Zatopiony skarb

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Zatopiony skarb

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Zatopiony skarb,

licencja public domain,

źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:PL_Lord_Lister_-92-_Zatopiony_skarb.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Zatopiony skarb

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1939

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-891-4

Raffles wybiera się w podróż

Raffles wyciągnął się wygodnie w fotelu. Ogień na kominku trzaskał wesoło. Tuż obok niego siedział nieodłączny jego przyjaciel Charley Brand, zatopiony w lekturze gazety. Od czasu do czasu Charley spoglądał uważnie na swego przyjaciela, który siedział bezczynnie, z książką, oprawną w cenną skórę, na kolanach.

Zbliżała się godzina dziewiąta. Obaj przyjaciele odpoczywali we wspaniale urządzonej willi na Cromwell Road, po spożyciu kolacji przyrządzonej przez wiernego olbrzyma, Jamesa Hendersona.

Henderson — szofer z zawodu, spełniał z zamiłowaniem funkcje kucharza. W tej właśnie chwili zajęty był przygotowywaniem do drogi wielkiej czarnej limuzyny... Przez otwarte okno, wychodzące no ogród, do uszu obu przyjaciół dobiegało jego wesołe pogwizdywanie.

Brand skończył czytanie gazety... Raffles zdjął z wielkiej półki szczelnie wypełnionej książkami, jakiś nowy tom i znów opadł leniwie na fotel.

— Chciałbym wiedzieć, dlaczego przyglądasz mi się tak bacznie? — zapytał, podchwyciwszy spojrzenie Branda.

— Hm... Ciekawe, że to zauważyłeś!

— Nie unikaj odpowiedzi... Obserwowałem cię w lustrze...

— Jak ci to powiedzieć? — odparł młody człowiek z zakłopotaniem. — Chciałem się poprostu przekonać, czy jeszcze siedzisz na tym samym miejscu?

— Uważasz widocznie żem się zbyt długo zasiedział?

— Możliwe... Jaką książkę czytałeś przed chwilą?

— Bardzo ciekawą — odparł Raffles — o nieudałych morskich wyprawach... Autor, Hiszpan z pochodzenia, opisuje dokładnie dzieje sławnej Armady Hiszpańskiej... Flota owa najsilniejsza chyba podówczas w świecie, wypłynęła w 1593 roku na morze i zatonęła podczas burzy... Pomyśl tylko, Charley. 160 okrętów doskonale wyekwipowanych posiadających na swych pokładach załogę z dwudziestu sześciu tysięcy osób... I jak tu nie wierzyć w rolę przypadku. Gdyby nie burza, karta Europy wyglądałaby dzisiaj zupełnie inaczej. To, co oparło się żywiołowi, uległo następnie w walce pod Dunkierką...

Raffles zamilkł i pogrążył się z rozmyślaniach.

Brand nie przerywał milczenia. Znał dobrze swego przyjaciela i wiedział, co podobne zamyślenie oznacza...

Raffles nudził się... Od kilku miesięcy życie w willi na Cromwell-Road płynęło monotonnie. Brand z niepokojem oczekiwał końca tego okresu. Bezczynność odbijała się fatalnie na wesołym naogół usposobieniu Rafflesa. Tajemniczy Nieznajomy wpadał w melancholię, z której wyrwać go potrafiły tylko plany nowej, projektowanej imprezy.

— Czy nie wiesz, Brand, gdzie znajduje się teraz nasz „Delfin“?

Delfin — była to wspaniała łódź Rafflesa wyposażona w najnowsze urządzenia techniczne. W oczach Branda ukazał się błysk radości.

— Nareszcie... Marzę o wycieczce morskiej... Chciałbym naprzykład popłynąć naszą łodzią na Azory lub na Kubę...

— Gdzie znajduje się teraz „Delfin“? — powtórzył Raffles.

— Jeśli nie przytrafiło mu się nic przykrego i nie został wykryty przez straż przybrzeżną — to powinien znajdować się w pobliżu Lowestoft.

— Doskonale... Może nam być potrzebny. Cieszę się, że lubisz podróże morskie.

— Marzę poprostu o wycieczce... Mamy za sobą ciężki okres zimowy i powinniśmy trochę odpocząć.

— Oczywiście....

Młody człowiek poruszył się niespokojnie w fotelu i spojrzał na Rafflesa.

— Nie skarżę się bynajmniej — odparł. — Nie rozumiem tytko, dla czego nie mielibyśmy odpocząć? Czy jedziemy na Kubę?

— Za gorąco o tej porze.

