Żegnaj, siostroTekst

Z serii: Agnes Hillstrøm #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żegnaj, siostro
Żegnaj, siostro
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Żegnaj, siostro
Żegnaj, siostro
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lars Kjædegaard

Żegnaj, siostro

Saga

Żegnaj, siostroTłumaczenie Agata Lubowicka Tytuł oryginału Farvel søsterZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020, 2020 Lars Kjædegaard i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726570854

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

1.

Agnes Hillstrøm zaparkowała samochód przed blokiem. Było ciemno i padało. Przed klatką schodową z numerem 32 ujrzała żółtą karetkę i wóz patrolowy. Migający na niebiesko kogut karetki oświetlał fasadę z żółtej cegły, w oknach paliło się światło i widać w nich było ludzi.

Założyła kaszkiet, wyszła z samochodu i weszła pod taśmę zabezpieczającą rozciągniętą przed klatką schodową. Skinęła stojącemu w drzwiach funkcjonariuszowi.

– Otto jest na górze?

– Już czeka – odpowiedział.

Weszła do środka i skierowała się na pierwsze piętro. Blok przypominał jej własny. Był to starszy typ budownictwa, nie mieszkała tu żadna patologia. Miała wrażenie, jakby dobrze znała to miejsce.

Drzwi wejściowe do mieszkania po lewej stronie były uchylone. Popchnęła je i weszła do przedpokoju. Od razu rzuciły jej się w oczy poukładane przez techników plastikowe czerwone płyty do chodzenia. Przeszła po nich do dużego pokoju.

Na podłodze rozłożono worek na zwłoki, na którym spoczywało ciało kobiety ubranej w błękitne jeansy i koszulę. Jej kapcie z wielbłądziej wełny w kratę sterczały w górę.

Agnes dojrzała nieco krwi pod szyją, poza tym nie było widać żadnych innych widocznych obrażeń ciała. Obok zmarłej kucał ratownik, podczas gdy technik w nylonowym kombinezonie wykonywał zdjęcia.

Technik podniósł wzrok.

– Otto jest w kuchni. Musieliśmy ją zdjąć.

– Zdjąć? Skąd?

Mężczyzna wskazał głową w stronę kuchni.

– Vang ci powie.

Ostrożnym krokiem przeszła do kuchni, gdzie przy ścianie stał jej asystent, Otto Vang, z jeszcze jednym technikiem.

Otto się odwrócił.

– Musieliśmy przejść do działania – stwierdził.

– Co się stało?

Otto spojrzał na technika, który wskazywał na ścianę.

– W ścianie tkwi szpikulec przypominający wspornik do montowania podwieszanych półek z Ikei.

Agnes podeszła bliżej i zobaczyła szpikulec. Był to ostro zakończony bolec sterczący z mocowania w ścianie. Szpikulec był zakrwawiony, a pod nim ciągnęła się purpurowa smuga krwi.

Otto raportował:

– Przyjechaliśmy godzinę temu. Denatka nazywa się Marianne Holmegaard. Sześćdziesiąt dwa lata, wdowa. Znaleziona tuż przed osiemnastą przez sąsiadkę z góry, Birgitte Weischenk.

Agnes pokiwała głową.

– Ofiara stała oparta o ścianę i nie żyła?

– Właśnie tak. Sąsiadka przeżyła szok.

– Wyobrażam sobie. Dlaczego tu przyszła?

– Zapraszają się na zmianę na kolację. Porozumiewają się specjalnym sygnałem. Stukają w rury ciepłownicze, kiedy posiłek jest gotowy. Sąsiadka stukała, ale Marianne nie przychodziła, więc…

– Sama zeszła na dół. Mają klucze do swoich mieszkań?

– Na to wygląda.

– A gdzie jest teraz pani Weischenk?

Otto rozwarł szerzej oczy.

– Cóż, jest w szpitalu.

– Z jakiego powodu?

– Szok. Ratownicy myśleli, że to zawał, więc wezwali jeszcze jedną karetkę. Nie wiemy, w jakim jest stanie, wiadomo jedynie, że zawieźli ją do Glostrup.

– Jaki był przebieg? Jakieś hipotezy?

Otto odwrócił się w stronę tkwiącego w ścianie szpikulca.

– Wygląda to tak, jakby nadziała się na to plecami z bardzo dużą siłą. Pasuje wysokość, a jak wspomniałem, Birgitte Weischenk znalazła ją w pozycji stojącej.

– Mógł to być nieszczęśliwy wypadek.

– Tak, choć nie sądzę.

– Dlaczego?

– Bo upadłaby do przodu, gdyby ktoś nie przycisnął jej do ściany i nie zatrzymał w pozycji stojącej.

