Postrach Londynu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Postrach Londynu

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Postrach Londynu, licencja public domain,

źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:PL_Lord_Lister_-94-_Dwaj_rywale.djvu

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Postrach Londynu

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1937

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-886-0

Prześladowana niewinność

Około godziny szóstej wieczorem, bogaty kupiec branży jedwabnej, Lucas Brown, dał znak swemu głównemu buchalterowi, aby zamykał biuro.

Okna biura wychodziły na jedną z najruchliwszych ulic Londynu i mister Lucas Brown mógł przyglądać się spacerującym tłumom przez zasunięte żaluzje.

Zanim pracownik zdążył podnieść się z za biurka, mister Brown dodał śpiesznie:

— Proszę mi przysłać nową naszą urzędniczkę, miss Walton... Pragnę z nią pomówić.

Buchalter uśmiechnął się pod wąsem. Znając od dawna swego szefa, wiedział dokładnie jakiego rodzaju rozmowę miał on na myśli. Brown angażował do swej firmy jedynie młode i przystojne dziewczyny, które wpadły mu w oko. Korzystając z ich braku doświadczenia i naiwności, czynił z nich swe powolne narzędzia.

— Czy jest pan zadowolony z pracy miss Walton? — zapytał się buchaltera, który szedł właśnie zawołać dziewczynę.

— O, w zupełności — odparł mąż zaufania.

— To cudownie — Brown zatarł z zadowoleniem swe tłuste, obwieszone pierścieniami ręce. — Bardzo mnie to cieszy... To bardzo miłe i ładne dziecko — przy odrobinie sprytu, mogłaby mieć u mnie święte życie.

Fala hałasu wdarła się z ulicy przez okna... To roznosiciele gazet wybiegli tłumem z redakcji, wykrzykując ile sił w piersiach szczegóły najnowszej sensacji:

— Ostatni wyczyn Rafflesa!... Kradzież brylantów wartości przeszło sześciu milionów!... Sprawca kradzieży — Tajemniczy Nieznajomy!... Nieuchwytny Raffles!... Raffles!... Raffles!...

Przechodnie wydzierali sobie formalnie gazety z rąk:

— Niech mi pan skoczy po gazetę — rzekł Brown do buchaltera — Jakiś nowy kawał spłatał ten wisielec...

Buchalter wyszedł i wrócił po chwili, niosąc numer gazety, której cała pierwsza strona poświęcona była wyczynowi Rafflesa... Mister Brown szybko przebiegł wzrokiem artykuł:

— Zupełnie niebywały człowiek! Nie ma chyba sobie równego! Z jaką zręcznością trzyma on w szachu cały Scotland Yard... Doprawdy, od czasu gdy Sherlock Holmes wycofał się do zacisza domowego, główna kwatera naszej wspaniałej policji upodabnia się coraz bardziej do przytułku dla starych kobiet!...

— W samej rzeczy — przyznał buchalter — To prawdziwy geniusz... Uważam, że człowiek ten zmusza nas do podziwu... Niewątpliwie posiada całkiem niezwykłe właściwości... To król wśród przestępców... Napoleon w swoim rodzaju... A zewnętrznie, ma wygląd skończonego gentlemana...

— Przesadza pan, mój drogi... Ten dziwaczny entuzjazm udzielił się całemu Londynowi... prawdziwa gorączka... Gdziekolwiek się udasz, wszędzie pełno nieprawdopodobnych historii o tym gentlemanie-przestępcy... Ładny mi gentleman — tu Brown wydął pogardliwie swe grube wargi — Pan również, panie Tomaszu, posiada dość dziwne pojęcie o tym, jakim powinien być w rzeczywistości prawdziwy gentleman...

— Bynajmniej, panie Brown... Przecież wszystkim wiadomo, że ten przestępca cały swój łup obraca na wspomaganie biednych i nieszczęśliwych z Whitechapel i East-endu.

— W takim razie to wariat — odparł Brown z flegmą. — Inaczej użyłby tych pieniędzy na bardziej normalne cele... Pieniądze można wydawać na przyjemności lub kobiety... Cała ta kanalia z Whitechapel nie zdołałaby wyciągnąć grosza z mej kieszeni...

