. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że ona tu jest. Zakrył jej podobiznę w szkicowniku na kolanach, ale nie mógł przed nią uciec.

Popatrzył na kremową kanapę po drugiej stronie salonu, gdzie niespodziewanie pojawiła się przed kilkoma godzinami, później niż reszta towarzystwa, odziana w różową jedwabną suknię, i oklaskami nagrodziła najstarszą córkę gospodarzy za udany koncert na klawesynie. Spojrzał w drugą stronę, przez okno na werandę, gdzie poprzedniego dnia podkradła się do niego, trzymając w dłoni bukiet dzikich białych piwonii. Wciąż wierzyła, że pociąg, jaki do niego czuje, jest niewinny, że ich częste spotkania w altance są… szczęśliwymi zbiegami okoliczności. Cóż za naiwność! Nigdy nie powie jej prawdy – musiał samotnie znosić ciężar tajemnicy.

Wstał i odwrócił się, zostawiając szkice na skórzanym fotelu. I oto była, przytulona do szkarłatnej aksamitnej zasłony, ubrana w prosty biały szlafrok. Czarne włosy wysunęły się z warkocza. Jej twarz miała ten sam wyraz, który tak często szkicował. Wypłynął na nią rumieniec. Czy była rozgniewana? Zawstydzona? Chciał się dowiedzieć, ale nie mógł sobie pozwolić, by o to zapytać.

– Co tu robisz? – Zdał sobie sprawę, że warknął, i natychmiast pożałował, że odezwał się tak ostro, świadom, że ona nigdy tego nie zrozumie.

– Nie… nie mogłam spać – odparła, kierując się w stronę kominka i jego krzesła. – Zobaczyłam światło w twoim pokoju, a potem… – spuściła wzrok – kufer za drzwiami. Wybierasz się gdzieś?

– Miałem ci powiedzieć…

Nie powinien kłamać. Nigdy nie chciał zdradzić jej swoich planów. Powiedzenie o nich tylko wszystko pogorszy. I tak pozwolił już, by sprawy zaszły za daleko, wiedząc, że tym razem będzie inaczej.

Podeszła bliżej. Zerknęła na szkicownik.

– Rysowałeś mnie?

Zaskoczenie w jej głosie przypomniało mu, jak wielka jest między nimi różnica w pojmowaniu sytuacji. Przez ten cały czas, który spędzili razem w ciągu ostatnich tygodni, nawet nie zaczęła się domyślać, co ich do siebie przyciągało.

To dobrze – a przynajmniej lepiej. Przez ostatnie kilka dni, od kiedy podjął decyzję o wyjeździe, próbował się od niej odsunąć. Wymagało to od niego tak wielkiego wysiłku, że kiedy był sam, musiał się poddać stłumionemu pragnieniu, by ją rysować. Wypełniał strony szkicownika liniami jej szyi, marmurowymi obojczykami, czarną otchłanią włosów.

 

Teraz spojrzał na swój szkic. Nie był zawstydzony, że został przyłapany na szkicowaniu jej. Gorzej. Przeszedł go dreszcz, gdy uświadomił sobie, że to odkrycie – ujawnienie jego uczuć – ją zniszczy. Powinien był zachować większą ostrożność. To się zawsze tak zaczynało.

– Ciepłe mleko z łyżeczką melasy – mruknął, wciąż odwrócony do niej plecami. – To pomaga ci zasnąć.

– Skąd wiedziałeś? Tego właśnie używała moja matka…

– Wiem – powiedział, odwracając się do niej.

Zaskoczenie w jej głosie nie zdziwiło go, nie mógł jednak wyjaśnić jej, skąd wiedział, ani opowiedzieć, jak wiele razy podawał jej ten napój w przeszłości, gdy nadchodziły cienie, jak przytulał ją dopóki nie zasnęła.

Jej dotyk jakby przepalał mu koszulę. Kiedy delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu, aż westchnął. W tym życiu jeszcze się nie dotykali, a ten pierwszy kontakt zawsze pozbawiał go tchu.