– Czy na ciele widać jakieś inne obrażenia?

– Ślady na prawym nadgarstku. Zmarła natychmiast, gdy szpikulec przeszył kręgosłup. Nie doszłoby do tego, gdyby jej nie przyciśnięto.

Agnes skinęła głową.

– No dobrze. Chcę mieć zeznania mieszkańców całej klatki schodowej. Kogo tutaj mamy?

– Andersena i Plouga.

– Okej. Poleć im, żeby ze wszystkimi porozmawiali. A ty w tym czasie zawieziesz mnie do Glostrup. Trzeba jak najszybciej przesłuchać Birgitte Weischenk.

Otto przytaknął i opuścił kuchnię, podczas gdy Agnes rozejrzała się dookoła.

Przytulne, nieco staroświeckie mieszkanie starszej kobiety. Marianne Holmegaard mieszkała tutaj od wielu lat.

Agnes przyglądała się wnętrzu z uczuciem, jakby patrzyła na coś dobrze znanego. Gustowny stół jadalny z czterema krzesłami, regał z książkami, które nosiły wyraźne znamiona czytania, sprzęt grający Bang & Olufsen z lat siedemdziesiątych, płyty gramofonowe, sofa o wełnianej tapicerce w kratę, na ścianie reprodukcja reklamy kawy Aage Sikker Hansena, przedstawiająca w ekstremalnie niepoprawny politycznie sposób piękną czarnoskórą dziewczynę, i duży dywan z włókna kokosowego na podłodze w dużym pokoju.

„Należymy do tego samego pokolenia”, pomyślała. „To mógłby być mój dom, z niewielkimi różnicami”.

Fikus benjamina obok lekko zabałaganionego biurka w jednym kącie pokoju, tani laptop, stojak z trzema zielonymi plastikowymi tacami na papiery.

Ani śladu nieporządku czy szamotaniny. Agnes poczuła rodzaj wspólnoty z denatką. „Niczym współsiostra”, pomyślała. Tak się kiedyś mówiło.

Podszedł do niej ratownik.

– Jesteśmy gotowi, żeby ją przenieść. Nie masz nic przeciwko?

– Nie, bierzcie się do roboty.

Usłyszała furkot zapinanego plastikowego suwaka w grubym, czarnym worku na zwłoki.

2.

Birgitte Weischenk leżała w pełnym odzieniu na łóżku w jednoosobowej sali. Mały monitor pokazywał uderzenia jej serca w postaci regularnych, czerwonych mignięć. Była kobietą o pełnej figurze, mniej więcej w tym samym wieku co ofiara, o ciemnobrązowych włosach i dużych brązowych oczach, które wpatrywały się w nich ze zmartwionym wyrazem, kiedy się jej przedstawiali.

Agnes odłożyła kaszkiet na stolik przy oknie i usiadła na krześle obok łóżka.

– Dowiedziałam się od lekarza, że pani życiu nic nie zagraża – zaczęła. – Przeżyła pani szok.

Oczy kobiety były wilgotne. Agnes ujęła jej dłoń. Otto stał przy oknie, oparty o parapet.

– To było takie straszne – odezwała się Birgitte. – Weszłam do mieszkania i zawołałam Marianne. Zajrzałam do sypialni. Pomyślałam, że może położyła się do łóżka. Czasami męczyła ją migrena. Ale… no tak, nie było jej tam. Więc poszłam do kuchni, a ona tam… stała. To było jak sen. Kompletnie nie byłam w stanie pojąć, że stoi tam w taki sposób. Że jest martwa.

– I co pani wtedy zrobiła?

– Ja… Ogarnęła mnie panika. Pobiegłam na górę, do mojego mieszkania. Nie miałam odwagi niczego zrobić. Ale w końcu wzięłam się w garść i zadzwoniłam.

– Słusznie pani postąpiła – stwierdziła Agnes. – Ma to już pani za sobą.

– Musiała się na to nadziać. Mówiłam jej, że kiedyś zrobi sobie krzywdę przez ten wspornik w ścianie. Tam, gdzie kiedyś wisiała półka. Która kiedyś się odłamała. Powtarzałam jej, że to niebezpieczne.

Agnes ścisnęła jej dłoń.

– Naszym zdaniem to nie był zwykły wypadek.

Birgitte Weischenk spojrzała na nią.

– Ale w takim razie… jak to się mogło stać?

– Według nas ktoś ją popchnął na ten szpikulec.

Kobieta potrząsnęła głową.

– Popchnął? Ale… dlaczego?

– Tego właśnie musimy się dowiedzieć. Musimy także ustalić, kto mógł to zrobić. Pani Weischenk, czy był ktoś, kto życzył jej źle? Ktoś, komu mogłoby przyjść do głowy wyrządzić jej krzywdę?