— Wielkie nieba!... Z równym powodzeniem moglibyśmy pozostać na wybrzeżu Anglii. O tej porze roku na Azorach jest taki sam ścisk, jak na Piccadilly przed Giełdą. Na każdym kroku spotkać tam można bogatego kupca korzennego z Londynu, lub fabrykanta pasty do obuwia...

— Więc może wyspy Hawajskie?

— Czy mówisz serio. Przecież to za daleko...

— Dlaczego każesz mi zgadywać? Powiedz wreszcie, dokąd zamierzasz jechać. W gruncie rzeczy cel podróży jest mi obojętny: Bylebym tylko miał spokój i piękny krajobraz.

— A więc zgoda: co myślisz o Benicarlo?

— Benicarlo? Nigdy nie słyszałem o podobnej miejscowości? Czy to jest we Włoszech?

— Nie, w Hiszpanii... Mała miejscowość, położona na linii kolejowej prowadzącej z Pirenejów i okrążającej całe wschodnie wybrzeże Hiszpanii aż po Kartagenę. Leży ona nad morzem, w odległości dwudziestu kilku kilometrów na południu od Barcelony... Mogę się jednak założyć, że w Baedekerze nie znajdziesz o niej wzmianki.

— W jaki sposób wpadłeś na ten pomysł?

— Hm... Dowiedziałem się o Benicarlo z tej oto właśnie książki...

Brand spojrzał ze zdziwieniem na oprawne w skórę dzieło, które Raffles trzymał w swych wypielęgnowanych dłoniach.

— Czy historyk, autor tej książki, opisywał to miejsce, jako specjalnie nadające się dla wypoczynku? — zapytał z ironią, rzuciwszy okiem na tytuł.

— Bynajmniej... Przypuszczam raczej, że nie znał go zupełnie.

— Nie rozumiem więc, dlaczego obrałeś sobie Benicarlo, jako cel swej podróży?

— Poczekaj cierpliwie a wszystko ci wytłumaczę — odparł Raffles.

Otworzył książkę i począł czytać na głos...

— ... ale niestety, przy ujściu Ebro okręty napotkały na tak silną burzę, że jeden z nich, wyładowany po brzegi szczerym złotem, począł tonąć i zanim zdołano mu przyjść z pomocą poszedł na dno. Ludzie mówią, że okręt ten, a raczej jego szczątki, zostały wskutek silnego prądu odepchnięte od ujścia rzeki Ebro i spoczywają w głębi morza w pobliżu miejscowości Benicarlo.

Książka opadła na kolana Rafflesa. Tajemniczy Nieznajomy spojrzał z uśmiechem na swego przyjaciela.

— I cóż ty na to, Charley?

— Niesłychanie ciekawe — odparł Brand chłodno. — Mimo najszczerszych chęci, nie mogę jednak zrozumieć, co skłania cię do tej dziwacznej podróży?

— Chodzi mi poprostu o zbadanie, czy istnieją jeszcze jakieś ślady katastrofy tego cennego okrętu. „Nevada“ — tak bowiem nazywał się ten okręt, — stanowić może dla każdego smaczny kąsek!

— A więc tak? Cofam wszystko co dotychczas mówiłem....

— Ależ przyjacielu, nie miejże tak śmiertelnie obrażonej miny! Przecież przed chwilą cieszyłeś się na samą myśl o przejażdżce naszym „Definem“?

— Tak... Ale wołałbym odbyć ten spacer, jak człowiek, a nie jak ryba. Przyjemnie jest płynąć po powierzchni morza, ale niezbyt miło kryć się w jego głębi. Jestem przekonany, że z tego mitycznego złota nie ma teraz ani śladu, a gotów jestem nawet zaryzykować twierdzenie że go nigdy tam nie było.

— Muszę jak najuroczyściej zaprzeczyć temu. Nie przypuszczam, aby wiarygodny historyk chciał umyślnie fałszować rzeczywistość. Nie zapominaj, że książka ta pisana była w pięćdziesiąt lat po nieszczęsnej wyprawie.

— W ciągu pięćdziesięciu lat wiele rzeczy może ulec zmianie — odparł Brand lekceważąco...

— Właśnie dlatego zamierzam sprawę tę zbadać dokładnie — rzekł Raffles. — Czeka nas wspaniała podróż wzdłuż wybrzeży hiszpańskich, poprzez cieśninę gibraltarską aż na Morze Śródziemne. Trasa ta nie należy jednak do bezpiecznych... Nasz „Delfin“ posiada wszelkie udoskonalenia techniczne.. Dzięki nim, a zwłaszcza dzięki silnym reflektorom, zbadamy dokładnie całe dno morskie. Nie spoczniemy, dopóki nie odnajdziemy „Newady“. Powiedz Hendersonowi o mojej decyzji. Jutro rano ruszamy w drogę. Ogarnęła mnie już gorączka podróży. Sprawdzimy, czy stary hiszpański historyk miał rację, pisząc o zatopionych skarbach.

