Żółty proszekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Żółty proszek

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Żółty proszek,

licencja public domain,

źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:PL_Lord_Lister_-93-_Żółty_proszek.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Żółty proszek

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1939

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-893-8

Dom Bernarda Fowlera

Na samym końcu Dwudziestej Czwartej ulicy w New Yorku stał od kilku lat pałac, który swym zewnętrznym wyglądem zwracał uwagę przechodniów.

Zbudowany przez wzbogaconego w czasie wojny spekulanta, nosił na sobie piętno dorobkiewiczostwa i złego smaku.

Stanowił dziwaczną mieszaninę rozmaitych stylów, poczynając od greckiej kolumnady a kończąc na fryzie w stylu włoskiego renesansu.

Wnętrze tego pałacu odpowiadało dokładnie jego zewnętrznemu wyglądowi.

W samym środku hallu znajdowały się potężne murowane schody, stanowiące kopię sławnych schodów z Opery paryskiej. Był to jedyny prawdziwie piękny fragment pałacu.

Kupno tego dziwacznego pałacu przez Bernarda Fowlera przyjęto w New Yorku z niemałym zdziwieniem. Nowy właściciel przystąpił natychmiast do gruntownej przebudowy wnętrza. W krótkim czasie udało mu się doprowadzić je do takiego stanu, że ci którzy widzieli je poprzednio, nigdyby nie uwierzyli w możliwość przeprowadzenia tak zasadniczych zmian.

Fasada pozostała ta sama, lecz wnętrze przekształciło się w pełne smaku mieszkanie znającego się na sztuce człowieka.

Zadawano sobie pytanie, dlaczego Fowler poświęca tyle pieniędzy na przebudowę tego pałacu... Nikt nie potrafił jednak na nie odpowiedzieć. Do pewnego stopnia postępowanie jego wyjaśnił fakt, że nabył ten pałac za piątą część ceny.

Bernard Fowler uchodził za człowieka bogatego. Jakkolwiek niedawno dopiero wypłynął na powierzchnię towarzyskiego życia New Yorku, widywano go wszędzie. Był honorowym członkiem „Hudson Rowing Club‘u“ — najbardziej ekskluzywnej instytucji, miał stałą, wynajętą lożę w Metropolitan Opera. Widywano go w towarzystwie ludzi najbogatszych i najbardziej wpływowych. Bywał zapraszany na przyjęcia do księżnej Exeter, spokrewnionej z kilku panującymi domami królewskimi. W kronikach towarzyskich co pewien czas pojawiało się jego nazwisko.

Uważano go za doskonałego sportsmena i człowieka zasługującego na zaufanie. W domu swym bywał niewiele... Częściej wychodził, niż przyjmował u siebie... Honory domu czyniła wówczas siostra, mieszkająca z nim razem i wiele od niego starsza.

Sąsiedzi, ciekawi trybu życia, niewiele mogliby o nim powiedzieć... Służby miał mało: kucharka-murzynka, szofer i jego pomocnik stanowili całą obsługę obszernego pałacu.

Bernard Fowler był mężczyzną około czterdziestki. Wysoki, szczupły, trochę pochylony naprzód, miał gładko ogoloną twarz i tylko małe czarne wąsiki ocieniały jego górną wargę.

Oczy jego miały dziwny, szaro-stalowy kolor. Rozstawione były tak szeroko, że każdy patrzący musiał zwrócić na to uwagę. Starannie zaczesane rude włosy stanowiły jaskrawy kontrast z kolorem wąsów i nadawały jego bladej twarzy dość specyficzny wyraz. Rzadko kto mógł się pochwalić, że słyszał jego śmiech. Ci, zaś co słyszeli nie zapominali go szybko...

Kobiety uważały go za interesującego mężczyznę. Podróżował wiele w swym życiu i potrafił ciekawie o tym opowiadać. Miał sporo przyjaciół wśród mężczyzn, jakkolwiek nikt nie mógł poszczycić się dłuższą z nim znajomością.