Birgitte przysunęła dłoń do siebie i spróbowała się wyprostować.

Agnes powstrzymała ją.

– Proszę nie wstawać. Bardzo mi przykro, że musimy panią wypytywać o to wszystko, ale to naprawdę ważne.

Birgitte oparła się o uniesioną górną część materaca. Patrzyła przed siebie.

– Nigdy nie słyszałam, żeby Marianne mówiła o kimś, kto by jej źle życzył. Nie zna zbyt wielu osób, zresztą tak jak ja. Właśnie dlatego umawiałyśmy się na wspólne kolacje.

Agnes pokiwała głową.

– Ma jakąś rodzinę?

– Tylko Rasmusa, syna.

– Wie pani, gdzie on mieszka?

– Gdzieś w okolicy Holbæk. Nazwa miejscowości zaczyna się od „Kirke”.

– Kirke Hyllinge – rzucił Otto stojący przy oknie.

– Tak, to tam. Ale nie przyjeżdżał tu zbyt często.

– Dlaczego? – zainteresowała się Agnes.

– Nie wiem. Czasami tak bywa.

– A ojciec Rasmusa?

– Nigdy go nie poznałam. Nie był obecny w ich życiu, od kiedy Rasmus był dzieckiem. Marianne nigdy o nim nie mówiła.

Agnes posłała Ottonowi porozumiewawcze spojrzenie. Potem zwróciła się do Birgitte:

– Bardzo pani dziękuję. Na pewno będziemy chcieli porozmawiać z panią jeszcze raz, a teraz proszę odpoczywać.

– Nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do domu, teraz, gdy Marianne nie ma już wśród nas.

 

Agnes wstała.

– Wiem, że to trudne. Ale obiecuję pani, że na pewno dojdziemy do tego, co się stało.

– Nie rozumiem tego. Zupełnie tego nie rozumiem.

W samochodzie Agnes stwierdziła:

– Nie dowiedzieliśmy się zbyt dużo.

– Raczej nie – odparł Otto, zawracając samochodem z powrotem w stronę centrum.

– Chciałabym ją zobaczyć.

– Denatkę?

– Tak.

– Teraz?

– Tak, teraz. Gdzie ona jest? W Riget 1 ?

– Tak.

– Wysadź mnie tam. Zebranie jutro rano o 8.00 w wydziale. Zadbasz o to, żeby wszyscy przyszli?

– Jasne.

Agnes przypomniała sobie o czymś.

– Otto, o czym myślałeś wtedy w mieszkaniu?

Otto się zamyślił.

– O czym myślałem… Poczułem się trochę tak, jakbym się przeniósł w inną czasoprzestrzeń. Przestarzały sprzęt. Wszystko jak z lamusa, w stylu lat siedemdziesiątych. Przypomniało mi się mieszkanie, które otworzyli dla zwiedzających na Starym Mieście w Aarhus, gdzie można zobaczyć, jak ludzie żyli w dawnych czasach.

Spojrzała na niego z ukosa.

– Marianne Holmegaard miała sześćdziesiąt dwa lata, Otto.

Asystent pokiwał głową ze spojrzeniem utkwionym przed siebie.

– Właśnie o to mi chodzi.

Agnes skomentowała jego słowa dopiero po dłuższej chwili:

– Wielkie dzięki za odpowiedź.

3.

Wpuszczono ją do pomieszczenia, w którym leżała zmarła. Był to długi pokój z czterema stalowymi stołami. Dwa z nich były puste, na trzecim leżało ciało nakryte zieloną płachtą, a na ostatnim spoczywała Marianne Holmegaard, wciąż w kompletnej odzieży.

Poza Agnes nie było tu nikogo. Światło było przygaszone. Godziny pracy się skończyły i zmarła miała tam przeleżeć całą noc aż do rozpoczęcia pracy przez patologa.

Agnes przyglądała się twarzy zwróconej do góry.

Współsiostra.

Z dawnych lat.

Ze Starego Miasta w Aarhus.

Marianne Holmegaard nie była żadną pięknością, ale Agnes potrafiła wyobrazić ją sobie za młodu. To, jak wtedy wyglądała.

Szeroka twarz, ani piękna, ani brzydka. Zmysłowe usta. Włosy ciemnoblond, proste, przystrzyżone w zwykłą fryzurę. Przypominała jej dziewczyny, które sama kiedyś znała. Twarz, która być może wraz z latami stała się pełniejsza, włosy, które stały się rzadsze, przystrzyżone w taki sposób, aby znajdowały się na tej samej wysokości co linia żuchwy.