W pogoni za złudą

Rankiem następnego dnia, o godzinie dziewiątej, trzej mężczyźni gotowi byli do drogi.

O godzinie dziesiątej z minutami, Raffles i Brand opuścili Londyn pociągiem zdążającym na północ. Henderson tymczasem wraz z ciężkimi bagażami udał się autem w kierunku Lowestoft, gdzie miał się spotkać ze swymi panami.

Raffles w ten sposób opracował plan podróży, aby w porcie znaleźć się o zmroku. Nie chciał bowiem, aby ktokolwiek mógł śledzić ich ruchy i w rezultacie odkryć miejsce, w którym spoczywała w ukryciu ich łódź podwodna.

Droga pociągiem minęła bez przygód...

Lowestoft było ulubionym miejscem wypoczynkowym Anglików. Raffles znał je dokładnie, jak zresztą wszystkie miejscowości na wybrzeżu. Zaprowadził więc Branda boczną ścieżką do miejsca, w którym miał oczekiwać ich Henderson

 

Poczciwy olbrzym przybył na miejsce spotkania punktualnie. Bagaż stanowiły trzy spore walizy. Były one urządzone w ten sposób, że można je było z łatwością przytroczyć rzemieniami do pleców. Zawierały one żywność, broń i zapasy amunicji.

Trzej przyjaciele mieli się udać do groty nadmorskiej, w której ukryty był „Delfin“. Grota owa łącząca się z morzem stanowiła doskonałą ochronę przed wzrokiem ciekawych.

Trzeba było przede wszystkim odesłać auto, bowiem Raffles nie chciał niszczyć pięknej maszyny, zostawiając ją na łasce losu. Wyładowano bagaże i ukryto je w cieniu rozłożystych drzew, następnie Henderson siadł przy kierownicy i odprowadził wóz do Lowestoft, gdzie zaparkował go w doskonale urządzonych garażach.

W ciągu dwudziestu minut wrócił z powrotem. Ciemności były już prawie zupełne. Henderson wziął na siebie lwią część bagażu a Raffles i Brand przymocowali sobie do pleców po walizie i wąską ścieżką ruszyli wzdłuż stromego zbocza, wznoszącego się nad brzegiem skały. Ścieżka wiła się zakosami i chwilami trudno było w ciemnościach odnaleźć jej kierunek. Poniżej widać było zatokę oraz plażę w Lowestoft. Na jasnym piasku poruszały się jeszcze małe ciemne punkciki — to zapóźnieni kuracjusze spieszyli do swych domów. Wkrótce ciemności były już kompletne, ale na szczęście Raffles posiadał niezwykle silny wzrok. Dlatego też śmiało i pewnie szedł naprzód, wskazując drogę swym towarzyszom. Weszli wreszcie do wąskiego wąwozu. Po obu stronach wznosiły się strome skalne ściany. Nawet za dnia promienie słońca z trudem przenikały do tego miejsca. Wąwóz ten rozszerzał się lub też zwężał. W niektórych miejscach szeroki w barach Henderson musiał przeciskać się z prawdziwym trudem. Minęli wreszcie połowę tego ciemnego korytarza, gdy Raffles zarządził krótki wypoczynek.

Po pięciominutowej przerwie ruszyli dalej. Wąwóz kończył się stromą skalistą ścianą, która zdawała się uniemożliwiać przejście. Z lewej jednak strony widać było kilka drzew, które zasłaniały otwór ciemnego tunelu biegnącego w skale.

— Odpoczniemy tutaj z pół godziny — rzekł Raffles. — Musiałeś się porządnie zmęczyć Henderson?

— Mylord chyba żartuje ze mnie? — odparł olbrzym z oburzeniem. — Cóż to dla mnie znaczy ten ciężar? Waży niecałe sto pięćdziesiąt kilo.

— W takim razie ruszamy naprzód — zawołał Raffles wesoło. — Im wcześniej dobrniemy do naszej łodzi tym lepiej.

Rozpoczęło się mozolne schodzenie w dół. Tunel bowiem krył w swym wnętrzu coś w rodzaju naturalnych stopni o nierównej wysokości. Niektóre dochodziły do pięciu metrów.