– Odpowiedz mi – wyszeptała. – Wyjeżdżasz?

– Tak.

– To zabierz mnie ze sobą!

Widział kolejne emocje malujące się w jej oczach – oszołomienie, a po chwili zawstydzenie własną otwartością. Zawsze tak robiła i zbyt wiele razy wcześniej popełniał błąd, pocieszając ją w takich chwilach.

– Nie – wyszeptał, pamiętając… zawsze pamiętając. – Wypływam jutro. Jeśli w ogóle cię obchodzę, nie powiesz już nic więcej.

– Jeśli w ogóle mnie obchodzisz – powtórzyła. – Ja… ja kocham…

– Nie.

– Muszę to powiedzieć. Ja… ja cię kocham, jestem tego pewna, a jeśli odjedziesz…

– Jeśli odjadę, uratuję ci życie. – Mówił powoli, próbując dotrzeć do tej części jej osoby, która mogła pamiętać. Czy w ogóle tam była, ukryta gdzieś głęboko? – Niektóre rzeczy są ważniejsze niż miłość – Nie zrozumiesz, ale musisz mi zaufać.

Wbiła w niego wzrok. Cofnęła się o krok i założyła ręce na piersi. To też była jego wina – zawsze wywoływał w niej pogardę, gdy mówił do niej protekcjonalnie.

– Chcesz mi powiedzieć, że jest coś ważniejszego niż to? – rzuciła mu wyzwanie, chwytając jego dłonie i przyciągając je do piersi.

Och, być nią i nie wiedzieć co nadchodzi! A przynajmniej być silniejszym, niż był, i powstrzymać ją. Jeśli jej nie powstrzyma, ona nigdy się nie nauczy i przeszłość tylko się powtórzy, znów dręcząc ich oboje.

Znajome ciepło jej skóry pod dłońmi sprawiło, że odchylił głowę i jęknął. Próbował ignorować jej bliskość, to, jak doskonale znał dotyk jej warg na swoich i jak gorzko to wszystko musiało się skończyć. Lecz jej palce tak delikatnie dotykały jego dłoni… Czuł jej serce bijące szaleńczo pod cienką bawełnianą tkaniną.

Miała rację. Nie było nic ważniejszego. Nigdy. Miał zamiar się poddać i wziąć ją w ramiona, kiedy spostrzegł jej spojrzenie. Jakby zobaczyła ducha.

Wycofała się, unosząc dłoń do czoła.

– Czuję się bardzo dziwnie – wyszeptała.

Nie. Czy już jest za późno?

Jej oczy przybrały taki sam wyraz jak na jego szkicu.

Przysunęła się do niego, położyła mu dłonie na piersi i rozchyliła wargi.

– Możesz mi powiedzieć, że oszalałam, ale przysięgam, że już tu byłam…

Czyli jest za późno. Z obawą uniósł wzrok i poczuł nadchodzącą ciemność. Wykorzystał ostatnią okazję, by ją objąć, by przytulić ją tak mocno, jak tego pragnął od tygodni.

Gdy ich wargi się zetknęły, oboje byli bezsilni. Miodowy smak jej ust oszołomił go. Im mocniej się do niego przytulała, tym większe czuł podniecenie i grozę. Wsunęła w jego usta język, a ogień między nimi stawał się coraz jaśniejszy, gorętszy, potężniejszy z każdym nowym dotykiem, nowym odkryciem. Choć nic nie było nowe.

Pokój się zakołysał. Otoczyła ich migotliwa aura.

Niczego nie zauważała, niczego nie była świadoma, i nie rozumiała niczego poza ich pocałunkiem.

On jeden wiedział co się stanie, jacy mroczni towarzysze czekają, by spaść na ich zjednoczenie. Chociaż po raz kolejny nie udało mu się zmienić biegu ich życia, wiedział.

