Wszyscy jesteśmy kosmitamiTekst

Z serii: StoLem
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszyscy jesteśmy kosmitami
Wszyscy jesteśmy kosmitami
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,80  35,04 
Wszyscy jesteśmy kosmitami
Wszyscy jesteśmy kosmitami
Audiobook
Czyta Paweł Paprocki
24,90  18,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Krzysztof Kochański

Wszyscy jesteśmy kosmitami

© by Krzysztof Kochański

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Anna Pawlina

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-878-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2021

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka



Wszyscy jesteśmy kosmitami

Przed przybyciem statku kosmicznego obcej cywilizacji Koło Miłośników Astronomii w naszej szkole liczyło zaledwie kilku członków.

Dziwne, co? Takie to były czasy. Teraz wszyscy walą do nas drzwiami i oknami.

Inna sprawa, że nauczyciel fizyki, którego dyro mianował opiekunem koła, nie miał smykałki do pracy z młodzieżą. Nazywaliśmy go Profesor Rozczochrany z uwagi na posiwiałą bujną fryzurę, której posiadanie jest podobno wyróżnikiem wszystkich genialnych fizyków. Może i tak, ale nasz Profesor był raczej dziwakiem niż geniuszem. Wierzył w Niezidentyfikowane Obiekty Latające, kosmitów i tym podobne banialuki, które to mogły przyciągnąć może pierwszoklasistów, ale przecież nie taką szkolną wygę jak ja.

Mimo to zostałem członkiem KMA.

Jak to się stało?

Ano tak, że pewnego dnia do szkoły przywieźli teleskop. Nie jakieś tam proste urządzenie na trójnogim stelażu, które można sobie kupić w sklepie, lecz profesjonalną skomputeryzowaną maszynę do obserwacji gwiazd, jakich na całym świecie jest może ze czterdzieści. Jeszcze niedawno teleskop służył do pracy astronomom z pobliskiego uniwersytetu, ale się zestarzał. Dostali nowocześniejszy, a ten podarowali szkole. Nie mam pojęcia, jak Profesor Rozczochrany to załatwił – na tak wypasiony sprzęt czaiły się pewnie nie takie szkoły jak nasza. Może jednak, po trochu, był geniuszem?

Tak więc przywieźli ten teleskop, ładnie zapakowany, żeby się nie poobijał, długi jak lufa armaty. Zeszliśmy właśnie z boiska, na którym graliśmy w nogę. Zaciekawieni podeszliśmy całą drużyną do ciężarówki.

– Na tę oszkloną werandę. Tam, na piętrze! – tłumaczył Profesor Rozczochrany dwóm osobnikom odzianym w robocze kombinezony i trzeciemu, w kwadratowych okularach i z włosami bijącymi na głowę szopę naszego fizyka.

– Niby jak? Wiesz, ile to waży? – spytał ten w kwadratowych okularach.

Profesor Rozczochrany zauważył nas.

– O! – zawołał radośnie. – Uczniowie!

Zawsze tak się do nas zwraca. „Uczeń zrobi to”, „Uczennica tamto”. Jak byśmy byli odmiennym gatunkiem. Dziwak. Niektórzy twierdzą, że wskutek roztargnienia Profesor Rozczochrany nie jest zdolny zapamiętać naszych imion.

– Pomożecie nam, uczniowie?

– Pewnie, że tak – wyrwałem się odruchowo.

Koledzy z drużyny popatrzyli na mnie z ukosa, ale nie wypadało już odmówić; chwyciliśmy tę ciężką armatnią lufę (nie wiedzieliśmy jeszcze, że to teleskop) i zatargaliśmy ją na werandę. Zrobiliśmy to bez odpoczynku, podczas gdy dwa lenie w roboczych kombinezonach otwierały nam tylko drzwi i udzielały wątpliwej przydatności rad. Pogonił ich dopiero rozczochraniec w kwadratowych okularach, przypominając, że na ciężarówce pozostał jeszcze pulpit z komputerem.

Poszli po ten pulpit, wielki jak szafa. Taszcząc go, utykali na każdym zakręcie, czerwoni z wysiłku. Nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności i teraz my udzielaliśmy rad. Ambicja nie pozwalała im jednak poprosić nas o pomoc.