Głuchym echem rozlegały się kroki naszej trójki wśród nagich skał. Zbliżali się do miejsca, w którym na ścianie widniał wyryty nieudolnie krzyżyk.

— To jest znak, że do tego poziomu dochodzi woda podczas przypływu morza — rzekł Raffles. — Pozostaje nam już tylko jeden zakręt i będziemy na miejscu.

Istotnie o kilka stopni dalej, tunel skręcał ostro w lewą stronę. Przyjaciele nasi zapuścili się w głąb nowego wąskiego korytarza i po chwili ujrzeli odbicie świateł swych latarni na powierzchni wody.

Znajdowali się w grocie wyżłobionej przez kaprys natury w potężnej skale. Morze wdzierał się do tej groty przez wąskie stosunkowo przejście, tworząc ukryte jezioro. Brzegiem jego biegła ścieżka.

— Musimy poczekać jeszcze pół godziny, aż nastąpi odpływ — rzekł Raffles, spoglądając na zegarek. — Ujrzymy wówczas grzbiet naszego poczciwego „Delfina“, wynurzający się z pośród fal.

Henderson i Brand posłusznie ułożyli swoje bagaże na najniższym ze skalnych stopni. Woda odpływała powoli, lecz stale.

— „Delfin“!.. Widzę pokład naszej łodzi! — zawołał nagle Henderson.

Istotnie w niewielkiej stosunkowo odległości zamajaczyła jakaś szara podłużna sylwetka, przypominająca swym kształtem do złudzenia rybę.

Wkrótce ukazała się cała łódź podwodna. Henderson zbliżył się — jednym susem znalazł się na pokładzie łodzi.

Przy pomocy specjalnych narzędzi odśrubował hermetycznie przylegającą przykrywę, zasłaniającą otwór motorowej łodzi i wskoczył do kajuty. Wkrótce przerzucił lekki metalowy pomost na brzeg. Po tym trapie Brand i Raffles dostali się suchą nogą do wnętrza łodzi. Załadowano bagaże i umieszczono w specjalnych skrytkach zapasy żywności i amunicji.

Henderson zajął się wypompowywaniem wody ze zbiorników. Wkrótce podniesiono kotwicę i Raffles zajął miejsce przy sterze. Ostrożnie, uważając aby nie natknąć się na niebezpieczne skały, wyprowadził łódź z groty.

Dzięki systemowi zręcznie umieszczonych luster, załoga łodzi miała możność obserwowania tego, co się działo na powierzchni.

W pobliżu nie widać było żadnych okrętów. Nie obawiając się, że mogą być odkryci, Raffles wypłynął na powierzchnię. Mógł dzięki temu rozwinąć większą szybkość a jednocześnie zapewnić sobie i swym przyjaciołom przyjemność oddychania świeżym powietrzem. W razie potrzeby „Delfin“ mógł w każdej chwili dać nurka pod wodę, gdyż przykrywa zamykała się od wewnątrz automatycznie.

Tymczasem łódź płynęła sobie spokojnie po powierzchni. Zbliżał się wieczór. Lekki wiatr przynosił od strony lądu zapach, płynący z pól i ogrodów. Brand wysunął głowę przez okno i rozejrzał się dokoła. Łódź płynęła ze zgaszonymi światłami. Było to wprawdzie sprzeczne z obowiązującymi przepisami, ale Raffles nie wiele sobie z tego robił. Wołał uniknąć indagacyj strażników celnych, których niezawodnie zwabiłyby światła łodzi.

„Delfin“ z szybkością pośpiesznego pociągu mknął na południe. Trzej przyjaciele zastępowali się po kolei przy sterze. Wkrótce mieli już za sobą większą część kanału La Manche i minęli Belle Ile, położoną na zachód od Francji na szerokości Saint Nazaire.

Raffles przeciął zatokę baskijską i opłynął przylądek Finistere... Późnym wieczorem zbliżyli się do wybrzeża Portugalii.

Wkrótce ukazała się ich oczom Lizbona, jeden z najpiękniej położonych portów w święcie. Następny dzień minął bez godnych zanotowania wypadków. Wieczorem łódź wpłynęła w cieśninę giblaltarską. Potężny masyw angielskiej twierdzy zdawał się grozić przejeżdżającym okrętom. Łodź zanurzyła się pod wodę. Dopiero, gdy minęli cieśninę i wydostali się na wody Morza Śródziemnego, „Delfin“ wypłynął na powierzchnię. Noce mijały szybko, natomiast dni nieznośnie gorące, wlokły się bez końca. Wieczorami wiatr od strony lądu przynosił ciężki zapach róż i mimozy. W oddali rysowały się zarysy potężnego okrętu holenderskiego. Po barwach jego Raffles poznał od razu, że należał on do „Królewsko - Wschodnio - Indyjskiego Lloyda“. Okręt płynął szybko, tak że załoga łodzi podwodnej wkrótce straciła go z oczu.