Pewnego pięknego wieczora, w końcu lata, Bernard Fowler znajdował się prawie sam w swym wielkim pałacu. Szofer udał się już na spoczynek, lokaj i kamerdyner mieli wychodne, Sally — kucharka krzątała się jeszcze po kuchni.

Fowler siedział w swym gabinecie, znajdującym się na pierwszym piętrze. Trzy, sięgające podłogi, okna wychodziły na taras nad kolumnadą.

Urządzenie tego gabinetu zdradzało, że właściciel cenił bardziej jakość, niż ilość. Wielkie biurko, fotel i półki z książkami wykonane były z najpiękniejszego starego mahoniu i przez najlepszych mistrzów stolarskich Londynu. Podłogę przykrywał gruby puszysty dywan ze Samarkandy. Lampa z cennego bronzu rzucała stłumione, miłe światło. W głębi pokoju odcinała się od ciemnego tła grupa Laookona, rzeźbiona w zielonym marmurze.

Fowler trzymał w ręku książkę, lecz nie czytał jej. Spoglądał swymi szarymi oczami w głąb pokoju, jak gdyby jakiś szczegół przykuł do siebie jego uwagę. Na dźwięk zegara, wybijającego godzinę, ocknął się. Dwunasta!...

Wielki dom zaległa cisza. Od czasu do czasu słychać było odgłos przejeżdżającego auta. Przez otwarte okno przenikał do pokoju daleki szum Broadwayu...

Fowler odłożył książkę, podniósł się z fotelu i zbliżył do drzwi... Zdawał się nadsłuchiwać przez chwilę, po czym przekręcił klucz w zamku. Zasunął grube rolety i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Była to sypialnia umeblowana w stylu Ludwika XIV. Fowler wyjął z szafy fioletowe domino i włożył je na siebie. Następnie, nie gasząc światła, wyszedł na korytarz... Rozejrzał się dokoła... W całym pałacu panowała cisza. Fowler przebiegł kilka kroków, przesuwając się bezszelestnie w swych pantoflach na filcowych podeszwach... Zatrzymał się przed drzwiami, wiodącymi do biblioteki, otworzył je i wszedł do środka.

Był to pokój stosunkowo niewielki. Ściany jego zastawione były półkami, pełnymi książek.

Fowler zamknął za sobą drzwi na klucz, zapalił światło i zasunął rolety u okien, które wychodziły na ogród zimowy. Ostrożnie począł wodzić ręką po ścianie jednej z półek. Ręka jego trafiła wreszcie na maleńki, ukryty guziczek... Fowler nacisnął go i w tej samej chwili półka wraz z książkami obróciła się na ukrytych zawiasach, ukazując w ścianie niewielki otwór. W otworze tym zamaskowana była winda, niewiele większa od wind, znajdujących się w kuchniach restauracyj i hoteli... Dwie niezbyt tęgie osoby z trudem mogłyby się w niej pomieścić. Fowler wszedł do niej i w tej samej chwili półka wróciła automatycznie na swoje miejsce. Na metalowej tabliczce widniały guziki, oznaczające rozmaite piętra. Fowler nacisnął jeden z nich i winda z błyskawiczną szybkością poczęła zjeżdżać w dół...

W podziemiach

Winda zjeżdżała w dół tak szybko, że Fowler musiał się trzymać oburącz metalowych uchwytów, aby nie stracić równowagi. Od czasu do czasu mijał coś, co przypominało drzwi, poczym zjeżdżał dalej. Wreszcie winda zatrzymała się przed drzwiczkami, obitymi metalem.

Fowler włożył dziwnego kształtu klucz do otworu zamku i przekręcił go kilka razy. Drzwi otwarły się. Fowler znalazł się w niewielkim, zupełnie ciemnym pomieszczeniu.

Zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił kontakt elektryczny. Zapłonęło jasne światło żarówki.

Była to obszerna piwnica, której podłoga i ściany wyłożone były granitowymi płytami. Spojenia były jeszcze bardzo świeże, co wskazywało na to, że piwnicę tę zbudowano niedawno. Oprócz drzwi, którymi wszedł Fowler, prowadziło do tej piwnicy jeszcze jedno wejście z drugiej strony. Fowler zbliżył się do niego.

Otwarcie tych drzwi nastręczało o wiele więcej trudności, niż otwarcie poprzednich... Trzeba było bowiem nastawić dość skomplikowany mechanizm cyfrowy. Dopiero po upływie dwóch minut drzwi obróciły się powoli na zawiasach.

Fowler spojrzał na zegarek.

— Kwadrans po dwunastej — szepnął do siebie — powinni już być...

Drzwi wiodły do korytarza, którego koniec tonął w mroku. Szerokość jego wynosiła mniej niż osiemdziesiąt centymetrów... Fowler zapalił światło elektryczne, widać było, iż korytarz ten ma conajmniej dwadzieścia metrów długości i biegnie w prostej linii. Fowler zamknął drzwi prowadzące do granitowej piwnicy na zasuwę i szybkim krokiem podążył naprzód.

Kroki jego rozlegały się głośnym echem.

Korytarz kończył się drzwiami, które Fowler otwarł bez trudu. Znalazł się w korytarzu biegnącym prostopadle do poprzedniego.

Po kręconych, kamiennych schodach wszedł na górę. Prowadziły one do niewielkiej piwnicy, słabo oświetlonej wiszącą u pułapu latarnią. Piwnica ta, mocno sklepiona, zbudowana była widać przed wielu, bardzo wielu laty.

Była ona zupełnie pusta, tylko w jednej z jej ścian znajdował się dość znacznych rozmiarów kurek instalacji przeciwpożarowej.

Fowler przyglądał mu się przez chwilę z uśmiechem zadowolenia.

— Mam nadzieję, że wkrótce odda mi on właściwą przysługę — szepnął półgłosem, gładząc dłonią jego miedzianą powierzchnię.

Ruszył ostrożnie naprzód, bowiem poziom piwnicy stawał się w tym miejscu nierówny. Co chwila potykał się o sterczące z ziemi ostre kamienie. Zbliżył się do ściany i wspiął na palce... Z trudem sięgnął do rączki małej dźwigni. Szarpnął i w tej samej chwili ukazał się w ścianie niewielki otwór, w którym Fowler zaledwie zdołał się zmieścić. Gdy tylko znalazł się poza obrębem piwnicy, otwór zamknął się automatycznie. Nawet najwprawniejsze oko nie zdołałoby wyśledzić w murze śladów jakiegokolwiek ukrytego przejścia.

 

Fowler pobiegł wzdłuż nowego korytarza. Na twarz naciągnął kaptur, w którym widniały dwa otwory na oczy. Korytarz wiódł do pomieszczenia, które robiło wrażenie opuszczonego magazynu jakiejś fabryki. Pełno tam było pustych skrzyń, beczek, bel towaru, nie nadającego się do użytku. Szczury, spłoszone pojawieniem się człowieka, z piskiem uciekały do swych nor.

Fowler, oświetlając sobie drogę latarką elektryczną, doszedł do okutych żelazem drzwi. W drzwiach tych znajdowało się małe okienko. Fowler otworzył je i oczom jego ukazało się wnętrze oświetlonego budynku, przeznaczonego widocznie na składy. Przy ścianach stały półki, pozbawione wprawdzie towarów, lecz służące chwilowo za miejsce przechowywania palt i czapek siedzących przy stole mężczyzn.

Było ich sześciu. Światło lampy padało na ich twarze. Sala ta mogła mieć około dwunastu metrów długości i siedem szerokości i posiadała jeszcze jedno wejście, zamknięte obecnie na klucz. Okno, którego część tylko wystawała ponad powierzchnię ziemi, zasłonięte było starannie, aby najmniejszy promień światła nie mógł przedostać się na zewnątrz.

