Skradzione perłyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Skradzione perły

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Skradzione perły,

licencja public domain,

źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Skradzione_perły#/media/Plik:PL_Lord_Lister_-91-_Skradzione_perły.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Skradzione perły

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1939

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-887-7

Wprowadzenie

Marholm, sekretarz głównego inspektora policji Scotland Yardu, siedział samotnie w gabinecie swego szefa.

Nachylony nad aktami, pokrywał białe kartki papieru równym, kaligraficznym pismem. Od wielu lat proponowano mu maszynę do pisania, lecz Marholm za każdym rażeni odrzucał tego rodzaju oferty z oburzeniem. Kierowały nim trzy poważne względy: po pierwsze pisał ręcznie o wiele ładniej, niż mogłaby to uczynić maszyna, po wtóre nawet maszyna nie zdołałaby go prześcignąć w szybkości, a po trzecie był już za stary aby się uczyć... Gdy chciano mu w drodze urzędowej narzucić ten zbędny, zdaniem jego, przedmiot, oświadczył uroczyście, że zrezygnuje ze swego stanowiska.

Marholm przystępował do pisania z niezwykłym nabożeństwem. Sprawdzał, czy przysłany mu papier jest zawsze tej samej marki, kontrolował jego grubość i gatunek, wybierał starannie pióra... Podobnie, jak maszyny do pisania traktował również komiczny, zdaniem jego, wynalazek wiecznego pióra.

Ukończywszy przygotowania, siadał wygodnie przy biurku, trzymając przed sobą w lewej ręce bibułę, w prawej zaś pióro z nowiutką stalówką. Nie wiele brakowałoby, a uparty sekretarz inspektora Jamesa Baxtera jeszcze dziś używałby pióra gęsiego... Nie uznawał on bowiem masowej produkcji i zawsze przyznawał wyższość dobrze zaostrzonemu gęsiemu pióru nad kawałkiem metalu.

Minął kwadrans, a Marholm wciąż siedział w tej samej pozycji, pochylony nad raportami, sprawozdaniami i prośbami... Nagle drzwi się otwarły i do gabinetu wkroczył szef Scotland Yardu, James Baxter.

— Dzień dobry, — rzekł.

Nie trudno było poznać, że był w nieszczególnym humorze.

— Wiecznie jestem zmęczony — ciągnął dalej. — Źle spałem... Przeklęte rzemiosło!

— Czy już złapany? — zapytał Marholm spoglądając na swego szefa przez nasunięte na czubek nosa okulary.

— Kogo macie na myśli? — zapytał inspektor kwaśno.

— Kogóż by, jak nie Billa Cifera, który ograbił kasę Banku Włościańskiego?...

— Nie, jeszcze go nie schwytaliśmy, Marholm. Śmiem wątpić, czy go w ogóle dostaniemy w nasze ręce... Jestem po prostu wściekły!... Przeklęty przypadek sprawił, że przestępstwa dokonano w najruchliwszej dzielnicy miasta... Wszystkie gazety znów zaczną się rozpisywać na mój temat... „Inspektor Baxter nie potrafi odnaleźć sprawców... Inspektor Baxter nie umie walczyć skutecznie z przestępcami!“ Zupełnie, jak gdyby w innych krajach nie popełniano przestępstw! Jest to robota moich wrogów, którzy chcą mnie wygryźć z mego stanowiska!

Baxter uderzył pięścią w stół tak silnie, że potężnych rozmiarów kałamarz z bronzu począł podskakiwać w górę, grożąc w każdej chwili potopem atramentu... Kałamarz ten otrzymał Baxter od swych podwładnych w dniu 25-letniego jubileuszu.

Inspektor zdjął obszytą złotymi galonami kurtkę i powiesił na wieszaku. Włożył wytartą na łokciach marynarkę i z poważną miną zasiadł za biurkiem... Zamiast jednak zabrać się do roboty, począł wyglądać przez okno na ulicę... Myśl jego zaprzątnięta była sprawą ostatniej kradzieży i odnalezieniem Billa Cifera, który w chwili obecnej znajdował się już prawdopodobnie w drodze do Ameryki.