Raffles wciąż trzymał się kursu wzdłuż wschodniego wybrzeża Hiszpanii. Gdy wreszcie Brand zajął miejsce przy sterze, dzieliło ich od Benicarlo to jest od celu podróży, tylko pół dnia drogi.

Około godziny piątej minęli Kartagenę, w dwie godziny później Alicante, a o godzinie dziesiątej rano w oddali zamajaczyły zarysy kościołów Walencji... Jak dotąd udawało im się szczęśliwie uniknąć spotkania z wojennymi okrętami... Pozostawili za sobą Archipelag wysp Balearskich, słynących ze swego klimatu na świecie. Daremnie Brand spoglądał w ich kierunku tęsknym wzrokiem...

Łódź płynęła wciąż naprzód. Około godziny drugiej, na horyzoncie ukazało się Benicarlo. Henderson zbudził Rafflesa. Chwilowo cel podróży został osiągnięty... Należało zabrać się do pracy. Woda zatoki była tak przezroczysta, że nawet gołym okiem widać było prawie dno. Okoliczność ta znakomicie ułatwiała poszukiwania.

Raffles zerwał się świeży i wypoczęty. Zamknięto okrągłą pokrywę, napompowano wody do pustych chwilowo zbiorników i łódź powoli poczęła zanurzać się. Po upływie kilku minut „Delfin“ znalazł się prawie na dnie zatoki.

Nie każda łódź zniosłaby ciśnienie panujące w tym miejscu. Delfin posiadał jednak tak silną konstrukcję, że znosił nawet najtrudniejsze warunki.

Słońce stało wysoko i woda była prawie przezroczysta. W promieniu około stu metrów widać było dokładnie wszystko, co znajdowało się na dnie morskim.

Wkrótce poszukiwacze nasi doszli do smutnego wniosku, że z wraku Nevady nie zostało tu ani śladu... Poszukiwania trwały przeszło dwie godziny. Metr po metrze „Delfin“ badał pracowicie dno morskie zatoki. Wreszcie Raffles uznał dalsze poszukiwania za bezcelowe. Z biegiem lat prądy wodne musiały znieść szczątki „Nevady“ w inne miejsce. Słońce poczęto chylić się ku zachodowi i widzialność dna stawała się z każdą chwilą gorsza. Raffles postanowił wznowić poszukiwania następnego ranka. Tymczasem należało więc obejrzeć się za bezpieczną kryjówką.

Złote monety i przemytnicy

Wybrzeże hiszpańskie ciągnie się w tym miejscu jednolitą, niemal prostą linią. W odległości kilkunastu mil na północ znajduje się wrzynająca się w ląd zatoka, nad którą leży miasteczko Carlos de la Rapita. Raffles nie bez słuszności sądził, że w tych okolicach znaleźć się musi jakieś miejsce odpowiednie do ukrycia łodzi.

Wybrzeże obfitowało w lasy, z łatwością można więc było ukryć łódź w cieniu drzew o rozłożystych gałęziach.

Raffles zarzucił kotwicę... Przymocowano łódź do potężnych sterczących ponad wodą korzeni. Otwarto okrągła przykrywę i trzej przyjaciele poczęli krzątać się około posiłku. Raffles rozłożył przed sobą mapę: wyczytał z niej, że w odległości zaledwie czterech kilometrów od tego miejsca znajduje się kanał, który w pobliżu miejscowości Ambosta łączy się z rzeką Ebro.

Wiadomość ta dała mu dużo do myślenia. Należało bowiem przyjąć za pewnik, że przez tę zatokę odbywał się transport towarów pochodzących z południa.

— Ciekaw jestem, w jakim celu przekopano ten kanał? — zapytał Brand, pochylony nad mapą. — Czy Ebro nie ma swego naturalnego ujścia?

— Oczywiście, Brand, ale ujście to nie jest zbyt wygodne dla żeglugi. Zresztą pomysł kanału uważam za bardzo szczęśliwy, ponieważ w ten sposób zatoka zyskała na znaczeniu. Ebro, najdłuższa w Europie rzeka, posiada zamulone ujście, które utrudnia żeglugę, zwłaszcza dużym okrętom handlowym. O ile wiem, nad rzeką nigdy nie zbudowano żadnego portu. Hiszpanie zbyt są leniwi, aby skutecznie zwalczyć wzrastające z każdym dniem zamulenie rzeki... Jak tam z jedzeniem, Henderson?