— Zupełnie w porządku — odparł buchalter, tłumiąc śmiech — właśnie przeciw takiemu stanowi rzeczy występuje Raffles... Zamiast wyciągać z pańskiej kieszeni poszczególne grosze — woli zabrać panu cały portfel... Jest to bez porównania dla biedaków korzystniejsze.

Mister Brown ściągnął brwi i odpowiedział zlekka poirytowanym głosem: — Zapomina się pan chwilami, panie Tomaszu. Proszę zaprzestać tego rodzaju poufałości. Gdybym nie znał pana od wielu lat, jako mego wiernego i zaufanego pracownika — wysnułbym z pańskich słów niepożądane wnioski. Ale nie będziemy dysputowali więcej na temat Rafflesa. Najważniejsze żeby nas zostawił w spokoju. Niech się zajmuje pieniędzmi innych, byleby tylko nie ruszał moich.

— Miejmy nadzieję. Posiada pan ich tyle... Trudno poprostu wierzyć, żeby nie złożył któregoś pięknego dnia nam wizyty. — rzekł buchalter.

— Co też pan wygaduje! — rzekł Brown. Czy można mieć za dużo pieniędzy?... Jestem wprawdzie milionerem, dostawcą Dworu Angielskiego. Powodzi mi się dobrze, ale czy jest to powodem, aby mieć dosyć?

— Tym przyjemniej będzie Rafflesowi, gdy przyjdzie do nas w odwiedziny.

— Niech pan przestanie, działa mi pan na nerwy; słuchając pana wydaje mi się, że stoi on już pod mymi drzwiami.

Buchalter roześmiał się:

— Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby włożył kilka banknotów do mej kieszeni — rzucił — Podobno lubi on dopomagać biednym.

Szef wyprostował się w całej swej okazałości i zawołał ostrym tonem:

— Czy nie zaprzestanie pan swych głupich żartów? Mimo, iż jestem w najlepszym humorze, działa mi to na nerwy. Niech diabeł porwie Rafflesa! Od czasu, gdy cały Londyn pełen jest jego nazwiska, nie mam spokojnej chwili ani we dnie, ani w nocy. Ciągle mi się wydaje, że ktoś dobiera się do mojej kasy. Nie chcę więcej słyszeć o nim. Proszę zawezwać miss Walton.

Gdy buchalter wyszedł, mister Brown zbliżył się do swej ogniotrwałej kasy, stojącej obok biurka, i uważnie sprawdzał lśniące zamki z metalu i ciężkie zasuwy.

— Można stracić nerwy przez tego łotra — szeptał. — Nie potrafię opanować strachu... Przekonawszy się, że wszystkie zamki funkcjonują sprawnie — zmienił kombinacje sobie samemu tylko znaną i zanotował ją starannie. Właśnie kończył to zajęcie, gdy weszła miss Walton.

Choć ubrana nadzwyczaj skromnie, każdym swym ruchem musiała czarować mężczyzn na nią patrzących. Jasne spokojne oczy patrzyły poważnie z delikatnej twarzy. Zatrzymała się niepewnie w progu.

— Proszę się zbliżyć, moja ślicznotko — rzekł Brown, wodząc zachwyconym wzrokiem po zgrabnej figurce. Zapomniał zupełnie o Rafflesie. Wstał, podszedł do młodej dziewczyny i ujął jej delikatną dłoń w swe grube obwieszone pierścieniami palce. Ruchem pełnym kurtuazji wskazał jej miejsce na kanapie. Na samo dotknięcie jego ręki doznała uczucia odrazy. Ogarnęła ją niewytłomaczona niczem obawa. Brown usiadł bliziutko kanapy tuż naprzeciw dziewczyny i delikatnie gładził jej rękę, patrząc przy tym wymownie w jej jasne oczy.

Wypieki wstydu wystąpiły na twarz miss Walton.

— Ma pani prześliczne ręce — zaczął Brown — Czy nie szkoda niszczyć tych pięknych paluszków w żmudnej pracy biurowej? Byłyby bardziej odpowiednie do dotykania rąbka wytwornej toalety lub do noszenia drogocennych pierścieni.