Otto miał rację. Dokładnie wiedziała, o co mu chodziło, mimo że jego spostrzeżenia były stereotypowe i powierzchowne. Dawna bojowniczka o prawa kobiet. Będąca reliktem minionych czasów hippiska, kurczowo trzymająca się ideałów i symboli z młodości, płyt i klasyków na regale, dywanu z włókna kokosowego i nieprzejawiająca zainteresowania cyfrową nowoczesnością.

Być może.

Stała przez pewien czas obok zmarłej. Panowała cisza. Na koniec przelotnie dotknęła dwoma palcami czoła kobiety, zanim założyła na głowę kaszkiet, opuściła szpital i wróciła do domu taksówką – do swojej własnej czasoprzestrzeni.

4.

Następnego ranka po przedstawionym przez Agnes sprawozdaniu głos zabrał szef wydziału, Torben Pandrup.

– Jak dotąd nie mamy żadnego kluczowego tropu. Uznajemy ten zgon za podejrzany, ale nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że mamy do czynienia z zabójstwem. Informacje mogą wskazywać na nieszczęśliwy wypadek. Natomiast jeśli tak było, musiała być w niego zamieszana przynajmniej jedna osoba poza ofiarą. Naszym głównym zadaniem jest zatem znalezienie tej osoby albo osób, które znajdowały się w tym czasie w mieszkaniu. Agnes?

Ponownie przejęła pałeczkę:

– Jak mówiłam, wczoraj wieczorem przesłuchaliśmy z Ottonem sąsiadkę z góry, Birgitte Weischenk. Nie uzyskaliśmy żadnych przydatnych informacji. Ciągle była pod wpływem szoku i nie podejrzewamy jej o udział w tej sprawie. Ploug i Andersen przeprowadzili też przesłuchania mieszkańców klatki schodowej. Podzielicie się z nami ich wynikiem?

Ploug i Andersen siedzieli obok siebie przy jednym z długich boków stołu, wokół którego odbywały się zebrania. Ploug był zwalistym mężczyzną po pięćdziesiątce, podczas gdy Andersen miał około trzydziestki. Obydwaj nosili cywilne ubranie.

Ploug zajrzał do notatnika.

– Rozmawialiśmy z mieszkańcami czterech pozostałych lokali z w sumie sześciu, jakie znajdują się w tej klatce schodowej. Na parterze mieszka rodzina z Pakistanu, która wprowadziła się tam miesiąc temu. Znali ofiarę z wyglądu, ale nigdy z nią nie rozmawiali. Mieszkańcy trzech pozostałych lokali znali ofiarę lepiej. Sąsiedzi mieszkający pod denatką na parterze to młodsza rodzina z dwojgiem małych dzieci. Nazywają się Bech-Olsen. Nie słyszeli żadnych odgłosów dochodzących z góry, ale Sten Bech-Olsen powiedział nam, że zazwyczaj w porze kolacji mają „niezłe urwanie głowy”. Dlatego nie słyszeli żadnych niepokojących odgłosów dochodzących z góry ani kroków na schodach.

– Czyli możemy wykluczyć Bech-Olsenów? – upewnił się Pandrup.

– Tak sądzę – stwierdził Ploug.

– A ostatnie dwa lokale?

Głos zabrał Andersen:

– Sąsiad z naprzeciwka ofiary, zamieszkujący lokal na pierwszym piętrze po prawej, to starszy mężczyzna o nazwisku Sivertsen. Jest wdowcem, ma problemy z chodzeniem i ze słuchem. Wiadomość o śmierci sąsiadki bardzo go poruszyła. Znali się z ofiarą od wielu lat, raz na jakiś czas Marianne Holmegaard robiła dla niego zakupy. Niczego nie słyszał ani nie widział. Koło osiemnastej otworzył drzwi pielęgniarce domowej, ale nie zauważył nic niezwykłego po drugiej stronie piętra.

– Często to tak wygląda na klatkach schodowych – wtrąciła się Minna Larsen, sekretarka Pandrupa. – Ludzie mieszkają obok siebie, ale prawie nigdy nic nie słyszą.

– Brakuje nam jednego mieszkania – powiedziała Agnes.