W końcu całość znalazła się na górze. Zaczęło się ściemniać i moi koledzy poszli do domu. Mnie jakoś się nie śpieszyło. Przyglądałem się robotnikom rozpakowującym paczki. Potem z Profesorem Rozczochranym pomogliśmy osadzić na pulpicie lufę teleskopu. Dzieła dokończył Kwadratowe Okulary, podłączając pulpit do prądu.

– Teleskop działa również w trybie ręcznym – wyjaśnił, widząc moje zainteresowanie – ale z komputerowym wspomaganiem jest wygodniej. Można robić zdjęcia i zapisywać je na dysku.

Jak słusznie się domyślałem, Kwadratowe Okulary był fizykiem z uniwersytetu, który sprawił naszej szkole tak cenny prezent.

Później wszyscy wyszli, nawet Profesor Rozczochrany, który musiał podpisać jakieś papiery. Zostałem sam z włączonym teleskopem i świecącym na pulpicie monitorem. Lufa urządzenia mierzyła w niebo nad werandą, ciemne o tej porze dnia. Popatrzyłem w sterczący z teleskopu okular, który wcześniej pokazał mi fizyk z uniwersytetu. Nie zobaczyłem nic. Przypomniałem sobie, że Kwadratowe Okulary sprawdzając ustawienie, manipulował przy jednym z pokręteł. Spróbowałem i ja. Nieoczekiwanie coś pstryknęło i lufa teleskopu drgnęła. Zaczęła się przesuwać.

Zmartwiałem.

Co będzie, jeśli się nie zatrzyma? Co mam wcisnąć?

Na szczęście zatrzymała się. Odetchnąłem z ulgą i przysiągłem sobie niczego nie dotykać, póki nie wróci Profesor Rozczochrany. Znów zerknąłem w okular (nie dotykając go, zgodnie z postanowieniem). To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Czegoś równie wspaniałego nie widziałem jeszcze nigdy w życiu! W tej jednej chwili zakochałem się w gwiazdach, w kosmosie, w całym ogromnym wszechświecie, który nagle się przede mną otworzył.

A potem GO zobaczyłem!

Zbliżający się statek obcej cywilizacji.

Teraz jestem taki mądry, ale w tamtej chwili nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten leniwie poruszający się punkcik, niewiele różniący się od otaczających go gwiazd, może być czymś takim.

– Co robisz, uczniu? – usłyszałem za sobą głos Profesora.

Odskoczyłem, jakby przyłapał mnie na ściąganiu podczas klasówki.

– Przepraszam – powiedziałem. – Zdaje się, że uruchomiłem teleskop. Niechcący.

– Tak – odparł, spoglądając pobłażliwie. – Zauważyłem już nieraz, że wy, uczniowie, masę rzeczy robicie niechcący, a mimo to udaje wam się przeżyć. Ciekawe zjawisko.

Zerknął w okular.

– Na szczęście wszystko jest w porządku – rzekł.

– Tam jedna z gwiazd się rusza – odezwałem się, już śmielej. – Dlaczego?

– Rusza się? Nie zauważyłem. – Profesor Rozczochrany oderwał się od okularu i wyregulował monitor, zajmujący pokaźną część pulpitu. Na ekranie ukazał się taki sam obraz, jak w teleskopie, a nawet lepszej jakości, bo obrobiony przez komputer. – Gdzie? Niczego takiego nie widzę.

– O, tutaj! – pokazałem paluchem.

Profesor wpatrywał się we wskazany punkt przez dłuższą chwilę. Coraz bardziej pochylał się nad monitorem. Już zacząłem obawiać się, że zaraz wpełznie do niego, jak ten gość z filmu, który właził do świata telewizji, gdy nagle wyprostował się. Wyglądał na podekscytowanego. Przestał zwracać na mnie uwagę, gorączkowo wprowadzał jakieś dane do komputera i wtedy na monitorze pojawiły się zielona siatka i cyfry. Nagle sięgnął po telefon i z kimś się połączył.

– Tak? – Od razu rozpoznałem tamten głos. Należał do Kwadratowych Okularów, fizyka, który dopiero co odjechał.

Nauczyciel opisał mu sytuację, a potem podał współrzędne mojej „gwiazdy”. Wymienili jeszcze kilka zdań i rozłączyli się.