Miss Walton, zdziwiona, ze zdumieniem spoglądała na tego przeszło pięćdziesięcioletniego człowieka. W swej naiwności przypuszczała, że pragnie jej okazać w ten sposób rodzaj ojcowskiej serdeczności. Brown natomiast całkiem inaczej tłumaczył sobie spokój z jakim pozwalała mu trzymać swą rękę. Zachęcony jej zachowaniem pochylił się do ucałowania jej ręki. Na dziewczynę podziałało to jak prąd elektryczny. Instynkt kobiecy ostrzegł ją przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Wstała z kanapy i usiłując opanować swe zdenerwowanie rzekła:

— Już późno, panie Brown. W domu czeka mnie chora matka. Jeśli nie wrócę w porę, będzie niespokojna. Zechce mi pan wybaczyć i pozwolić mi odejść.

— O! — rzekł szef — Nie jest znów tak późno... Co zaś dotyczy pani matki — będzie miała najlepszą w świecie opiekę, jeśli pani okaże się dla mnie trochę uprzejmiejsza.

Miss Walton spoglądała nań oczyma pełnymi oburzenia. Uczucie strachu poczęło ją opanowywać coraz bardziej. Cofnęła się o krok w tył. Brown podniósł się również, usiłując ująć jej rękę. Oczy jego płonęły, na twarzy malowało się pożądanie. Dotknął ramienia dziewczyny, która wyrwała mu się z krzykiem.

— Proszę mnie zostawić... Muszę iść do domu!

— Nie tak prędko, moja mała! — odparł Brown, zmieniając odrazu ton głosu i sposób zachowania się. Musisz pogadać jeszcze ze mną, czy chcesz czy nie chcesz. Do domu zawsze zdążysz... Będziesz mi wdzięczna za to, że cię tu zatrzymałem.

Chciał ją ująć i przyciągnąć do siebie. Dziewczyna skoczyła w bok:

— Proszę mnie zostawić... Bo będę wzywała pomocy!

— Oho! — zaśmiał się stary zwyrodnialec — Potrafisz złościć się, piękna kotko. Twoje krzyki nie na wiele się przydadzą: nikt ich nie usłyszy! Jesteśmy sami w biurze.

Miss Walton powiodła dokoła zrozpaczonym wzrokiem. Brown zasłaniał sobą drzwi. Przez okno spostrzegła stojącego na ulicy przed domem eleganckiego wysokiego młodego człowieka, który kupował gazetę wieczorną. W chwili gdy Brown usiłował po raz wtóry do niej się zbliżyć, szybkim ruchem podbiegła do okna, otworzyła je i krzyknęła w stronę stojącego młodego człowieka:

 

— Ratunku, na pomoc!

Młody człowiek odwrócił się zdziwiony. Ujrzała spokojne spojrzenie czarnych gorących oczu, jarzących się w ciemnej, spalonej od wiatrów twarzy.

— Natychmiast spieszę z pomocą! — rzucił nieznajomy.

Oddychając ciężko ze wzruszenia, miss Walton odeszła od okna.

Brown stał w środku pokoju z zaciśniętymi z wściekłości pięściami.

— Zapłacisz mi za to — krzyknął — szalona dziewczyno!

W tej samej chwili nieznajomy, niezatrzymywany widocznie przez nikogo, wszedł do pokoju.

— Czego pan tu chce? Proszę stąd wyjść, gdyż inaczej zawołam, policję — rzekł kupiec pewnym tonem.

Nie racząc mu dać odpowiedzi, nieznajomy zwrócił się do miss Walton:

— W czym mogę pani pomóc? O ile zrozumiałem, napastowano panią?

Miss Walton spoglądała na swego zbawcę oczyma pełnymi zaufania i prośby.

— Proszę mi pomóc wyjść stąd — rzekła. Ten człowiek obraził mnie w sposób dotkliwy.

Nieznajomy wlot ocenił sytuację. Zbliżył się do kupca, obrzucił go od stóp do głów pełnym pogardy spojrzeniem:

— Stary rozpustniku, rzucił mu w twarz.

— Proszę stąd wyjść! — wykrzyknął Brown zduszonym od wściekłości głosem.

Nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, nieznajomy zwrócił się uprzejmie do miss Walton:

— Czy zechce pani iść za mną?