— Wszystko przygotowane, mylordzie — ozwał się głos z głębi kabiny. W chwilę potem, trzej przyjaciele siedzieli za stołem umieszczonym w przedniej części kajuty... Tyły jej zajęte były linami, masztami i stanowiły zbiornik paliwa, oliwy i benzyny.

— No i co dalej? — zapytał Brand spoglądając ciekawie na Rafflesa.

Raffles gryzł potężny kawał holenderskiego sera.

— Hm — mruknął — skoro tu już jesteśmy, nie wyjedziemy stąd tak prędko. Nasz hiszpański historyk twierdzi, że „Newada“ została odepchnięta z biegiem czasu przez prąd od ujścia Ebro aż do Benicarlo, czyli przynajmniej o pięćdziesiąt kilometrów. Rozumując logicznie, należy przyjść do wniosku, że prąd znosił okręt rok rocznie o jeden kilometr. W ten sposób ustalilibyśmy, że obecnie szczątki tego okrętu znajdować się muszą bardziej na południe od Benicarlo. Ponieważ nie mamy nic innego do roboty, jutro rano zbadamy całe wybrzeże, płynąc powoli pod wodą. Jestem pewien, że wreszcie trafimy na jakiś ślad!

— Czy są tu przemytnicy w tej okolicy, mylordzie? — zapytał nagle Henderson.

Olbrzym zdawał się zastanawiać nad tym głęboko.

Pytanie to padło tak niespodzianie, że Brand spojrzał na niego ze zdziwieniem:

— Cóż ci nagle przyszło do głowy, James? — zaśmiał się Raffles.

— Słyszałem, że wybrzeża Hiszpanii roją się od przemytników... Dwa tygodnie temu byłem w operze na przedstawieniu „Carmen“... Pełno tam było tego na scenie, a wszystko uzbrojone w stare fuzje i ubrane w fantastyczne kapelusze!

— Może i masz rację — odparł Brand — Sądzę jednak, że od tego czasu wiele się zmieniło. Przemytnicy hiszpańscy noszą może fantastyczne kapelusze, ale z całą pewnością są już zaopatrzeni w najnowocześniejszą broń.

— Ciekaw jestem co tu można przemycać? — ciągnął dalej olbrzym. — Przecież Hiszpanie nie używają narkotyków.

— To prawda, James, ale istnieją w Hiszpanii bardzo wysokie cła na alkohol, sprowadzany z zagranicy. Wysokie cła zawsze powodują wzmożenie się przemytu...

— Czy wysiądziemy na ląd? — zapytał Henderson.

— Oczywiście, — odparł Raffles.

— Czy nie jest to zbyt ryzykowne? — rzucił ostrożnie Brand.

— Dlaczego? Przemytników nie boimy się... Zresztą, dniem i nocą zatoki tej strzegą posterunki straży celnej... Pewien jestem, że cały szmugiel odbywa się w południowej części zatoki. Możemy śmiało udać się na spoczynek. Dzień rozpoczyna się już o godzinie trzeciej i trzeba go będzie należycie wykorzystać.

 

Noc upłynęła spokojnie.

Rano Henderson otworzył przykrywę łodzi. Na horyzoncie widać było niewyraźne kontury niewielkich łodzi. Raffles domyślał się słusznie, że były to łodzie straży celnej. Trzej przyjaciele odświeżyli się kąpielą, zjedli śniadanie i ruszyli w drogę.

„Delfin“ płynął pod wodą... Dopiero, gdy łódź znalazła się na pełnym morzu, rozpoczęty się właściwe poszukiwania.

Tu i owdzie widać było resztki połamanych masztów, puste skrzynie o które łódź omal nie zahaczyła... Trzej mężczyźni przyglądali się tym szczątkom uważnie poprzez silne, powiększające szkła.

Raffles wkrótce przyszedł do wniosku, że w żadnym wypadku nie były to szczątki okrętu, zbudowanego w szesnastym wieku.

Znajdowali się mniej, więcej na szerokości Oropezy, to jest w odległości, trzydziestu kilometrów na południe od Benicarlo.