Cienie kłębiły się bezpośrednio nad nimi. Tak blisko, że mógłby ich dotknąć. Tak blisko, że zastanawiał się, czy nie powinna słyszeć, co szepcą. Widział, jak jej twarz pochmurnieje. Dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia.

A później nie było już niczego.

JEDEN


ZUPEŁNIE OBCY

Luce wtarabaniła się do oświetlonego jarzeniówkami przedsionka szkoły Sword & Cross z dziesięciominutowym spóźnieniem. Wielki, czerwony na twarzy strażnik, z podkładką do pisania wciśniętą pod napięty biceps, już wydawał polecenia – to oznaczało, że Luce coś przegapiła.

– Pamiętajcie, prochy, wyra, diody – warknął strażnik do grupki trojga uczniów, którzy stali odwróceni plecami do Luce. – Pamiętajcie o podstawach, a nikomu nie stanie się krzywda.

Luce pospiesznie dołączyła do grupki. Wciąż się zastanawiała, czy poprawnie wypełniła stertę formularzy, czy ich przewodnik o ogolonej głowie jest mężczyzną, czy kobietą, czy ktoś jej pomoże z tą gigantyczną torbą, czy jej rodzice pozbędą się jej ukochanego plymoutha fury, kiedy wrócą do domu. Przez całe lato grozili, że sprzedadzą samochód, a teraz mieli powód, z którym nawet Luce nie mogła się sprzeczać – w jej nowej szkole nikt nie mógł mieć samochodu. A dokładniej mówiąc, w jej poprawczaku.

Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do tej nazwy.

– Czy mogłabym… eee… prosić o powtórzenie? – spytała strażnika. – Jak to brzmiało? Prochy…?

– Popatrzcie no, kogo to wiatr przyniósł – powiedział głośno strażnik, po czym zaczął mówić bardzo powoli. – Prochy. Jeśli należysz do tych uczniów, którzy biorą leki, tam właśnie chodzisz, żeby zachować haj, rozum, oddech, czy co tam jeszcze.

Kobieta, uznała Luce, przyglądając się strażnikowi. Żaden mężczyzna nie byłby na tyle wredny, by powiedzieć to wszystko tak słodkim tonem.

– Rozumiem. – Luce poczuła ucisk w żołądku. – Prochy. Prochów nie brała już od lat. Po wypadku ostatniego lata, doktor Sanford, który zajmował się nią w Hopkington – to on spowodował, że rodzice posłali ją do szkoły z internatem aż w stanie New Hampshire – zaczął się zastanawiać nad ponownym włączeniem leków. Mimo że w końcu przekonała go, że jej stan jest niemal stabilny, musiała przez dodatkowy miesiąc poddawać się psychoanalizie, żeby nie dostać znów tych koszmarnych psychotropów.

I dlatego zaczynała naukę w ostatniej klasie Sword & Cross cały miesiąc po rozpoczęciu roku szkolnego. Bycie nowym uczniem było mało zabawne, a Luce czuła się naprawdę zdenerwowana na myśl o pojawieniu się w klasie, w której wszyscy już się znają. Oceniając jednak po reszcie uczestników wycieczki, nie była jedynym nowym dzieciakiem tego dnia.

Przyjrzała się ukradkiem pozostałej trójce uczniów, którzy ją otaczali. W poprzedniej szkole, Dover Prep, już pierwszego dnia poznała swoją najlepszą przyjaciółkę Callie. W miejscu, w którym większość uczniów znała się niemal od urodzenia, wystarczyło, że Luce i Callie jako jedyne nie chodziły do tamtejszej podstawówki. Wkrótce jednak obie uświadomiły sobie, że mają również obsesję na punkcie tych samych starych filmów – szczególnie z Albertem Finneyem. Kiedy w pierwszej klasie, podczas oglądania „Dwojga na drodze” odkryły, że żadna nie umie zrobić prażonej kukurydzy, nie uruchamiając przy tym alarmu przeciwpożarowego, pozostawały właściwie nierozłączne. Aż… aż musiały się rozstać.