Dziewczyna z pośpiechem opuściła pokój.

— Jest pani wydalona! — wykrzyknął w ślad za nią Brown.

Nieznajomy uśmiechnął się do siebie i odprowadził swą protegowaną do progu drzwi wejściowych. Na ulicy miss Walton w kilku słowach, lecz bardzo serdecznie, podziękowała swemu wybawcy. Chciała go już pożegnać, gdy poprosił nagle:

— Czy nie mogłaby mi pani podać swego adresu?

Bez wahania młoda dziewczyna napisała swe nazwisko oraz adres na kartce wydartej z notesu i dała je nieznajomemu. Mężczyzna schował ją starannie, ukłonił się głęboko i rzekł melodyjnym głosem, który długo jeszcze potem dźwięczał w uszach dziewczyny:

— Niech pani wraca czemprędzej do domu, miss Walton, i dziękuje Bogu, że mnie postawił na pani drodze.

Myśląc o chorej matce, dziewczyna poczęła prawie biec do domu. Nie spostrzegła, że jej wybawca, zamiast iść swoją drogą, powrócił do biura i zamknął starannie za sobą drzwi.

Przez czas jakiś nasłuchiwał uważnie, po czym włożył na siebie czarną maskę i wślizgnął się do gabinetu kupca. Mister Brown w kapeluszu na głowie gotował się właśnie do wyjścia. Wydawało się, że zapomniał zupełnie o przykrej scenie z przed paru minut. Zapalając cygaro nucił wesoło arię z ostatniej operetki. Zapaloną zapałką dotknął kosztownej hawany, gdy nagle zatrzymał się jak wryty. Zimny dreszcz przeszył jego plecy. Tuż obok niego wyrósł jakby z pod ziemi zamaskowany człowiek, trzymający rewolwer w ręce.

— Zechce pan łaskawie dotrzymać mi towarzystwa przez kilka chwil — usłyszał groźny głos. — Pragnę zapoznać się bliżej z panem i zawrzeć pewną korzystną transakcję.

Przerażenie pozbawiło kupca głosu. Kolana jego chwiały się. Wzrok mętniał tak, że cały gabinet zdawał się skakać przed jego oczyma.

— Proszę iść za mną! — rozkazał zamaskowany człowiek ostro.

Mister Brown usłuchał wbrew swej woli. Nie byłby w stanie stawiać najmniejszego oporu.

Droga, którą wiódł nieznajomy, prowadziła przez korytarz do pokoju, służącego urzędnikom za garderobę. Stała tam duża szafa, w której pracownicy wieszali swe palta i kapelusze. Człowiek w masce otworzył tę szafę i rozkazał wejść do niej Brownowi.

— Poproszę o portfel pański — dodał.

Drżący i szczęśliwy jednocześnie, że udało mu się wykpić stosunkowo tanim kosztem, kupiec wręczył mu swój wypchany portfel.

— Brak mi czasu dzisiaj — dodał nieznajomy — aby zająć się pańską prywatną kasą. Bądź pan jednak spokojny, uczynię to innym razem.

Nieznajomy zamknął za Brownem drzwi szafy i przeszedł do biura. Usiadł za biurkiem kupca, otworzył portfel i wyciągnął z niego garść banknotów.

Wziął koperty z nagłówkami firmy i do każdej z ich włożył po parę banknotów. Zamiast wyjaśnienia napisał następujące słowa:

Proszę z nich zrobić dobry użytek. Przesyłam je z pozdrowieniami.

John Raffles.

Wyciskając na kopertach pieczęć wyobrażającą ukoronowaną trupią czaszkę nieznajomy śmiał się do siebie. Listy te poukładał na miejscu każdego z pracowników. To uczyniwszy, powrócił do uważnego oglądania zawartości portfelu. Zainteresował się pewnym listem. List ten pochodził od jakiegoś bankiera z Oxford Street i zawierał treść następującą:

Drogi Brownie.