– Oddzwoni! – poinformował mnie nerwowo Profesor Rozczochrany. Wiercił się i chodził z kąta w kąt, nie mogąc usiedzieć na miejscu. – Jedzie na uniwersytet, gdzie mają ten supernowoczesny teleskop. Sprawdzi na nim i oddzwoni.

– Sprawdzi co?

– Jak to co? Obiekt, który zauważyłeś, nie jest gwiazdą ani planetą. Porusza się ruchem jednostajnie przyśpieszonym… – Niespodziewanie spojrzał na mnie podejrzliwie. – Oczywiście wiesz z lekcji fizyki, jaki ruch nazywamy ruchem jednostajnie przyśpieszonym, uczniu?

– Eee… Taki, jakim właśnie porusza się ten obiekt – odparłem sprytnie. Czasem miewam podobne przebłyski inteligencji.

– Tak, tak… W rzeczy samej… – Profesor Rozczochrany pokiwał w roztargnieniu głową i wznowił swój niecierpliwy marsz wzdłuż pomieszczenia. – Sam przyznasz, że to niespotykane, uczniu. Komety, a tym bardziej meteory, tak się nie zachowują.

W zaistniałej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak się z nim zgodzić.


A potem zadzwoniła moja mama z pretensjami, gdzie się podziewam, i musiałem wracać do domu. Szkoda, bo podobno pięć minut po moim wyjściu oddzwonił Kwadratowe Okulary i to wtedy tak naprawdę wszystko się zaczęło.

Ale – jak się później okazało – byłem do tej gwiazdy niegwiazdy już na zawsze przypisany. Jak mówią: co się odwlecze, to nie uciecze.

***

Następny dzień był wolny od szkoły, więc mogłem pospać dłużej. Gdy wreszcie wstałem i, ziewając, wyszedłem ze swojego pokoju, rodzice oglądali telewizję. Już samo to było dziwne – z rana nigdy nie włączali telewizora – ale powieka opadła mi ze zdumienia dopiero wtedy, gdy zorientowałem się, na co patrzą.

 

Na ekranie kilkunastu reporterów otaczało Profesora Rozczochranego w towarzystwie Kwadratowych Okularów. Ich przyprószone siwizną okazałe czupryny wyróżniały się wśród tłumu.

– Tak naprawdę odkrycia nie dokonaliśmy my, lecz podopieczny pana Profesora, członek szkolnego Koła Miłośników Astronomii – przemawiał do podsuwanych zewsząd mikrofonów Kwadratowe Okulary.

– To bardzo uczynny i zdolny uczeń – potwierdził Profesor Rozczochrany. – Niezwykle otwarty umysł.

– O czym oni mówią? – wydukałem.

Tata obejrzał się.

– Ach, wstałeś wreszcie…

– Cicho! Słucham! – uciszyła go mama.

Tata przeszedł na szept:

– Siadaj z nami – wymamrotał. – To bardzo ciekawe. Statek obcej cywilizacji zmierza ku naszej planecie ruchem pośpiesznym.

– Jednostajnie przyśpieszonym – poprawiła go mama, nie odrywając wzroku od ekranu. – Poza tym to już nieaktualne. Przed godziną zauważono rozbłysk, jakby coś wybuchło na pokładzie. Od tego czasu obiekt zwalnia. Najwyraźniej hamuje, zbliżając się ku nam z każdą chwilą. Chwilami zbacza z kursu, jakby coś nie działało prawidłowo, ale zaraz na niego wraca.

– A wszystko to odkrył chłopiec w twoim wieku – podsumował tata. – Wyobrażasz sobie?

– Nie wszystko – sprostowała mama. – Ten chłopiec dostrzegł tylko obiekt przez teleskop. Ale i tak musi być z niego mały geniusz – przyznała.

Brzmiało nieźle. Choć słowo „mały” chybabym jednak wygumkował.

– To ja, mamo – powiedziałem.

– Co?

– Ja jestem tym chłopcem od teleskopu. To dlatego wczoraj wróciłem tak późno. Nie mogłem wcześniej, ponieważ odkrywałem ten statek. Gdybyś nie zadzwoniła, może odkryłbym więcej – dodałem z nutką pretensji.

Oboje patrzyli na mnie, jakbym spadł z księżyca.