— Nareszcie! — odezwał się na powitanie Fowler.

Głos jego spod grubego kaptura brzmiał dziwnie głucho.

— Witaj, naczelniku!

Jakby na komendę wszyscy podnieśli się ze swych miejsc i wyciągnięciem prawej dłoni pozdrowili swego przełożonego.

Zakapturzony mężczyzna uważnie przyjrzał się obliczom obecnych.

— Widzę nieznaną mi twarz.... Któż to taki?

— Jestem Luigi Caproni, naczelniku... — odparł jeden z sześciu obecnych.

Był to młody jeszcze człowiek o smagłej, ogolonej twarzy i płonących czarnych oczach, zdradzających włoską krew.

— Zostałem właśnie podniesiony do godności kapitana pierwszego stopnia — dodał tonem wyjaśnienia.

— Przykro mi, Luigi Caproni, lecz uważam, że zbyt krótko jesteś wśród nas, abyś mógł brać udział w dzisiejszym zebraniu... Musisz opuścić to miejsce i to natychmiast... To, co mam dziś do omówienia z kapitanami, stanowi sprawę zbyt poważną... Nie wątpię, że po okresie rocznej próby będziesz mógł wrócić do naszego grona.

Na twarzy Włocha pojawił się grymas niezadowolenia. Zbyt długo był jednak członkiem „Bandy Upiornego Oka“, aby nie wiedział, co to znaczy rozkaz zwierzchnika. Dyscyplina panowała tu żelazna i nie czas było na sprzeciwy.

Luigi sięgnął po płaszcz, skinął na pożegnanie pozostałym towarzyszom i oddał przepisowy ukłon naczelnikowi. Bez słowa opuścił miejsce zebrania.

Pozostali przyjęli rozkaz zwierzchnika w milczeniu. Nikomu nie przyszło nawet do głowy sprawdzić, czy wydalony towarzysz istotnie oddalił się, czy nie podsłuchuje gdzieś pod drzwiami... Wiadomo bowiem było, że najmniejsze nieposłuszeństwo Banda Upiornego Oka karała śmiercią.

Dopiero po wyjściu Włocha Fowler odsłonił oblicze.

Mężczyźni wciąż jeszcze stali w pozie pełnej szacunku.

Fowler skinął ręką, dając im znak, że mogą zająć swe miejsca. Zacisnął swe wąskie wargi i krytycznym wzrokiem lustrował swych ludzi. Nikt z nich nie śmiał przerwać milczenia. Wreszcie Fowler przemówił.

Głos jego brzmiał łagodnie. Mówił tak, jak gdyby znajdował się w salonie, lub klubie, a nie na zebraniu organizacji przestępczej.

— Kapitanowie „Bandy Upiornego Oka“! — rzekł. — Zwołałem was tutaj, aby podzielić się z wami wiadomościami pierwszorzędnej wagi... Liczę na waszą pomoc i zrozumienie... Podjąłem się bowiem przedsięwzięcia, które daleko przekracza siły pojedynczego człowieka... Domyślicie się łatwo, że mówię tu o Johnie Rafflesie, naszym najgroźniejszym, śmiertelnym wrogu.

Wydaje mi się, że zbytecznym będzie przypomnieć jaką rolę Raffles odegrał wobec nas. W ciągu stosunkowo krótkiego swego pobytu w New Yorku, zdołał narazić nas na straty nietylko materialne, ale i moralne. Pozbawił nas okupu, jaki należał się nam za porwanie Sigridy Kaldrup, córki milionera. Poniżył nas w opinii publicznej, która drżeć powinna przed nami ze strachu... Nie zapomnieliście chyba o tym, że zaledwie trzy, czy cztery dni temu organizacja nasza straciła przez niego kilku swych najdzielniejszych członków, w tym jednego kapitana, paru pomocników i zwykłych szeregowych...