Dziś Luce miała u boku dwóch chłopaków i dziewczynę. Dziewczyna wydawała się łatwa do przejrzenia. Blondynka o urodzie przypominającej reklamę norweskich kremów do rąk, z pomalowanymi jasnoróżowym lakierem paznokciami i pasującym do nich plastikowym segregatorem.

– Gabbe jestem – powiedziała, przeciągając samogłoski.

Uśmiechnęła się szeroko. Niestety, jej uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił, zanim Luce zdążyła się przedstawić. Przez ten brak zainteresowania ta dziewczyna przypominała Luce raczej południową wersję dziewczyn z Dover niż kogoś, kogo mogła spotkać w Sword & Cross. Nie mogła się zdecydować, czy to pocieszające, czy nie, ani też wyobrazić sobie, co ktoś o takim wyglądzie robi w poprawczaku.

Po prawej ręce Luce stał chłopak z krótko obciętymi kasztanowymi włosami, piwnymi oczami i piegami na nosie. Nie patrzył na nią i przez cały czas tylko skubał skórkę na kciuku, przez co robił wrażenie, jakby był równie jak ona oszołomiony i zawstydzony, że znalazł się w tym miejscu.

Z kolei, chłopak po lewej aż za dobrze pasował do obrazu tego miejsca, jaki Luce sobie wytworzyła. Wysoki i chudy, z torbą DJa przewieszoną przez ramię, miał rozczochrane czarne włosy i wielkie, głęboko osadzone zielone oczy. Jego pełne wargi miały naturalny różowy odcień, za który większość dziewczyn dałaby się pokroić. Wytatuowane na karku czarne stylizowane słońce wyglądało, jakby świeciło na jego bladej skórze, wyłaniając się spod czarnego podkoszulka.

W przeciwieństwie do pozostałej dwójki, ten chłopak, napotykając jej spojrzenie, nie odwrócił wzroku. Nie uśmiechnął się, lecz jego oczy były pełne ciepła. Patrzył na nią, stojąc nieruchomo jak rzeźba, co sprawiło, że Luce również stała jak wmurowana. Sapnęła cicho. Te oczy były głębokie i kuszące, i, no cóż, nieco rozbrajające.

Strażniczka odchrząknęła głośno. Luce się zarumieniła i udawała, że drapie się po głowie.

– Ci, którzy już poznali zasady, mogą sobie pójść, kiedy pozbędą się przedmiotów niebezpiecznych. – Tu wskazała na duże kartonowe pudło i wypisane wielkimi czarnymi literami słowa: przedmioty zakazane. – A kiedy powiedziałam „pójść sobie”, Todd – zacisnęła rękę na ramieniu piegowatego chłopaka tak mocno, że aż podskoczył – miałam na myśli udanie się do szkoły na spotkanie z uczniami, których wyznaczono na waszych przewodników. Ty – wskazała na Luce – pozbądź się przedmiotów niebezpiecznych i zostań ze mną.

Cała czwórka podeszła powoli do pudła. Luce przyglądała się ze zdumieniem, jak pozostali uczniowie zaczynają opróżniać kieszenie. Dziewczyna wyjęła długi na trzy cale różowy scyzoryk. Zielonooki chłopak niechętnie wrzucił puszkę farby w spraju i nóż do tapet.

Nawet nieszczęsny Todd pozbył się kilku pudełek zapałek i pojemnika z gazem do zapalniczek. Luce czuła się niemal głupio, że sama nie ukrywa nic niebezpiecznego, kiedy jednak zobaczyła, jak pozostali sięgają do kieszeni i wrzucają do kartonu komórki, głośno przełknęła ślinę.