Baxter otworzył szufladę i wyjął z niej pudełko cygar. Koło kałamarza stał na biurku niezwykły przyrządzik. Była to maszynka, przypominająca zupełnie dokładnie gilotynę, a służąca do ścinania czubków od cygar. Baxter nacisnął na dźwignię: czubek cygara odskoczył daleko i padł na biurko Marholma.

— Zdaje mu się, że ścina głowę Rafflesowi! — mruknął do siebie sekretarz.

Inspektor zapalił i zaciągnął się wonnym dymem. Splótł swe wypielęgnowane, białe ręce na zaokrąglonym brzuszku i zapytał:

— Co nowego, Marholm?

— Prawie nic, szefie — odparł sekretarz.

Ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy

— Tym lepiej — ucieszył się inspektor.

— Jak już mówiliśmy, mamy niezałatwioną sprawę Billa Cifera...

— Nie warto o tym myśleć dłużej — przerwał mu Baxter. — Kto raz uciekł, tego policja nie złapie już w swe ręce. Możemy spokojnie zamknąć dochodzenie w tej sprawie i odłożyć je do archiwum. Ile on zwędził?

— Około stu czterdziestu tysięcy funtów sterlingów.

— A to odwaga! — odparł inspektor.

W głosie jego wyczuwało się nutę podziwu.

— Chciałem powiedzieć — poprawił się — że nie uciekł z pustymi rękami...

— To prawda...

— Wczoraj w nocy miałem bardzo ważna konferencję z wysokimi urzędnikami Ministerstwa Sprawiedliwości... Posiedzenie przeciągnęło się do późna w noc... Jestem dziś ogromnie wyczerpany... Ogromnie...

Marholm wiedział, co ma myśleć o nocnych konferencjach swego szefa. Zabierał się właśnie do zanurzenia pióra w atramencie, gdy ozwał się nagle telefon.

Baxter chwycił machinalnie za słuchawkę... Szef Scotland Yardu nie lubił, aby mu od rana zawracano głowę telefonami... Podczas jednak rozmowy twarz jego rozjaśniała się stopniowo. Marholm zrozumiał, że Baxter rozmawia z przedstawicielką płci pięknej:

— Zapewniam panią, że wszystko jest w porządku... — ciągnął inspektor słodkim głosem. — Jeśli chce się pani o tym sama przekonać, proszę mnie odwiedzić pomiędzy godziną pierwszą a drugą, kiedy nie ma mego sekre... Hm! — chciałem powiedzieć, że wówczas będziemy mogli spokojnie porozmawiać... Ależ droga pani... Wszelkie podziękowania są zbyteczne... Chętnie wyświadczyłem pani tę niewielką przysługę. Sznur pereł znajduje się w bezpiecznym miejscu... Ależ nie ma o czym mówić... Żadnego wynagrodzenia od pani nie przyjmę... Piękna kobieta wie najlepiej, jak może wynagrodzić mężczyznę!... Co takiego? Jak to miło z pani strony... Czy nie będę natrętny, jeśli zaproszę panią na dziś wieczór?... Po przedstawieniu, oczywiście,..

Głos Baxtera przeszedł w tak cichy szept, że nawet Marholm nie mógł dosłyszeć dalszego ciągu rozmowy.

W chwilę potem słuchawka spoczęła na widełkach telefonu, a Baxter rozparł się w fotelu.

Marholm znał dokładnie całą tę historię i Baxter zbytecznie zadawał sobie tyle trudu, aby uchronić się przed ciekawością swego sekretarza.

Było bowiem publiczną tajemnicą, że inspektor Baxter miał słabość do kobiet... Ostatnio skłonności te koncentrowały się na pewnej aktorce rewiowej ze „Scala-Theater“, Gwiazda owa pobierała niesłychanie wysoką gażę i słynęła ze swej biżuterii. O wartości tej biżuterii mógł najlepiej sądzić sam Baxter: Kilka dni temu aktorka wręczyła mu wspaniały sznur pereł z prośbą, aby zechciał przechować go przez jeden miesiąc w bezpiecznym miejscu. Inspektor Baxter, którego wówczas łączyły z Elwirą Monescu więzy dość zażyłej przyjaźni, spełnił bez wahania tę prośbę.

Marholm pokiwał ze zdumieniem głowa... Co prawda, kasa żelazna w gabinecie inspektora wydała mu się miejscem całkiem pewnym, lecz nie uważał za właściwe, aby wysoki urzędnik policji zajmował się tego rodzaju sprawami.