Andersen podjął przerwany wątek:

– W lokalu na drugim piętrze po lewej, naprzeciwko Birgitte Weischenk, mieszka niejaka Inger Pedersen. Jest mniej więcej w tym samym wieku co ofiara i Birgitte. Nie wydawała się szczególnie poruszona śmiercią sąsiadki. Przed naszym przyjściem nic nie słyszała ani nie widziała. Twierdzi, że nie „zadawała się” ani z ofiarą, ani z jej sąsiadką z góry. Odniosłem wrażenie, że czuje się od nich lepsza. W jej zachowaniu było coś pogardliwego. Nic, co by się nam przydało, poza jedną uwagą. Kiedy ją poinformowałem, co się stało, powiedziała, cytuję: „Cóż, to musiało się stać”. Zapytałem, dlaczego tak uważa, a ona stwierdziła: „Są ludzie, którzy zadają się dosłownie z każdym”. Zacząłem drążyć temat, ale wtedy trochę się wycofała. Według mnie nie dysponuje żadną konkretną wiedzą. Wydaje mi się, że po prostu traktowała ofiarę z wyższością.

– Niemniej jednak warto o tym pamiętać – wtrącił Pandrup.

Agnes podsumowała tę relację:

– Możemy zatem stwierdzić, że w tym momencie nikt z mieszkańców klatki schodowej nie jest dla nas szczególnie interesujący i nie stanowi cennego źródła wiedzy. Nie ma wśród nich psychotycznych narkomanów czy agresywnych imigrantów.

– Mój brat mieszka w Højmarksparken. To nie jest tego typu dzielnica, Agnes – wtrąciła Minna.

Agnes posłała jej uśmiech.

– Nic takiego nie twierdzę. Powiedziałam jedynie, że mieszkańcy klatki schodowej wydają się zwyczajni i niebudzący specjalnych podejrzeń.

– Kenneth w każdym razie taki jest – stwierdziła Minna. – Przewidywalny aż do śmierci.

– Aż do bólu – poprawił ją Ploug. – Nie mówi się „aż do śmierci”.

– A ja właśnie tak mówię – odparła Marianne. – Przewidywalny aż do śmierci.

Ploug wzruszył ramionami. Pandrup im przerwał:

– Skupcie się na meritum. Co będzie naszym kolejnym krokiem?

– Rodzina – oznajmiła Agnes. Marianne Holmegaard ma syna, który mieszka w Kirke… – spojrzała na Ottona.

– Hyllinge.

– Niedaleko Holbæk – ciągnęła Agnes. – Birgitte Weischenk trochę go zna. Nie określiła relacji matki z synem jako szczególnie bliskiej. Wciąż go nie poinformowano o jej śmierci, więc to na nim powinniśmy się skupić w pierwszej kolejności.

– A ojciec Rasmusa? – zapytał Pandrup.

– Zniknął z ich życia, kiedy syn był mały – odpowiedziała Agnes. – Ale oczywiście musimy ustalić, gdzie jest – jeśli wciąż żyje.

– Okej – podsumował Pandrup. – Oczekujemy na przesłuchanie syna, wyniki sekcji zwłok i badania technicznego. Kto pojedzie do Kirke Hyllinge?

Agnes wstała.

– Ja i Otto.

– Świetnie. W takim razie jedziemy z tym koksem.

W drodze do samochodu Agnes zapytała Ottona:

– Mówisz „przewidywalny do bólu” czy „do śmierci”?

– Do bólu.

– To dobrze.

– Uhm.

Patrzyła na niego, kiedy szli schodami w dół.

– Nie mogłabym pracować z partnerem, który mówi „przewidywalny do śmierci”. Albo „wyłanczać”.

– Czy to ma jakieś znaczenie?

Prychnęła.

– Może to oznaczać różnicę między oficerem śledczym a sekretarką.

– Chyba nie mówisz poważnie?

Pchnęła drzwi i posłała mu wymowne spojrzenie.

– Tak sądzisz?

5.

Około jedenastej dojechali pod wskazany adres w nowej dzielnicy domów jednorodzinnych w Kirke Hyllinge. Na podjeździe białego parterowego domu nie parkowały żadne samochody. Otto wysiadł pierwszy. Na ulicy było pusto. Przeszedł szerokim podjazdem i zadzwonił do drzwi. Usłyszał, jak w środku rozlega się osamotniony dźwięk elektronicznego dzwonka. Nikt nie otwierał.

Wrócił do krawężnika. Słońce świeciło blado.

Agnes opuściła szybę.

– Nikogo nie ma w domu?

– Nie.

– Ale wiesz, gdzie on pracuje?

– Tak, firma jest zarejestrowana pod adresem w dzielnicy przemysłowej.

Popatrzyła na niego przez chwilę.

– W takim razie chyba trzeba tam pojechać.

– Tak.

Wsiadł do auta i włożył okulary przeciwsłoneczne. Niebo jaśniało białawym, mocnym światłem w irytujący sposób, który przyprawiał go o lekki ból głowy. Uruchomił silnik.

– Czym się zajmuje? – zapytała Agnes.

– Wyposaża przydomowe tarasy. Sprzedaje elektryczne markizy, grzejniki gazowe i ceramikę.