Zamilkł... Pięciu mężczyzn szeptało coś między sobą niezrozumiale... Oczy wszystkich płonęły nienawiścią ku temu niezwykłemu Anglikowi, który przy pomocy dwóch tylko swych przyjaciół, dokonał tego, czego nie zdołała zdziałać cała policja new-yorska.

— O tym wszystkim wiecie równie dobrze, jak ja — ciągnął dalej Fowler. — Na was spoczywa obowiązek pomszczenia swych towarzyszy... W pierwszym rzędzie mam na myśli ciebie, kapitanie Hansen. Niedawno dopiero z polecenia Nieznanego Wodza zostałeś promowany na stanowisko kapitana pierwszego stopnia bez odbycia koniecznego czasu próby. Od tej chwili wolno ci przebywać na naszych najtajniejszych zebraniach, na których ja sam ukazuję się z odkrytą twarzą.

Arno Hansen, młody Szwed słuchał uważnie, pochyliwszy się trochę naprzód. Należał on do najdzielniejszych i najbardziej ambitnych członków Bandy.

Arno Hansen wiedział o wiele więcej, niż Fowler mógł przypuszczać. Wiedział na przykład kim był Bernard Fowler, zanim wstąpił do Bandy i czemu zawdzięcza swą zawrotną karierę w tej zbrodniczej organizacji.

Młody Szwed powtarzał sobie w duch nazwisko siedzącego naprzeciw niego mężczyzny, którego białe wypieszczone dłonie spoczywały na fałdach fioletowego domina.

Był to człowiek bogaty i zepsuty do szpiku kości. Złe instynkty pchnęły go na drogę przestępstwa. Zły i przebiegły, szybko zrobił karierę na nowoobranej drodze. Z rozkazu wodza, którego oblicza nikt nigdy nie oglądał, okrutnego i groźnego Molocha, Fowler został mianowany naczelnikiem. Rozkaz ten został mu doręczony przez niewiadomego gońca. Rano, kiedy się obudził, tuż koło łoża znalazł maleńki zwitek pergaminu w szczerozłotym rzeźbionym futerale. Był to rozkaz Molocha, podnoszący Fowlera do nowej godności.

Hansen, ambitny Szwed, marzył w ducha o tym, że wkrótce i jego spotka podobny zaszczyt. Postanowił więc za wszelką cenę wyróżnić się jakimś niezwykle śmiałym wyczynem.

Banda Upiornego Oka posiadała swe oddziały we wszystkich większych miastach Stanów Zjednoczonych. Na znaczną ilość członków przypadało zaledwie pięciu naczelników, zajmujących w hierarchii organizacyjnej miejsce tuż po Satelitach, którzy dopuszczani byli przed oblicze Wielkiego Molocha.

Ten krótki zarys ustroju organizacyjnego bandy konieczny był, abyśmy mogli zrozumieć, dlaczego ambitny, młody Szwed spoglądał na Fowlera z nienawiścią tajoną i zazdrością.

Pochylił głowę, jakby dziękował mu za wyróżnienie, w gruncie rzeczy jedynie po to, aby ukryć swój wzrok.

Fowler zaczerpnął tchu i ciągnął dalej:

— Wszelkie usiłowania schwytania Johna Rafflesa zawiodły dotąd na całej linii. Były one bowiem nieudolne i z góry, zdaniem moim, skazane na niepowodzenie. Na mnie przypadła kolej zajęcia się tą sprawą. Plan, który sobie ułożyłem przedstawię wam jeszcze dziś.

Fowler zaśmiał się.

Uśmiech odsłonił jego białe zęby... Usta skrzywiły się w jakimś nieprzyjemnym grymasie... Tylko oczy, zimne i szeroko rozstawione, nie brały udziału w tym śmiechu. Pozostały nadal nieruchome i błyszczące, jak oczy Meduzy...