Ale inspektor Baxter, jak to już powiedzieliśmy, miał nieprzezwyciężoną słabość do płci pięknej... Nie potrafił oprzeć się prośbie, czarującej i powabnej kobiety.

Marholm był obecny przy tym, jak piękna Elwira wręczyła jego szefowi cenny naszyjnik... Baxter wpadł w zachwyt na widok cudnych pereł, zdobył się na pełne galanterii porównanie do białych ząbków właścicielki i włożył własnoręcznie małe etui do kasy żelaznej.

— Tutaj pani perły są równie bezpieczne, jak w skarbcu Banku Angielskiego — rzekł, gładząc ręką drzwiczki żelaznej kasy. — Zechce mi pani dać swój adres?... Może mi być potrzebny... Musimy być z sobą w stałym kontakcie.

Baxter po rozmowie telefonicznej z piękną Elwirą jeszcze się nie ocknął. Jego niebieskie oczy błądziły po suficie z wyrazem błogości. Cały pokój wypełnił się dymem z wonnego cygara.

Marholm znał swego szefa. Wiedział, że zapadł on w stan, z którego nieprędko będzie go można wyrwać. Cieszyła go perspektywa zjedzenia obiadu w mieście, nie wątpił bowiem ani przez chwilę, że Baxter wyśle go pod jakimś pozorem pomiędzy godziną pierwszą a drugą. Minął kwadrans, a Baxter nie zdradzał najmniejszej ochoty zajęcia się codziennymi raportami.. Nagle znów rozległ się dzwonek telefonu.

Baxter niechętnie podniósł słuchawkę... Marholm spostrzegł, że wyraz jego twarzy uległ gwałtownej zmianie:

— Jak brzmi nazwisko? — zapytał surowo. — Proszę poczekać, zaraz zanotujemy... Nathan Goldfish... Exceter-Lane 19 — przepraszam: 17... Bardzo pięknie. Hm... Mówi pan, że opróżnili cały sklep? Okropne! Ani śladu włamywaczy? Co takiego? Że ja muszę przybyć osobiście?... Ale dlaczego tak panu na tym zależy?... Dobrze, dobrze, mogę to sobie łatwo wyobrazić... Zaraz się zajmiemy tą sprawą. Na ile mówi pan? Na siedemset tysięcy funtów sterlingów?... Wielkie nieba!... To niesłychane! Telefon odcięty? Więc skąd pan telefonuje?.. Ach tak, z najbliższego urzędu pocztowego.. Ma pan szczęście, że się pan w porę do mnie zgłosił, panie Goldfish... Wprawdzie mam stąd do pana dość daleko, ale trudno... Zjawię się u pana osobiście..

 

Drżącą ręką odłożył mikrofon i spojrzał na Marholma niemal z przerażeniem.

— Czy słyszeliście coś podobnego?

— O ile zdołałem zrozumieć, chodzi o napad bandycki na magazyn Goldfisha?

— Czy znacie to nazwisko?

— Oczywiście, nawet bardzo dobrze. Jest to jeden z największych jubilerów londyńskich. Nie ma jeszcze roku, jakeśmy go ostrzegali aby się miał na baczności przed włamywaczami.

Baxter wstał, wyjął z szafy obszytą złotymi galonami kurtkę, zapiął się na wszystkie guziki i rzucił przelotne spojrzenie do lustra.

— Wychodzę — rzekł do Marholma. — Wezmę z sobą któregoś z brygadierów... Zastąpi mnie chwilowo inspektor Brain. Do widzenia!

Po jego wyjściu Marholm pochylił się znów nad swą robotą. Nie minęło pięć minut, gdy znów ozwał się telefon.

— Hallo? — zapytał podnosząc słuchawkę.

— Tu Baxter... Czy to wy, Marholm?

— We własnej osobie, szefie.

— Zostawcie robotę i przyjeżdżajcie tu natychmiast... Poczekajcie, zaraz przeczytam wam adres... Będę w magazynie Goldfisha na Exeter Lane... Tylko szybko!... Weźcie taksówkę!

Sekretarz mruknął coś niezrozumiale pod nosem i odłożył słuchawkę.