– Ceramikę?

– Tak, no wiesz – donice i tym podobne. Ale wydaje mi się, że markizy są z tego wszystkiego najważniejsze. Sprzedaje także automatyczne bramy garażowe.

Agnes pokiwała głową.

– Jak w Ameryce.

– To miejsce przypomina amerykańskie przedmieście – zauważył Otto. – Domy nie są tutaj tanie.

– Ale nikogo tu nie ma.

– Nie – odparł. – Tak to jest z drogimi domami. Nie ma się czasu w nich przebywać, bo trzeba zarabiać pieniądze.

Agnes wyjęła okulary przeciwsłoneczne z kieszonki na piersi. Miały pomarańczowe lustrzane soczewki i kształt, który upodobnił ją do owada.

– To daleko stąd?

Otto spojrzał na wyświetlacz komórki na uchwycie.

– Dotrzemy tam za siedem minut.

Zaparkował na wielkim, wyłożonym płytami parkingu przed betonowym budynkiem. Były w nim drzwi, okno i duża, opuszczona brama.

Wysiedli z samochodu i weszli do środka. Recepcja, poczekalnia z krzesłami i reklamami przedstawiającymi wielkie, rozwinięte markizy nad głowami roześmianych ludzi siedzących na słonecznym tarasie. Nie było widać żywej duszy, ale po kilku chwilach z pomieszczenia na zapleczu wyszła młoda dziewczyna. Miała azjatyckie rysy i proste, długie czarne włosy.

Agnes pokazała jej swoją odznakę.

– Jesteśmy z policji. Chcielibyśmy porozmawiać z Rasmusem Holmegaardem.

– Rozmawia właśnie przez telefon.

– W takim razie zaczekamy.

– Czy chcą państwo napić się kawy? – zaproponowała dziewczyna.

Agnes uśmiechnęła się zza swoich muszych okularów.

– Nie, dziękujemy. Ale mogłaby pani powiadomić szefa, że na niego czekamy.

Dziewczyna przytaknęła i zniknęła na zapleczu. Otto usiadł na jednym z krzeseł, podczas gdy Agnes została przy recepcji. Przyglądał się jej. Wyczuwał jej zniecierpliwienie. Źle je ukrywała. Bębniła palcami po blacie. Wciąż miała na sobie kaszkiet i okulary przeciwsłoneczne. Zamknął oczy.

Po pewnym czasie dziewczyna wróciła.

– Pan Rasmus jest już wolny – oznajmiła. – Proszę pójść ze mną.

Weszli za nią na korytarz, gdzie pokazała im drzwi do przestronnego biura. Przez duże okna z boku budynku widać było inne, podobne zabudowania. Było tu jak na lotnisku w miejscu, do którego przyjazdu żałuje się zaraz po przybyciu.

 

Rasmus Holmegaard siedział za biurkiem. Był potężnym mężczyzną, obciętym na krótko, lekko zaokrąglonym pod jasnobłękitną koszulą. Podniósł się, obszedł biurko i powiedział:

– Przepraszam, że musieli państwo czekać. W czym mogę pomóc?

Agnes znów machnęła mu przed nosem odznaką, po czym zdjęła okulary i czapkę.

– Komisarz Agnes Hillstrøm, a to jest młodszy aspirant Otto Vang. Niestety przyjechaliśmy tutaj w smutnej sprawie.

Pełne oblicze mężczyzny spoważniało.

– Czy coś się stało Inie albo dziewczynkom?

Agnes pokręciła głową.

– Nie, o ile nam wiadomo. Chodzi o pańską matkę Marianne.

– Moją matkę? Co się stało?

Otto nie spuszczał wzroku z mężczyzny zgodnie z tym, czego nauczyła go Agnes. Mowa ciała, mimika, uciekający wzrok – wszystko to było ważne, kiedy ludzie składali zeznania.

– Bardzo mi przykro, ale nie żyje.

Mężczyzna stanął jak wryty.

– Nie żyje?

– Wczoraj wieczorem znaleziono ją martwą w jej mieszkaniu w Højmarksparken. Proszę przyjąć moje kondolencje.

Po chwili Rasmus doszedł do siebie. Otworzył szeroko oczy.

– Jasna cholera – zaklął. – Trochę mnie to ścięło z nóg.

– Może powinniśmy usiąść? – zasugerowała Agnes.

Wielki mężczyzna się obrócił.

– Tak, oczywiście. – Podszedł do okrągłego stołu. – Proszę mi wybaczyć…

– Nie ma za co przepraszać – odpowiedziała Agnes i usiadła. Otto został w pozycji stojącej. Rasmus zajął miejsce naprzeciwko Agnes, która po chwili milczenia podjęła rozmowę: – Kiedy ostatni raz rozmawiał pan z matką?