– Nie wiedziałem, że jesteś członkiem Koła Miłośników Astrologii – wykrztusił w końcu tata.

– Astronomii – poprawiła go odruchowo mama.

A potem do drzwi zaczęli dobijać się reporterzy.

***

W szkole koledzy z drużyny omijali mnie z daleka. Chyba zazdrościli, że wszystkie dziewczyny podstawiały mi swoje telefony i prosiły o selfie. Jakby to była moja wina, że po wniesieniu teleskopu od razu się zmyli. Humory poprawiły im się jednak, gdy w wywiadzie dla miejscowej gazety wspomnia-łem o ich udziale w instalacji ciężkiego teleskopu.

– Gdyby nie oni, pewnie niczego bym nie odkrył – oświadczyłem skromnie.

To wystarczyło, żeby i nimi zainteresowali się dziennikarze, i znów się kumplowaliśmy.

Aż nadszedł dzień, gdy statek kosmiczny wylądował. A właściwie spadł, dymiąc i gubiąc części. Gdyby nie to, że trafił w ocean, przy takiej prędkości rozbiłby się w pył. Na szczęście głęboka woda zamortyzowała upadek i ugasiła rozprzestrzeniający się pożar. Natychmiast wysłano w tamto miejsce okręty, żeby wyłowiły to, co da się uratować.

– Czy na statku znajdują się obce istoty rozumne, czy też jest to obiekt bezzałogowy? – padały zewsząd pytania.

Na odpowiedzi z zapartym tchem czekał cały świat. Z jednej strony każdy chciał zobaczyć, jak wyglądają kosmici; z drugiej jednak, jeśli tak miałaby skończyć się ich podróż – śmiercią wskutek awarii – lepiej, żeby ich tam nie było.

Na miejscu katastrofy znaleziono pływający nadpalony kadłub wielkości autobusu. Liczne rysy i wgniecenia poznaczyły go niczym blizny; wszystko to widzieliśmy na ekranach telewizorów z bezpośredniej transmisji. Kadłub nie zatonął, ponieważ unosił się na czymś w rodzaju pontonów, wypełnionych powietrzem. To napawało optymizmem.

– Jeśli w chwili uderzenia statek kosmiczny zdołał wystrzelić pontony, świadczy to, że część urządzeń jednostki wciąż działa – informował w relacji admirał, dowodzących okrętem ratunkowym. – Może skutki katastrofy nie są tak straszne, jak to z pozoru wygląda?

Marynarze opletli pływający kadłub linami i wzięli go na hol. Powoli ciągnęli ładunek do najbliższego portu – jak ogromną rybę w sieci. Tam czekali już wojskowi mechanicy ze specjalistycznym sprzętem. Przy pomocy dźwigu wyłowiono wrak z wody i ustawiono go na samochodowej platformie. Przed nią i za nią uformowała się kolumna aut.

Kamery telewizyjne towarzyszyły konwojowi przez cały czas, aż do bramy bazy wojskowej. Tam bezpośrednia transmisja telewizyjna została niestety przerwana. W bazie miano dokonać próby dostania się do wnętrza statku, lecz ze względów bezpieczeństwa operacja miała być tajna.

Wydano jeszcze oświadczenie, że wyniki badań zostaną podane do wiadomości publicznej najpóźniej jutro.

– Jak to jutro?! – oburzyłem się. Siedziałem przed telewizorem wraz z rodzicami. – Mam czekać tak długo?

– To nie jest takie proste – wyjaśnił tata. – Nie mogą ot tak sobie rozciąć statku palnikami. Słyszałeś, co powiedział ten armator…

– Admirał – poprawiła go mama.

– Właśnie! – zgodził się tata. – Niektóre urządzenia statku nadal działają. A jeśli tak jest, oznacza to, że ewentualni pasażerowie mogli przeżyć. Dlatego należy postępować ostrożnie. Obce istoty raczej nie oddychają takim samym powietrzem jak my. Jeżeli niechcący wypuścimy z ich statku atmosferę, mogą się udusić.

– Inna sprawa, że jeśli ci kosmici naprawdę tam są i wciąż żyją, powinniśmy się pośpieszyć – dodała mama.

***

Następnego dnia rano wciąż nic nie było wiadomo. Rodzice poszli do pracy, ja do szkoły.