Nasz ostatni interes dyskontowy przyniósł nam grube zyski. Doktór Welter, którego weksel znajdował się w naszym posiadaniu, przystał wreszcie na zapłatę pod groźbą rozprawy sądowej. Z interesu tego zapisałem dwieście funtów na Twoje dobro. Przyślij mi czemprędzej drugiego podobnego durnia. To są sprawy którymi warto się zająć. Łączę serdeczne pozdrowienia

szczerze oddany

James Gordon.

— Muszę zapoznać się bliżej z tym człowiekiem — rzekł Raffles — Ludzie tego pokroju powinni wpadać w moje ręce.

Włożył list do kieszeni, nasunął maskę i opuścił biuro. Gdy otwierał drzwi od ulicy, słyszał wściekłe walenie pięściami w drzwi szafy. To Brown usiłował wydostać się z swego więzienia. Roześmiał się serdecznie i zniknął w tłumie.

Mali gazeciarze nie przestawali wykrzykiwać na całe gardło o ostatnim jego wyczynie, nie wiedząc zupełnie, że w międzyczasie zdążył dokonać nowego.

Stary lichwiarz

W swym małym „biurze“ na Oxford Street barnkier James Gordon liczył srebrne oraz złote monety, układał je w rulony i zamykał w kasie pancernej. Był to maleńki człowieczek, którego pomarszczona stara twarz wyrażała przebiegłość i chciwość. Właśnie zdążył zamknąć kasę, gdy ktoś zapukał lękliwie do drzwi.

— Proszę wejść! — rzekł zachrypniętym, przykrym głosem.

Ukazała się kobieta lat około pięćdziesięciu. Pełna lęku i niezdecydowania, zatrzymała się na progu.

Człowiek obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

— Czego pani chce? — zapytał krótko, zajmując miejsce za biurkiem.

— Bardzo przepraszam — mamrotała niewyraźnie kobieta. — Nazywam się Anna Walton. Czytałam w gazetach ogłoszenie, że pan udziela pożyczek.

— To mój zawód — odparł bankier — Przyszła mnie pani prosić o pożyczkę, czyż nie tak?

— Tak — odparła kobieta słabym głosem — Jestem w bardzo trudnej sytuacji. Mąż mój umarł zeszłego roku. Córka nie może znaleźć zajęcia.

— Czy przyniosła mi pani coś na zastaw? — zapytał bankier, bębniąc po stole swymi kościstymi palcami.

Kobieta spoglądała nań bez odpowiedzi.

— Cóż to, nie rozumie pani, czy też zaniemówiła pani nagle? — Mruknął po dłuższej pauzie — Py- tam, czy pani ma rzeczy, które mogą służyć za zastaw.

— Mam zaledwie trochę gratów — rzekła kobieta z oczyma pełnymi łez — Wszystko to nie przedstawiałoby dla pana wartości jednego funta.

Bankier Gordon, zagwizdał wzgardliwie i roześmiał się brutalnie:

— Czy pani ma mnie za idiotę? Cały Londyn, wszyscy nędzarze z Whitechapel przychodziliby do mnie po pieniądze? To dobre! Ładniebym wyszedł, gdybym wszystkim biedakom pożyczał pieniądze bez żadnej gwarancji. Niestety takich rzeczy nie robię.

— Jestem chora — rzekła kobieta. — Musiałam zwlec się z łóżka, żeby przyjść tu do pana i błagać o pomoc...

— Lepiej by pani zrobiła, zostając w łóżku. Naraziła mnie pani tylko na stratę czasu, — odparł twardo bankier.

— Co mi teraz pozostało? — Nie mam dokąd się zwrócić. Daję panu moje najświętsze słowo, że gdy tylko wyzdrowieję, będę pracowała dzień i noc żeby oddać panu pożyczone pieniądze.

— Nie mogę z panią dłużej rozmawiać — odparł. — Powiedziała pani jednak, że ma pani córkę. Czemuż nie wyśle jej pani wieczorem na Picadilly? Jeśli jest dość ładna, zarobi na życie swoje i matki.

Na dźwięk tych okropnych słów, kobieta zbladła.

— Widać że nie ma pan dziecka — krzyknęła. Inaczej nie mógłby pan tak mówić.

Bankier wzruszył pogardliwie ramionami i wskazując na drzwi rzekł krótko.