Oczy Rasmusa były wciąż szeroko rozwarte. Poruszył lekko głową.

– Rozmawiałem z nią przez telefon jakoś w zeszłym tygodniu.

– Czyli nie był pan u niej w ciągu ostatnich dni?

– Nie, minęło trochę czasu. Ona… wiem, zbyt rzadko się widujemy. Byłem u niej… chyba ze trzy miesiące temu. Ale kiedy z nią rozmawiałem, nic złego się nie działo. Nic, o czym by wspomniała. Brzmiała tak jak zwykle.

– Sprawa wygląda tak – zaczęła Agnes – że badamy pewne okoliczności w związku ze śmiercią pańskiej matki.

Rasmus potrząsnął głową.

– Jak to?

– Według nas została zamordowana.

Utkwił w niej wzrok na kilka sekund.

– Zamordowana?

– Tak. Nie możemy zupełnie wykluczyć, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, ale naszym zdaniem ktoś był u niej w mieszkaniu w chwili jej śmierci.

Jeszcze więcej potrząsania głową.

– Ja… zupełnie nie mogę tego pojąć. Wypadek?

– Pana matka upadła albo popchnięto ją na ostro zakończony element wspornika od półki ściennej. Nadziała się na niego w taki sposób, że ostrze przeszyło jej kręgosłup. Wiem, że to nikła pociecha, ale zmarła na miejscu.

Rasmus był blady jak ściana.

– Ten wspornik… Wiedziałem, że coś się stanie. Mówiłem jej, że powinna to odkręcić.

Agnes nic nie powiedziała. Rasmus pocierał rękoma swą zbolałą twarz.

– To moja wina. Powinienem był to zdemontować. Wiedziałem, że coś się stanie…

Agnes przerwała mu:

– Wiem, że to dla pana straszny szok. Mógłby pan zorganizować jakąś kawę, żebyśmy mogli porozmawiać w spokoju o tym wszystkim?

Rasmus natychmiast poderwał się z miejsca.

– Tak, oczywiście. Trochę to mną wstrząsnęło. Zaraz znajdę Rebekkę.

Szybkim krokiem wyszedł z biura. „Zadowolony, że może się czymś zająć”, pomyślał Otto. Tak działa szok. Mężczyzna był szczerze zaskoczony. Otto złapał spojrzenie Agnes i przez chwilę miał wrażenie, że partnerka czyta mu w myślach.

– Być może – powiedziała. – A może nie.

Po pewnym czasie wszyscy troje siedzieli przy stole. Rasmus nie żałował sobie cukru do kawy. Wciąż był blady jak ściana.

– Jak wyglądały pańskie relację z matką? – zapytała.

Rasmus odetchnął.

– Bardzo… powiedziałbym, że bardzo zwyczajne.

– W jakim sensie zwyczajne?

– Mam na myśli to, że nie widywaliśmy się zbyt często… Mama ma… miała dość szczególne poglądy dotyczące wychowywania dzieci. To powodowało trochę… tarć między nią a moją żoną Iną.

– Czyli była surową babcią?

Rasmus spojrzał na nią.

– Nie, nie w ten sposób. Raczej na odwrót. Mama pozwalała dzieciom robić wszystko, na co tylko miały ochotę. Moja żona i ja jesteśmy natomiast zwolennikami wyraźniej wytyczonych granic. Wierzymy, że to dobra droga.

– Rozumiem.

Rasmus wyglądał na zasmuconego.

– Jeśli mam być szczery, Ina za nią nie przepadała. Zawsze znajdowała w niej jakieś wady.

– Wady?

– Tak to bywa. W końcu to teściowa, prawda? Inie nie podobało się jej mieszkanie. Jej ubranie, jej jedzenie, jej… no tak, wszystko, co było jej.

– A pan patrzył na to nieco inaczej?

– Nie miałem żadnych szczególnych powodów, żeby ją krytykować. Poza jej stosunkiem do pieniędzy.

– Pieniędzy?

Popatrzył na nią zdecydowanie.

– Mama jest… była bardzo oszczędna. Od zawsze. Mieszkaliśmy sami, od kiedy byłem mały. Ona…

– A pana ojciec?

Rasmus uniósł brwi.

– O moim ojcu się nie rozmawiało. Spotkałem go tylko raz, w Tivoli, kiedy byłem mały. Nie pamiętam jego twarzy. Śmierdział tytoniem.

– Żyje?

Rasmus wolno pokręcił głową.