Nagle Brand wydał głośny okrzyk, wskazując jednocześnie na jakiś niewyraźny kształt, majaczący w pobliżu. Raffles skierował w tę stronę swoją lornetę... Nie ulegało kwestii, że była to wspaniale rzeźbiona rufa średniowiecznego okrętu. Dokoła biegła hebanowa galeryjka, arcydzieło sztuki snycerskiej... Więcej nic już nie było widać...

To, co pozostało, porośnięte było wodorostami.

— To „Nevada“ — rzeki Raffles pewnym tonem.

— Skąd o tym wiesz? — zapytał Brand.

— Ponieważ czytałem dokładnie jej opis. Ta płaskorzeźba ledwie widzialna spod masy zieleni, wyobraża Don Carlosa, syna Filipa. Naprzód, Brand. Musimy zbliżyć się do tego okrętu...

Nadzieje wywołane nagłym odnalezieniem rufy, rozwiały się szybko. Poza nią nie znaleziono bowiem nic godnego uwagi. Wyglądało to, jak gdyby ktoś odrąbał rufę od przodu statku i obie części porozrzucał po morzu.

Raffles opłynął rufę dokoła, w nadziei, że może natrafi na coś ciekawego. Wkrótce przekonał się, że dalsze poszukiwania w tym miejscu są bezowocne. Potężna burza rozłupała widocznie okręt na dwie części. Jedna z nich została zaniesiona przez prąd na południe, druga zaś musiała utonąć w zupełnie innym miejscu.

Doszedłszy do tego wniosku, rozkazał Hendersonowi zmienić kierunek. Płynęli teraz ostrożnie w stronę wybrzeża. W polu widzenia nie było żadnego okrętu, prócz kilku rybackich łodzi. Raffles kazał wypłynąć na powierzchnię.

Podniesiono klapę i Raffles rozejrzał się dokoła.

Łódź przybiła do brzegu.

— Co tu będziemy robić? — zapytał Brand, gdy łódź uderzyła o brzeg.

— Wyjdziemy na ląd — odparł Raffles lakonicznie.

— Gdzie jesteśmy właściwie?

— W odległości dwóch kilometrów od Oropezy — padła odpowiedź.

— Czy to właśnie miejsce wybrałeś do lądowania?

— Tak.

— W jakim celu?

— Zamierzam przeprowadzić tu poszukiwania. Oropeza jest wioską rybacką, a wśród mieszkańców takich osad przechowują się najlepiej stare legendy, przekazywane z pokolenia w pokolenie. Pewien jestem, że ci ludzie udzielą mi cennych danych o „Nevadzie“.

— Czy nikt nam tutaj nie uszkodzi łodzi?

— Nonsens... Zamkniemy ją szczelnie, spuścimy głęboko pod wodę i umocujemy...

Brand milczał... Z każdym dniem coraz mniej podobała mu się ta wyprawa... Bandy przemytników włóczyły się nocami po tym wybrzeżu i ktoś z łatwością mógł trafić na ślad łodzi. Starał się więc ukryć swój niepokój przed Rafflesem, wiedząc, że i tak nic nie powstrzyma go przed wykonaniem raz powziętych planów.

Zamknięto więc łódź, spuszczono pod wodę i przycumowano do korzeni nadbrzeżnych drzew.

Cała trójka wyszła na ląd.

W pobliżu wznosiły się niewysokie, lecz strome skały. Ze szczytu jednej z nich — ujrzeli leżącą w dole wioskę rybacką. Była to Oropeza.

Wiodła do niej wąska ścieżka, biegnąca obok małej stacyjki kolejowej, składającej się z szopy na towary i budki telegrafisty.

— Widzę, że spodziewają się tutaj wizyty przemytników! — rzekł Raffles, spoglądając z uśmiechem w stronę morza. — Spójrzcie: aż trzy statki straży celnej patrolują w pobliżu Oropezy!

— Jest ich daleko więcej, mylordzie — odparł Henderson, przykładając lunetę do oczu. — Do wszystkich diabłów! To przecież okręty wojenne...

— Ciekawe! — szepnął do siebie Raffles. — Przypuszczam jednak, że te okręty wojenne znajdują się tu w związku z hiszpańską wojną domową. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy o kilka kilometrów dalej natknęli się na krążowniki...

— Przemytnicy i wojna domowa! Znaleźliśmy się w ładnej sytuacji.

— Nie kracz, przyjacielu... Ruszajcie naprzód! Idziemy do wioski... Zobaczymy, czy uda nam się zdobyć jakieś informacje.

Nie bez mozołu poczęli posuwać się po wąskiej ścieżce... Wkrótce wydostali się na szeroki gościniec... Trzej cudzoziemcy wzbudzili w wiosce prawdziwą sensację.