Na drugiej lekcji do klasy zajrzała sekretarka i powiedziała, że wzywa mnie dyrektor. Jeszcze kilka dni temu podobna wiadomość wywołałaby u mnie uzasadniony niepokój. Do gabinetu dyra uczniowie raczej nie są wzywani po to, żeby głaskać ich po głowie. Teraz jednak czułem się pewniej. Przypuszczałem, że znów chodzi o wywiad lub o coś w tym rodzaju.

Kiedy wszedłem, dyrektor siedział przy stole konferencyjnym w towarzystwie Profesora Rozczochranego.

– Właśnie otrzymaliśmy wiadomość z ministerstwa – oznajmił dyro bez zbędnych wstępów. – W statku znaleziono trzy istoty pochodzące z innej planety. Prawdopodobnie inteligentne. Przynajmniej jedna z nich żyje.

– O rety! – Tyle tylko zdołałem wykrztusić, bo z wrażenia zaparło mi dech. Szybko ochłonąłem, ale milczałem, zastanawiając się, dlaczego dyrektor osobiście przekazuje mi tę informację. Owszem, w ostatnich dniach stałem się popularny, ale bez przesady…

– Co do pozostałych dwóch kosmitów, niewiele wiadomo – odezwał się Profesor Rozczochrany, najwyraźniej mylnie odbierając moje milczenie. – Jest szansa, że i oni przeżyją, ale na razie są nieprzytomni. Eksperci wciąż rozgryzają, jak im pomóc. To istoty znacznie różniące się od nas, więc trzeba uważać, żeby nie zaszkodzić im jeszcze bardziej.

– Ale zostawmy na razie tamtych dwóch – wszedł mu w słowo dyrektor. – Wezwaliśmy cię w sprawie tego pierwszego. – Tu dyro spojrzał na Profesora Rozczochranego, jakby chciał podeprzeć się jego autorytetem: – Tego, który na pewno przeżył i ponoć jest w całkiem dobrym stanie.

– Fizycznym – podpowiedział Profesor.

– Tak właśnie, fizycznym – przytaknął dyrektor. – Nie odniósł żadnych obrażeń, ale w ministerstwie obawiają się o jego, że tak powiem, kondycję psychiczną. Nie można nawiązać z nim kontaktu. Prawdopodobnie po przeżyciach związanych z katastrofą jest w szoku… Krótko mówiąc, na najwyższym szczeblu władzy uznano, że jesteś osobą, dzięki której może uda się ten problem rozwiązać.

Nie wierzyłem własnym uszom. Dyro też chyba nie dowierzał sam sobie, bo zrobił się czerwony, jakby nagle podniósł ciężką sztangę.

– Ja? – wykrztusiłem po przedłużającym się milczeniu.

– Z początku też sądziłem, że to pomyłka – przytaknął dyrektor, co w pierwszej chwili wziąłem za drwinę, ale on z kamienną twarzą mówił dalej: – Zaraz jednak wyjaś-niono mi, że kosmita, który przeżył, jest młodociany. To dziecko tamtych dwojga nieprzytomnych. Przypuszcza się, że osobnik jest mniej więcej w twoim wieku. Najwięksi eksperci z dziedziny psychologii zgodnie uznali, że kontakt z rówieśnikiem jest dla niego ze wszech miar wskazany.

– Nawet jeśli ten rówieśnik kosmitą nie jest – dodał Profesor Rozczochrany.

Obaj spoglądali na mnie wyczekująco.

– Z rówieśnikiem, czyli ze mną? – upewniłem się. – Ja mam skontaktować się z kosmitą?

– Tak, uczniu – potwierdził Profesor Rozczochrany. – Widzisz, oni… znaczy się – ci kosmici… wyglądają zupełnie inaczej niż my. Nie chciano nam powiedzieć jak, wspomniano jedynie, że prezentują się… no… niezbyt przyjemnie. Naukowcy przypuszczają, że to czysto estetyczne wrażenie działa również w drugą stronę, co oznacza, że dla kosmitów z kolei nasz wygląd może okazać się mało przyjazny… to znaczy…

– Być może wyglądamy dla nich jak potwory z najgorszych koszmarów! – wypalił bez ogródek dyrektor. – Na widok takiego monstrum, jak nie przymierzając Profesor Rozczochrany, mogą dostać zawału serca.