– Nie, zmarł. Nie pamiętam kiedy. Miałem około trzynastu, czternastu lat. Pewnego dnia mama przyszła do mojego pokoju i powiedziała mi o tym. Nie wiem nawet, na co zmarł. Ale od tej pory nie rozmawialiśmy o nim. To było zakazane.

Agnes spuściła wzrok i zaczekała chwilę, zanim zapytała:

– Czy stosunek pańskiej matki do pieniędzy był problemem w waszych relacjach?

Rasmus znów pokręcił głową.

– Ani trochę. Tylko w czasach, kiedy dziewczynki były młodsze. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, a mama… Cóż, poprosiłem ją kilka razy o pożyczkę, ale spotkałem się z odmową. Podobnie jak z ojcem, to był zakazany obszar.

– W ostatnim czasie nie było między wami żadnych nieporozumień na tle finansowym?

Mężczyzna wydał krótkie, zrozpaczone prychnięcie.

– Nie. Zarabiamy własne pieniądze.

Ukrył twarz w dłoniach i zapłakał, aż wstrząsnęło to jego wielkim ciałem. Potem potarł twarz i spojrzał na nich.

– Była miła i uczynna. Mam na myśli to, że była dobrą matką, biorąc pod uwagę okoliczności. Ale była też zgorzkniała.

– Z jakiego powodu?

– Przez to, w jaki sposób ułożyło się jej życie. Została sama ze mną. Powinienem… powinienem bardziej się nią zaopiekować. Ale musiałem wybrać, co jest dla mnie najważniejsze.

Agnes pokiwała głową.

– Pana rodzina czy własna matka.

Rasmus spuścił wzrok.

– Tak.

– Rozumiem. To ciężka sytuacja. Wiadomo, czy będzie pan po niej dziedziczył? Rozmawialiście o tym kiedykolwiek?

Rasmus raptownie podniósł wzrok.

– Dziedziczył? Nie mam pojęcia. Nigdy o tym nie myślałem. Ale jestem tylko ja. Poza tym nie ma nic do dziedziczenia. Sami widzieliście jej mieszkanie.

– A wrogowie? Był ktoś, kto źle jej życzył?

– Wrogowie? Nie sądzę. Tak naprawdę to nie wiem, z kim się widywała. I czy w ogóle to robiła. Może z jakimiś przyjaciółkami z dawnych lat.

– Ale nie zna pan nikogo, kogo można by podejrzewać o to, że chciał wyrządzić jej krzywdę?

– Nie.

Agnes skinęła głową i sięgnęła po leżącą na stole czapkę, zanim wstała.

– Na razie się pożegnamy. Na pewno będziemy chcieli jeszcze z panem porozmawiać, ale teraz damy panu spokój, żeby mógł pan nieco ochłonąć.

Mężczyzna wstał.

– Ja… nie wiem, co robić.

Agnes spojrzała na niego.

– Odezwiemy się do pana, gdy skończymy prace, i poinformujemy, kiedy będzie mógł pan wyprawić matce pogrzeb i wejść do jej mieszkania.

Przytaknął, a Otto pomyślał, że po ich wyjściu ten pulchny mężczyzna znów zacznie płakać. Pożegnał go słowami:

– Przykro mi z powodu śmierci pańskiej matki.

Rasmus pokiwał kilkakrotnie głową, nie patrząc na niego, a Otto wyszedł za Agnes na korytarz.

– Jak go oceniasz? – zapytała, kiedy jechali w stronę autostrady.

– Wiarygodny. W każdym razie na pewno nie wiedział, że jego matka nie żyje. Chyba powiedział nam większość?

– Większość?

– No o ojcu i o pieniądzach. Nie miałem wrażenia, że kłamał na jakiś temat.

– Nie – odparła Agnes. – Ale to nie oznacza, że powiedział nam o wszystkim, co wie.

– To prawda. Czyli mu nie wierzysz?

Namyśliła się.

– Nie, wierzę w to, co powiedział. Dzieciństwo bez ojca z samotną matką, której trudno było związać koniec z końcem. Tylko co z tego wynika? To nie znaczy, że nie on nadział ją na ten szpikulec.

– Powiedział, że nie był tam od trzech miesięcy.

– To prawda, tak powiedział. Ale tego przecież nie wiemy.

– Nie.

– Ma jakieś alibi?

– Nic, o czym nam wiadomo. Nie ma też jednak motywu.

Agnes zwróciła ku niemu musze soczewki okularów.

– Skąd to wiesz?

– A co by miało nim być?

– Wszystko pod słońcem. Na przykład nienawiść. Zawiść i uraza. Może się okazać, że ma porywczy temperament. Poza tym jest potężnym, silnym facetem. Jak najbardziej mógł to zrobić. Może nie z premedytacją, ale na przykład w afekcie.