Raffles zatrzymał się w rynku i skierował swe kroki w stronę starej winiarni... Instynktownie przeczuwał, że tutaj dowie się czegoś ciekawego. Przeczucia jego okazały się słuszne: właściciel winiarni, człek sam już leciwy, zaprowadził go do swego ojca - staruszka liczącego przeszło dziewięćdziesiąt lat.

Starzec trzymał się krzepko, a jego ciemne oczy spod siwych krzaczastych brwi bystro spoglądały na cudzoziemca. Gdy Raffles zapytał go nagle o katastrofę okrętu, wiozącego złoto, stary Jose ożywił się wyraźnie i począł po raz setny może opowiada starą historię o skarbach „Nevady“, którą słyszą prawdopodobnie od swego ojca.

W roku 1805 rozszalała się pewnej nocy burza, która przygnała do brzegu i wyrzuciła na ląd szczątki wielu zatopionych już od dawna okrętów, od dziesiątek i setek lat spoczywających na dnie morskim. Podobny los spotkał i „Nevadę“, tak przynajmniej utrzymywał stary Jose...

Aby dać świadectwo swym słowom, stary zerwał się z miejsca i zniknął w sąsiedniej izbie. Wrócił po chwili, niosąc w ręku garść złotych dukatów.

Raffles obejrzał je z uwagą:

— Nie ulega kwestii, że pieniądze te pochodzą z „Nevady“ — rzekł po namyśle.

Widniała na nich podobizna Filipa II w rzymskim hełmie, po drugiej zaś stronie widać było zatarte cyfry: monety wybite zostały w początkach szesnastego stulecia!

Starzec spojrzał na Rafflesa przenikliwym wzrokiem:

— Te pieniądze są jeszcze po dziś dzień w obiegu w naszej wsi... Co prawda niektórzy sprytniejsi spośród nas nie chcą ich teraz wypuścić z rak, odkąd przekonali się, że zbieracze monet dają za nie sporo grosza. Może pan chce je ode mnie odkupić?

— Nie teraz, przyjacielu!... Zatrzymaj je chwilowo!... Powiedz mi lepiej, czy wszystkie skarby „Nevady“ dostały się do rąk ludzi z wioski?

Stary Jose uśmiechnął się tajemniczo. Nachylił się do Rafflesa i szepnął tajemniczo:

— Wiele dziwnych wypadków wydarzyło się od tej chwili, senor! Nikt mi z pewnością nie uwierzy, ale ja wiem, że to prawda... Sam miałem w ręku mapę, to jest plan miejsca, gdzie ukryty został skarb, ale niestety wszystko zginęło w czasie pożaru! Senor wie oczywiście o tym, że w swoim czasie wielki Napoleon przebył Pireneje i ciągnął wraz z wojskami na Hiszpanię... Na ludzi w naszej wiosce padł strach... Kto miał coś cennego, pragnął ukryć to przed chciwością najeźdźców. Najchytrzejszy był Remendado. O, ten znał miejsce, w którym można było ukryć wszystko, bez obawy, że kiedykolwiek wpaść może w ręce nieprzyjaciela... Ludziska wiedzieli o tym i zazdrościli mu. Remendado potrafił wyzyskać sytuację. Skłonił wszystkich, którzy posiadali większe ilości złotych monet ze skarbu „Newady“, aby powierzyli mu te pieniądze. Obiecał ukryć je w wiadomym sobie miejscu i oddać, kiedy niebezpieczeństwo minie. Ludzie zawierzyli mu ale on, Remendado, nie dotrzymał obietnicy. — Żyją jeszcze w naszej wiosce jego potomkowie... Nie są tak chytrzy jak ich zmarły przodek, ale...

Tu stary zamilkł i przymrużył oczy.

— Nie trudnią się rybołóstwem, jak reszta mieszkańców wioski, o nie... — dodał po chwili.

Rozejrzał się dokoła, jak gdyby chcąc się przekonać, że w pobliżu nie ma szpiegów.

— Zajmują się przemytnictwem, senor — szepnął. — Stary Remendado skończył marnie. Pewnego dnia znaleziono go u stóp skał, przeszytego kulami... Zasłużył sobie na to, złodziej! Ale, niestety, nikt później nie natrafił na to miejsce, w którym ukrył skarb. Plan, jak już panu wspomniałem, znajdował się w posiadaniu mojej rodziny która przekazywała go z pokolenia w pokolenie. Niestety, nie potrafiliśmy odczytać niewyraźnych znaków... Zresztą plan ten spłonął w czasie pożaru...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?