Plan Fowlera

Zapanowała cisza. Nikt nie śmiał się odezwać... Wreszcie Fowler zabrał znów głos:

— Już przed kilku miesiącami, w czasie przebudowy pałacu, poczyniłem pewne przygotowania do realizacji mego planu... Zaliczam do nich podziemne przejście do składu, w którym się obecnie znajdujemy. Miejsce to wydzierżawiłem przed dziesięciu laty, uważając, że jest ono położone znakomicie... Nawet i wy, towarzysze, nie potrafilibyście znaleźć stąd drogi do mego domu... Pełno tam przejść tajemnych, ukrytych drzwi, z którymi nawet sam John Raffles nie dałby sobie rady...

Oczy jego płonęły, jak rozżarzone węgle...

— Nikt z was nie wie, którędy tu przyszedłem. Jest to moja wyłączna tajemnica... Policji nigdy nie przyjdzie na myśl, aby nas tu szukać... Gdyby nawet do tego doszło — potrafię wyprowadzić was stąd ukrytym przejściem... Jedno poruszenie tajemniczego mechanizmu, a w jednej chwili woda zaleje korytarze, które położone są poniżej określonego poziomu. Agenci policji musieliby pływać, aby ratować z powodzi swe głowy...

Znów zaśmiał się w ten sposób, że wszyscy odczuli dreszcz przerażenia.

— Wezwałem was tu dzisiaj — ciągnął dalej Fowler — aby omówić z wami plan schwytania Rafflesa i unieszkodliwienia go raz na zawsze.

Skinęli w milczeniu głowami... W głosie Fowlera zabrzmiała złowroga nuta.

— Sprawa jest prosta. Raffles ukrywa się w New Yorku po postacią jakiegoś bogatego gentlemana, który rzuca pieniędzmi na lewo i prawo.... Człowiek ten posiadł sztukę charakteryzowania się w takim stopniu, w jakim nie posiadł jej nikt przed nim, ani nie posiądzie jej nikt po nim... Należy oddać mu sprawiedliwość: Raffles zmienia swą twarz, głos, postać tak łatwo, jak inni zmieniają odzież. Mam nadzieję, że tym razem talent jego w tym kierunku nic mu nie pomoże... Raffles, obracając się w świecie, musi od czasu do czasu przyjmować zaproszenia. Plan mój jest prosty: zaproszę go do siebie.

Hansen podniósł głowę.

— Zaprosić Rafflesa? Przedtem trzebaby go poznać?... — zawołał.

— Pozostaw to mnie — odparł Fowler zimno.

— Czy wiesz, naczelniku, pod jakim ukrywa się nazwiskiem?

— Wiem....

Zebrani spojrzeli ostro na Hansena... Jak śmiał ten młody, świeżo mianowany kapitan, zadawać tak niedyskretne pytania swemu zwierzchnikowi, wodzowi, będącemu w kontakcie z samym Niewidzialnym Hersztem.

Ale Hansen ani myślał rezygnować z dalszych pytań.

— Skoro wiadomo pod czyim nazwiskiem się ukrywa, o wiele słuszniej byłoby, moim zdaniem, nasłać na niego kilku naszych najsilniejszych ludzi... Można by pocichu sprzątnąć go i byłby spokój.

Fowler utkwił w nim spojrzenie swych zimnych oczu. Hansen przez chwilę wytrzymał je, wreszcie odwrócił głowę, jak zwierzę pokonane wzrokiem pogromcy.

— Wybacz mi, Hansen, ale twoje słowa nie wykazują zbytniej przezorności... Kilku ludzi z nożami przeciwko Johnowi Rafflesowi! Czyżbyś tak dalece mało interesował się tą sprawą? Czy nie wiesz, że John Raffles nosi na ciele elastyczny stalowy pancerz, zabezpieczający go przed nożem?