Kiedy się pochyliła, żeby uważniej przyjrzeć się liście przedmiotów zakazanych, odkryła, że komórki, pagery i wszelkiego rodzaju krótkofalówki są surowo zakazane. Czy nie wystarczało, że nie może mieć swojego samochodu? Luce zacisnęła spoconą dłoń na komórce w kieszeni, jedynym połączeniu ze światem zewnętrznym. Gdy strażniczka zobaczyła jej minę, szybko klepnęła ją w policzek.

– Nie mdlej mi tu, dziewczyno, nie płacą mi tyle, żebym przeprowadzała sztuczne oddychanie. Poza tym, raz w tygodniu możesz zadzwonić z holu.

Jedna rozmowa telefoniczna… raz w tygodniu. Ale…

Po raz ostatni spojrzała na komórkę i zobaczyła, że dostała dwie nowe wiadomości. Nie wydawało jej się możliwe, że to dwie ostatnie wiadomości. Pierwsza była od Callie.

„Zadzwoń natychmiast! Będę czekać całą noc, więc gadaj. I pamiętaj, jaką ci dałam mantrę. Przeżyjesz! A poza tym myślę, że wszyscy już zapomnieli o…”.

Co typowe dla Callie, jej wiadomość była tak długa, że żałosna komórka Luce wyświetliła tylko pierwsze cztery linijki. W pewnym sensie Luce czuła ulgę. Nie chciała czytać o tym, jak wszyscy w jej starej szkole zdążyli już zapomnieć, co jej się przytrafiło i co takiego zrobiła, że trafiła w to miejsce.

Westchnęła i przeszła do drugiej wiadomości. Ta była od mamy, która dopiero przed paroma tygodniami nauczyła się wysyłać smsy i która z pewnością nie wiedziała o „jednej rozmowie tygodniowo”, bo wtedy na pewno nie zostawiłaby tu swojej córki. Prawda?

„Dzieciaku, ciągle myślimy o tobie. Bądź grzeczna i jedz dużo białka. Pogadamy kiedy będziemy mogli. Buziaki. M&T”.

Luce z westchnieniem uświadomiła sobie, że jej rodzice musieli wiedzieć. Jak inaczej wyjaśnić ich ponure miny, kiedy machała im na pożegnanie przed bramą szkoły, trzymając w ręku torbę? Przy śniadaniu próbowała żartować, że przynajmniej pozbędzie się tego paskudnego akcentu z Nowej Anglii, którego nauczyła się w Dover, ale rodzice nawet się nie uśmiechnęli. Uznała, że wciąż są na nią wściekli. Nigdy nie podnosili na nią głosu, co oznaczało, że kiedy Luce naprawdę narobiła sobie problemów, nie odzywali się do niej. Teraz rozumiała ich dziwne zachowanie tego ranka – rodzice już opłakiwali utratę kontaktu z jedyną córką.

 

– Wciąż czekamy na jedną osobę – powiedziała strażniczka. – Ciekawe kto to.

Luce znów spojrzała na karton z przedmiotami niebezpiecznymi, wypełniony teraz rzeczami, których nawet nie rozpoznawała. Czuła, jak ciemnowłosy chłopak się w nią wpatruje. Rozejrzała się i zauważyła, że patrzą na nią wszyscy. Jej kolej. Zamknęła oczy i powoli wyprostowała palce, pozwalając, by komórka wysunęła się z jej dłoni i ze smętnym odgłosem wylądowała na szczycie sterty. To był dźwięk samotności.

Todd i androidka Gabbe ruszyli w stronę drzwi, nie poświęcając Luce nawet jednego spojrzenia, lecz trzeci chłopak zwrócił się do strażniczki.

– Mogę jej wszystko pokazać – powiedział, spoglądając na Luce.

– To nie jest część naszej umowy – odparła automatycznie strażniczka, jakby się spodziewała takiej propozycji. – Znów jesteś nowym uczniem, a to oznacza ograniczenia, jak dla nowych uczniów. Wracamy do punktu wyjścia. Jeśli ci się to nie podoba, powinieneś był się zastanowić, zanim złamałeś warunki zwolnienia warunkowego.