– Albo jak pan dyrektor – dodał odważnie Profesor.

– Właśnie. – Dyrektor wcale się nie obraził. – Nie znam szczegółów, ale podobno kiedy któryś z ratowników odważył się temu młodocianemu kosmicie pokazać bez hełmu i skafandra, omal nie doszło do tragedii.

– Ale przecież ja wyglądam podobnie jak dorośli – ośmieliłem się zauważyć. – Jestem tylko mniejszy.

– Podobnie, ale jednak niepodobnie – zaplątał się nieco w wyjaśnieniach dyro. – A zresztą, co ja ci będę tłumaczył. Nie jestem psychologiem, nie znam się. Oni tak twierdzą i tyle. Dlatego poprosili o ciebie. Przypuszczalnie po tych wszystkich artykułach w gazetach mają cię za geniusza.

– Nie jestem geniuszem – zaprzeczyłem smętnie. – Tak naprawdę dobrze gram tylko w nogę. Jestem też najlepszy w klasie w konkurencji stania na głowie bez trzymanki, ale to tylko zabawa… – Popatrzyłem na Profesora Rozczochranego. – W zeszłym tygodniu sam pan powiedział, że jeśli nie wezmę się do nauki, nic ze mnie nie będzie.

– W ministerstwie tego nie wiedzą – skwitował Profesor i rozejrzał się, jakby w obawie, że ktoś nas podsłuchuje.

– Poza tym ogólnie wiadomo, że pan Profesor ma skłonności do przesady – wtrącił dyrektor.

– Właśnie. Mam takie skłonności – zgodził się Profesor Rozczochrany. – Przed chwilą przejrzeliśmy z dyrektorem e-dziennik. Okazuje się, że średnia twoich ocen jest powyżej średniej szkoły. Ciut, ciut, ale powyżej. Zatem nie jest tak źle, uczniu.

– A przede wszystkim wybór twojej osoby jest wielkim wyróżnieniem dla naszej szkoły – zaznaczył dyrektor. – Także dla miasta. Dla całego kraju.

Myślałem, że jeszcze doda, że dla całej planety, ale na tym skończył.

– To jak, zgadzasz się?

Też pytanie! Kto nie chciałby zobaczyć kosmity? Serce waliło mi z ekscytacji jak dzwon.

***

Na miejsce kontaktu z nieletnim kosmitą zawiozła mnie czarna rządowa limuzyna. Zapytałem kierowcę, czy jest opancerzona, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Może miał taki rozkaz. Podjechaliśmy pod tę samą bazę wojskową, przy bramie której przerwano pamiętną telewizyjną relację z transportu kosmicznego statku. Uzbrojeni po zęby wartownicy pilnowali, by nikt nie wszedł do środka. Mnie jednak wpuścili bez problemu, gdy tylko kierowca pokazał jakieś papiery, wśród których dostrzegłem ksero mojej szkolnej legitymacji. Nawet zasalutowali, kiedy wjeżdżaliśmy.

Szybko dowiedziałem się, że nie jestem jedynym uczniem wytypowanym do kontaktu.

– To jest twoja partnerka. Będziecie reprezentować naszą cywilizację we dwoje – powiedziała ruda jak zardzewiały płot pani psycholog, przedstawiając mi dziewczę mniej więcej w moim wieku. – O! to laureatka wielu olimpiad przedmiotowych, głównie matematycznych.

– O!? – spytałem zdziwiony.

– Tak właśnie – odparła Ruda. – Z tą chwilą zapomnijcie, jak nazywacie się naprawdę. Teraz ty jesteś U!, a twoja koleżanka ma na imię O!. Takie okrzyki, najkrótsze jak to możliwe. Chodzi o to, że pierwszy kontakt z dzieckiem kosmitów rozpoczniemy od gestu przyjaźni, czyli od przedstawienia się. Gdybyście podali swoje prawdziwe imiona, dla tej obcej istoty byłyby to tylko jakieś trzeszczenia, pochrząkiwania czy jęki. Nie zrozumiałaby, o co chodzi.

– Imiona-okrzyki. Bardzo sprytne – powiedziała O!.