— Wynosić mi się czemprędzej! Nie mogę bez końca wysłuchiwać cudzych jeremiad. Mam dużo roboty!

Wolno, jak ktoś bardzo zmęczony, kobieta skierowała się do drzwi, które nagle otwarły się same. Stanął w nich człowiek młody i bardzo elegancki. Nowoprzybyły położył dłoń na ramieniu nieszczęśliwej kobiety i rzekł:

— Proszę pozostać, pani Walton. Drzwi były niedomknięte i niechcący usłyszałem całą rozmowę. Mam nadzieję, że będę mógł pani pomóc.

Usłuchała nie bez wahania. Tajemniczy gość zamknął za sobą starannie drzwi. Gordon wstał i przyglądał się przybyszowi z niezdecydowaniem. Ocenił odrazu wytworność jego wyglądu i przyszedł niezwłocznie do wniosku, że osobnik ten musiał należeć do najlepszego towarzystwa. Niedbałym ruchem nieznajomy zdjął szare rękawiczki, wsunął monokl w oko i zapalił papierosa. Jakgdyby dla zaakcentowania swego lekceważenia zatrzymał kapelusz na głowie. Mógł liczyć lat około trzydziestu. Na twarzy jego malowała się duma i pewność siebie. Spoglądał na bankiera śmiałymi, zdecydowanymi oczyma.

Nerwowy niepokój opanował starca. Starał się domyśleć, czego mógł żądać od niego ten intruz. Sądząc po wspaniałym diamentowym pierścieniu, nie przyszedł po pożyczkę. Gość milczał i z ironicznym uśmiechem puszczał w twarz bankierowi kłęby dymu.

— Czem mogę panu służyć? — zapytał starzec.

— Bardzo wieloma rzeczami — odparł młody człowiek — Dowiedziałem się, o pańskim adresie podczas krótkiej wizyty, jaką złożyłem wczoraj wieczorem Brownowi. Miło mi pana poznać.

Czoło Jamesa Gordona rozjaśniło się na dźwięk nazwiska swego najlepszego przyjaciela, Browna. Ukłonił się uprzejmie, gestem wskazał mu miejsce i rzekł:

— Z kim mam przyjemność?

Nie spuszczając z oczu Gordona swego przenikliwego, spokojnego wzroku, nieznajomy odparł po chwili milczenia:

— Imię moje jest panu dobrze znane. Nazywam się... — tu zrobił nową pauzę; poczem rzekł wolno odmierzonym głosem: — John Raffles.

Bankier James Gordon podskoczył, jakgdyby ugryziony przez jadowitego węża. Prawą ręką niespokojnie błądził po papierach leżących na biurku, w poszukiwaniu rewolweru.

— To pan jest Rafflesem! — szeptał niewyraźnie — Raffles, ten który....

— Tak jest — przerwał gentleman — jestem tym, o którym pan myśli, Rafflesem. Tajemniczym Nieznajomym, który jako sport traktuje wyszukiwanie łotrów bez serca jak pan i który zapomocą pieniędzy odebranych pijawkom i wampirom usiłuje naprawić choć w części te zbrodnie, które wy popełniacie... A przedewszystkim — rzekł zwracając się do pani Walton — powróćmy do najbliższej sprawy. Ile pani potrzeba pieniędzy? Pięćdziesiąt funtów czy to dosyć?

— Och — zawołała nieszczęśliwa kobieta — wystarczy mi pięć funtów.

— Znam pani córkę i jestem szczęśliwy, że przypadek pozwolił mi oddać pani przysługę. Ale wróćmy do interesu.

Odwrócił, się do Gordona:

— Proszę odliczyć natychmiast pięć funtów dla pani Walton.

Bankier chciał coś odpowiedzieć, lecz strach sparaliżował mu język. Jak zahypnotyzowany spojrzeniem Rafflesa podszedł do kasy, wyjął banknot pięciofuntowy i położył na biurku.

— Proszę wziąć — rzekł Raffles do kobiety. — Mister Gordon daje je pani z dobrego serca. Jest to najbardziej uczciwa tranzakcja jaką zawarł w całym swym życiu, bowiem daje tę sumę bez procentów. To człowiek litościwy, pozwoli pani trzymać je aż do czasu, gdy zarobki się poprawią. Wie, że znajduje się pani w skrajnej nędzy i dlatego nie stawia pani żadnych warunków. Nader porządny człowiek, nasz bankier Gordon! A teraz zechce pani pójść do domu i zostawić nas samych.