Chłopak stał nieruchomo, z twarzą bez wyrazu, gdy kobieta pociągnęła Luce – która zesztywniała, słysząc słowa „zwolnienie warunkowe” – w stronę końca pożółkłego korytarza.

– Dalej – powiedziała, jakby nic się nie stało. – Wyra.

Wskazała na zachodnie okno, za którym widziała w oddali szary budynek. Luce widziała, jak Gabbe i Todd wloką się w ich stronę, a trzeci chłopak idzie powoli, jakby wcale nie miał zamiaru do nich dołączyć.

Internat był surowy i przerażający – masywny szary blok z pustaków, którego podwójne drzwi skutecznie ukrywały wszelkie życie wewnątrz. Pośrodku martwego trawnika znajdowała się spora kamienna tablica i Luce przypomniała sobie, ze strony internetowej, że wyrzeźbiono na niej słowa „Internat pauliński”. W zamglonym blasku porannego słońca wyglądał jeszcze paskudniej niż na czarnobiałym zdjęciu.

Nawet z tej odległości Luce widziała czarną pleśń porastającą ścianę internatu. Wszystkie okna zasłaniały stalowe kraty. Zmrużyła oczy. Czy na szczycie ogrodzenia otaczającego budynek dostrzegła drut kolczasty?

Strażniczka spojrzała na rozpiskę, przeglądając dokumentację Luce.

– Pokój sześćdziesiąt trzy. Zostaw torbę w moim biurze. Rozpakujesz się po południu.

Luce położyła swoją czerwoną torbę podróżną obok trzech czarnych walizek. Odruchowo sięgnęła po komórkę, gdzie zazwyczaj zapisywała sprawy, o których nie chciała zapomnieć. Ale gdy znalazła tylko pustą kieszeń, westchnęła i postanowiła zapamiętać numer.

Wciąż nie rozumiała, dlaczego nie mogła zostać z rodzicami – ich dom w miasteczku Thunderbolt znajdował się mniej niż pół godziny drogi od Sword & Cross. Tak dobrze czuła się z powrotem w Georgii, gdzie, jak zawsze powtarzała jej matka, nawet wiatr wieje leniwie. Spokojniejszy, wolniejszy styl życia Georgii pasował Luce o wiele bardziej niż Nowa Anglia.

Jednakże szkoła Sword & Cross wcale nie wyglądała tak jakby należała do Savannah. To pozbawione życia bezbarwne miejsce, do którego wysłał ją sąd, różniło się od wszystkiego, co znała Luce. Któregoś dnia podsłuchała, jak ojciec rozmawia z dyrektorem szkoły, zgodnie ze swoim nauczycielskim przyzwyczajeniem, kiwając przy tym głową. Powiedział: „Tak, tak, może będzie dla niej lepiej, jeśli pozostanie pod państwa nadzorem. Nie, nie, nie chcemy się wtrącać do waszego systemu”.

Najwyraźniej ojciec nie wiedział, w jakich warunkach będzie nadzorowana jego jedyna córka. To miejsce przypominało więzienie o zaostrzonym rygorze.

– A co z tymi, jak to szło…? Diodami? – spytała Luce, gotowa do zakończenia wycieczki.

– Diody – odpowiedziała strażniczka, wskazując na niewielkie urządzenie wiszące u sufitu, soczewkę z migającą czerwoną diodą.

Luce wcześniej ich nie zauważyła, lecz gdy pokazano jej pierwszą, zorientowała się, że są wszędzie.

– Kamery?

– Bardzo dobrze – stwierdziła strażniczka głosem wprost ociekającym protekcjonalnością. – Są doskonale widoczne, po to, żebyście pamiętali. Przez cały czas, zawsze i wszędzie, obserwujemy was. I lepiej tego nie spieprz… Jeśli uda ci się powstrzymać.