– Mam nadzieję, że takie podejście przyniesie efekt – odparła Ruda. – Dlatego proponuję, żebyście odtąd przez cały czas, dla wprawy, zwracali się do siebie tylko w ten sposób.

Powiedziała nam też, że naukowcy do tej pory nie rozszyfrowali, jakiej płci jest ocalały z katastrofy kosmita (może więc kosmitka?). Na początku wysnuto hipotezę, że przybysze są bezpłciowi, może rozmnażają się przez podział? Szybko jednak odkryto pewne różnice w budowie ciała dwóch dorosłych osobników, którzy wciąż jeszcze się nie ocknęli.

– To właśnie wtedy zorientowano się, że mniejszy kosmita może być ich dzieckiem – dokończyła. – Jest nieco bardziej podobny do jednego z rodziców, nadal jednak dociekamy, czy ten rodzic to odpowiednik naszej kobiety, czy też może mężczyzny. Jak widzicie, waszej dwójki nie dobrano przypadkowo. Musieli być dziewczyna i chłopak. Któremuś z was będzie do niego bliżej.

 

– Kiedy zobaczymy kosmitę? – zapytałem podekscytowany.

– Właśnie! – Moja partnerka okazała się równie niecierpliwa, co bardzo mi się spodobało. Trochę się obawiałem, że jako szkolna prymuska, bo byłem przekonany, że nią jest, okaże się sztywniarą.

– Jeszcze dzisiaj – odparła Ruda. – Jeśli mamy uratować jego rodziców, musimy szybko zebrać jak największą ilość informacji.

***

Hangar był ogromny jak boisko do gry w nogę. Pośrodku stało coś w rodzaju szklarni, której część zajmował przywieziony na platformie statek kosmiczny. Wrak wyglądał tak samo jak wtedy, w telewizji, czyli przypominał pozbawiony okien ogromny autobus, tyle że teraz rozcięto jedną ze ścian.

– Kosmita jest wewnątrz statku – powiedziała Ruda. – Nie chce z niego wyjść, chociaż ma do dyspozycji całą szklarnię wypełnioną mieszaniną gazów, którą bezpiecznie może oddychać. Przez kamery widzimy, że czasem próbuje wyjrzeć na zewnątrz, ale zaraz się cofa. Boi się.

– Nic dziwnego – skomentowała O!. – Też bym się bała, gdyby otaczały mnie same okna jakiejś dziwnej szklarni.

– To nie tak – wyjaśniła Ruda. – Szyby są przejrzyste tylko z naszej strony. Od wewnątrz wyglądają jak zwykłe ściany. Ale tę przednią możemy rozjaśnić i wtedy będziecie widzieli się wzajemnie. Tak zaraz zrobimy… Pierwszy kontakt! – krzyknęła w stronę krzątających się wokół naukowców i techników. – Proszę się przygotować!

Większość personelu pozostawała ukryta przed wzrokiem kosmity za przepierzaniami albo znajdowała się w osobnych pomieszczeniach, odgrodzonych szybą; reszta pośpiesznie zniknęła z pola widzenia. Ruda również do nich dołączyła i zostaliśmy przed ścianą tylko we dwoje. O! i ja.

– Co teraz? – zapytała O!.

– Nie mam pojęcia – odparłem, rozglądając się bezradnie. – Co mamy robić?! – zawołałem w stronę naukowców.

– Nie wiemy! – odkrzyknęła Ruda. – Zdajemy się na waszą dziecięcą intuicję. Po to tu jesteście!

– Kosmita usłyszy nas przez tę szybę? – zdziwiłem się.

– Wewnątrz szklarni są głośniki, które wzmocnią wasz głos.

I wtedy rozjaśniła się ściana. Niby nic się nie zmieniło, ale wiedzieliśmy, że obca istota może nas teraz zobaczyć. Jeśli oczywiście znajduje się wystarczająco blisko rozcięcia w ścianie swojego statku.

– Myślisz, że nas obserwuje? – szepnąłem do O!.

– Nie wiem – odparła, również szeptem. – To ty jesteś słynnym odkrywcą.

– Ale ty jesteś prymuską.

Oboje wpatrywaliśmy się w statek obcych, w tę wyrwę, którą w kadłubie wycięli technicy. Ale za nią była tylko ciemność.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?