— Co też mu strzeliło do głowy? Nic tylko pędź człowieku i pędź!

Włożył stare, wytarte palto, wiszące na wieszaku i nasunął na oczy szarą cyklistówkę. Zamknął biurko wraz z wszystkimi papierami i wyszedł z gabinetu. Po drodze zamierzał zawiadomić inspektora Braina o tym co się stało i o spadających na niego obowiązkach.

Zamknął za sobą drzwi. Obszerny gabinet szefa Scotland Yardu tchnął pustką...

Promienie słońca igrały wesoło na metalowej powierzchni żelaznej kasy, w której spoczywały kosztowności Elwiry Monescu.

U Goldfisha

Inspektor Baxter rozsiadł się wygodnie w aucie policyjnym, prowadzonym przez agenta. Obok niego siedział posiwiały w służbie brygadier Cuxton, słynący jako specjalista od włamań.

Jechali w milczeniu przeszło godzinę. Baxter był w ponurym humorze.

— I wszystko dlatego, że ten przeklęty Goldfish lekceważy sobie rady policji... — rzekł Baxter. — Ot, do czego prowadzi ludzka nieostrożność!

— Dziwią mnie pańskie słowa, szefie — rzekł Cuxton — przecież Goldfish ma specjalnego nocnego dozorcę. Wystawy chronione są przez stalowe żaluzje... Nie mówię już o całym systemie sygnałów alarmowych i o psie, któremu daleko do łagodności!

— Nie powinien w takim razie zostawiać na noc klejnotów w sklepie — rzekł Baxter, rozmyślając wciąż nad niedoszłym do skutku spotkaniem z piękną Elwirą.

— Tego rodzaju praktyka możliwa jest w małych sklepikach, inspektorze, ale nie w magazynie tej miary, co zakład Goldfisha — odparł Cuxton, — samo próżnienie witryn musiałoby trwać kilka godzin... Proszę pomyśleć, że codzień trzeba byłoby powtarzać tę samą operację.

Baxter mruknął coś, co mogłoby równie dobrze być poczytane za wyraz zgody, jak i zaprzeczenia... Zamilkł i pogrążył się w myślach, z których ocknął się dopiero wówczas, gdy auto wjechało na ulicę Exceter Lane.

Była to szeroka piękna ulica. Po obu jej stronach widniały wytwornie urządzone sklepy.

Szofer zwolnił, aby odczytać numery domów. Wreszcie auto zatrzymało się. Baxter wychylił głowę przez okno i zawołał w stronę kierowcy:

— Jedziemy dalej, chłopcze! Przecież od razu widać, że to nie tutaj. Na ulicy stałby przecież tłum ciekawych.

Szofer wysiadł z auta i rzekł:

— Nie wiem, czy to tu, ale w każdym razie jest to numer siedemnasty, o czym sam pan może się przekonać.

— Jakże to możliwe, u licha?

Baxter wysiadł również z auta. Na twarzy jego ukazał się wyraz zdumienia. Nad wystawą sklepową ujrzał wypisane nazwisko Nathana Goldfisha. Sama wystawa lśniła się od kosztowności, godnych królewskiego skarbca.

Baxter stał nieruchomo, jak ktoś ogłuszony nagłym ciosem.

— Coś mi to nie wygląda na włamanie — rzekł Cuxton spokojnie. — Czy nie pomylił się pan, inspektorze, przy odbieraniu telefonicznego meldunku?

Baxter zwrócił powoli swą pobladłą twarz w stronę brygadiera.

— Czy mnie oczy nie mylą? Czy naprawdę nazwisko Nathana Goldfisha widnieje na szyldzie?;

— Oczywiście, inspektorze...

— Czy to jest Exceter Lane?

— Nie ulega kwestii...

— Numer 17?

— Z całą pewnością.

— Czy zna pan innego Goldfisha?...

— Znam jeszcze dwóch, inspektorze. Jeden z nich jest szewcem, drugi sprzedaje słodycze w kinie.

Baxter rzucił mu pełne wściekłości spojrzenie i skierował się w stronę sklepu jubilerskiego.

Aby wejść do środka, inspektor musiał przebyć kryształowe drzwi. Na jego spotkanie wybiegł wytwornie odziany zarządzający... Na widok munduru Baxtera cofnął się.