Rozpływając się w podziękowaniach, biedna kobieta opuściła kantor. Zaledwie zdążyła zamknąć drzwi, Raffles odezwał się zupełnie innym tonem:

— Cieszę się, że poznałem nareszcie największego lichwiarza, najokrutniejszego dusiciela w całym Londynie. A teraz zechce pan łaskawie — tu nieznajomy wyciągnął rewolwer ze swej eleganckiej marynarki — zachowywać się najspokojniej.

 

Z uginającymi się nogami, bankier usiadł na wskazanym mu przez Rafflesa miejscu. Był bezsilny. Widział, jak John Raffles otworzył kasę żelazną, wyjął z niej gruby pakiet weksli, które lichwiarz otrzymał od swych nieszczęśliwych dłużników, i wsunął do swej teczki z wytwornej miękkiej skóry.

Bankier jęknął jak zwierzę złapane w potrzask. John Raffles spojrzał na niego z ironicznym uśmiechem:

— Czy ma pan jakieś życzenie? Żałuje pan prawdopodobnie, że zdejmuję z pana ciężar grzechów, które popełnił pan, wymuszając zobowiązania od nieszczęśliwych. Winien pan mi wdzięczność, że oczyszczam pańskie sumienie. Co do reszty, może się pan zwrócić do policji. Ale — tu wybuchnął śmiechem, zapalił nowego papierosa i ciągnął dalej: — Mam nadzieję jednak, że nie ma pan zbytniej ochoty do zobaczenia się z policją. Niewątpliwie wsunęłaby nos w pańskie podejrzane tranzakcje. Wytworzyłaby się zabawna sytuacja: Oprócz szkód jakie wizyta moja mogłaby panu przysporzyć, — otrzymałby pan jeszcze dodatkowo parę lat więzienia. Byłby to dla pana pobyt pożyteczny. Bardzoby przydał się społeczeństwu, które pan dręczy swoją obecnością. Uważam pana za zbyt wielkiego tchórza, aby ośmielił się pan wezwać policję; dlatego też ja sam będę miał przyjemność zawiadomić ją o napadzie.

Blada jak popiół twarz bankiera pokryła się ceglastym rumieńcem. Strach i nienawiść lśniły w jego oczach.

— Pan chyba żartuje — rzekł zachrypniętym głosem — Pocóżby miał pan zawiadamiać policję?

— Powiedziałem to panu przed chwilą — odparł Raffles. — Oswobodzi to społeczeństwo od pańskiej osoby.

Bankier rzucił się na kolona i składając błagalnie ręce prosił o litość.

John Raffles pozostał niewzruszony. Jęki nędznika wzbudzały w nim wstręt.

— Jest pan tchórzem, jak wszyscy łotrzy — rzekł tonem pogardy. — Będę w stosunku do pana tak samo bezwzględny jak pan względem tych nieszczęśliwych, którzy wzywali pańskiej pomocy.

Raffles chwycił grubą książkę rachunkową i uderzył nią silnie lichwiarza w głowę.

— To na pamiątkę ode mnie — rzekł na widok leżącego na ziemi bankiera. Wyciągnął z kieszeni malutką flaszeczkę z usypiającym płynem, wyjął chusteczkę z kieszeni bankiera, nalał parę kropel i przytknął do ust i nosa.

— Trzeba, żeby pozostał w tej pozycji, tak długo, dopóki policja nie zdąży tu przyjść. Inaczej żart mógłby się nie udać.

— Złodziej — dobroczyńca zabrał książkę rachunkową, portfel wypchany wekslami oraz zobowiązaniami i wyszedł z kantoru.

Starannie zamknął drzwi wejściowe i oddał klucz małemu pomocnikowi dozorcy.

— Mister Gordon musiał na dwie godziny opuścić biuro. Prosił mnie, abym oddał ten klucz.

— Doskonale — odparł dzieciak.

Wziął klucz nie podejrzewając nic złego i schował do kieszeni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?