— A rewolwery? — bronił się już o wiele słabiej Hansen.

— Rewolwer wywołuje hałas, drogi przyjacielu i często chybia celu... Ja zaś nie chcę narazić się na ryzyko niepowodzenia... Wolę uciec się do powolniejszych metod, lecz pewniej prowadzących do celu.

— Czy wolno zapytać skąd pochodzi wiadomość o ostatnim „wcieleniu“ Rafflesa?

— Bardzo chętnie, choć uważam tę rozmowę za zbędną — odparł Fowler, strzepując obojętnym ruchem popiół z papierosa. — Niechże więc wszyscy przyjmą do wiadomości że Raffles otrzymał od króla kolei żelaznych, Kaldrupa, wolną rękę w walce z naszą organizacją... Kaldrup pozwolił mu czerpać bez ograniczenia ze swej kasy i Raffles korzysta z tego zezwolenia w jak najszerszym zakresie... Jasnym jest, że od czasu do czasu Raffles musi komunikować się ze swoim mocodawcą...

— Ale któż zna miejsce pobytu Olafa Kaldrupa? — zawołał niepoprawny Hansen.

— Okazuje się, że są tacy ludzie — odparł Fowler z niesmakiem. — Przypadek pomógł mi. Od kilku dni wiem, gdzie ukrywa się król kolei żelaznych. Jeden z mych przyjaciół udał się w pewnych sprawach na pogranicze Texasu...

Przejeżdżając przez jakieś małe miasteczko ujrzał go w aucie.. Omyłka jest wykluczona.. Na szczęście, mój przyjaciel nie zdążył nawet skinąć na niego, spłoszyłby go niepotrzebnie... Po powrocie podzielił się ze mną swym odkryciem...

— Wspaniale się składa — zawołał głośno Hansen.

— Cieszę się, że jesteś tego zdania, kapitanie — odparł Fowler, przeciągając w swoisty sposób samogłoski. — Zdwoiłem więc czujność i rozesłałem mych agentów... Jeden z nich spotkał Rafflesa, wchodzącego do domu Kaldrupa.

— Skąd agent ten domyślił się, że to Raffles? — zapytał Hansen.

Zdumieni odwagą Hansena, kapitanowie spojrzeli trwożnie na Fowlera...

Ale Fowler nie okazał ani śladu zniecierpliwienia.

— Dowiedział się o tym w bardzo sprytny sposób — odparł. — Umieścił w pokoju Kaldrupa aparat rejestrujący rozmowę i z przebiegu jej wywnioskował, że rozmówcą Kaldrupa był waśnie Raffles... Nie potrzebuję wam dodawać, że od tej chwili agent mój szedł tropem Rafflesa, jak prawdziwy pies gończy. Wreszcie udało mu się odkryć siedzibę wroga. Raffles kryje się pod nazwiskiem Jamesa Hudderfielda... Czy te informacje wam wystarczą?

 

— Żywimy głęboki podziw dla twej mądrości — zawołał szczerze Hansen.

— Cieszy mnie to niezmiernie... Powrócimy więc do mego planu: postaram się nawiązać bliższą znajomość z panem Jamesem Hudderfieldem. Gdy to nastąpi zaproszę go do siebie, aby mu pokazać moją sławną kolekcję broni... Wiem, że Hudderfield jest wielkim znawcą w tej dziedzinie...

— I co dalej? — zapytał Hansen płonąc z ciekawości.

— Gdy raz tylko przekroczy progi mego domu, opuści go nigdy — odparł Fowler.

— Ktoś może to zauważyć... Policja może przetrząsnąć pański dom, a wówczas?

— Nic nie znajdzie — dokończył Fowler.

— Proszę mi wybaczyć... Policja potrafi być w niektórych wypadkach cierpliwa...

— Ani cierpliwość, ani spryt nic tu nie pomogą... Policja nigdy nie znajdzie Rafflesa...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?