— Czy to sklep pana Goldfisha? — zapytał Baxter urzędowym tonem.

— Tak jest — odparł młodzieniec.

— Czy tej nocy dokonano tu włamania?

— Tutaj?... Nie, dzięki Bogu.

— Dlaczego w takim razie pański szef wzywał mnie telefonicznie?

— Szef? Kiedy to miało miejsce?

— Przed godziną.

— Zupełnie wykluczone, szanowny panie... Mój patron bawi obecnie w Paryżu. Wczoraj rano odleciał aeroplanem z lotniska w Croydon.

Baxter zbladł nieznacznie i rzucił rozpaczliwe spojrzenie na Cuxtona, którego twarz czerwona była jak cegła.

— Co to wszystko znaczy, Cuxton? — zapytał.

— Coś się za tym kryje, inspektorze. Sądzę, że to coś bardzo poważnego.

Baxter stał nieruchomo. Oczy jego spoglądały przed siebie z dziwnie szklanym wyrazem... Na czole pojawiły się grube krople potu. Oddychał z trudem.

— Czy jest pan pewien, że nie dokonano tu włamania?

— Niechże się pan sam o tym przekona, inspektorze — odparł zarządzający, który począł się lekko niepokoić tą sprawą.

— I nikt do mnie nie telefonował?...

— Nie... Przed godzina zaledwie otworzyliśmy magazyn.

— A pan Goldfish?

— Powtarzam, że wyjechał w pilnych sprawach do Paryża... Dziś wieczorem, albo najpóźniej jutro rano ma powrócić...

— I nikt nie przeciął połączenia telefonicznego?

— Możemy się zaraz o tym przekonać — zaśmiał się wesoło zarządzający.

Wbiegł szybko do pokoju, położonego za sklepem. Baxter słyszał jego szybkie kroki. Nagle rozległ się pełen zdumienia okrzyk, po czym młody człowiek ukazał się na progu. Twarz jego była prawie tak blada, jak twarz Baxtera.

— Nic nie rozumiem... — zawołał z przerażeniem. — Przecięto widocznie druty! Nie mogę otrzymać połączenia...

Baxter skinął na brygadiera. Weszli do sąsiedniego pokoju i zbliżyli się do aparatu. Brygadier ujął za słuchawkę, ale telefon milczał, jak zaklęty... Poczęto szukać miejsca, w którym drut został przecięty. Znaleziono je wreszcie, ukryte starannie pod grubą portierą.

Cuxton chwycił poprzecinane druty.

— Mógłby pan z równym powodzeniem telefonować poprzez sznury od portiery — rzekł.

— Niewczesne żarty — skarcił go ostro Baxter. — Nie widzę powodu do wesołości. Coś się tu kryje niewyraźnego.

— Ktoś zakpił sobie z pana, mister Baxter — rzekł sprzedawca.

— Tak pan sądzi? — syknął ironicznie inspektor. — A cóż znaczy przecięty drut telefoniczny? Czy to również są kpiny?

— Może uczyniono to w tym celu, aby nie mógł pan telefonicznie sprawdzić tej wiadomości — odparł zagadnięty. — Wówczas wszystko wydałoby się niezwłocznie.

Baxter spojrzał groźnie na sprzedawcę, wyjął z kieszeni kolorową chustkę, otarł czoło i rzekł:

— To jest coś więcej, niż zwykły żart... Chodźcie, Cuxton! Chwilowo nie mamy tu nic do roboty. Musimy czym prędzej wracać do głównej kwatery. Bardzo mi przykro, że panu przeszkodziłem w pracy, — dodał kłaniając się sprzedawcy. — Czy można w pobliżu znaleźć miejsce, skąd pozwolą mi zatelefonować?

— Naprzeciwko jest sklep z papierosami... Ale i w tym domu jest dużo innych sklepów z telefonami. Jeśliby pan zechciał udać się ze mną...

— Uprzejmie dziękuję, ale wolę pójść naprzeciw... Może nawet lepiej będzie zatelefonować z innego miejsca... Czy jest tu gdzieś jakieś biuro pocztowe lub budka telefoniczna? — Nie chciałbym mieć świadków mojej rozmowy.

— Jak pan chce, inspektorze — odparł sprzedawca.