Za każdym razem, kiedy ktoś zwracał się do Luce tak, jakby uważał ją za psychopatkę, coraz bardziej zaczynała w to wierzyć.

Przez całe lato dręczyły ją wspomnienia, w snach i w rzadkich chwilach, gdy rodzice zostawiali ją samą. Coś się wydarzyło w tamtym domku i wszyscy (nie wyłączając Luce) bardzo chcieli się dowiedzieć, do czego właściwie doszło. Policja, sędzia, pracownicy opieki społecznej, wszyscy próbowali wyciągnąć z niej prawdę, lecz ona nie wiedziała wiele więcej od nich. Przez cały wieczór żartowała z Trevorem – urządzili sobie wyścig do domków nad jeziorem, z dala od reszty towarzystwa. Próbowała wyjaśniać, że to był jeden z najpiękniejszych wieczorów jej życia, aż zmienił się w najgorszy.

Tak wiele czasu spędziła, odtwarzając w pamięci wydarzenia tamtej nocy, słyszała śmiech Trevora, czuła, jak obejmuje ją, i próbowała pogodzić to z wewnętrznym instynktem, który mówił jej, że jest niewinna.

Teraz wszystkie zasady i nakazy w Sword & Cross zadawały temu kłam, niemal sugerowały, że rzeczywiście jest niebezpieczna i trzeba ją kontrolować.

Luce poczuła mocny uścisk na ramieniu.

– Posłuchaj – powiedziała strażniczka. – Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, to naprawdę nie jesteś tu najgorszym przypadkiem.

To był pierwszy ludzki gest strażniczki i Luce czuła, że te słowa rzeczywiście miały na celu poprawienie jej nastroju. A jednak… Została tu, wysłana z powodu podejrzanej śmierci chłopaka, za którym szalała, i wciąż „nie była najgorszym przypadkiem”. Luce zastanawiała się, kim jeszcze zajmowała się szkoła.

– Dobra, wprowadzenie zakończone – stwierdziła strażniczka. – Zostajesz sama. Masz tu mapę, gdybyś musiała znaleźć coś jeszcze. – Podała Luce ksero prostej, narysowanej ręcznie mapki, po czym spojrzała na zegarek. – Masz godzinę do pierwszych zajęć, ale za pięć minut zaczyna się mój serial, więc – machnęła ręką na Luce – zbieraj się. I nie zapominaj – dodała, po raz kolejny wskazując na kamery. – Diody cię obserwują.

Nim Luce zdążyła odpowiedzieć, przed nią pojawiła się chuda, ciemnowłosa dziewczyna. Zamachała długimi palcami przed twarzą Luce.

– Uuu – powiedziała głosem zarezerwowanym dla opowieści o duchach, okrążając przy tym Luce. – Diody cię obserwuuuują.

– Wynoś się stąd, Arriane, zanim poślę cię na lobotomię – warknęła strażniczka, choć jej pierwszy, szczery uśmiech wyraźnie świadczył, że darzy szaloną dziewuchę pewną szorstką sympatią.

Arriane wyraźnie nie podzielała tego uczucia. Zrobiła wulgarny gest w stronę kobiety, po czym spojrzała na Luce, czekając na pierwsze oznaki obrazy.

– A za to właśnie – stwierdziła strażniczka, pisząc coś szybko w swoim notatniku – dostaniesz zadanie oprowadzenia po okolicy Panny Słoneczko.

Wskazała na Luce, która w czarnych dżinsach, czarnych butach i czarnej bluzce wcale nie wyglądała promiennie. W dziale „Ubiór” na stronie internetowej Sword & Cross znajdowała się informacja, że uczniowie, którzy dobrze się sprawują, mogą ubierać się dowolnie, pod dwoma drobnymi warunkami – strój musi być skromny i czarny. Cóż za swoboda wyboru.