O tej porze znajdowało się w sklepie kilka osób.

Przed wystawionymi za szkłem broszami i pierścieniami stało już parę kobiet i kilku mężczyzn. Baxter musiał torować sobie między nimi drogę, kierując się w stronę obrotowych drzwi. Gdy drzwi te wyrzuciły go wreszcie na chodnik, szef Scotland Yardu spostrzegł ze zdumieniem swego wiernego sekretarza Marholma, wchodzącego do sklepu. Baxter krzyknął głośno ze zdumienia.

Marholm ucieszył się wyraźnie na jego widok i w chwilę potem stał już obok niego. Twarz Baxtera z bladej stała się purpurowa. Żyły na jego czole nabrzmiały jak postronki.

— Co cię tu sprowadza, Marholm? — zawołał głośno. — Czy cię umyślnie posłano po mnie?

Na twarzy Marholma pojawił się wyraz zdumienia.

— Nikt mnie nie przysłał — rzekł — pan sam po mnie telefonował, inspektorze... Kazał mi pan natychmiast udać się do sklepu jubilerskiego Nathana Goldfisha?

Pod Baxterem ugięły się nogi.

— To jakiś koszmar — mruknął. — Nic podobnego! Kiedy otrzymałeś ten telefon?

— W dziesięć minut po pańskim wyjściu... Jestem na pańskie rozkazy, inspektorze.

— Co za rozkazy, ośle jeden? — wrzasnął Baxter, nie posiadając się ze złości. — Najchętniej wysłałbym cię do wszystkich diabłów! Wyszedłeś i zostawiłeś gabinet bez opieki?

— Ależ nie... Przecież polecił mi pan wezwać jednego z podinspektorów? — bronił się Marholm.

— Czyżby? I o tym więc nawet pomyślałem? Im dalej, tym lepiej... Czy spełniliście przynajmniej mój rozkaz?

— Zawsze dokładnie spełniam wszystkie pańskie instrukcje, inspektorze — odparł Marholm. — Wychodząc, zawiadomiłem inspektora Braina, żeby natychmiast udał się do pańskiego biura.

— Sprawdziłeś, czy wykonał rozkaz?

— Nie zdążyłem... Polecił mi pan przecież wyjść jak najprędzej.

— Pięknie... A czy nie pomyśleliście zupełnie o pewnej sprawie, Marholm?

— Jakiej sprawie? — zapytał Marholm zdumiony.

— O sprawie pewnych kosztowności, które ukryte zostały w kasie żelaznej?

Z kolei Marholm poczuł się zaniepokojony.

— Kasa żelazna.... Sznur pereł... — począł powtarzać, biegając w kółko. Zatrzymał się nagle i zawołał:

— Telefon!... Trzeba natychmiast zatelefonować do głównej kwatery!

— Niestety... Druty zostały poprzecinane.

— Chodźmy do urzędu pocztowego! Szybko, inspektorze... Kolana drżą pode mną.

— Ciesz się, że to tylko kolana — mruknął Baxter.

Zamierzali właśnie przejść na drugą stronę ulicy, gdy Baxter zatrzymał się nagle:

— Nie, Marholm — rzekł — lepiej będzie nie telefonować. — To będzie niecelowe. Zresztą jeżeli coś złego się stało, lepiej zachować tę sprawę w tajemnicy... Liczę na twoją przyjaźń!

— Pst, inspektorze — szepnął Marholm. — Lepiej nie mówić o tym głośno... Może pan ma rację. Jeśli coś się stało, zawsze zdążymy się o tym dowiedzieć. Jedźmy do Scotland Yardu.

Wsiedli do auta policyjnego, które czekało pod sklepem. Baxter kazał szoferowi jechać pełnym gazem do głównej kwatery. Przed dziedzińcem Scotland Yardu, Baxter wyskoczył i pędem biegł po ciemnych schodach na górę... Wbiegł do gabinetu. Przez chwilę zatrzymał się na progu, po czym spojrzał z lękiem w stronę żelaznej kasy. Z ust jego padł okrzyk przerażenia:

Drzwi żelaznej kasy stały otworem.

Inspektor zbliżył się do niej drżącym krokiem. Kasa była pusta.

— Skradziono je... Perły Elwiry Monescu zostały skradzione!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?