Za duży czarny półgolf, który matka wcisnęła Luce tego ranka, doskonale ukrywał jej krągłości, a do tego utraciła swój największy atut – po gęstych czarnych włosach, które do niedawna sięgały jej do pasa, nie zostało ani śladu. Pożar w domku osmalił jej głowę, pozbawiając części włosów, więc po długiej, spędzonej w milczeniu drodze z Dover matka posadziła Luce w wannie, wyjęła elektryczną maszynkę do golenia ojca i bez słowa ogoliła jej głowę. Przez lato włosy trochę odrosły, na tyle, by niegdyś godne pozazdroszczenia loki zwijały się za uszami.

Arriane oceniła ją wzrokiem i dotknęła palcem bladych warg.

– Doskonale – powiedziała. Podeszła i wzięła Luce pod rękę. – Właśnie myślałam o tym, że przyda mi się nowy niewolnik.

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł wysoki zielonooki chłopak.

– W tym miejscu możesz się spodziewać nawet rewizji osobistej, więc jeśli chowasz jeszcze jakieś „przedmioty niebezpieczne” – powiedział. Uniósł brew i wrzucił garść bliżej nierozpoznawalnych przedmiotów do kartonu – możesz sobie oszczędzić zachodu.

Stojąca za plecami Arriane zachichotała. Chłopak uniósł głowę, a gdy zauważył dziewczynę, otworzył usta i zaraz je zamknął, jakby nie wiedział co ma zrobić.

– Arriane – powiedział beznamiętnie.

– Cam – odpowiedziała.

– Znasz go? – wyszeptała Luce, zastanawiając się, czy w poprawczakach tworzą się takie same kliki, jak w prywatnych liceach w rodzaju Dover.

– Nie przypominaj mi – odparła Arriane i pociągnęła Luce w szary, wilgotny poranek.

Tył budynku otwierał się na nierówny chodnik graniczący z zarośniętym boiskiem. Trawa wyrosła tak bardzo, że teren przypominał raczej nieużytek niż boisko, ale wyblakła tablica i niewielkie drewniane trybuny świadczyły, że jest inaczej.

Za boiskiem stały cztery ponure budynki – internat z pustaków po lewej, potężny stary kościół po prawej, a między nimi dwie inne masywne budowle, w których musiały się znajdować sale lekcyjne.

I już. Cały jej świat ograniczał się do tego przygnębiającego widoku.

Arriane natychmiast zeszła ze ścieżki i wyprowadziła Luce na boisko, po czym przystanęła obok jednej z przemoczonych drewnianych trybun.

Podobne miejsce w Dover zbyt kojarzyło się Luce z „byczkami” na stypendiach dla sportowców, więc go unikała. Lecz to puste pole, z zardzewiałymi, powykrzywianymi bramkami opowiadało zupełnie inną historię. Taką, którą Luce nie do końca rozumiała. Trzy sępy przeleciały nad jej głową, a ponury wiatr gwizdał wśród nagich gałęzi dębów. Luce ukryła twarz w golfie.

– Czyli – odezwała się Arriane. – Randy z głowy.

– Myślałam, że nazywa się Cam.

– Nie o nim mówię – przerwała jej Arriane. – Chodzi mi o tego kobietona. – Wskazała głową w stronę biura, w którym strażniczka siedziała przed telewizorem. – Jak myślisz, facet czy babka?

– Eee, babka? – odpowiedziała niepewnie Luce. – Czy to próba? Na twarzy Arriane pojawił się uśmiech.

– Pierwsza z wielu. I zdałaś. I myślę, że zdałaś. Płeć większości pracowników jest tu tematem niekończących się dyskusji. Nie martw się, przyzwyczaisz się.

Luce uznała, że Arriane żartuje – i świetnie. Porównując to miejsce z Dover, dostrzegła, jak bardzo są różne. W jej poprzedniej szkole noszący zielone krawaty przyszli senatorowie niemal płynęli przez korytarze, w szlachetnej ciszy, otoczeni aurą wyższości, jaką zapewniały duże pieniądze.